Przepraszam (13)

Rozdział trzynasty: Feralna karta historii

Samotność stała się jedyną pociechą, najlepszym przyjacielem. Pamiętała noce, które spędziła schowana w łazience, kuląc się z bólu. Ciemność wokół niej chowała paskudne wspomnienia, nawiedzające ją za każdym oddechem obcej atmosfery, wciąganej do bolących płuc. Czasem oddech był dla niej tak trudny i bolesny, że nie wiedziała, co począć. Serca Soriego – teraz jej serca – tłukły się w jej piersi w nieregularnym rytmie, usiłując złamać tę kruchą równowagę, usiłując odżywić ją i jej uszkodzone powłoki. Ale samotność trzymała się blisko, pocieszała, szeptała uspokajające słowa… żadnych obcych istot wokół, nikt nie mógł jej zranić. Nikt nie przekaże jej swych wspomnień. Nie wchłonie nienawiści innych transgeników, nie poczuje obrzydzenia dla samej siebie.

Samotność trzymała ją blisko, pocieszała, szeptała uspokajające słowa… żadnych obcych istot wokół, nikt nie mógł jej zranić.

Samotność stała się jedyną pociechą, najlepszym przyjacielem.

Nie miała żadnych przyjaciół i samotność była tylko jej. Najbardziej znienawidzona i najbardziej ukochana. Ale jej. Nikogo więcej.

Nem otworzyła oczy, siadając gwałtownie na posłaniu i oddychając głęboko. Gdzieś jakby z oddali dobiegł ją płacz Rain, ale po raz pierwszy jej ciało nie zareagowało jak zwykle, lecz w jej systemie wciąż buzował niepokój, strach i zadziwiająca pewność, że stanie się coś złego.

„Wasza Wysokość?” Syl, narzeczona Darena nieśmiało zajrzała do sypialni. Machinalnie skinęła do niej głową, przygryzając nerwowo wargę. Stanie się coś naprawdę złego.

Odchyliła pokrycia i wstała z posłania. Podniosła na ręce Rain, która natychmiast przestała płakać. Ale i tak jej skupienie prysło niczym bańka mydlana. Zaraz też pojawił się Kal.

„Nem, co…” ucichł momentalnie widząc zanikającą z jej dłoni energię „Koszmary?”

Pokiwała głową.

„Coś się wydarzy a ja za cholerę nie wiem co.” zacisnęła pięści we frustracji. Czuła się jak głupie dziecko, które nie opanowało prostej tabliczki mnożenia. Była przy tym odpowiedzialna za los swojej własnej rasy. A nie potrafiła tylu rzeczy! Tylu spraw nie rozumiała zupełnie albo pojmowała coś niewłaściwie, na opak, albo poprzekręcała w najbardziej niesamowity sposób. Trzeba było podejmować decyzje, ustalać mnóstwo rzeczy a jednocześnie generować energię z pieczęci na poziomie, którego nigdy nie doświadczyła.

Dziewięć tysięcy istot stworzonych z zapisów kamahskiej pieczęci królewskiej w ciągu zaledwie miesiąca. Albo oszalała albo mieli mnóstwo szczęścia.

Co do diabła w ogóle sobie myślała? Że odtwarzając rasę zmyje z siebie piętno hańby na jaką naraziła Rain, że nie zapewniła jej ojca, który by ją kochał i akceptował od pierwszej sekundy istnienia? Czegoś takiego nie można było zmyć. To był jej błąd i jej córeczka za niego płaciła.

Nienawidziła tej planety jak nigdy wcześniej. Nawet krótko po katastrofie w grudniu 1947 jej nienawiść nie była tak paląca i niepokojąca. Negatywne emocje były zabronione przy zielonych oczach na równi z morderstwem… lecz czasami nawet jej żelazna wola ustępowała pod naporem nieszczęść.

I teraz jeszcze jej nie wykształcona zdolność przewidywania przyszłości usiłowała coś jej przekazać, a ona nie potrafiła tego odczytać. Nie potrafiła, bo nigdy nie rozwijała tych zdolności, nie chciała być królową, bo bycie królową odpowiedziałoby na pewne cholernie bolesne pytanie, którego nie chciała stawiać w świetle dziennym. Ale jak to bywa, przeznaczenie samo ją dopadło. Nie chciała dobrowolnie sięgać po pieczęć, to życie zmusiło ją, by zrobiła to wręcz z pełnym zapału zacięciem, by uratować córeczkę.

Nie ucieknie, chociażby nie wiem, jak się starała… a jeśli by uciekała wystarczająco długo i wytrwale, ktoś z jej bliskich zapłaciłby za to a ona zostałaby zmuszona do zrewidowania znów całego życia… w jakiś inny bolesny sposób. Przewrotny los już by coś wymyślił.

Kal ujął jej dłonie, mimo, że Rain wciąż była wtulona w jej szyję. Delikatnie rozprostował palce.

„Martwisz się Radą?”

„Nie… chyba nie. Wiem, że powinnam, ale w mojej głowie szepcze mi jakiś głosik, że nie mają żadnej skargi o której bym nie wiedziała. Cokolwiek przeskrobał, wiedziałam o tym.”

„Już się zbierają…” mruknął cicho „Wyjdź z bazy na ten czas.”

„Tato…” zaczęła, ale dotknął małym palcem jej ust.

„To tylko jakaś godzina… możesz akurat spotkać Aleca.” wziął od niej Rain „Twój umysł skupi się na codzienności i teraźniejszości, zamiast bujać gdzieś.”

„Powinieneś zostać psychologiem.” stwierdziła, unosząc dłoń, by zmienić kształt na ludzki.

Zaśmiał się, całując ją w czoło.

„Jestem tylko rodzicem. To chyba aż nadto… Niko będzie reprezentował królewską rodzinkę na forum Rady, nie martw się, może zostawi na Rathisie jakieś piórka… A teraz sio. Zmykaj. „

~ * ~

Tav chwycił Biggsa mocno, ale zupełnie niepotrzebnie. Facet chyba coś przeczuwał albo Cece mu przekazała wieści… o ile się do niego odzywała, dumał. Ilość problemów, jakie wywołała gadka 593 bez wątpienia wciąż pozostawała nieoszacowana. I jak znał Aleca, jeszcze nie raz potknie się o nieufność i gniew Nem.

Wyciągnęli go na zewnątrz, ignorując zdumione spojrzenia Maxie G i OC. Nie rzucał się ani nie protestował, więc porozumiewawszy się uprzednio spojrzeniem z Zenem, puścił go. Biggs jedynie poprawił kurtkę na ramionach. Co prawda było gorące lato, ale tego dnia lało i coś chroniące od rzęsistych strug deszczu było dla mających kocie geny X-piątek na wagę złota.

Napotkał zimne, nieustępliwe spojrzenie Aleca. Paradoksalnie, w całym swoim życiu nie był mniej przestraszony 494 niż teraz. Logika i doświadczenie podpowiadały mu, by spieprzać gdzieś daleko, co najmniej na drugą półkulę, nie było nic niebezpieczniejszego niż rozwścieczony transgenik, któremu ktoś odważył się wtrącić między jego i jego kobietę. Zaborczość była wpisana w ich DNA. Prawdopodobnie dziedzictwo po zwierzęcych kuzynach, nigdy nie widział ani nie czuł czegoś podobnego jak u męskich transgeników u ludzi.

Tylko Nem przewyższała ich dziesięciokrotnie w opiekuńczości i ochronności wobec potomstwa. Ale jakkolwiek Alec miał prawo się wściec, tak Biggs miał prawo powiedzieć swoje. Ostatecznie, nie przekazał Nem niczego, co nie byłoby prawdą… Jakoś wątpił w to, że Alec bez mrugnięcia okiem zaakceptuje i zgodzi się na to, co niosłoby związanie się z Nem. Jezu, była królową obcych istot, jednej z najpotężniejszych ras wszechświata! Może teraz nie było ich wiele, ale do diabła jeśli od paru milionów lat dysponujesz technologią przenoszenia wszelkiej żywej i martwej materii z wielokrotną prędkością światła, to nie jesteś mrówką rzuconą na pastwę przewrotnego losu! I jakoś wątpił, by Alec pozwolił sobie utrzeć nosa i schował swoją arogancję tudzież dumę do kieszeni. I jak to najczęściej bywa w całym tym konflikcie najbardziej ucierpiałaby malutka, najpiękniejsze dziecko jakie kiedykolwiek widział. Nawet jeśli jej matka stawała na głowie, by tak się nie działo.

Alec nie zasługiwał na Nemesis.

„Wiedziałeś o Nem i Rain.”

Miał irracjonalną ochotę roześmiać się Alecowi w twarz, ale przezornie się powstrzymał.

„Przez cały ten czas robiłeś sobie jaja, ukrywając prawdę… może uszłoby ci to na sucho, gdyby nie bzdury, jakich naopowiadałeś.” 494 schwytał jego wzrok, wiedział, że to przegrana bitwa, bo facet co jak co dominował, ale jednak odwzajemnił to spojrzenie… nawet jeśli miałoby to trwać tylko parę sekund.

Alec nie zasługiwał na Nemesis. Nemesis zasługiwała na kogoś lepszego niż mogłaby zrodzić ta planeta.

Tav wodził wzrokiem niespokojny od Biggsa do Aleca. Wojna o dominację przeciągała się niebezpiecznie, Tav chciał klnąć w duchu. Cokolwiek łaziło w Biggsie, nie było najmniejszej wątpliwości, że miał naprawdę silną motywację.

„Co jej naopowiadałeś?” głos 494 był przepełniony groźbą, ale Biggs znów nie zareagował. Wzruszył ramionami, ale odwrócił jednak wzrok… spojrzał do wnętrza Jam Pony, uspokajając wzrokiem Cece, wyglądającą za nimi niespokojnie. Alec nie mógł się dowiedzieć, że Cece wiedziała od tamtego wieczoru w Crash. Nie dopuści, by mścił się na jego kobiecie. Szczególnie jeśli była tak wyjątkowa jak jego. 99% zzieleniałoby z zazdrości i gniewu, wiedząc o jego wcześniejszej fascynacji Nem… tymczasem Cece spojrzała na niego niepewnie, nawet nie spytała dlaczego i obiecała milczenie. Całkowita lojalność i zaufanie.

Czym sobie zasłużył na kogoś takiego przy swoim boku?  Na pewno nie dokładaniem starań w Nigerii, by Nem zechciała Aleca.

„Nie powiedziała ci?” uśmiechnął się szyderczo. W następnej sekundzie poczuł metaliczny smak krwi w ustach. Nieszczególnie troszcząc się o rozbitą szczękę, kontynuował głosem przepełnionym gniewem. Na siebie samego, na durny los, który zetknął Nem z Aleciem i spowodował chorobę niewinnego dziecka. Jakby to nie było dla Aleca wystarczającym znakiem, karą, że on nie jest dla niej. „Powiem to tylko raz i bądź pewien, że myślę tak od momentu na tym pieprzonym lotniskowcu… Nie zasługujesz na nią, Alec. Żaden z nas nie zasługuje, co więcej, spowodowałeś jej i jej rodzinie więcej bólu i łez, niż kiedykolwiek się dowiesz. Więc się odpierdol i sam próbuj naprawić coś, co jest nie do naprawienia…” nic nie mógł poradzić na to, że ostatnie słowa były już raczej pełne ostrzeżenia, bez śladu gniewu. Otarł krew z wargi i podbródka, odwrócił się na pięcie i zaczął iść wzdłuż ulicy, im dalej od Jam Pony i Aleca tym lepiej dla nich wszystkich. Nie chciał popełnić jakiegoś błędu, za którym musiałaby zapłacić Cece. Każdy, tylko nie ona.

Uśmiechnął się do siebie, każdy, tylko nie oni. Miał uczucie, że to będzie chłopiec. Cece bezlitośnie wyśmiała go poprzedniego wieczora, mówiąc, że nie można u tygodniowego płodu określić płci i że jego ‚przeczucia’ to tylko pobożne życzenia.

Życzenia życzeniami, będzie chłopiec. I miał nadzieję, że kiedy się urodzi, mała Rain będzie jeszcze na świecie. Bo jeśli Alec jednak dostanie w swoje łapki Nem, spowoduje jej tyle bólu i niepokoju, iż kochające serca jej przybranego brata nie wytrzymają. Jak mogłaby… zresztą, dlaczego w ogóle miałaby rozumieć, jak bezmyślną męską dziwką stał się Alec przez ostatni rok? A nawet gdyby zrozumiała, szybko doszłaby do wniosku, że to jej domniemana śmierć wywołała to błędne koło. A przecież nie była odpowiedzialna za decyzje Aleca.

On przez długi czas nie chciałby nawet myśleć o dotknięciu kogokolwiek obcego na jego miejscu. Alec pieprzył to, co Nem zostawiła mu najlepszego. Pamięć i wyjątkowość ich kilku dni razem. I nawet tego nigdy nie zrozumiał.

Jeśli dobry Bóg gdzieś tam istnieje, to niech albo porządnie przywali 494, by dorósł albo niech się nie pogodzą z Nem… albo niech ona dostrzeże jego niedojrzałość nim dojdzie do tragedii.

Gwałtowne szarpnięcie za ramię przypomniało mu bardzo boleśnie, że Alec nie lubił być ignorowany. Skrzywił się.

„Jeszcze nie skończyłem.”

Biggs wiedział, że to, co teraz powie zostanie uznane jedynie za przejaw zazdrości… ale mimo wszystko Alec przez lata był jego najlepszym przyjacielem. Może kiedyś dotrze do niego prawdziwe znaczenie tego, co wypowiedział dzisiaj.

„Oni mają najlepszy wywiad na świecie, Alec. Myślisz, że nie doniósłby jej, gdybym w czymkolwiek skłamał? Gdyby to, co powiedziałem, chociaż na jotę odbiegałoby od stanu, jaki zastali ludzie Langleyów i zapewne kilkadziesiąt agentów Kamah, byłbym martwym facetem.”

„Biggs…” zgrzytnięcie zębami wybitnie oznaczało kończącą się cierpliwość Aleca.

„Nie mówiłem niczego o twoich uczuciach do niej, tylko o tym, co się stanie, kiedy się spotkacie. Możesz wciskać innym kit do kwadratu, ale i tak dobrze wiem, że przeraża cię jej inność, a jeśli dorwiesz Rainin w swoje łapy, będziesz chciał wydobyć z niej każdą uncję transgenika, jaka w niej tkwi… jednocześnie zabijając w niej dziedzictwo po matce samą nieakceptacją jego. Nienawidzisz myśli, że czegoś nie rozumiesz w swoim dziecku, że coś cię ominęło, że jest inne i że przez twoje błędy mogłoby nie zostać zaakceptowane w naszej społeczności… stąd już krok do tego, by znienawidzić to, czym jest w połowie…” niemal splunął z pogardą „A kiedy spotkałeś się z Nem i rozmawiałeś… czy mówiłeś cokolwiek poza tym, że musisz mieć kontakt z dzieckiem, że chcesz je dla siebie, bo twoja natura tak mówi, że ty potrzebujesz tego? Zastanowiłeś się czasem, co ona musi myśleć i czuć każdego dnia, ze świadomością, iż jej ukochany przybrany brat zapłacił życiem za to, że złamała reguły i sprowadziła na świat nowe życie? I że nawet to nie pomogło… jedynie troszeczkę przedłużyło życie Rain? Że została wyklęta i pozbawiona tego, co się jej należy z urodzenia, że jedyną osobą stojącą między nią a wyrokiem śmierci jest jej przybrany ojciec?” słowa same spływały z jego ust, nie mógł ich powstrzymać; miał jedynie nadzieję, że były wystarczająco bolesne „Jak myślisz, co ona sobie myślała walcząc o każdą sekundę życia córeczki podczas gdy ty pieprzyłeś ludzkie dziewczyny w ilościach hurtowych, poczynając od tej dziwki 452 ledwie parę dni po domniemanym samobójstwie? Co ty sobie myślałeś, że ona nie wie niczego o twoim życiu po wyjściu z Manticore? Psiakrew, wie prawdopodobnie gdzie, z czego i kto wyprodukował papier toaletowy, którym się podtarłeś dzisiaj rano!”

Cisza wokół niego mówiła wyraźnie, że do co niektórych jednak słowa trafiają.

„Ale to są tylko fakty… i pierwsze, co ona słyszy od ciebie na dzień dobry, to litanię, co ty chcesz i sobie życzysz. Niestety, na moje nieszczęście, a twoje szczęście, Kamahowie są o wiele bardziej ochronni wobec swoich rodzin niż transgenicy będą kiedykolwiek. Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że nie chcesz znać obcych. Uwielbiasz Nem, ale każdą jej stronę, manifestującą to, kim jest, najchętniej wcisnąłbyś w ciemny kąt i o niej zapomniał… i pewnie tak zrobisz niejeden raz, bo za każdym razem to tylko ci uświadomi, że po prostu nie zasługujesz na kogoś takiego jak ona. A po ostatnich tygodniach, jakie spędziliśmy z Cece w Seattle, zacząłem myśleć, że nie zasługujesz na żadną kobietę w twoim życiu, Alec. Mamy trzy razy mniej kobiet niż mężczyzn, wielu całowałoby ziemię po której stąpałaby jego kobieta, gdyby tylko dano im możliwość parzenia się… A może tak dobrze dogadujesz się z Maxie G., bo ona też zostawiła nasz rodzaj, zapominając na długi czas, kim jest? Współczuję Nem, że będzie musiała się z tobą użerać aż do odlotu. Ale ostatecznie… nie bez powodu mają system klasowy, a ona jest prawie na samym jego szczycie. U nich jesteś kimś, nie dlatego, że się nim urodziłeś, ale dzięki własnym zasługom i charakterowi. Może jakimś cudem wyjdzie z tego bez rozbitego serca i zniszczonego życia córeczki. Chociaż widząc skalę twojej głupoty przez ostatnie tygodnie, to nawet na to nie mam nadziei…” stwierdził zimno, jeszcze raz odwrócił się na pięcie i pomaszerował przed siebie, roztrącając na boki ludzi.

Niektórzy świadkowie tej sceny opowiadali potem, że z jego uszu unosił się dym… ale być może byli po prostu zbyt pod wrażeniem pierwszego publicznego sprzeciwu wobec władzy 494. Fakt, iż chodziło o kobietę, która niegdyś podobała się im obu, a teraz była matką małej McDowellówny tylko dodawał sytuacji smaczku.

Alec stał tylko milcząco na chodniku, a jego sparaliżowany i przerażony pewnym szczególikiem umysł koncentrował się wokół tylko tego jednego zdania…

Współczuję Nem, że będzie musiała się z tobą użerać aż do odlotu.

~ * ~

Serce Max biło niespokojnie, a jej biedny przeciążony mózg usiłował uporządkować niesamowity chaos, jaki zapanował w niej po usłyszeniu tego jednego zdania.

McDowell o nią walczy.

Czteroczęściowa wypowiedź, prosta, a jednocześnie zwalająca z nóg.

Powalająca. Wstrząsająca. Nawet wcześniejsza dziwna awantura samców z Biggsem, gdzie nawet Cece wiedziała, o co biega i mimo naturalnego niepokoju i ochronności wobec niego, nie zbliżyła się, oraz chęć dowiedzenia się o co szło, zbladła wobec tej sensacji.

Naprawdę, musiała usiąść.

Jej kolana były całkowicie słabe, niezdolne by trzymać ją pionowo, a co dopiero chodzić… ale jej umysł przetwarzał niechcący podsłuchany urywek rozmowy Jeminy, dotychczasowej żeńskiej alfy, a teraz jej zastępcy z inną kobietą niedawno przybyłą do TC, Susie i również pracującą w Jam Pony. Jemina, jak zwykle jej niechętna, nie omieszkała się do tej jedynej i porażającej informacji o ‚tej zdrajczyni’ dodać swoich trzech groszy…

„Ta pseudonawrócona Maxie? McDowell o nią walczy. Właściwie to pierwszy był chyba Drago, ale kiedy usłyszał, jak silna alfa walczy o nią…” Jemina wzruszyła ramionami. Max usłyszała szum materiału jej kurtki, poza tym znała jej gestykulację. „Naprawdę, wielka szkoda faceta na nią.”

„Nie myślałam, że się kiedykolwiek zdecyduje… całe lata unikał jak ognia najmniejszych podejrzeń o to… a teraz nagle publicznie się przyznaje.”

„Nie do końca… Był jakiś człowiek przy niej, ale coś mi się wydaje, że Maxie w końcu przybyło trochę rozumku do pustej mózgownicy, bo zorientowała się chyba w końcu, iż gdyby nie obecna zbyt niska liczba kobiet w stosunku do facetów, żaden transgenik by się za nią dłużej nie obejrzał, nawet jeśli ich nosy mówią, że to niezły zestaw genów… co najwyżej materiał na niezbyt ekscytującą przygodę.”

„Musi mu się naprawdę podobać.”

„Taaa, zrozum tu blond-inteligencję…” zaśmiały się obie i Max zacisnęła ze złości pięści „Ale w innych dziedzinach jednak ją ma, bo nie rozgłasza swojego zainteresowania. Doskonale wie, co by zrobiło jego pozycji chociażby rozejście się tej informacji teraz… co dopiero parzenie się z tą idiotką. To ma pozostać wśród nas.”

„Mimo wszystko szkoda go.”

„Mnie to mówisz? Tylko modlę się o jakiś cud, a biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia i nagłe cudowne pojawienia się rozmaitych osób, to wszystko może się wydarzyć. Nawet jeśli Alecowi uda się przeforsować ten głupi zakaz.”

„Żartujesz? Kobiet wciąż przybywa, ale faceci i tak wciąż stanowią większość.”

„Alec nie narzuci nam zakazu parzenia się z nie-transgenicznymi, o ile nie wymożemy na nim tego samego ze strony samców. Tylko z kolei biorąc pod uwagę przewagę męskich X-piątek liczoną w tysiącach, możemy mieć problemy z dyscypliną… ale myślę, że na chociaż kilka miesięcy będzie można to wprowadzić.”

„Naprawdę?” w głosie Susie zabrzmiały tak desperackie nutki nadziei, że Max mimowolnie się skrzywiła. Czego ona chce? zastanawiała się. Do diaska, Alec nie mógł wprowadzić czegoś takiego, nieprawdaż? To zdecydowanie wykraczało poza sferę odpowiedzialności alfy. Tak, zdecydowanie. Nie, żeby to ją dotyczyło… kolana się pod nią ugięły, ale słuchała jeszcze dalej, chciwie łapiąc strzępki rozmowy. „Naprawdę nienawidzę naszych mężczyzn z ludzkimi kobietami.”

„A jednak…” w głosie Jeminy pobrzmiewały tony, których Max zupełnie nie rozumiała „Zbyt dużo zostanie ich ostatecznie samych, bez pary. Trzeba będzie zapełnić tę lukę. Już nawet Tav martwi się przyszłymi problemami z dyscypliną. Sama myśl, że mogliby nie mieć nigdy  potomstwa jeśli nie znajdą sobie partnerki między nami, zaczyna docierać do coraz większej ilości transgeników. Myślę, że za parę lat będzie normą transgenik-ludzka kobieta… W końcu w naszej naturze…”

Temat stracił już zainteresowanie Maxie… problemy Jeminy i jej wywody nie były ani odrobinę interesujące wobec faktu, że Alec miał pierwsze żądanie wobec niej. ALEC!

Jemina nie lubiła jej od pierwszej chwili, kiedy się spotkały, ponieważ zagrażała jej pozycji pierwszej kobiety w świecie transgeników. Na początku tego nie zrozumiała, dopiero później, kiedy nauczyła się rozpoznawać podszepty instynktów, zaczęła kojarzyć to i owo, a Alec uzupełnił jej wiedzę.

Alec, który siedział przez rok w Seattle, rezygnując z szukania członków własnej części, który zwłaszcza w ostatnich miesiącach właściwie podsuwał jej pod nos co to znaczy być transgenikiem i miał niezmierzone pokłady cierpliwości dla niej… Mimowolnie poczuła przyjemny dreszcz. W świecie ludzi Alec mógł być egocentrycznym bawidamkiem, ale on po prostu przywykł do powodzenia i korzystał z niego. Za to w świecie transgeników… mógł mieć praktycznie każdą, żadna nie zrezygnowałaby z najmniejszej szansy zostania jego kobietą.

I mimo wszystko wybrał ją, która uważała go swojego czasu za najgorszy rodzaj faceta… Ale tak naprawdę Alec był transgenikiem, drapieżnikiem i lubił polować. Nie cenił łatwej zdobyczy.

Zadrżała. Teraz nieprawdopodobnie wiele jego działań nabrało zupełnie innego znaczenia. Uśmiechnęła się mimowolnie, z nutką nadziei.

Pragmatyczna część jej wręcz piała z zachwytu… ponieważ Alec był jej jedyną gwarancją zaistnienia w świecie transgeników i posiadania tam jakiejś pozycji… Nie była głupia, szybko zauważyła, jak bardzo jest nielubiana, mimo, że uwolniła ich od koszmaru Manticore. Po części każdą jej ciężko zdobytą pozycję na tym koszmarnym polu bitwy Jemina podkopywała z prawdziwie mistrzowską wprawą. Po części z powodu prania mózgów, jakim zostali poddani. A po części właśnie z powodu Logana. Nie ważne, jak wiele dla nich zrobił… Po prostu, z zasady, faceci naprawdę nie lubili transgenicznych kobiet z ludzkimi mężczyznami, a po tragedii z Lulu każdy kto tak uważał przestał się kryć ze swoimi poglądami.

Trochę zaniepokoiły ją słowa Jeminy o nowych przybyszach. Czy też przybyszkach. Całkiem spora liczba kobiet nie pojawiła się w Seattle, dopóki od jakiegoś czasu TC nie było główną bazą transgeników, a po kraju nie rozniosła się wieść, że 494 przejął dowództwo. Nie czuły się po prostu wystarczająco bezpieczne. Oddziały łączyły się na nowo i każda kobieta była naprawdę mile widziana w Seattle i nawet Max zdawała sobie z tego sprawę… Co, jeśli pojawi się jakaś żeńska alfa, silniejsza od niej? Albo po prostu ładniejsza lub taka, która nie wodziła w Manticore nosem za Aleciem?

Mogła jedynie zacisnąć kciuki, a jeśli już wydarzyłoby się takie coś… wystarczyłoby trzymać potencjalne rywalki z dala od Aleca. Z pracą w Jam Pony i w TC nie dysponował już nawet czasem, by wpadać do Crash. Wiec ten wolny czas trzeba by mu zająć… Szeroki uśmiech zagościł na jej ustach. Może by tak zaopiekował się przyjaciółką-transgeniczną, która potrzebowała jeszcze wiele się nauczyć, by wrócić do własnego gatunku i znaleźć sobie miejsce w ich społeczności… szczególnie jeśli ta społeczność bez jego opieki i wysiłków najchętniej rozszarpałaby ją na strzępy.

~ * ~

Sketchy zauważył ją już w momencie, kiedy żółto-ciemnoniebieska maszyna zatrzymała się po drugiej stronie ulicy. Sam motor, wybitnie wyścigowy, przykułby uwagę każdego prawdziwego faceta, lecz tym razem cała jego uwaga była na prowadzącej go osobie.

Poza tym widział już kiedyś tą maszynę, nie musiał się jej przyglądać. Jakiś rok temu, na nadbrzeżu portowym. Także poprzednim razem kierowca był centrum jego obserwacji, bo za pierwszym i za drugim razem była to ta sama śliczna dziewczyna. Teraz naturalnie nie miała już brzuszka, dziecko musiało mieć już kilka miesięcy. Ale dziewczyna miała doskonałą figurę, uwydatnioną dzięki szerokim ciemnym spodniom i skórzanej żółtej kurtce. Swoją drogą zawsze zastanawiało go, jak tak drobna osóbka może prowadzić takie diabelstwo z lekkością i wdziękiem. Alec skoro nawet Max miała swój motocykl i szalała na nim, to dlaczego nie sławna doktor Langley, bogata i bardzo zdolna młoda kobieta? Jej ojciec bez wątpienia spełniał wiele zachcianek córki, o obsesji faceta na punkcie jedynej córki krążyły prawdziwe legendy.

Z hełmem w ręku przeszła przez ulicę i … weszła do Jam Pony. Serce Sketchy’ego na moment stanęło. To nie mogła być prawda! Krew odpłynęła mu z twarzy i zazwyczaj blade lice stały się jeszcze jaśniejsze, upodobniając go do ducha…

„Sketchy, lepiej zamów u Aleca jakieś sterydy, bo wyglądasz tak, że nawet Normala przestraszysz…facet dostanie zawału i stracimy robotę.” OC klepnęła go przyjacielsko po plecach, lecz nie bardzo go to obeszło czy do niego dotarło. Po prostu wpatrywał się w niezwykłe zjawisko w żółtej kurtce, które aktualnie oparte o blat ucinało sobie pogawędkę z Normalem.

„Ziemia do Sketchy’ego…” OC wzniosła spojrzenie do sufitu, ale w końcu powiodła je w tym samym kierunku, co on sam i zmrużyła z ciekawością oczy. Dziewczyna niczego sobie. „Nie twoja liga, przyjacielu, po prostu odpuść sobie.”

„Wiem, wiem, że doktor Langley jest nie dla mnie… poza tym jest najprawdopodobniej zajęta, przynajmniej była, jak ją ostatni raz widziałem z rok temu…”

„Doktor?” OC sceptycznie uniosła brew „Poszedłeś po rozum do głowy i udałeś się do psychiatry?”

„Nie, nie, to naukowiec… jej wuj kupował ogromny magazyn i mieszkanie niedaleko mojego starego mieszkania… wiesz, ten, co obrabowali transgenicy… przyjeżdżała do niego przez jakiś czas. Ten fantastyczny motor jest jej.”

OC gwizdnęła przez zęby. Ale pośpiesznie postanowiła zmienić temat, Sketchy nie powinien interesować się zbyt wiele transgenikami. To naprawdę cud, że niczego nie spostrzegł dotychczas.

Ale wówczas na ekranie telewizora nagle pojawiło się zdjęcie bardzo znanej wszystkim osoby. Biggsa. Komunikat głosił, że to niebezpieczny zbieg i należało jak najszybciej zawiadomić odpowiednie służby w przypadku spotkania go.

OC już słyszała jakieś ciche przekleństwo tuż obok, wiedziała, że to musi być jeden z transgeników, ale tak naprawdę dawno temu przestała liczyć, który jest człowiekiem wśród posłańców, a który nie. Jam Pony, ostoja transgenicznego podziemia.

Niestety dla Sketchy’ego, ta cała doktor Langley oderwała się od kontuaru i opuściła szybko pomieszczenie, zmierzając w stronę zaparkowanej niedaleko maszyny. Po drodze skinęła głową Ky’owi. OC zmrużyła oczy na widok jego uśmiechu i odwzajemnionego pozdrowienia. Czyżby to była transgeniczna?

Ale z drugiej strony czas, który sugerował jej nieszczęsny przyjaciel i słówko ‚wuj’ mówił, że rok temu, kiedy Manticore stało jeszcze twardo w lasach pod Seattle, dziewczyna była na wolności. Mogła więc być jedną z uciekinierów.

Musiała pogadać z Max. Być może w mieście pojawiła się jedna z jej zaginionych sióstr?

~ * ~

Był to szczyt godzin pracy, lecz mimo wszystko zbiorowisko ludzi było przeogromne. Tav ze znużeniem zeskanował tłum. Prócz kilku nadgorliwców noszących transparenty i wykrzykujących antytransgeniczne hasła, nie stanowili zagrożenia. Z drugiej strony o tych samych skurwielach, którzy dorwali Biggsa mógł powiedzieć to samo. Zwykli ludzie z ulicy. Ze wszystkich sił starał się nie patrzeć w stronę wiszącego ciała przyjaciela, ale syki płonącego wielkiego X wdzierały się do uszu i tak boleśnie przypominały, co się stało tego wieczoru.

Skurwiele, zapłacą za to.

Nawet nie wyobrażał sobie, co teraz telepie się w głowach innych transgeników, których jego bystry wzrok wyłapał nadzwyczaj szybko. W nosie kręcił się ostry zapach testosteronu i adrenaliny, bez wątpienia faceci byli w stanie alarmu i tylko czekali, by się zemścić, czekali na najmniejszy pretekst. Tamci skurwiele mieli tego wieczoru wiele szczęścia, że wydawali się niezbyt groźni, inaczej zostaliby rozszarpani na strzępy, zanim ktokolwiek zdążyłby mrugnąć i sytuacja eskalowałaby do bardzo otwartego konfliktu.

Albo też to był najbardziej pechowy dzień dla tych morderców, uznał wywietrzając za sobą starszego brata. Alec produkował tyle testosteronu, a cała jego sylwetka promieniowała ledwo skrywaną agresją, wściekłością i żądzą odwetu.

To się nie skończy dobrze.

Nagle w zaułku sąsiedniej ulicy, w cieniach, dostrzegł coś, co bardzo nie pasowało do obrazu ulicy Seattle nocą. Ludzie nie widzieli tego, to coś było tak doskonale skryte w mroku, że nawet on ze swoim widzeniem w ciemnościach miał nieliche kłopoty z zauważeniem ruchu. I właściwie tylko ruch widział, niebezpieczne drżenie powietrza, bo to coś było przezroczyste.

Lecz zanim przedarł się przez tłum otaczający ciało jego przyjaciela, to dziwne coś zniknęło. Niemniej pozostawiło po sobie coś, co nietrudno było mu rozpoznać, ponieważ znał to już całkiem dobrze. Bardzo szybko nauczył się niezwykle ulotnego zapachu kobiety własnego brata.

To była Nem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *