Przepraszam (11)

Rozdział jedenasty: Córeczka kontra tatuś

Mała drobna postać wyglądała co najmniej niezmiernie samotnie i bezbronnie, stojąc tak pośrodku wielkiego i zupełnie pustego magazynu. Tav mógł się jednak założyć o własną głowę, że bezbronna to ostatnie słowo, jakim można by określić Nem. Uparta, odważna, bardzo, ale bardzo samodzielna… i nie dająca po sobie poznać, czy zauważyła swój ogon czy też pozostawała nieświadoma swojej eskorty.

Psiakrew, Nem teraz była ich, a oni chronili to, co do nich należało. Nawet jeśli się to jej nie za bardzo podobało, ale w momencie kiedy urodziła Alecowi córeczkę, stała się częścią ich oddziału. Musiała jeszcze zostać przyjęta do społeczności transgeników. Tav, zapewne w przeciwieństwie do entuzjastycznego wcześniej Ky’a, był pełen wątpliwości. Rozmawiał z Joan, rozmawiał także z Jeminą po zobaczeniu Nem z wózkiem… Jeśli obie kobiety jeszcze w Crash, wiele tygodni temu, zauważyły, że w zachowaniu dziewczyny było coś więcej niż urażona duma czy gniew, mogły mieć rację nie tylko w tym… fakt, że było dziecko, nie oznaczał automatycznie, że Nem będzie z Aleciem, tak samo jak nie oznaczał, że dziewczyna zechce przynależeć do nich. Ona była obcą i nie wątpił, że wpajano jej do głowy nieufność i wrogość wobec wojska.

Coś świsnęło tak cicho, że nawet jego poprawiony słuch ledwo wychwycił dźwięk. Spojrzał na Soriego, który zmarszczył brwi z niepokojem. Ktoś jeszcze tutaj się znalazł.

Dwie sekundy później z mroku naprzeciwko ich wyłoniła się inna drobna postać… chłopiec zaledwie. Ale roztaczał wokół siebie niewiarygodnie intensywne wrażenie siły i niebezpieczeństwa, więc pozostali w oddali, w ukryciu. Psiakrew, kimkolwiek był przybyły, Nem raczej nie byłaby zadowolona, iż śledzą ją bez jej pozwolenia. I mogliby uniemożliwić jej zamiary jakiekolwiek tam miała w związku z tym spotkaniem.

„Co się stało, Nicholas?” głos Nem był dźwięczny, spokojny… lecz nie mieli wątpliwości, że pobrzmiewał w nim obcy akcent.

Nicholas spojrzał niepewnie na młodziutką królową. Nic nie mógł poradzić na to, że kiedy patrzył na nią widział dziecko, które razem z Kalem i Rain oddali pod opiekę naukowców, by wyzerowali jej pamięć. Prawdopodobnie nie pamiętała jego z tamtych wydarzeń i jej znajomość jego osoby i losów i w ogóle wszystko co o nim wiedziała, pochodziło z królewskiej pieczęci. Nie najgorszy start, ale potrzebował czegoś znacznie większego, bezwzględnego zaufania z jej strony, by móc wypowiedzieć na głos to co wiedział… przy pieczęci mógł manipulować Rathis, wciąż miał jednak przewagę ponad tysiąca lat bycia księciem-małżonkiem. Przeklęta polityka, dumał. Jego kamahskie geny wyczuwały obecność kogoś jeszcze w okolicy, ale skoro sama Nem nie podnosiła alarmu, nie oznaczało to niebezpieczeństwa. Pod tym względem miała znacznie lepszy nos.

„Niedużo…”

„Taaa, i po tylu latach nagle bezpośrednio ślesz Numero do mnie, z pominięciem Rathisa.”

Uśmiechnął się ironicznie.

„Rathis jest najgorszym szefem, jakiego miałem kiedykolwiek.”

Chrząknęli zgodnie.

„To, że nie nadaje się już do tej pracy, nie znaczy, że mu nie podlegasz.”

„Podlegamy tobie. Wszyscy, wbrew temu, co osobiście w swojej zielonookiej szurniętej głowie myśli sobie książę Rathis.”

Rath był księciem? Oczy Tava prawie wyszły z orbit, a Solo prawie zaklął na głos.

„Którą jego decyzję kwestionujesz, Niko?” westchnęła, siadając nagle po turecku na zimnej betonowej podłodze. Jeśli to miało mieć charakter audiencyjny, to przynajmniej mogła sobie usiąść. Ostatnie dni były wyczerpujące, przede wszystkim emocjonalnie.

„Rathis rozwiązuje Kamah.”

Uniesienie brwi oznaczało tylko, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę lecz nie wie, w czym problem. I Nicholas zamierzał go jej uświadomić.

„Zawsze pozostawały tyły dla nas. Jesteśmy najlepszym wywiadem na świecie, ale nawet my nie jesteśmy nieomylni. Żadnemu z nas nie podoba się fakt, że Rathis samodzielnie bez zgody królowej rozwiązuje coś, co jest formalną przykrywką dla naszych struktur ratunkowych.”

Nienawidziła polityki i Rathis o tym wiedział. Zezwoliła na likwidację organizacji, wiedząc doskonale, że jej rozwiązane oddziały z czasem zostaną wchłonięte przez organizację Rathisa.

„Likwidacja nie zostanie cofnięta, Niko. Wiesz o tym. Chcesz złożyć oficjalną skargę przeciwko szefostwu na Radzie?” uniosła pytająco brew. Nicholas przełknął.

„Zawsze trafiasz w sedno.” westchnął i usiadł naprzeciwko. Pochylił swoją młodzieńczą głowę, kosmyki ciemnych włosów na moment przesłoniły oczy, w których lśniła niebezpiecznie złość.

„Ale nie przeciwko rozwiązaniu Kamah?” kontynuowała nagle rozumiejąc do czego zmierzał „Wy szukacie jakiejś drogi by zwołać oficjalną Radę… albo to twoje osobiste odczucia?”

Nicholas przełknął ciężko. Pytał królową-dziecko o to, czy wystąpi przeciwko własnemu biologicznemu ojcu na forum publicznym krótko po tym, jak się odnaleźli… Zielonooką królową, która potrzebowała go na równi z tlenem do oddychania. Sytuacja ogólnie niewesoła i patowa, ale inni byli równie zdeterminowani co on.

„Tak. Oba.”

Nem podrapała się nieznacznie po głowie. Myślała raczej o czymś zupełnie innym, kiedy usłyszała Numero, siedząc na parapecie w mieszkaniu Han.

„Zachowaj nas w pamięci… jakże inaczej to brzmi w tymże kontekście, nieprawdaż?” zaironizowała  „Nie masz śladów na sobie energii Rathisa, on nawet nie wie, że od czasu kiedy Kara wysłała cię do popleczników Dimetrosa, zdołałeś wykonać zadanie… prawidłowo?”

Nicholas spojrzał na nią z nowym szacunkiem.

„Tak, nie natknął się ani na mnie ani na moją działalność wśród Skórów.”

„Czy w twojej grupie zmienił się dowódca?”

Dawniej bezpośrednim dowódcą Nicholasa był Kal.

„Nie.”

„Odmówił wystąpienia o zwołanie Rady?”

„Nie, powiedział że oddał prawo do zwołania Rady.”

Zmarszczyła brwi.

„Rathis wyleci za to… Wiesz czym jest karane wystąpienie przeciwko innemu agentowi. Będziecie musieli zastąpić go kimś na tyle znanym w jego organizacji, by to nie budziło podejrzeń… jacy zostali kandydaci, którzy są zdolni oprzeć się szerokiemu skanowaniu Antarian?”

Nicholas chrząknął. To była najcięższa część.

„Żaden nie chce się podjąć.”

Uniesienie brwi królowej nie sugerowało raczej zniechęcenia.

„Możemy podsunąć zmiennokształtnego… ale tak naprawdę żaden nie chce zająć jego miejsca.”

„Osobiste skargi od was wszystkich?” nagle straciła grunt pod nogami. Nie zapowiadało się to dobrze. Psiakrew, nie mogła nawet powiedzieć, że coś śmierdziało strasznie czy było złe… To była katastrofa. Czemu do cholery kamahski wywiad, którego nie zdołali wywieźć z Antaru, albo też zostali z własnej woli by dopilnować określonego biegu wydarzeń, nagle się buntował przeciwko wieloletniemu szefowi? Jasne, że to nie było to samo co podlegać Karze, praca z księciem była o niebo trudniejsza… mógł być jej ojcem, ale także dzięki temu dostrzegała jaki paskudny charakterek nieraz miewał. Sama taki miałaby gdyby Kal nie wziąłby jej pod swoje skrzydła… Posłała dziękczynną, tęskną myśl przybranemu ojcu. Naprawdę dawno się nie widzieli.

Pochyliła głowę, studiując brudny wzór na podłodze… rozmowa przybierała obrót, jakiego świadkiem lepiej niech nie będą transgenicy. Albo przejdą na kamahski… ale wtedy usłyszy o tym Rathis, którzy wykorzystywał pieczęć do śledzenia jej poczynań i mógł znaleźć ślad tej rozmowy w jej energii. Psiakrew, była tak młoda… nigdy nie rozwijała w sobie królewskich zdolności w takim intensywnym tempie jak przez ostatnie miesiące, nie było to wcześniej potrzebne… nie chciała się uczyć polityki ani mnóstwa głupich rzeczy potrzebnych przy podejmowaniu decyzji. Kal robił to za nią. Ona mogła pozostać dzieckiem. Jakże gorzko inni musieli za to zapłacić, zastanawiała się zgnębiona.

Ostatnie dni były zbyt świrnięte.

„Mogę zwołać Radę, ale na posiedzenie tajne… bez udziału księcia.” podniosła na niego oczy, zielone światło lśniło w nich tak intensywnie, że wręcz rozświetlało ciemność… przynajmniej ludzki obserwator odniósłby takie wrażenie gdyby mógł spojrzeć w jej oczy. „Przed tym jednak wymagane jest by treść skargi została przedstawiona formalnie. Zgadzasz się na takie warunki?”

Nicholas powoli skinął głową. To było o wiele więcej niż mógł w ogóle marzyć. To było rozwiązanie idealne. Poza tym Nemin była chyba jedną z naprawdę niewielu kamahskich królowych, które o coś pytały swoich poddanych i liczyły się z ich zdaniem. Naprawdę miła odmiana. Lepiej, by z tego nie wyrosła.

„Nadal pozostaje nierozwiązana kwestia ewentualnej ewakuacji…”

Nem wzniosła oczy do sufitu.

„Zostało postanowione, że najlepsi członkowie Kamah zostaną wciągnięci do organizacji Rathisa.”

Z gardła Nicholasa wydobył się przeciągły, pełen rezygnacji i żalu jęk.

„To decyzja z grudnia, Niko.” zauważyła najspokojniej jak potrafiła. Śmierć Soriego oddaliła ją od innych Kamahów. Zbytnio nie podobały się im jej decyzje… „Rathis jest następny w kolejce po mnie… jak do diabła mam przeforsować coś, co było ich odpowiedzią na zagrożenie mojego zejścia?”

„Brrr, już wolimy utratę pieczęci, zwłaszcza z Rain powracającą…”

„Naprawdę zamierzacie to zrobić?”

Chrząknął na zgodę.

„Jesteście szaleni.”

„No wiesz, my tylko jesteśmy godnymi ciebie naśladowcami.”

Zasłużył na to spojrzenie śmierci, jakie mu wysłała.

„Złóżcie treści skarg na ręce Kala, ja zwołam Radę.” podniosła się z betonu, otrzepując spodnie i kurtkę; przebrała się, ostatecznie Alec i tak nie zareagował zbytnim entuzjazmem na jej wcześniejszy ubiór więc mogła sobie darować seksowny strój i pozostać przy tym, co było najwygodniejsze przy spłodzonym przez nich małym łobuziaku. Rain była godnym następcą tytułu małego diabelnego cosik.

„Na kiedy?”

„Dzisiaj…” wzruszyła ramionami zupełnie obojętnie „Zostaniecie powiadomieni o wyniku popołudniu.”

„Raczej wszyscy się dowiedzą… ze względu na treść skargi.”

„Kogo dotyczy?” uniosła pytająco brew. Cała ta rozmowa była po prostu niepokojąco dziwna. Z jednej strony drgnęło coś z niej, przeczucie niebezpieczeństwa, a z drugiej pamiętała swoje wcześniejsze przeczucia. Nadchodziły ogromne zmiany, i to nie tylko dotyczyło najbliższych planów jej rasy, stworzenia sobie nowego domu. Coś się stanie na Ziemi.

„Życia osobistego Rathisa.”

„Znowu?” nie mogła powstrzymać jęku rozczarowania.

Niko nie mógł stłumić rozbawionego uśmieszku.

„Rozrabiał.”

„Owszem.” skwitowała sucho i cicho „Już wiem, po kim mam pomysłowość. Zobaczymy się po Radzie.”

„Nie sądzę, byś zechciała widzieć kogokolwiek z nas po ogłoszeniu wyroku.” odparł w podobnym tonie. Pochylił nieznacznie głowę w jej stronę, po czym skierował swoje kroki w stronę wyjścia.

Przez kilka minut w magazynie panowała cisza. Wreszcie Nem drgnęła ze swojego miejsca, spojrzała prosto na dwójkę ukrywających się transgeników i zadała bardzo retoryczne pytanie.

„Powiedz mi, Tav, dlaczego mam bardzo paskudne przeczucia?”

~ * ~

Przez jakieś trzy ćwierćwiecza, licząc ludzką rachubą czasu, nauczyła się kilku podstawowych prawd na temat zabójstwa człowieka przez człowieka.

Ludzie zabijali.

Ludzie zabijali zawsze z powodu. Kiedy cyngiel został pociągnięty, były tylko trzy powody, dla których się to zdarzało.

Bóg – wiara. Uczucie – sex. Pieniądze – bogactwo.

Jeśli zrobiłeś to dla Boga, jesteś terrorystą. Jeśli z powodu kontaktów seksualnych, jesteś mordercą. Jeśli zrobiłeś to dla pieniędzy, jesteś najemnikiem.

Ale i tak wszystko sprowadza się do jednego, nieprawdaż?

Władza. Jeden mianownik tak różnych spraw. I tak ludzki.

Nie zaprzeczaj temu. Wyrosłeś wśród nich. W przeciwieństwie do mnie.

Ja nie jestem ludzka. Nie potrzebuję powodu by zabić. Potrzebuję powodu by żyć.

Alec nie mógł powstrzymać gwałtownego niepokoju, który osiadł niczym wrzód na dnie żołądka i boleśnie dawał mu się we znaki. Co prawda, według relacji Zena, Tav i Solo poszli za Nem gdziekolwiek się tam udała… ale nie było ich już dobrą godzinę, stan Han pogarszał się, a Rain zaczynała znowu wierzgać nóżkami. Nie wspominając o tym, że z regularnością szwajcarskiego zegarka i miną niewinnego niemowlaka co trzy minuty domagała się zmiany ramienia na którym była noszona. Jego córeczka miała charakterek, to musiał przyznać. Poza tym podejrzewał, iż cała ta kamahskość Rain… objawiała się nie tylko w jej chorobie. Była zdecydowanie zbyt przytomna i świadoma otoczenia w porównaniu do transgenicznych dzieci w jej wieku, zwracała nawet uwagę na kogoś, kto się odzywał… i miała nosa co do przybycia swojej mamy, bowiem nawet z transgenicznym refleksem nie zdążył mrugnąć, a wyswobodziła się z jego uścisku, zeskoczyła na ziemię i pognała w stronę drzwi… rozmazując.

„Ona chodzi.” wyrwało się zdumiałej Joan.

„… i biega rozmazując.” chrząknęła przyłączając się do zbiorowego zdumionego westchnienia Cece. Szczęśliwie jednak mały diabełek nie potrafił otworzyć drzwi, albo też nie chciał, żaden z nich tak naprawdę nie mógł tego powiedzieć… Alec poczuł jedynie kolejne żądło tego wieczoru, żądło z trucizną powoli zamrażające jego serce. Nawet nie wiedział, że jego własne dziecko nie tylko potrafi chodzić, ale ba, biega z prędkością, której transgenicy uczą się w wieku kilkunastu lat.

Ale jeśli miał być szczery, żądło nie bardzo miało już w co trafiać.

Marzył tylko o tym, by skończyła się ta cholerna niepewność, by Nem wróciła, psiakrew by mógł zamknąć ją w pokoju i nie wypuszczać, nim nie podzieli się z nim każdą skrywaną umyślnie tajemnicą, chociażby miało to zająć całe jego życie. Każda upływająca sekunda pokazywała mu niezbicie z jak różnych światów pochodzą. Nie czuł się bardziej oddalony od niej nawet w momencie kiedy zdrętwiały wpatrywał się chłodną toń oceanu na USS Harry Truman, przekonany o jej samobójczej śmierci.

I jak mogła zostawić u niego dziecko, skoro dopiero co był na szczycie jej czarnej listy?

Drzwi otworzyły się cicho, Tav wsunął się spokojnie do mieszkania. Rain stanęła w progu i czekała posłusznie. Alec przyjrzał się  jej spekulacyjnie.

Była nauczona nie wychodzić z domu bez opieki?

Nie wiedział. Tylko dwa miliony trzysta dziewiętnasta rzecz na długiej liście.

Przebrała się, zorientował się rozczarowany. Co prawda miał przynajmniej tę pociechę, że transgenicy nie zobaczą jej alabastrowej skóry, ewentualnie jakiś rąbek nieśmiało wyglądający spod ciemnych spodni i skórzanej kurtki przypominającej raczej ubrania wielbicieli szybkich motorów niż młodej mamy. Ale golf to już chyba była przesada…  mieli gorące parne lato w Seattle, nawet jeśli teraz były późne godziny nocne!

Przyklękła przed Rain i podniosła ją, rozchuśtowując jednocześnie. Malutka zakwiliła cicho i nikt nie miał najmniejszej wątpliwości, że to była czysta radość. Szeroki bezzębny uśmiech paradoksalnie dodał jej jeszcze uroku. Jaka mama, taka i córka. Nigdy bowiem nie sądził, by bezzębna istota mogłaby być tak rozkoszna.

„Poradziłeś sobie bez podręcznika obsługi kosmity?” uśmiechnęła się miękko. Alec zaklął w duchu. Dla takiego uśmiechu był gotów iść po trupach i lepiej, by Nem tego nie odkryła. Zbyt łatwo mogłaby owinąć go sobie wokół palca.

Niestety, zbyt późno zorientował się, że Joan w szoku bierze głęboki oddech, a Zen, Naomi i Rain reagują podobnie. Oni nie wiedzieli.

Ale jego poprawione zmysły nie wychwyciły takiej reakcji od Cece. Ona wiedziała.

Aby zatuszować nieco niezgrabną sytuację, zaczął pytać… a kiedy już to zrobił, gradowi pytań nie było końca.

„Co ona je? Jakieś specjalne pożywienie dla niemowląt czy też macie własne albo trzeba było zrobić specjalne? Dlaczego nie było butelki? Co można jej podawać zamiast? Kiedy śpi? Ile śpi? O której powinna zasnąć? Ile może siedzieć? Kiedy zaczęła chodzić, kto ją nauczył rozmazywać? Biggs? Na ile rozumie co do niej się mówi? Skąd…”

Upłynęły może z trzy lub cztery minuty, kiedy zorientował się, że Joan wyszła do drugiego pokoju i chichocze gdzieś w kącie, a Nem ze spokojem czeka aż się zamknie. Co też w końcu uczynił, nieznacznie zakłopotany swoim wybuchem.

„Do rana nie musi jeść. Jeśli jest głodna, robi Indianinka.”

Brwi powędrowały pod linię włosów. Robi Indianinka? Co to do cholery jest Indianinek? Albo kto?

„Nie przyjmie pożywienia od nikogo prócz mnie, bez względu na głód.”

„Słusznie.” dobiegł go cichy pomruk Naomi. Ale jego gardło ścisnęło rozczarowanie. Raczej nie będzie mu dane podać butelki własnemu dziecku… albo przecieru, soczku czy co tam małe dzieciaczki jadają i piją. Kolejne marzenie roztrzaskane, zanim nawet zdążyło się spełnić. Ile jeszcze takich będzie?

„Generalnie, nie śpi poza swoim terenem, nie je, nie bawi się… jest bardzo czujna.  Dlatego przyniosłam kocyk. Używam go kiedy jesteśmy z wizytą u Redgara i Luisy. To ją uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa.”

„Zaplanowałaś to…” wyszemrał z niedowierzaniem pomieszanym z gniewem.

Westchnęła, ale na jej twarzy nie odmalowała się najmniejsza aluzja winy.

„Tak. Wiedziałam, że ktoś chce się ze mną widzieć, ale nie myślałam, że tak szybko będę musiała zostawić was dwoje samym sobie.”

„Opłaciło się chociaż?” spytał neutralnie. Jakiś cień przemknął po jej twarzy i miał wielką ochotę w tej chwili wziąć ją w ramiona i utulić. Miał dziwne wrażenie, że pomimo pogody ducha widniejącej na jej młodziutkiej twarzy, jest dziwnie smutna i przygnębiona.

„To zależy… spytałeś, jak długo może siedzieć bez szkody, prawda?” ostrożnie zawinęła Rain w kocyk. Mała pokręciła się przez chwilę w ramionach mamy, spacerującej w tę i z powrotem po niewielkim przedpokoju, po czym zamknęła oczka i sapnęła z zadowolenia. Jest taka piękna… nie nawet z urody, ale wyraz jej twarzy kiedy tuli Rain…

„Tak.” odparł po dłuższej chwili milczenia „Nie chciała się ruszyć.”

„Protestowała przy najmniejszej próbie podniesienia jej tak, że praktycznie cała ulica teraz sądzi, że maltretowaliśmy dziecko.” przyszła mu z ‚pomocą’ Joan. Rzucił jej mordercze spojrzenie. Spojrzał z powrotem na Nem i zorientował, że uśmiecha się z błogą satysfakcją.

Psiakrew, scałowałby ten uśmiech.

„Co?” spytał zaintrygowany.

„Efekt więzi.” uśmiechnęła się jeszcze szerzej, całując ostrożnie czółko Rain. Malutka już spała, co musiało być chyba swoistym rekordem Guinessa. „Zazwyczaj nie ma siły siedzieć za długo, nie wspominając o bieganiu… czy jakimkolwiek protestom. Wyszkoliła się w tych spojrzeniach wielce urażonej księżniczki…” delikatnie dotknęła małego noska „Ma charakterek naprawdę nie z tej ziemi.”

„Na przemian siedziała i protestowała przez cztery godziny.” Joan zdobyła się pierwsza na odwagę, chociaż naprawdę nie wiedziała, o co biegało, ale postanowiła zdać się na instynkt… co wywołało zmarszczenie noska Nem i uważne spojrzenie na Aleca, który zaczął się niespokojnie wiercić.

„Przebiłeś Kubusia Puchatka.” mruknęła w końcu z uznaniem „Tylko on jest w stanie wywołać jej bezwzględne zainteresowanie dłużej niż kwadrans.”

Zamrugał w szoku. Czy to nie był ukryty komplement?

Nie, chyba coś mu się zdawało.

„Raczej ignorancję.”

„Ty jeszcze nie widziałeś kompletnej ignorancji… sam się kiedyś przekonasz.”

„Mam nadzieję…” mruknął tak cicho, że nawet pozostali transgenicy go nie usłyszeli. Nem bardzo delikatnie położyła kocyk z dzieckiem na fotelu i spojrzała na niego pytająco.

„Popilnujesz jej? Chciałabym zajrzeć do Han.”

„Niewiele jej już zostało.” spoważniał natychmiast „Dave mówi, że całe jej płuca są ruiną. Kwas wyżarł prawie wszystko. Nie męcz jej, dobrze?”

Skinęła poważnie głową, ale myślami była już zupełnie gdzie indziej.

Kto zdobył jej numer i udał głos Luisy?

Dlaczego to do niej przyszedł Nicholas, skoro oskarżali Rathisa?

I psiakrew, dlaczego Kal nie chciał mieć z tym nic wspólnego?

Obawiała się, że niestety, w końcu dojdzie do pierwszej walki pomiędzy dwoma nosicielami kawałków Królewskiej Pieczęci. Córeczka kontra tatuś.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *