Przepraszam (15)

Rozdział piętnasty: Stara miłość nie rdzewieje

Patrick chciał niemal wyśmiać wyraz twarzy Dave’a, kiedy straże zewnętrznego obwodu Terminal City w ekspresowym tempie dostarczyli ich małą grupę do szpitala. Niewiarygodna ulga, zdumienie, ale i nutka nadziei. Wszystko wymieszane w niemożliwy sposób, a jednocześnie próbował ukryć to za maską profesjonalnego, bezosobowego żołnierza. Dave zawsze dużo przypominał mu Jeminę, podejrzewał, że prawdopodobnie mieli tę samą matkę nosicielkę lub część ich materiału genetycznego była z tego samego źródła. Ich sposób wyrażania emocji był niezwykle podobny. Było miedzy nimi jakieś pokrewieństwo, ale oczywiście za czasów panowania Manticore, nawet jeśli znaleźli na to dowody, nigdy tego głośno nie wypowiedzieli ani nie potwierdzili podejrzeń. Tak było bezpieczniej.

Czwórka młodszych X6 bez najmniejszego wysiłku niosła nosze z rannym. Duma promieniowała z nich na mile. Rzadko kiedy ktoś z młodszych serii dostępował zaszczytu udzielenia pomocy najsilniejszym alfom. Ich twarze były tak rozjaśnione, że śmiało możnaby oświetlić wejście do szpitala. Nick gestem kazał postawić nosze na łóżku. Dave natychmiast uniósł koc i aż się cofnął. Ze dwie sekundy zajęło mu dojście do siebie, potem nieco roztrzęsionym głosem, ale w tempie świadczącym o doświadczeniu, zaczął wydawać polecenia pozostałemu personelowi. W niewielkim pokoju zaroiło się od transgeników. Rzadko kiedy osobnicy z różnych oddziałów tak często i tak blisko krzyżowali swój teren.

Szpital był zaiste osobliwym miejscem, jeśli chodziło o ich kulturę. A coś niecoś dowiedział się przez lata o tym, nawet jeśli był tylko człowiekiem. Dodatkowo rok spędzony w towarzystwie obcych, którzy postarali się go wyszkolić o wiele lepiej niż ktokolwiek dotąd otworzył jego oczy na wiele dotychczas niezauważalnych szczegółów.

Jego wzrok powędrował do Nem. Nie wyglądała  jak modelka zdjęta z żurnala dla wojskowych. Wyglądała lepiej. Nic nowego podczas jej prywatnych momentów. Coś, co dla transgeników musiało wyglądać jak zmodyfikowana wersja bojowego ekwipunku, ukrywało silne i zwinne ciało, nie potrzebujące żadnych kamizelek kuloodpornych. Jedynym bagażem, zaśmiecającym jej kieszenie, był medyczny sprzęt, leki, opatrunki i sprzęt do komunikacji. Oczywiście wszystko w kamahskiej wersji. Po co tachać ze sobą ludzką technologię?

Nie musiał nawet na nią patrzeć, by wiedzieć, że nawet makijaż musiała zrobić według ‚obcy są wśród nas’. Nie tyle, by było widać jakąś różnicę – dziewczyna zawsze robiła wszystko perfekcyjnie – ale styl malowania był zupełnie obcy. Podkreślał nieprawdopodobne podobieństwo do pani Langley. Jedyną różnicą w wyglądzie dwóch kobiet była nieodłączna chustka na głowie Nem. Rain nigdy nie musiała zdejmować tradycyjnego nakrycia, nie musiała też wymyślać czegoś, co by je zastąpiło, a nie budziłoby podejrzeń u ludzi. Królowej nie wypadało chodzić z gołą głową.

Zamieszanie za zewnątrz powiększyło się i Patrick doskonale wiedział, że to wracał Tav. I wracały problemy. Cokolwiek tam myślał sobie każdy transgenik widząc ich wracających z rannym Aleciem, musiało teraz eskalować.

I rzeczywiście Nem, dotąd podpierająca ścianę w doskonale strategicznym i wypracowanym przez lata doświadczeń z ludzkimi lekarzami miejscu – tak, by jak najmniej przeszkadzać – zasygnalizowała, by zostawić pomieszczenie.

Na zewnątrz  pokoju nie było lepiej. Właściwie to nawet gorzej. Korytarz może nie był wypełniony po brzegi, ale i tak pełno było tam zaniepokojonych o los lidera transgeników. Nie potrzebował mieć super węchu by wyczuć skondensowany zapach wydzielanego przez nich testosteronu. Byli w stanie najwyższego alarmu, a jedyna osoba, zdolna skontrolować ich wszystkich, walczyła o życie w zostawionym przez nich przed chwilą pokoju. Sytuacja była bardzo napięta i zarówno faceci, jak i zazwyczaj mniej agresywne kobiety, wszyscy gotowi byli wybuchnąć i zwalić winę na najbliższą dostępną ofiarę. Cholera. A on był tu sam z królową u boku. Co za sytuacja.

Nie czuł strachu, jedynie niepokój o Nem. Nie sądził, by wyszli z tego kłopotu bez małej obcej magii.

Dostrzegł gdzieś w tym małym zgromadzeniu Jeminę. Już nie kłuło tak jak dawniej, pojawiała się jedynie gorycz, widząc ją wśród tych wszystkich samców, którzy zazwyczaj ślinili się na jej widok. Była kobiecą alfą odkąd skończyła trzynaście lat i przez całe swoje życie, przynajmniej te, o którym wiedział, nie spotkała kobiety, która potrafiłaby ją zdominować. Miał ogromna ochotę po prostu zignorować ją, ale to nie był dobry pomysł. Była tu potrzebna, jej obecność gwarantowała chociaż namiastkę spokoju i posłuszeństwo kobiet.

Ich drogę zagroził Ky. Jako zwiadowca był niezły, ale Patrick zbyt dobrze pamiętał, że facet należy do pierwszej piątki transgeników, jeśli chodziło o ich hierarchię. Nem również, ostatecznie posiadała wspomnienia Biggsa… lub ich część, ponieważ z jakiegoś powodu wspomnienia transgenika nie były dla niej czytelne w całości. Prawdopodobnie odmienność rasowa. Ale oboje byli świadom, iż sytuacja groziła wybuchem. Zwłaszcza jeśli zignorują publicznie władzę Ky’a tutaj i teraz. Miał nadzieję, że facet nie zażąda niemożliwego. Zdarzało mu się to w przeszłości.

„Przykro mi, Patrick, muszę poprosić o waszą broń.”

Zły ruch, 284, bardzo zły ruch. Nie jesteś chyba na tyle głupi, by ignorować siłę Nem. Patrick prawie śmiał się w duchu. Wiedział, że na lotnisku Nem rzuciła im coś w rodzaju wyzwania i wygrała. Zwrócenie się Ky’a bezpośrednio do niego było rażącą obrazą dla niej. Rażącą, publiczną obrazą jego królowej.

„Nie.” odparł z całkowitym spokojem, bez cienia uśmiechu na ustach. Katem oka dostrzegł, że zbliża się do nich sama Jemina. Z paskudnej sytuacja zaczynała eskalować do najgorszej od ponad 7 dekad. Potrzebował żelaznej kontroli i dyscypliny, wdrożonej mu przez Nem, by nie wysłać Numero do najbliższego Kamaha. W tym wypadku Kala. Ostatecznie co to dla faceta było dostać się tutaj z Kalifornii, mniej niż 0,01 sekundy…

Nemin już mijała zignorowanego zwiadowcę i kierowała się w stronę wyjścia. Co prawda między nią o drzwiami było prawdziwe stado agresywnych, gotowych do walki facetów, ale bez najmniejszej wątpliwości potrafiła sobie poradzić na polu walki przeciwko o wiele groźniejszemu przeciwnikowi – armii antarskiej. A on podążył za nią.

„Nalegam.” silny ton 284 dotarł ponownie do jego uszu „I tak nie opuścicie teraz TC.”

Nem zatrzymała się z delikatnym rozbawieniem na twarzy. Nie obróciła się, lecz przechyliła jedynie przekornie głowę.

„Nie przyjmuję rozkazów od transgenika.”

W korytarzu można było usłyszeć jedynie szum aparatury, odległej pracy lekarzy i wstrzymane oddechy.

„Nie mówiłem do ciebie.”

Uśmieszek wykwitł na twarzy Nem, a brąz w jej spojrzeniu wymieszał się z zielonym.

„Nie przyjmuję rozkazów od transgenika.” Patrick powtórzył z identycznym wyrazem twarzy, co jego królowa.

Zielony zniknął.

Ky zaklął w duchu nad jego nieroztropnością. Nie spodziewał się takiego zachowania po kimś, kto zdawał sobie sprawę z przerażającej siły, jaką są transgenicy postępujący według instynktów. Facet chyba nie był tak inteligentny jak uważał wcześniej.

„Patrick…” Jemina wystąpiła do przodu, ale w tym samym momencie Ky oraz czwórka innych transgeników podniosła na nich broń.

Zły ruch, bardzo zły. Patrick nawet nie odbezpieczył własnej. Czuł za to, jak włoski na jego karku stają dęba od ilości energii przepływającej przez królową. Ky, jesteś idiotą.

Nem dotknęła go lekko, ciągnąc w stronę wyjścia. Ky nie odważył się wydać rozkazu, nie z Aleciem walczącym o życie za ścianą. Gdyby skrzywdził kobietę alfy, rozpętałoby się prawdziwe piekło.

„Nie martw się, Jem. Biggs był bardzo konkretny.” czysta ironia w głosie Patricka zatrzymała ich wszystkich „Nie chcecie nas tutaj, przyjęliśmy do wiadomości.”

Zanim do kogokolwiek dotarło znaczenie jego słów, drzwi od pokoju Aleca otworzyły się, ujawniając zmęczonego, lecz uśmiechającego się Dave’a, który natychmiast skupił na sobie uwagę każdego. Korzystając z tej luki, Nem i Patrick wyślizgnęli się  na zewnątrz nie zatrzymywani.

~ * ~

Coś, czego jednak nikt nie przewidywał, wydarzyło się tej nocy.

Ile potrzeba słów, by określić twarz zmęczonego dziecka-lidera, którego z całym szacunkiem i uwagą słuchał najbardziej dominujący facet-człowiek, jakiego Mole kiedykolwiek spotkał w życiu?

Mole nie sądził, by nawet istniały takie słowa. Ale kim on był, ostatecznie, by o tym przesądzać?

Patrzył się w ekrany monitorów w zupełnie opustoszałej centrali. Dziewczyna, idąca przodem po coraz to kolejnych ujęciach z ulic Terminal City, poruszała się z wdziękiem, jakiego brakowało niejednej transgenicznej kobiecie. Większość z nich bowiem miała w sobie charakterystyczną dla żołnierzy sztywność, tracąc przy tym na kobiecości. Och, były często seksowne jak diabli, lecz nie uważał by którakolwiek mogła konkurować pod tym względem z panią Langley. Wcale się nie dziwił wyborowi McDowella, ta mała była jednocześnie kobietą i jednocześnie każdy jej krok, każdy gest wrzeszczał niebezpieczeństwo. Przynajmniej dla kogoś, kto potrafił widzieć poza ładną buzią. Niestety, temu X5 o imieniu Ky, nie przypisywał jakże rzadkiej umiejętności. Usiłował opanować sytuację, ale zapomniał, że staje przeciwko komuś, kto owinął sobie serce X5 494 wokół małego paluszka. Po prostu idiota.

Zachichotał, kiedy wykorzystali niewielką lukę miedzy wartami TC i wyślizgnęli się poza chroniony obszar, by z powrotem wrócić do samochodu, którym przywieźli Aleca. Człowiek prowadził. Najwyraźniej Langley była szefem w tym duecie. Niecodzienna funkcja biorąc pod uwagę, że Patrick Onar nie należał do kogoś, kto daje sobie w kaszę nadmuchać, nawet poprawionemu genetycznie żołnierzowi. Nie na darmo był ponad dwa lata z Jeminą.

Zastanawiał się, kiedy zorientują się, że w samochodzie jest nadajnik. To był ruch do przewidzenia i spodziewał się, że chociaż częściowo będzie mógł wysłać za nimi zespół. Nie mógł wysłać byle kogo, nie z takim przeciwnikiem. Niestety, wszyscy więcej warci byli teraz w szpitalu. Ogólnie patowa sytuacja.

Inną sprawą była przemiana samego Patricka. Wydawał się nie tyle dojrzalszy, co bardziej ironiczny, cyniczny i całkowicie pod rozkazami Langley. I kiedy myślał ‚całkowicie pod rozkazami’, miał na myśli pozytywną przemianę. Po prostu było coś nowego w Patricku, czego wcześniej nie widział, rys jakiegoś szkolenia, opanowania i wyłącznej troski o swoją drobną szefową. Nie zwrócił nawet uwagi na Jeminę i to, co chciała, co musiało graniczyć z cudem. Facet nie należał do tych, którzy łatwo porzucają swoje partnerki. Zapewne uwaga o wiadomości Biggsa musiała tłumaczyć jego zachowanie, ale nie tłumaczyła przemiany w nim samym.

Mole nie był geniuszem; szukał przyczyn zjawiska w najbliższym dostępnym źródle. Zbyt wydawał się pod wpływem Langley, zbyt przyzwyczajony do ochraniania i słuchania jej rozkazów – i to wcale nie wypowiedzianych słowami, lecz samą gestykulacją ciała. Znał jej reakcje, oczekiwania, znał jej wolę i to, jak zareaguje na impertynencję Ky’a. To nie mogło pochodzić nawet z kilkumiesięcznej współpracy. Logiczny wniosek? Langley go szkoliła.

Innym niezauważalnym z pozoru faktem była przemiana nie tyle psychiczna i fizyczna, co poziom umiejętności samego Patricka. Mole obejrzał dokładnie video z nadzoru bramy, do której trafili po pierwsze. Facet obalił trójkę X6-stek! Zdecydowanie przez rok, zmiana był kolosalna. Podobnie jak u samego McDowella, z ta różnicą, że u transgenika była to zmiana zdecydowanie na niekorzyść. I porównywanie tych dwóch mężczyzn przyniosło nieuchronne pytanie, jakim facetem stałby się 494, gdyby tamtego dnia na lotniskowcu losy Nemin potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Paląc kolejne cygara i oglądając bez przerwy nagrania video, Mole zaczął myśleć, że losy wszystkich transgeników potoczyłyby się zupełnie inaczej.

~ * ~

Zmęczenie, znużenie. Tymi słowami mogła łatwo określić swój stan. Nie wszystko w jej życiu było idealne, wiele było brzydkich sytuacji, ale chyba nie czuła się nigdy wcześniej gorzej wśród Ziemian niż w chwili, kiedy czuła wrogą energię na szpitalnym korytarzu. Ironią było, że wrogość pochodziła od rasy z której w połowie pochodziła jej córeczka. Rasy, która wydawała się tak podobna do kamahskiej.

Już dawno przestała się zastanawiać, co robi. Nie było sensu. Rzeczy działy się często niezależnie od jej woli i to był najdoskonalszy dowód na to, że była na obcej planecie. W jej domu mieli pod kontrolą prawie wszystko. Prawie, bo rzeczy przewidywalne bywały nudne i prowadziły do stagnacji rasy. Ale to, od czego zależało ich przeżycie i dobro ich dzieci, nie pozostawiali fatum.

Mimo, że zewsząd otaczali ją ludzie, czuła się sama. Z tęsknotą wracała pamięcią do dzieciństwa, gdzie mogła mieć bezkarnie dla siebie Kala i Soriego i nikt przeciwko temu nie protestował. Teraz odtworzyli ponad dziewięć tysięcy istot z jej rasy, ale czuła się o wiele samotniejsza niż w momencie, kiedy Kamahów na świecie było ledwie kilkoro. Och, jakże tęskniła za czasem, kiedy Kal nosił ją na rękach po domu, z jej twarzą ukrytą w zagłębieniu jego szyi i przykrytą długimi włosami, by nikt nie widział jej srebrnych łez czy krwawiących oczu, kiedy ciepło Kala uczyło i pocieszało, że pewnego dnia nauczy się żyć na Ziemi, że obojętnie co spotka ją następnego ranka, on będzie przy niej, będzie ją trzymał i opiekował się nią, jakby była jego rodzonym dzieckiem. Tęskniła za tym niewiarygodnym uczuciem spokoju i ciepła, za poczuciem, że jest we właściwym miejscu, że nic jej nie grozi, obojętnie jaką ułudą było to uczucie.

Jak w Nigerii, kiedy po raz pierwszy spała w ramionach Aleca… Wtedy jeszcze nawet nie nosił tego imienia. Wszystko, czym go określano, było opisem, numerem identyfikacyjnym na jego karku i literą ‚A’, ponieważ był dowódcą oddziału.

Westchnęła. Alec zagościł nawet w jej dziecięcych, niewinnych tęsknotach. Nie  miała niczego przeciwko temu. Jej głowa i serce podnosiły bunt z innego powodu, on leżał na drugim końcu miasta ranny, zmaltretowany przez ludzi White’a. Nie mogła go nawet uzdrowić, Alec nie chciał mieć z nią nic więcej wspólnego, nawet jej pomocy… lub też przede wszystkim. Nawet ona sama nie chciałaby jego pomocy w takiej sytuacji, nienawidziła okazywać jakiejkolwiek słabości. Obcy czy transgeniczny żołnierz, to mieli wspólne.

Nieoczekiwanie dla samej siebie tęskniła za Nigerią. Wspomnienia śmierci i bólu, jakie tam czuła, zacierały się powoli w jej głowie, trochę z upływu czasu, trochę z powodu ostatnich wysiłków, by utrzymać przy życiu Rain. Zostawały przez to skrawki wspomnień, które wywoływały miękki uśmiech czy rumieniec nie tylko na jej policzkach. Woda, tak nieodparcie kojarząca się jej z Aleciem… Ich pierwszy pocałunek, ledwie dotknięcie ust, tak delikatne i nieśmiałe i tak krótkie, jego ucieczkę zaraz potem… Kiedy stawała pod prysznicem, wracały nieliczne obrazy ich jedynego aktu. Nie pamiętała tego, prócz ledwie kilku chwil po wypowiedzeniu pamiętnego ‚Może’, ale i tak skrawki jedynego kochania się w jej życiu przyćmiewały wszelkie ‚nabyte’ wspomnienia, zarówno od Kamahów, jak i od innych ras. O wiele wspanialej było przeżyć swoje własne życie i zdobyć własne wspomnienia, nawet jeśli nie wszystkie chwile pełne były radości i zaufania do otoczenia. Właściwie to całkiem spora liczba jej wspomnień z Ziemi przepełniona była nieustannym strachem, że zostanie odkryta, że schwytają ją i nie zdoła zapobiec temu, że obudzi się pewnego dnia w białym pokoju… Obojętnie jak miłe byłyby chwile z ludzkimi przyjaciółmi, zawsze pozostawał ten cień. Ale wspomnienia z Nigerii  nosiły inne piętno, inny ślad. Miały w sobie napięcie, niepokój, nerwowość, obawy, ale to wszystko było przyjemne, bo wiązało się z Aleciem.

Nawet wiedząc, że grozi jej załamanie, dałaby niemal wszystko, by móc wrócić do tamtego czasu, na misję, do ‚spacerku’ po pełnej rebeliantów dżungli, nawet jeśli nie mogłaby niczego zmienić w biegu wydarzeń. Wciąż miałaby kilka dni z Aleciem, samo to, czucie jego przy sobie było warte tego, przeżycia na nowo tego ‚rozczarowania’…

Och, co tu dużo mówić. Miała przeogromną ochotę wyrzucić wszystko przez okno, całą dumę, strach, poczucie odrzucenia, tylko dla jego uśmieszku przeznaczonego specjalnie dla niej. Albo dla słodkiego zakłopotania, kiedy usiłował ją przeprosić za pocałunek, a ona ‚tłumaczyła’ mu zasady. Teraz prawdopodobnie był o wiele bardziej biegły w sprawach damsko-męskich, myślała ze smutkiem. Ona na zawsze pozostanie zaś w tym zawieszeniu. Nie przeszkadzało jej to. W jej oczach nie było to wadą czy słabością. Po prostu nie chciała nikogo innego, nic nowego dla zakochanego Kamaha. Podejrzewała zresztą, że właśnie jej uczucia do Aleca McDowella, a nie zdrowie Rain, było główną przyczyną, dla którego tak łatwo inni zgodzili się ją zostawić w towarzystwie Kala.

No i żeby móc ją rozdzielić od Ratha, skrzywiła się. Czasami urodzenie się w królewskiej rodzinie gwarantowało nieustanne polityczne zawirowania. Miała nadzieję, że za dwa lata jednak pozostali pozwolą im na kontakty. Minęło ledwie osiem dni od odlotu, a ona już szaleńczo tęskniła za biologicznym ojcem. Mógł być diabłem, ranić ją wielokrotnie, porzucać, nie odzywać się przez lata ‚dla jej dobra’, ale wciąż był jej ojcem, wciąż darzyła go dziecięcą miłością. Bezwarunkową.

Pochyliła się nad Rain i połaskotała śpiącą córeczkę po brzuszku. Uśmiechnęła się przez sen i jej słodka mina natychmiast przywiodła na myśl Aleca. Co teraz robił, dzień po odzyskaniu z brutalnych rąk White’a? Czy już wypuścili go ze szpitala? Żył, zadbała o to po cichutku, ale i tak nie mogła przestać się martwić. Bolało go jak diabli, Rain wyczuwała to i była niespokojna. A razem z nią, ona sama. Czy teraz spał? Czy żałował, że razem z Patrickiem wyciągnęli go od White’a? A może tak był zamroczony lekami lub bólem, że wszystko mu zobojętniało?

Zagryzła wargę. To mogło być warte ryzyka. Był słaby i ranny, i z całą pewnością w jakiś sposób otumaniony… nie mógł jej zaatakować, wybuchnąć takim gniewem jak podczas tamtego wieczoru. Jego słowa wciąż miały śmiertelnie bolesny efekt na niej, ale ostatecznie co mogłoby zranić ją bardziej niż pamiętne słowa Biggsa? I skoro zarzekał się, że nic takiego nie powiedział, wręcz blednąc na samą sugestię, iż coś takiego mogłoby zostawić jego usta… Mógł chcieć teraz parzyć się z Max, ale mimo wszystko coś jednak musiała dla niego znaczyć, skoro jeszcze tego samego poranka, co się dowiedział, podjął próbę uporządkowania i naprawienia sytuacji. Nawet rozmówił się z Maxie.

Zachichotała. To mogło bardzo nie podobać się transgenicznej. Nie słynęła z rozumu, z tego co słyszała, prędzej kierowała się sercem – nic złego, jeśli o nią chodzi – ale komplikowało to sytuację i stwarzało niemiły trójkąt.

A jednak przyszedł do niej.

Przez ten tydzień wygrzewała się w tej myśli, chociaż zawsze pozostawała świadomość jego gniewu po nieszczęsnej śmierci Biggsa i zamieszaniu w mediach. Nie mogła tłumaczyć tego wszystkiego jego instynktami, nie była na tyle głupia. Poza tym nie znała za dobrze transgenicznych instynktów, wbrew wspomnieniom Biggsa. Myśli Biggsa były nie tyle niedostępne dla niej, co w większości kompletnie niezrozumiałe. Transgenicy mieli dziwne umysły. Z jednej strony nieprawdopodobnie rozwinięte, z drugiej ograniczone i nieraz wprost wyczyszczone z pewnych reakcji. Mogła zwalić winę na Manticore, i to śmiało.

Niestety, winy za jego zachowanie nie mogła zwalić na jego instynkty. Sama sprowokowała go do tego wybuchu. Jasne, że tłumacząc mu wszystko – co zajęłoby chyba dekady lat – może by zyskała jakiś kredyt zaufania. Ale jej uparte trzymanie się własnych tajemnic, koncentrowanie na własnych reakcjach i własnej woli i planach nie pomogły wcale. Kal zawsze powtarzał, że małżeństwo to bezustanny kompromis, rezygnowanie z części siebie by zyskać część drugiej osoby. Ona i Alec małżeństwem nie byli, ale byli rodzicami. Całkiem nielichy rodzaj połączenia, również wymagający wielu poświęceń, być może nawet więcej niż sam związek między przedstawicielami odmiennych płci.

Kusiło ją, żeby pójść do niego. Niekoniecznie być widzialną; była Kamahem i potrafiła o wiele więcej. Mogła sprawdzić jego stan własnymi metodami… ale co, jeśli tam była ta zdzira, Maxie G., grając pielęgniarkę, a zachwycony i nie mający sprzeciwów Alec wetuje sobie jej odejście z jego życia… i o, bogowie, stara się teraz o zastępstwo Rain? Ta myśl była jak cios prosto w żołądek, a powietrze ze świstem opuściło jej płuca.

Prawdę powiedziała Jeffowi. Zakochanie to naprawdę nic fajnego.

~ * ~

Alec odetchnął głęboko, gapiąc się znów na znajome rysy na suficie. Który raz tej nocy? Setny? Dwusetny? Naprawdę nie liczył. Ale patrzenie się na rysy na suficie chociaż odrobinę zajmowało wędrujące jak szalone w tę i z powrotem myśli. Upłynęła prawie doba odkąd Nem w towarzystwie samca Jeminy odstawiła go do szpitala w TC. Nie mógł się uwolnić od wspomnienia jej słodkiego zapachu, zanieczyszczonego przez zapach Onara. Wściekłość i zazdrość burzyły mu wciąż krew, nie mógł zasnąć, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z prostego faktu, iż musiał spać, żeby wyzdrowieć. W jego stanie dwudobowy brak snu gwarantował tylko pogorszenie zdrowia. Złamane żebra, przebite organy wewnętrzne, kilka zewnętrznych, piekących stłuczeń, cięć, otarć. Mógł przysiąc, że ból głowy zabije go nawet prędzej. Nie wiedział, o czym marzy bardziej – o skręceniu karku Patrickowi czy o błogosławionym, zwiastującym zapomnienie śnie.

Szala zdecydowanie przechylała się w stronę zamordowania tego sukinsyna, który odważył się dotknąć jego kobietę. Wściekłość tak szalona nie była niczym nowym, czuł to samo w Crash i kilka razy później na myśl, że ktoś dotykał jego Nem, ale nigdy dotąd nie stanął wobec faktu, że wyczuwał od niej nie tylko jej zapach, ich dziecka czy jego…

Pieprzony bękart. Zapłaci za to.

Co on sobie myślał? Tym bardziej, że jako jeden z niewielu ludzi zdawał sobie sprawę, że skojarzonych – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – nie dotyka nikt prócz rodziny, członków oddziału lub ktoś, kto ma bardzo silny emocjonalny związek do skojarzonej osoby… Chyba, że Patricka i Nem coś łączyło… i tłumaczyło to zadziwiającą obojętność faceta wobec Jeminy.

To było jak cios prosto w żołądek. Ale Nem mogła zawrócić w głowie nawet komuś, kto szalał za swoją partnerką równie mocno jak w dniu poznania… No i nie mieli od niego zupełnie wieści na kilka dni przed pożarem Manticore. Czym musiało być dla Jeminy zobaczenie jej mężczyzny, nagle powstałego ‚z martwych’, w dodatku w towarzystwie innej, ślicznej kobiety, którą najwyraźniej stawiał ponad wszystko i wszystkich?

Posłał jej myśl pełną współczucia i sympatii. Och, doskonale wiedział, co musiała czuć. Chociaż może nie… Ona przynajmniej miała swój czas z Patrickiem, dwa lata, jemu zaś nie było to dane prócz kilku chwil w Nigerii… ale za to mieli dziecko. Córeczkę. Modlił się, by wyzdrowiała. Nigdy nie był typem faceta, który się modli, brał los w swoje ręce zamiast zdawać się na niewiadomą i fatum. Ale Nem była zdecydowanie kobietą, która potrafiła zmienić każdego. Nawet Patricka Onara, który wydawał się szaleć za Jeminą nawet bardziej niż jakikolwiek transgenik za swoją kobietą…

Diabelnie, kim był dla niej? Przyjacielem? Kochankiem? Opiekunem? Naprawdę starał się nie dopuszczać do siebie ciemnych, zazdrosnych myśli, ale one same napływały. Niepewność była straszna. Kiedy przeszła pierwsza radość z faktu, że Nem nie odleciała – a zapewne razem z nią została Rain – poczucie porzucenia natychmiast zastąpiła niepewność jej stosunków z Patrickiem i wprost piekielna zazdrość. Nem jest moja, myślał zaborczo. Miał ją pierwszy i niech szlag trafi tego faceta!

Westchnął i z wysiłkiem przewrócił się na bok. Powitał ból z ulgą, przynajmniej coś, co go odrywało na ułamek chwili od myśli o Nem. Nigdy nie narzekał, że mimo upływu czasu czy nawet ostatecznego wyjaśnienia jego wspomnień z misji Berrisford, wciąż myśli o niej. Była najsłodszym, najwspanialszym prezentem od losu i przez rok błagał w myślach, by móc powiedzieć ‚przepraszam’. Zamiast tego dostał z powrotem Nem, w dodatku z ich dzidzią.

Ich dzidzia. 494 i zdrobnienia! Nem wyciągała z niego rozmaite dziwne zachowania, ale tak długo, jak nie szkodziło to ich związkowi, nie miał nic przeciwko. Mógł nawet stanąć na Space Needle i wrzeszczeć na całe miasto, że kocha kosmitkę o przecudownych brązowo-zielonych oczach. I co z tego, że była nieziemska w dosłownym sensie? On sam był wszakże z probówki. Jeśli ona zareagowała tak wspaniale w Nigerii na jego transgeniczny stan, dlaczego on miałby podnosić alarm z powodu faktu, że także ona jest inna? Właściwie to dziękował wszelkim dobrym mocom za to. Dzięki temu mieli córeczkę, cudowne złotowłose diablątko o jego oczach i uporze mamusi. Charakterek przyda się w przyszłości jako bicz na te tłumy uganiających się za nią facetów. Nagle widok siebie czającego się za rogiem z dubeltówką wydawał się dziwnie pociągający…

Niestety, Nem wyciągała także z niego te mroczne, zaborcze zachowania i zupełnie nie wiedział, jak nad nimi zapanować. Prawdopodobnie stracił ją przez to na zawsze, a nie miał nawet pomysłu, jak przez to przejść. Nie chciał. Chciał ją z powrotem, z powrotem w jego życiu, nawet jeśli mieliby obrzucać się wyrzutami. Była jego. Kochał ją, jej ciepły uśmiech, figlarne ogniki, płonące w jej oczach podczas ‚przesłuchania’ w Nigerii, kiedy wszyscy prześcigali się w wyciąganiu z niej szczegółów jej osobistego życia… Nawet bez wiedzy o jej inności, czuł, że dostała w kość i nie ufa łatwo. On podobnie. Więc dlaczego do cholery nie zamknął buzi we właściwym momencie, tylko dał się ponieść zaborczości, frustracji i podejrzeniom? Był idiotą i nawet nie potrafił się z tego pozbierać, tylko leżał pokiereszowany w łóżku, użalając się nad sobą i własnymi błędami, zamiast przeczesywać planetę w jej poszukiwaniu. Niech no tylko wyzdrowieje…

~ * ~

Żołądek podchodził jej do gardła, a palce stały się dziwnie drętwe w miarę jak zbliżała się do znajomych drzwi.

Teraz albo nigdy.

Ostrożny skan, tylko w poszukiwaniu energii Guevary wykazał, że ten wredny babsztyl bawi akurat u swojego ludzkiego przyjaciela, Logana. Na więcej nie odważyła się w obawie, że wynik wywołała odwrót na pięcie i zwianie gdzie pieprz rośnie. Nie chciała czuć, że energia Aleca jest wciąż pełna wściekłości na nią, albo że za chwilę stanie wobec kolejnego wrogiego batalionu X5. Sytuacja była wystarczająco trudna dla niej. I tak brakowało jej odwagi.

{Odwaga nie polega na braku strachu.}

Ale na czynieniu tego, co słuszne, wbrew temu, jak trudne to mogłoby się wydawać. Wzniosła oczy do sufitu. Świetnie, teraz głos w jej głowie cytował kamahskie mądrości.

Wzięła głęboki oddech. Wysoka zawartość tlenu w ziemskiej atmosferze nie była zazwyczaj problemem, ale teraz czuła, że pierwiastek wprost wypala jej płuca.

Cholera, bała się.

Zatrzymała się przed właściwymi drzwiami. Mieszkanie Aleca. Czy był sam czy też z kimś? Na pewno. Było sporo transgenicznej straży na zewnątrz budynku, mogła się założyć, że ktoś był w środku. Chociażby by się nim zaopiekować.

Tak, jakby 494 pozwolił się niańczyć.

Krótka zabawna konkluzja na ułamek chwili trochę rozproszyła jej obawy, więc czym prędzej zapukała cicho, nim wszystko wróci do niej ze zdwojoną siłą i czmychnie z powrotem do bazy. Drzwi gwałtownie się otworzyły i napotkała zaskoczone, niebiesko-zielone oczy Tava.

Zacisnęła kciuki w kieszeniach. Wyraz jego twarzy był niezgłębiony, ale też i nieszczególnie przyjazny. Po prostu stał i gapił się na nią. Wytrzymała jego spojrzenie, ale czuła się zupełnie nieswojo.

W końcu się zreflektował i otworzył szerzej drzwi, przepuszczając ją.

„Wejdź.” mruknął całkiem cicho. Nie była pewna, czy z szoku, czy z niechęci, by usłyszał ich Alec czy czegokolwiek innego. Nie była pewna czegokolwiek w tym momencie. „Jest w sypialni.”

Skinęła głową; apartament nie był duży i drzwi do drugiego pomieszczenia były uchylone. Przytłumione światło z salonu wpadało do środka, ale bez obcych oczu nie zobaczyłaby, jak leży na wpół przykryty kocem, gapiąc się na sufit z dziwnym wyrazem twarzy. Odetchnęła miękko i wślizgnęła się do środka.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *