Przepraszam (14)

Rozdział czternasty: Kiedy niebo płacze, śmieją się głupcy

Czasem jedynym powodem, dla którego kochasz, jest uśmiech. Czasem jedynym powodem dla którego kochasz, to uczucie, które wyczuwasz u innej osoby. Wobec siebie. Wreszcie, trzeci powód dla którego ludzie zapadają na chorobą zwana miłością, to prosty fakt, iż uważają kogoś za godnego miłości. Wszystkie historie, romanse, w których główna bohaterka zostawiła super faceta – lecz nudnego faceta – by podążyć w świat za jakimś buntowniczym obdartusem, to historie wyssane z nazbyt wybujałej wyobraźni.

Miłość nie jest tą całą epicką ‚namiętnością i spalającym pragnieniem’. Niejedna książka tak mówi. Głupia, trywialna czy pełna naukowych mądrości. To nie ma jednak znaczenia, co mówią nam książki. Życie weryfikuje zawsze i naszą wiedzę, i nasze uczucia. Niektóre sprawy stają się oczywiste wraz z upływem lat, przeżyć i nabieranych doświadczeń. Co niektórzy nazywają to dojrzewaniem.

Nie mylić z dojrzewaniem młodych ludzi. Człowiek może być dojrzały w wieku 15 lat, może także nie osiągnąć tej dojrzałości mając przeżytych pond 40 wiosen. To jest tylko kwestia pojmowania i przyjęcia pewnych wartości.

Ilekroć widzę kolejne rozpadające się małżeństwo, zastanawia mnie jedno. Nie kto zawinił, nie, czy nie poddają się zbyt pochopnie, nie, czy na rozwód nie jest za późno.

Zastanawia mnie, jakie są najgłębsze, najstraszniejsze obawy tych ludzi.

Luisa odłożyła pióro i potarła podbródek. Chyba traciła natchnienie lub zamieniała się w cynicznego filozofa. I jak to zwykle bywa w konfliktach, była jeszcze ‚ta trzecia’. To naturalne, że jej umysł dryfował w tym kierunku, mając przed oczyma obraz Nem skulonej na kanapie. Nem ze wspomnieniami Biggsa. Nic jej nie obchodziło; siedziała i jedynie doglądała śpiącego dziecka. Zabranie Ratha przez strażników zbyła wzruszeniem ramion. Ostatecznie i tak zawsze i wszędzie mogli porozmawiać, obojętnie co przeskrobał. Była królową. Była prawem. Mogła robić co chciała.

Niezwykły trans królowej nie przeszedł niezauważony przez nikogo. Każdy w miarę możliwości przejął zadania przewidziane na ten dzień dla niej. Było kilka, których nikt inny nie mógł się podjąć. Te, które nie zostały wykonane do jej powrotu z Seattle, mogły poczekać. Ostatecznie z wielkim hukiem właśnie przerwali życie przebogatej dziedziczki imperium Langleya. Media całe popołudnie i wieczór trąbiły o śmierci najbogatszej nastolatki świata w tragicznym wypadku samochodowym! Czasem dobrze było zajmować wysoką pozycję, przynajmniej twoja śmierć mogła dotrzeć do twoich wrogów jeszcze za twojego życia.

Spojrzała na napisany tekst i bez namysłu wyrwała kartkę z notatnika i cisnęła do kosza. Nie było najmniejszego sensu w usiłowaniu pisania przed odlotem… Czasomierz na jej nadgarstku odliczał powoli wstecz czas odejścia i na razie wskazywał prawie 55 ziemskich minut.

Uśmiechnęła się. ‚Ziemskich’…. Tralalalaa… Poczuła łzy na policzku. Nerwy zaczynały ją powoli zjadać. Łamała sobie palce. Niechże w końcu Redgard wróci, by zabrać ją do bazy i na statek.

Coś jasnego zamigotało jej nagle przed oczami i ciepły powiew na ułamek sekundy sprawił, że przymknęła powieki. W następnym ułamku wrażenie zniknęło.

Zerknęła na Nem. Leżała obojętnie na kanapie, wpatrując się w sufit. Rain słodko spała na jej piersi. Małe płucka rytmicznie podnosiły się i opadały. Jakże to maleństwo, słodkie i niewinne, mogło nosić w sobie śmiertelną skazę? To była czysta niesprawiedliwość losu, że płaciła tak ciężko za to, kim była. Luisa była gotowa bowiem przyznać, że dodatek genów Aleca, prócz naturalnie zamieszania z fizjologią dziecka, wyszedł Rain na korzyść. Była o wiele spokojniejsza niż mama, jej rozwój był powolniejszy i z mniejszą ilością wypadków, niż to się zdarzało u Kamahów. Wciąż bowiem, nawet po tylu latach od poznania Nem, skóra cierpła jej w przerażeniu tego, czemu świadczyła obserwując dorastanie małej obcej i jej zmaganie się z zielonymi oczami na planecie, na której członkowie ludzkiej rasy zabijali się dla zupełnie niezrozumiałych powodów. Stan, w jakim wróciła z Nigerii, kiedy w końcu ostatecznie dotarły do niej wchłonięte wspomnienia umierających ludzi, był łagodnie mówiąc przerażający. I jeszcze bardziej przerażająca była wina w jej oczach, że przyniesie na świat mieszańca z rasy, która spowodowała wiele z tych śmierci… Fakt, iż to było dla ochrony ‚przesyłki’, nie pomagał zupełnie. Nawet Redgard miał problem z obejmowaniem zabójstw przez żołnierzy, a on przecież był dorosłym Kamahem, a nie dzieckiem, które usiłowało jakoś żyć i coś mieć z tego życia wbrew bardzo ponuremu startowi.

Ogromna część jej żałowała, że nie będzie jej przy ‚Liz’, by zobaczyć, jak się rozwijają sprawy z Aleciem. Wiedziała, że z pozoru Nem była przystosowana jak mało który z obcych – znała ludzi na wylot i znała doskonale ich zachowania. I kiedy Nem działała według wpojonych jej standardów i odnosiła się do wszystkich Ziemian jak do ludzi, stawała się Liz. Ale ‚osobowość’ Liz żywo kontrastowała z obcą tożsamością Nem-matki. Problem był tej natury, że przy Alecu te dwie strony Nemin krzyżowały się nieustannie, zachodząc sobie drogę w najbardziej niemożliwie skomplikowane wzory. Opanowanie i trening Liz walczyły z obcymi opiekuńczymi instynktami młodej mamusi Nem, a do tego jeszcze dochodziło po prostu przestraszone obce dziecko, przestraszone, że ktoś jednak mógłby je pokochać mimo jej inności.

Tak, teraz już wiedziała, dlaczego Kamahowie nie łamali ot tak zasad i łączyli się przeważnie z własnymi gatunkiem. Niemożliwością było, by Kamahom nie będącym parą urodziło się dziecko. Ani to, by żyjący ojciec nie wiedział o istnieniu dziecka. Nie wspominając o osobliwej regule rządzącej ich światem, że kiedy kobieta urodziła dziecko, mężczyzna budował dla niej dom. Konsekwencje stworzenia nowego życia, połączenia, mixu dwóch zazwyczaj zupełnie różnych osób, było jednak tak niezwykłym cudem natury, że potrzebowało nie tylko fizycznej obecności dwojga rodziców, co porozumienia i współdziałania tychże dwojga. Nie bez powodu w końcu natura mówiła, że do stworzenia życia potrzeba było i kobiety i mężczyzny. Do wychowania i ukształtowania małego życia, by poradziło sobie później samo, potrzeba było obojga rodziców. I w tym sensie, dorastanie Nem przerażało Luisę. Obce dziecko nie miało najmniejszych szans na to, by posiadać matkę przy sobie. Miało tylko ojca i siedmiu wujków. Teraz, kiedy mała Rain była na świecie, jakże zrozumiałe wydawały się usilne nalegania Kala, że Sori i Nem mają być rodzeństwem. Nem potrzebowała rodziny, potrzebowała każdego członka swojej rasy, nie tylko wspomnień martwych pobratymców, by ukształtować się emocjonalnie. Lecz nawet z nimi, coś w niej pozostawało skrzywione. Nie potrafiła zaufać swojemu sercu. Nie miała przykładu w domu, nie wiedziała po prostu jak tego dokonać prócz dosyć czarno-białego obrazu ‚jesteś przeciw lub ze mną’. Ostre, nadopiekuńcze instynkty, jakie obserwowała u każdego Kamaha wobec dzieci, tym bardziej Nem wobec Rain, były doskonałym uzupełnieniem, odpowiedzią na zapotrzebowanie emocjonalne dzieci tej rasy. Było coś naprawdę przerażające w tym, jak łaknęła uwagi, uczucia i akceptacji ze strony Rathisa, obojętnie jakim typem by nie był. Gdyby był kimkolwiek innym, Nem starłaby go z powierzchni ziemi. Ale on był sobą, Rathisem, jej ojcem. Z jednej strony dawał jej to poczucie, ale z drugiej Luisa nie mogła się sama oprzeć przeczuciu, iż sam nie do końca wiedział, jak zapewnić swojemu dziecku to, czego potrzebuje tak bardzo. Sam nie został nauczony tego. Ale się starał. Nie mogła mu tego odmówić….

Ale też podobnie, nie została tego nauczona Rain. Rodzeństwo miało zielone oczy, lecz Luisa nigdy właściwie nie słyszała o tym fakcie prócz z ust Kala czy Nem. Z kolei Rain wydawała się całkowicie zdrowym emocjonalnie obcym, o ile takiego określenia mogła użyć. Wszystko, co o niej słyszała, wręcz ostro kontrastowało z tym, co słyszała o jej bracie. Lecz być może… być może to była tylko kolejna cecha lojalności Kamahów wobec siebie. Ich gwałtownych potrzeb emocjonalnych. Potrzeba akceptacji u Nem była wręcz nienasycona, intensywna, gwałtowna, tym silniejsza, im starsza była sama obca królowa… i z każdą kolejną minutą życia jej maleństwa. Rain jak nic innego otworzyła oczy swojej mamie i jej otoczeniu, czego brakowało w jej życiu. Kal już nie mógł pomóc, w rzeczywistości być może zrobił nawet więcej niż ktokolwiek przewidział czy był zdolny zrobić. Nawet na poziomie emocjonalnym Nem wiedziała, że chociaż jej prawdziwym ojcem nie jest, to ma jego całkowite poparcie, włączając w to nawet śmierć jej brata. Brata!

Tutaj chyba właśnie zaczynała się różnica miedzy Rain a Nem. Bądź co bądź, Luisa nie mogła zignorować prostego faktu, że Nem była nie tylko bratanicą pani Langley, ale i sama posiadała spory zestaw jej genów, odpowiedzialny za podstawowy ludzki, humanoidalny kształt powłok. Były prawdopodobnie podobne w wielu sprawach, wyłączając wygląd. I podstawowa różnica, jaka kiedykolwiek przychodziła na myśl i Luisie, i samemu Redgardowi, porównując dwie kobiety sprowadziła się do jednej głupiej i jakże prostej konkluzji. Alec nie był Kalem.

Problem był o tyle niesamowity, iż prawdopodobnie bez dziecka sprawy mogłyby się ułożyć inaczej. Nem nie miałaby poczucia, że jest z nią z obowiązku – och, przez jeden krótki dzień zdążyła się nasłuchać kłapania Nem o ich rozmowie – lecz interesuje się nią dla niej samej. Ostatecznie Alec wcześniej nie wiedział o jej obcym pochodzeniu, nawet ze wszystkimi tymi wskazówkami wokoło. I gdyby Nem nie była w ciąży z Rain, pojawiłaby się w Seattle jeszcze tego samego dnia, w którym spłonęło Manticore. Ale jak to w życiu bywa, sprawy nie ułożyły się tak prosto. Ilość przeszkód i dziwnych zrządzeń rozdzielających ich przez rok była wręcz imponująca. Ale i tak paradoksalnie, pierwszym i jedynym powodem rozdzielającym tę dwójkę na bok, było ich dziecko.

Luisa mogłaby ująć to w dwóch słowach: za wcześnie. Kamahowie nie mają nigdy dzieci, jeśli oboje tego nie pragną i nie są gotowi na małe mieszające wszystko w związku życie. Tam nie było wpadek. Tym ironiczniejsza była sytuacja Nem. Bo Nem była kwintesencją Kamaha… i zarazem była tak bardzo nie-Kamahem. Jej funkcja jako królowej wymuszała to niejako. Stać z boku. I przeszkadzała jednocześnie w wyleczeniu zielonych oczu. W głowie Nem zawsze bowiem tkwiło to przekonanie, że inni muszą ją kochać, a nie chcą. Jej pozycja to gwarantowała. Dlatego trudno było jej uwierzyć i przyjąć miłość i akceptację innych niż Kala czy Rathisa. Oni nie czuli tego obowiązku, przymusu… przynajmniej nie przed odzywaniem się pieczęci w niej. Może też to było powodem, dla którego tak długo odrzucała królewskie obowiązki, po prostu wybierając pozostać dzieckiem rozpieszczanym przez ojca i brata?

Tym bardziej sprawy wydawały się skomplikowane dla Nem i jej związku z Aleciem. Gdyby wszystko ułożyło się między nimi dobrze, Alec mógłby okazać się błogosławieństwem dla całej rasy Kamahów i dzięki temu sam zapewniłby transgenikom chyba po wieczność wdzięczność obcych. A Kamahowie potrafili się odwdzięczyć… Królowej, która jako pierwsza od tysiącleci, mimo swojego młodziutkiego wieku, problemów osobistych i zielonych oczu, stanęła na wysokości rzuconego jej wyzwania jeszcze przed koronacją. Psiakrew, Luisa czuła się wręcz dumna z niej. Niecodzienne uczucie, być po prostu dumną z małego piekielnego diabełka o zielonych smutnych oczach. Najczęściej się o nią martwiła.

Jak Kamahowie w przypadku powodzenia Nem-Alec zamierzają się odwdzięczyć transgenikom, nie miała pojęcia. Podejrzewała jednak, że to musiało być związane z faktem, że Kal pozostawał na Ziemi, a przez to inkubator Rain został usunięty ze statku i przewieziony do domu Langleyów w Kalifornii. To było raczej długofalowe działanie, od kiedy właściwie mało kto wiedział, co wyniknie z tego bałaganu…

„Myślisz, że może mnie jeszcze tutaj spotkać coś dobrego?” głos Nem był zupełnie niespodziewany, cichy. Tak cichym iż nawet nie kwalifikował się jako szept. Luisa nie po raz pierwszy od wpadnięcia w trans królowej, zastanowiła się ponuro, co się wydarzyło. Niestety, jej tu nie będzie, by pomóc. Będzie daleko od Ziemi.

Dlaczego dobre rzeczy zawsze mają nutę goryczy?

„Jeszcze? To znaczy, że coś dobrego jednak tutaj masz.” rzuciła notatnik w stronę otwartej torby i ostrożnie wstała od biurka. Jej ludzkie ciało nie pracowało normalnie, leki i substancje mające pomóc jej akomodować się do inkubatora jednak swoje robiły. Miały wprowadzić jej ciało w letarg… i wprowadzały, przynajmniej tak długo, jak Redgara nie było w pobliżu. Ludzkie czy obce serce, zawsze wyprawiało dzikie harce w obecności jej męża.

„Kal. Rain.” Nem mruknęła, przygryzając wargę. Słodki, nerwowy gest, będący częścią roswellowskiego ‚ja’ Nem aka Liz nie uszedł uwadze Luisy. Bardzo ostrożnie usiadła przy kanapie i delikatnie, tak aby nie zbudzić Rain, pogłaskała ją po malusieńkiej rączce. Była nie większa niż trzymiesięczne ludzkie niemowlę. Zawsze rozmiary obcych zadziwiały Luisę… i najwyraźniej Rain fizjonomii tatusia nie odziedziczyła. Za wyjątkiem serduszka, niestety.

„Żałuję, że nie będzie mnie tutaj, by ci pomóc.” westchnęła „Ani nie będę potrafiła się z tobą skontaktować bez opuszczenia inkubatora.”

„Tak. Beznadzieja, co nie?” kolejne mruknięcie pod nosem tak bardzo przypominało w tej chwili zachowanie Michaela Kamiennej Ściany, że Luisa musiała wręcz zastanowić się, czy chłopiec oby na pewno nie odziedziczył czegoś po Kamahach. Z drugiej strony…

„Tylko, pamiętaj o jednym… Michaelu.”

Nem usiadła, niechcący budząc przy tym córeczkę.

„Co masz na myśli?” spytała naprawdę zaintrygowana. Luisa uśmiechnęła się. Dobrze. Coś jednak w tej główce mała miała.

„Czasem musisz coś zaryzykować, tak jak on zaryzykował dopuszczenie Marii. Czasem nawet bardzo zaryzykować, wbrew temu co tam szepczą twoje zielone komórki…” postukała z czułością w czółko obcej „Czasami trzeba w coś uwierzyć swoim sercem, wbrew logice, faktom, dumie… przekonaniu, treningom, doświadczeniu. Uczucia nie poddają się logice, pamiętaj o tym.”

Ciężkie westchnienie jakie wydobyło się z piersi obcej mówiło aż nadto wyraźnie, że czasem uwierzenie na słowo ukochanej ludzkiej cioci bywało równie trudnym zadaniem co odbudowa rasy. Ludzki kształt zniknął sprzed oczu Luisy, kiedy kontynuowała. Teraz był czas dodzwonić się do tego, co było Nem bliższe niż wspomnienia umarłych. Do słów Kala. Jemu wierzyła bezgranicznie. Co więcej, była to wiara nie tylko oparta na uczuciach dziecka, ale i doświadczeniu.

„Pamiętasz, ile razy zgrzytałaś zębami, nie rozumiejąc ludzkich, emocjonalnych zachowań? Kiedy popełniałaś błąd w ocenie…”

„Kal zawsze mówił, że emocje nie poddają się logice.” świecąca istotka dokończyła za nią, jakby recytowała wyuczoną lekcję „Dlatego nie można ich wszystkich przewidzieć ani ocenić właściwie przez obcowanie z ludźmi. Ludzie sami często reagują inaczej niż się spodziewają, że zareagują w danej sytuacji.”

„Po prostu czasem zaufaj swojemu sercu.”

„Sercu? Moje mówi mi właśnie, bym zaprogramowała granilith w sekundzie, kiedy opuścicie Księżyc i fiuuu, za wami. Właściwie to oba tak mówią.”

Uch, to był chyba wyjątkowo ciężki anty-Alecowy przypadek. Aż się bała myśleć, co facet przeskrobał popołudniu, kiedy Nem była u niego z drugą wizytą. Wiedziała też, że Nem nie wyjawi niczego. Taka była.

„Powiedziałabym, pragnieniu serca. Nie tylko dręczącemu cię pragnieniu akceptacji czy bezwarunkowego zaufania ze strony innych. Na te dwa niektórzy pracują lata i zdarza im się zejść z tego świata, nim osiągnąć jedną setną tego, co chcieli. Czasem nasze działania mówią zupełnie co innego niż byśmy chcieli w głębi serca. Pamiętaj, że to, co chce twoje serce, jest zazwyczaj ostatnim motywem twoich działań, to, co robisz, to zazwyczaj nie to, co byś chciała. Jak teraz. I nikt o tym nie wie, co czujesz, nawet ja, chociaż powiedziałaś mi przed chwilą. Wciąż nie rozumiem wszakże natury obcych, chociaż żyję z jednym tyle lat…”

„Uchm.” mruknęła. Luisa przytuliła ją mocno, a mała Rain radośnie pisnęła i przyłączyła się do uścisku swym drobnym ciałkiem. „Powiedziałabym jednak, że dzięki temu trochę zmądrzałaś.”

„Ha. To raczej od pisania książek o obcych, niż od czegoś innego. No i przez upartą świecącą istotkę, która miała to dziwne uczucie w sześcioletnich serduszkach i uparła się wbrew wszystkiemu, że będę doskonałą ciocią, chociaż wszyscy trzęśli się na myśl, że mogłaby w ogóle rozważać polubienie człowieka.”

Obie mimowolnie się roześmiały. I im obu ta chwila radości była bardzo potrzebna.

~ * ~

Alec siedział na barowym stołku, jego plecy zgarbione, a wyrażenie na przystojnej facjatce raczej zdecydowanie ponure. Mętny wzrok utkwiony w kolejnej porcji whisky wcale nie widział bursztynowego trunku. Widział zieleń, czystą zieleń płonącą nie tak dawno temu w kobiecych oczach. Nie potrafił zapomnieć jej wyrazu, kiedy mówił te okropne słowa…

Nie chcę cię widzieć. Już nigdy, rozumiesz?! Wypierdalaj z mojego życia i zabierz ze sobą te swoje sekrety. Obejdę się bez nich.

Zacisnął powieki ze wstydu. To już prawie tydzień, a on sam nie potrafił nawet pokusić się o próbę zrozumienia własnego zachowania. Wiedział, że jego instynkty oszalały w momencie, kiedy zobaczył ciało Biggsa powieszone nad bramą. Nie zostało w nim wówczas ani krztyny rozsądku, by to skontrolować, kiedy zobaczył wiadomości.

Przez pierwszą minutę powtarzał sobie jak szalony, że to nie mogła być prawda. Nem żyła. ŻYŁA! Czuł to. Ale z każdą mijającą kolejną minutą wlepiania zdumionych oczu w ekran telewizora, jego wściekłość i szał rosły.

Nie musiał mieć rozumu, by wiedzieć, że stanął wobec dwóch opcji, każda jedna gorsza od poprzedniej.

Szybko opróżnił kolejną szklankę. Wciąż pamiętał jakim echem odbijały się w jego głowie dźwięki jej miękkich, spiesznych kroków kiedy przychodziła do jego mieszkania wieczorem.

I ten sam dźwięk, ani szybszy ani powolniejszy, towarzyszył jej odejściu.

Chryste, jak on nienawidził sam siebie za to, co zrobił, co powiedział. I chyba jeszcze bardziej nienawidził się za to, że nie potrafił zapanować nad własnymi instynktami, że ból i reakcja na okazany brak zaufania wzięły nad nim przewagę wespół z całkowitym szaleństwem. Jakoś, gdzieś w głębi duszy całkiem silny głos wręcz wrzeszczał, że może pozwolić sobie na zranienie jej tak samo, jak ona zraniła jego, ponieważ obojętnie jak bardzo ją zabolą jego słowa, ona wybaczy i szybko zapomni – jak zawsze to robiła – podczas gdy jemu wyładowanie własnej frustracji i niemocy w zdobyciu jej całkowitego zaufania pomoże się skontrolować.

Nadzieja matką głupich.

Nie uderzyła z powrotem, stała tam i po prostu patrzyła jak wyrzucał z siebie całą złość. Z każdą upływającą sekundą jej oczy stawały się coraz czystszą zielenią, tak intensywną, że jej spojrzenie, zarazem tak pełne wyrazu jak i ukrywające myśli i emocje, było tą rzeczą, która spowodowała jego uciszenie się.

Właściwie to urwał w pół słowa, w pół zdania, i niestety aż nadto niż po kilku wyrzutach i nieprawdziwych słowach, dyktowanych przez frustrację. Stała tam jeszcze przez kilka sekund, chyba czekając czy ma coś jeszcze do powiedzenia, tymczasem do niego docierało z przerażającą świadomością znaczenie tego, co zostawiło jego usta. Co zrobił.

Och, Chryste, kiedy powieki na ułamek sekundy zamknęły się na tym spojrzeniu, wiedział, że sam wydał na nich wyrok.

Powinien wiedzieć. Powinien wiedzieć, on, nawet po ponad roku od jej niewiarygodnego wyczynu na lotniskowcu, że Nem nie można przycisnąć, zmusić do czegokolwiek. To wywołuje najgorsze w niej. Zawsze wywołało i on jakoś to wiedział. Dźwięk zamykanych drzwi był doskonałym przypomnieniem, że czasem on sam, bez jej pomocy, mógł się dowiedzieć czegoś o niej i jej działaniach.

Nie powiedziała ani słowa, nie obróciła się, nie posłała innego spojrzenia. Zamknęła oczy i zamknęła drzwi za sobą.

W ułamku sekundy chciał wybiec za nią na korytarz i zatrzymać, ale znajomość jej desperacji by nie zostać do czegoś zmuszoną, przymocowało go do zimnej podłogi na długie minuty.

Powinien wiedzieć lepiej. Powinien wyjąć swój rozum z czterech liter i przestać myśleć jak żołnierz, a zacząć myśleć jak ktoś z sercem. Ale desperacja zabrała jego rozsądek na długie wakacje. I zostały dwie opcje walczące ze sobą dziko w jego głowie, kiedy zamroczony bólem i niemożnością znalezienia jej, czekał w swoim apartamencie, gapiąc się na kolejny kanał wiadomości trąbiący o śmierci najbogatszej kobiety świata, jedynej spadkobierczyni miliardera Kala Langleya. Pierwsza włączała jeden prosty fakt, wysysający powietrze z jego płuc w bardzo bolesny sposób. To mogła być prawda.

Druga opcja była odwrotna. To było przedstawienie. Jedno wielkie cholerne przedstawienie, a on nie tylko nie został na nie zaproszony, ale nawet nie był na widowni. Wszystko, co wiedział, pochodziło z telewizji, gdy tymczasem zapewne jego oddział przeczesywał wszystkie możliwe ślady, by odkryć prawdę.

I druga opcja była o tyle boleśniejsza, że włączała jej zniknięcie. Nie ufała mu, wbrew słowom Ratha – kto by zresztą ufał sukinsynowi? – i po ich spotkaniu postanowiła zatrzeć za sobą wszelkie ślady. Chciała uciec od niego, nie chciała go i gotowa była poświęcić swoje życie bogatej dziedziczki dla osiągnięcia celu.

Lub też to było częścią jakiegoś złożonego planu, by zostawić planetę. Biggs mówił o odlocie. Biggs mówił, że nie zasługiwał na Nem i po raz pierwszy od rozpoczęcia całego tego zamieszania, Alec był gotów zgodzić się z martwym przyjacielem.

Którakolwiek opcja była prawdziwą, każda mówiła, że albo stracił Nem na zawsze – ją i ich dziecko, albo stracił ją i dziecko na zawsze, odchodzące gdzieś poza planetę, a on nie miał najmniejszego pomysłu, gdzie, jak i kiedy. I nie miał zasobów, by to sprawdzić.

Właściwie to dźwięk jej kroków w korytarzu był ostatnim gwoździem do trumny. Stracił Nem. Odrzuciła go. I po co teraz przychodziła? By się napawać zemstą na nim, napawać jego zranionymi uczuciami?

I niestety wszystko, co tłumił, wybuchło przeraźliwie mocno i boleśnie.

I niestety, dzisiaj był oficjalny pogrzeb pani Nemin Elizabeth Langley i jej córeczki, Rainis Claudii Langley.

Ich córka nie nosiła nawet jego nazwiska. I on by tego powodem. On to spowodował. Nie mógł winić nikogo oprócz siebie.

Och, jak chciał zapomnieć swoje słowa, zapomnieć jej wzrok… ale zieleń wryła się w jego mózg jak jakaś przeraźliwa mantra. A przecież wszystko, co chciał od losu, to tylko trzymać znów Nem w ramionach i cieszyć się istnieniem ich córeczki. Może nawet postarać się o rodzeństwo dla niej.

Był kompletnym idiotą, taka była prawda.

Westchnął i starannie unikając patrzenia na telewizor brzęczący cicho w kącie, zsunął się ze stołka. Położył na barze napiwek dla barmana i z kurtką w dłoni wyszedł na wrześniową noc.

Uderzenie przyszło niespodziewanie. Chociaż prawdopodobnie gdyby nawet wyczuł napastnika, nie broniłby się. Stracił wszystko, co się naprawdę liczyło. Chociaż może oprócz Tava, ale nawet jego młodszy braciszek chodził zgnębiony ostatnimi czasy.

Walczyć? Po co?

~ * ~

Ky spoglądał od Joan, przez poważne twarze Mole’a i Dixa po ponurą jak chmura gradowa Jeminę. Centrala TC wypełniona była zupełną ciszą, przerywaną jedynie piskami aparatury. I co najmniej dwadzieścia innych par oczu patrzyło się na tę czwórkę. Teoretycznie niewiele mieli ze sobą wspólnego, prócz jednej jedynej troski.

McDowell zaginął między jednym a drugim posterunkiem straży. Joan pilnowała go w Crash, Jemina, Zen i Tav byli na zewnątrz. Teraz prawie wszystkie samce w oddziale alfy przeczesywały miasto w jego poszukiwaniu. Co chwila docierały do Dixa kolejne meldunki, wykluczające raz za razem miejsca, do których mógł pójść w samotności. Ale Alec głupi nie był. Nie łaził sam nocą po mieście. Zbyt wiele od niego zależało. Z każdą upływającą minutą nastroje się pogarszały na równi z prognozami.

Nie było go już dwie godziny.

Dwie cholerne godziny, podczas których nie mieli pojęcia, co się stało, nie mieli śladu, by nim podążyć. Nic, tylko przypuszczenia. Dwa oddziały sprawdzały wszelkie bazy policji, NSA, wojska i cokolwiek wspólnego z rządem jeszcze funkcjonowało w mieście. Nawet to mogłoby nie pomóc. Pamięć Biggsa, zlinczowanego przez zwykły tłum, była wciąż niczym świeża rana posypana solą. Wszystko mogło się wydarzyć. Każdy modlił się, by tylko nie stało się najgorsze.

„Czy ktoś sprawdzał Nem?” Ky spytał w końcu. Joan potrząsnęła głową przecząco.

„Wciąż ani śladu jej lub dziewczynki.”

Kilka osób zerknęło na nich ciekawie. To było ich wspólną tajemnicą, że Nem i Alec mieli córeczkę. Nawet nie wszyscy członkowie oddziału 494 wiedzieli o dziecku. Tak było bezpieczniej.

„Sprawdzaliście w Roswell?”

„Sprawdzaliśmy wszędzie, Ky. Ta mała wie co robi.” mruknęła z goryczą „Nawet sobie nie wyobrażam, do jakiej perfekcji w unikaniu jednostek specjalnych musieli dojść przez te dziesięciolecia. Ona nie chce być znaleziona.”

Ky westchnął z czysta frustracją. Z ogromną chęcią wydobyłby z Aleca, co się stało w dniu tej medialnej wrzawy, lecz każdy kto tylko zbliżał się do tego tematu, ryzykował życie. Alec nie mówił o Nem i zamknął się zupełnie w sobie. Wiedzący podejrzewali najgorsze. Odlot.

„Albo jej tu nie ma.” Zen wszedł do centrali, wypowiadając na głos myśli wszystkich „I cieszę się, problemy z nią każdego mogłyby przyprawić o niestrawność.”

„Zen!” Joan warknęła.

„No co?” wzruszył ramionami „Nie jest tajemnicą, że przez ostatni rok nie mieliśmy lidera z jej powodu.”

Ky tylko wzniósł oczy do sufitu. Nastroje przeciwko Nem potęgowały się z każdym dniem beznadziejnego stanu Aleca. Teraz jeszcze to. Mało brakowało, by ja zaczęto oskarżać o zniknięcie 494.

Swoją droga, to może być myśl… dumał. Niekoniecznie musi być odpowiedzialna za to, ale być może uważała na niego tak, jak sugerował Brown.

Wyjął komórkę i wybrał numer, znany naprawdę nielicznym. Wszedł w jego posiadanie podczas kilku zwiadowczych wypadów do Roswell. Prywatny numer pana Parkera. Zastrzeżony oczywiście. Jeśli Nem była na Ziemi, to prawdopodobnie facet musiał coś wiedzieć. I nie sądził, by przy prawdziwej tożsamości swojej przybranej córki wyłączał aparat na noc.

Los mu sprzyjał. ‚Słucham’ Parkera nie nosiło najmniejszego śladu zaspania. Mógł być środek nocy, ale o najwyraźniej czuwał.

„284. Mogę rozmawiać z Nem?”

Zaskoczone sapanie po drugiej stronie powiedziało mu wszystko.

„Nie ma jej tutaj.” chociaż odpowiedź przyszła bezzwłocznie, to jednak była pełna ostrożnej rezerwy „Rozumiem, że to coś pilnego?”

„Jak cholera.” warknął „Przekaż, że 494 zniknął.”

Krótkie milczenie po drugiej stronie.

„Ona wie.”

„Ta? Niby skąd?”

„Wyszła w prawdziwym pośpiechu godzinę temu. Prawdopodobnie jest już w Seattle.”

„Czy chcę wiedzieć, jakim cudem?”

Parker roześmiał się.

„Prawdopodobnie nie. Znasz adres apartamentu Langleya?”

„Rathisa?”

„Nie. Langleya. Nem przed przeprowadzką do Rathisa miała swój własny apartament. Nie sądzę by tam teraz była, lecz prawdopodobnie ktoś tam jest, kto wie dokąd się udała. To w sektorze 3…”

Zanim jednak Parker podał pełny adres, do centrali wpadł zziajany i prawie zielony ze zmęczenia Tav. Dał sobie trzy sekundy na złapanie oddechu, po czym wysapał.

„Alec jest tutaj…”

Ky wyłączył telefon. Czuł, że to nic dobrego.

„Źle z nim. Nem go przyniosła.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *