Przepraszam (10)

Rozdział dziesiąty: Pierwsze spotkanie

Serce Aleca niemal wyskoczyło z piersi, kiedy jego słuch wyłapał ciche, miękkie kroki na korytarzu i dziwaczny dźwięk, jakby coś się toczyło… Zrozumiał jego źródło w momencie, kiedy otworzył drzwi, zanim zdążyła nawet zapukać.

Wózek.

No jasne, ty baranie. Skarcił się w duchu. Tak podróżują małe dzieci, raczej nie na własnych stópkach! Nawet skrzyżowanie transgenika i obcego.

Jęknął w duchu, kiedy do jego zamglonego i oszołomionego mózgu dotarł obraz Nem. Jeśli tak się prezentowała na co dzień, to czekały go tygodnie męczarni… a jednocześnie bardzo cieszył się na te dni. Ubrana w prostą spódnicę, odsłaniającą za to hojnie zgrabne nogi i ciemny krótki płaszczyk, podkreślający miękką jasność skóry… Przełknął ciężko. Pantofle dodawały jej kilka centymetrów, sprawiając jednocześnie, że na długie miesiące będzie miał przed oczyma obraz jej drobnych stópek. Opanowanie, 494… Z dawnego nigeryjskiego wyglądu pozostał jedynie jeden szczegół, chustka na głowie. Najwyraźniej jakiś kamahski zwyczaj.

„Hej.” chrząknął, przeklinając własne struny głosowe i nerwową chrypkę. Odsunął się i otworzył szeroko drzwi. Wózek zmieścił się bez problemu.

Jego wzrok był tak przymocowany do Nem, iż dopiero kiedy oparł się ponownie o zamknięte za nią drzwi, zorientował się, że po prostu gapi się bezczelnie. Spojrzenie opadło w końcu w dół, za ruchami jej dłoni, kiedy robiła coś przy bokach, by w końcu… unieść część i przenieść na kanapę razem z Rain. Zamrugał. To musiała być zarazem także jakaś forma nosidełka. Co za skomplikowane urządzenia dla dzieci teraz produkują.

Z wahaniem, powoli odepchnął się od drzwi i ze wzrokiem utkwionym w małym ktoś, poruszającym się pod kocykiem, zrobił kilka pierwszych kroków.

„Hej tobie także.” Nem mruknęła pod nosem, ale była całkiem pewna, że jej nie usłyszał. Jego wzrok był utkwiony w ruszającym się kocyku, stał jak wmurowany w połowie swojej drogi do kanapy. Westchnęła nieznacznie, przesuwając wózek i blokując koła. Położyła płaszcz. Jednak chwilka prywatności nie wystarczyła Alecowi. Nadal był zbyt oszołomiony, by coś zrobić.

Ostrożnie pochyliła się nad nosidełkiem i wyjęła z niego Rain, która postanowiła się zbudzić… czy też, jak była przekonana, została zbudzona przez oddźwięk charakterystycznej energii. Musiała wyczuć ojca, to ją obudziło.

Drobna twarzyczka skrzywiła się w potężnym ziewnięciu, drobne piąstki przetarły oczka… powieki zatrzepotały, ukazując najpiękniejsze spojrzenie, jakie Alec kiedykolwiek widział. Kształt, spojrzenie – Nem. Ale barwa… barwa była jego, doskonały dowód na to, kim była, dzieckiem jego i Nem, ich miksem, połączeniem ich genów. I z jakiegoś powodu fakt, że zielona barwa spojrzenia Rain była po nim, wydawał się optymistyczny. Zupełnie jakby zieleń u Kamahów nie kojarzyła się najlepiej. Dziwne, ponieważ on sam uważał, że zieleń w oczach Nem była fascynująca.

Rain wyciągnęła rączkę i z wahaniem dotknęła jego nosa. Wstrzymał oddech… niestety po zaledwie sekundzie mała rączka zniknęła… Rain dotknęła swojego, po czym przeniosła pytające spojrzenie na swoją mamę.

„Ahihh….” zabulgotała, co oczywiście było jej wersją ahiri. Nem uśmiechnęła się nieznacznie.

„Ona wie, kim jesteś.”

„Poważnie?” spytał ze strachem, jego oczy wciąż na słodkim obrazie Nem z ich córeczką… w końcu jednak oszołomienie nieco ustąpiło. Zauważył też wreszcie, że zniknął jej płaszcz. Jakim gospodarzem był u licha? „Uch, siądziesz?”

Właściwie nie potrzebowała odpoczynku… ale żołądek skręcał się jej w niepewności i musiała się uciszyć. Żadne z wchłoniętych wspomnień Kamahów nie przygotowywało do tej sytuacji, pomyślała wisielczo.

Hm, właściwie to nigdy dotąd nie wydarzyło się by ojciec nie wiedział o dziecku. Wiwat natura Kamahów. Nawet Rathis podejrzewał ciążę u Kary, kiedy zniknęła. To po prostu było silniejsze niż cokolwiek innego. Dzieci były esencją życia. Prawda?

Usiadła spokojnie na kanapie, wciąż trzymając Rain w ramionach. Z kolei Rain patrzyła się na nią uważnie, kompletnie niepewna jak ma zareagować na nagłą obecność swojego taty. Pogłaskała ją pocieszająco po pleckach.

Ileż razy wyobrażała sobie chwilę, kiedy jednak 494 zmieni zdanie i zechce poznać swoje własne dziecko? Chyba jednak nie starczyło jej wyobraźni, by wymyślić taką sytuację. Psiakrew, nie spodziewała się nigdy, że jej myśli i uczucia będą tak wymieszane, iż nie da się z nich wyciągnąć nic logicznego ani konkretnego, nie spodziewała się także zupełnie tego nagłego, głębokiego poczucia niepowodzenia, kiedy wpatrywała się w Rain. Coś nie grało. Nie wiedziała, co. Więc pozostawało jej uspokoić Rain, cokolwiek było przyczyną jej niepokoju.

Miękko wtuliła  główkę córeczki w zagłębienie własnej szyi. Rain kochała czuć jej zapach, coś, co było dla niej samej dosyć… dziwne. Prawdopodobnie pochodziło albo z faktu, że była mieszańcem lub z faktu, że chorowała. Sama pamiętała jak w dzieciństwie, pływając dziesiątki lat w inkubatorze uwielbiała po prostu czuć energię Kala przy sobie, sprawdzać co robi, po prostu otoczyć się uczuciem bycia przez niego kochaną. Kochała uczucie że była przy nim bezpieczna, że zrobi wszystko co możliwe a nawet jeszcze więcej by zapewnić jej spokój i szczęście.

Ileż dzieci miało szczęście posiadać dwóch ojców, którzy kochali je ponad swoje życie? Czasami miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Ona co prawda nie miała matki, ale miała Rain, wiedziała, że jej własna biologiczna mama zrobiła wszystko by ją ochronić i na koniec dostała dwóch całujących ziemię po której stąpa ojców. Jej Rain miała tylko ją i przez pierwszy rok życia była pozbawiona ojca. Psiakrew, Biggs wmówił jej, że Alec nie chce znać własnego dziecka ze względu na jego obcość… i coś z tego uczucia rozgoryczenia przeniknęło przez więź.

Zupełnie jakby los odebrał malutkiej Rain część szczęścia i wrzucił je nagle do jej fatum. Dlaczego Rain musiała płacić za wszystko, zamiast ona? Przecież chciała wszystkiego co najlepsze dla niej, chciała zapewnić jej miłość i akceptację obojga rodziców. Nie było ważne, co ona sama czuje. Była matką. Dziecko było najważniejsze. Rain była najważniejsza. Była esencją jej życia, celem jej życia. Świat bez niej nie miałby sensu.

„Masz czwórkę?” spytała Aleca, wskazując na stojący w rogu pokoju telewizor.

„Czwórkę?” spytał nie rozumiejąc.

„Kanał czwarty. Kubuś Puchatek. Bajka dla dzieci.” wyjaśniła cierpliwie. Alec potrząsnął głową z niepokojem. Musiał się opanować i odzyskać nieco przytomności, inaczej wszystko zawali. Ale niecodziennie do diabła spotykało się roczną córeczkę! I to tak inteligentną, w towarzystwie swojej mamy, która postanowiła doprowadzić go do szaleństwa swoim ubiorem.

„Jasne.” mruknął, sięgając po pilota. Kątem oka obserwował, jak Nem bez wahania wyjęła ze spodu wózka nieduży kocyk i rozłożyła go na podłodze, po czym posadziła na nim Rain. Malutka siedziała bez trzymania, drobna buziunia wpatrzona z radością w rozpoczynającą się właśnie kreskówkę. Nem wyraźnie odetchnęła. Najwyraźniej to był jakiś rytuał. Ze ściśniętym sercem zastanowił się, ile go jeszcze ominęło przez ten rok. Ile drobnych codziennych rytuałów z życia ich córeczki, ile małych, z pozoru niewiele znaczących gestów jak dotknięcie noska, ile śmiesznych mało zrozumiałych dla osób trzecich dźwięków… niestety w tej chwili był dla Rain taką osobą trzecią, mimo iż wiedziała kim jest jej tata. Ale co znaczyło tak naprawdę słowo ‚tata’ dla małego radosnego życia, nawet najbardziej inteligentnego? Niewiele prócz abstrakcyjnego pojęcia.

Obserwował w milczeniu jak Nem się podnosi z klęczek, doskonale świadom zmiany nastroju, który ciemniał z każdą upływającą chwilą. Miał naprawdę złe przeczucia. Być może to tylko pierwsza refleksja po oszołomieniu ze spotkania z Rain, być może to była tylko jego paranoja albo jego obawy… lecz naprawdę coś się zmieniło w niej w chwili, kiedy przygotowała córeczkę do wieczornej dobranocki. Jakiś cień niepewności zawitał do jego głowy. Nie miał pojęcia, co to było. Po prostu było i przeszkadzało. Ot co.

„Co sądzisz?” spytała cicho.

Drgnął.

Ton był wręcz bezosobowy… zupełnie jak sprzed ich porannej rozmowy. Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Ona chyba nie sądziła, że naprawdę będzie myślał to samo co naopowiadał Biggs… cokolwiek tam naopowiadał? Jak mogła myśleć po tym wszystkim, po jego zachowaniu rano, że nie chciałby uznać własnego dziecka? Szczególnie tak pięknego i zachwycającego, jakim była Rain.

Zastanowił się przez sekundę, co do cholery naopowiadał Biggs… ale szybko odsunął tę myśl. Jutro go dorwie… z dala od Cece oczywiście. Nie musiała wiedzieć, co jej mężczyzna zrobił za jej plecami.

Psiakrew, był przekonany, że kiedy inni się dowiedzą… niezmiernie trudno będzie utrzymać w tajemnicy, że Biggs wiedział. A wtedy plotki uderzą w Cece. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Nem wywoływała męskie zainteresowanie. Była po prostu zbyt śliczna, tajemnicza, a ciepło w jej spojrzeniu mogło roztopić górę lodową… o ile oczywiście cokolwiek było widać w jej oczach. Wywołać uczucie w brązowozielonym spojrzeniu było niemałym wyzwaniem i na samą myśl jego ciało reagowało gwałtownym przypływem pragnienia.

Psiakrew, dlaczego jego Nem musiała być takim ucieleśnieniem marzeń? Naprawdę nie mógł się skupić i nawet myśleć w miarę rozsądnie i logicznie, nie wspominając o realizacji tego, co obmyślił od poranka. Ha! Był dobry w planowaniu. Nawet uwzględnił swoją głupotę w jej obecności. Często robił z siebie durnia, najwyraźniej rozwinął zupełnie nowe zdolności od czasu ich spotkania w Crash. Ale chciał tylko by znów była jego. Nie obchodziło go, kim jest… tylko jaka jest, co czuła. Chciał znów widzieć jej uśmiech, nie tylko skierowany do ich córki, ale uśmiech, ponieważ była szczęśliwa. Szczęśliwa, bezpieczna, bez najmniejszej troski na świecie… i jego. Czy to naprawdę było tak wiele?

Niestety dotychczasowa praktyka pokazywała wybitnie, że to było naprawdę wiele. Teraz rozumiał wiele spraw, które wydawały mu się dziwaczne wcześniej. Lecz wszystko układało się w logiczną całość. Istnienie Kamah i dosyć niecodzienny jej cel – ochrona. Najwyraźniej obcy stworzyli całe złożone struktury, by się zabezpieczyć przed odkryciem i prześladowaniami. Biorąc pod uwagę, że pierwszy raz usłyszał o tej inności dopiero na lotniskowcu na wybrzeżu Afryki, organizacja musiała spełniać swoją funkcję nadzwyczaj dobrze.

Chociaż to, mógł odetchnąć z ulgą. Było wiele problemów… lecz ostatecznie teraz było ich troje, nieprawdaż? Mogli je rozwiązać. Musiało im się udać.

„Nie wygląda na chorą…” wyszemrał. Nem skrzywiła się. Nie taką odpowiedź chciała usłyszeć… prędzej coś w rodzaju… ‚jest prześliczna, ale co tu się dziwić, kiedy jej matka to najpiękniejsza kobieta na Ziemi’… grr, chyba zbyt wiele czasu spędziła w towarzystwie Marii… Niestety, odpowiedzi usłyszanej należało się spodziewać jak najbardziej.

„Nie jest chora w klasycznym rozumieniu. Po prostu nie rozwija się tak, jak powinna.” zaoponowała delikatnie. W gruncie rzeczy nie było żadnej potrzeby uświadamiać Alecowi jak poważny był stan jego córeczki.

„Jest śliczna.” westchnął „I widać, czyja. Niestety, nie czuję jej zapachu…” spojrzał na nią ciekawie „Czy to jakaś przypadłość? Cecha gatunku? Ty masz swój zapach, słaby, ale jednak.”

Wzruszyła ramionami.

„Ma swój zapach, prawdopodobnie twoje zmysły po prostu nie reagują na wytwarzany przez jej organizm zapach. Ostatecznie, inna planeta, inna rasa, inna chemia.”

„W ten sam sposób nie czujesz smaku?” spytał, zaskakując ją zupełnie. Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

„Tak. Kubki smakowe zapisane w moich genach nie nauczyły się nigdy reagować na tutejsze warunki chemiczne. Węch także bierze udział w procesie, nie czuję większości ziemskich zapachów.” wstała. Miała to niemiłe uczucie w żołądku, coś jak niepokój wirujący w całej jej postaci. Podeszła do okna, zaciągając rolety.

„Co robisz?” spytał ciekawie. Nie odpowiedziała, tylko obróciła się i przesunęła Rain za kanapę, tak, by nie była na linii ognia z okna ani z drzwi. Z każdej strony od ujrzenia chronił ją jakiś masywny mebel z dużą ilością drewna. Przez drewno zwykłe kule nie przechodziły.

„Nem, mamy ochronę.” powiedział z naciskiem, dostrzegając czyste skupienie i cel jej działania „Gdyby cokolwiek się działo, Joan już by nas ostrzegła.”

„Usiłuję zmniejszyć, wyizolować źródło mojego niepokoju.” rzuciła na niego ostrożne spojrzenie, zupełnie jakby spodziewając się że zaraz postuka się w czoło i uzna ją za wariatkę. Coś ścisnęło go w żołądku.

„Jakoś pomóc?” spytał ostrożnie. Jej ramiona nagle opadły.

„Ja…” westchnęła „Zawsze byliśmy związani ze sobą. Wyłączeni z ogółu naszego społeczeństwa ze względu na naszą pracę. Wyczuwaliśmy się nawzajem, każdy z nas jest w stanie rozpoznać energię drugiego po dziesiątkach lat, nawet jeśli ktoś tylko dotknął zwykłego człowieka. Wiemy nawzajem kiedy są smutni, kiedy się śmieją… Ale ostatnio…” spojrzała na swoje dłonie, zabandażowane starannie przez Rathisa „…mam tę nową zdolność wyczuwania zagrożenia z zewnątrz. Wszystko w mojej głowie dzwoni, że jeden z nas jest obserwowany.”

„To musi być ciężkie do udźwignięcia i uprzykrzające życie.”

„Nie.” zaczęła chodzić w tę i z powrotem „To pomaga je ratować. Sytuacja między nami a ludźmi a Antarianami nigdy nie była najmilsza. Co najwyżej względna neutralność. Po ostatnim ataku na Han na szwank zostało wystawione zaufanie jednego z naszych wywiadowców w ich strukturach…”

Podrapał się po głowie.

„O niego chodzi?”

Nawet nie spojrzała na niego, tylko siadła na podłodze za kanapą i patrzyła się na Rain.

„Teoretycznie o niego. Ale zbyt długo mam już tę zdolność, on próbował coś przekazać tym porwaniem. Mogli porwać kogokolwiek… ale porwali właśnie ją. Antarianie testują was albo nas, nie jestem pewna. To jedyny logiczny wniosek jaki mi się nasuwa.” westchnęła. Jej komórka zaczęła dzwonić, sięgnęła po nią do płaszcza.

„Hej, Luisa, w czym problem?”

„Twój ahiri kazał powiedzieć, że znalazł osobę testowaną.”

„No pięknie.” mruknęła „Wiedzą o Rain?”

„Mówi, że nie. Antarianie zorientowali się po tym porwaniu transgenicznej, że na Ziemi żyje dziewczynka z wywiadu na Ant…”

Co, do cholery? Zrozumienie przemknęło błyskawicznie przez jej głowę; wyłączyła komórkę zanim kobiecy głos zdążył dokończyć słowo.

„Nem?”

Podniosła oczy na Aleca.

„Mamy cholernie duży problem. I nawet się nie waż mówić, że w Manticore nie było lekcji ‚Opieka nad obcym maluchem’.”

~ * ~

„Jak do cholery mogłem pozwolić jej tak pójść, zostawiając mnie samego z Rain?” Alec jęczał, chodząc w tę i powrotem po apartamencie. Rain siedziała na kocyku z misiem i wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczkami, śledząc jego każdy nawet najdrobniejszy ruch. I tak patrząc z powrotem na córeczkę, doskonale wiedział, dlaczego pozwolił wystartować Nem. Po prostu nie mógł odmówić tym jej brązowo-zielonym oczkom, z tą błagalną ciemną nutą i zmartwieniem o pobratymca. Tylko niestety, ona wiedziała, gdzie i do czego się wybiera, a on nie. Niepewność i zmartwienie zżerały go już czwartą godzinę. Dochodziła północ, a on nie bardzo wiedział nawet co począć.

I u licha, Rain powinna zasnąć. Ale uparcie reagowała płaczem kiedy usiłował zabrać ją z kocyka i posadzić chociaż na kanapie. Nie ma co, upór miała po ślicznej mamusi. Ale to przecież nie było dobre dla niej, było późno, poza tym siedziała cztery godziny! Czy to nie było za duże obciążenie dla jej małego niemowlęcego kręgosłupa?

I czy nie powinna zjeść czegoś? Przeszukał rzeczy Nem, ale najwyraźniej nie miała ze sobą żadnej butelki, nie planowała tak długiego pozostania. Było tylko kilka pieluszek, lecz na szczęście Rain nie wymagała przewinięcia, jego węch mówił mu to zdecydowanie. W życiu nie zmieniał pieluszki… Na sam pomysł skrzywił nos.

Dzwonek telefonu sprawił, że wręcz podskoczył. Wieści także.

„Cześć braciszku, nie zgubiłeś dziewczyny?”

Wręcz słyszał, jak szczerzy zęby. Odetchnął z ulgą. Więc wszystko w porządku.

„Nem jest tutaj, prosiła, bym przedzwonił. Mamy małe zamieszanie i to jeszcze potrwa chwilę. Mógłbyś przynieść małą i uspokoić się, że z Nem wszystko jest ok.”

„Tutaj to znaczy gdzie?”

Tav westchnął.

„U Han.”

Rozłączył się, zanim zdążył zapytać o więcej szczegółów. Spojrzał na Rain, która wpatrywała się w niego z nadzieją.

„Tak, tak, chodziło o twoją mamusię.”

Nieśmiały uśmiech wykwitł nagle na małej buziuni. Alec potrząsnął głową. Czy on naprawdę spłodził to małe cudo? Inteligencji nie miała po nim, to pewne. Zostawała uparta mamusia.

„Pójdziemy teraz do niej.”

W jego stronę szybciutko wyciągnęły się rączki, by ją podniósł. Ostrożnie ujął ją pod ramionami i poszybowała prosto na jego ramię.

„Dzięki mały diabełku, już myślałem, że będę musiał cię błagać o pozwolenie na przeniesienie.”

W odpowiedzi dostał serię naprawdę silnych machnięć drobnymi nóżkami, które jak żywo przypominały mu zamierzone ciosy. Ale to przecież ledwo roczne dziecko, nieprawdaż?

A niech to… pomyślał, patrząc w pełne wyzwania zielone oczy. Chyba musi poprosić Nem o podręcznik obsługi Kamaha. ASAP.

Ok. Spakowanie nielicznych rzeczy córeczki nie należało do łatwych zadań z małą wiercipiętą na ramieniu, ale sobie jakoś poradził w końcu. O wiele gorzej przedstawiała się historia jej ubrania. Co do diabła miał jej założyć? Wózka do mieszkania Han nie mógł wprowadzić, to był czteropiętrowiec, Han mieszkała na czwartym i oczywiście nie było żadnej windy. Szybki przegląd garderoby małej panny McDowell także nie przyniósł olśnienia. W końcu jednak po prostu owinął ją w jej kocyk, na co zareagowała cichym sapnięciem zadowolenia i przestała się wiercić. Przerzucił sobie torbę przez ramię, schował malutki tobołek pod połami kurtki. Właściwie noc była ciepła, ale nie chciał ryzykować.

Droga nie była długa, ledwie kilkanaście bloków dalej. Joan szła obok niego, podśmiewając się cichutko pod nosem. Nie wiedział z czego, lecz to nie był złośliwy śmiech więc jej pozwolił na to. Ostatecznie, któż to zrozumie kobiety? Zdecydowanie nie on.

~ * ~

Napięcie w pomieszczeniu można było kroić nożem. Dwie grupy, każda bacznie pilnująca swoich nosów… i swoich tyłów. Wrogość nie była namacalna, ale można było wyczuć ją w powietrzu. Tav podrapał się po głowie, wodząc wzrokiem od jednej grupy do drugiej. Sytuacja nie była wesoła. Była wręcz tragiczna.

Han była umierająca.

Nie wiedział, jak to się stało, ale Han jakoś zdołała wyśledzić grupkę, która wcześniej ją porwała, wstać w ogóle z łóżka… kompletna głupota, jego zdaniem… albo być może coś po prostu zataiła w swoich opowieściach. Jeśli chodzi o niego, to Tav wierzył święcie, że Han chciała odpowiedzi. Była zdesperowana, chciała Ratha za swojego towarzysza życia, a kiedy ten nawet nie zatroszczył się by odmówić… Nietrudno było przewidzieć jej reakcję, rozmyślał ponuro Tav. Przyczyna, skutek. Chciała odpowiedzi, więc poszła ich szukać. Wpadła w pułapkę szybciej niżby można było się spodziewać. Cud, że żyła. Jeszcze. Jak do cholery Rath mógł być tak niezważający na losy kogoś, kto mógł zadecydować o szczęściu jego pobratymca? Przecież awantura z Han wpłynie zdecydowanie źle na stosunki Nem-Alec, począwszy od samego postrzegania Nem a skończywszy na podejrzeniach, czy nie potraktuje Aleca tak samo. Dosyć już przez nią wycierpiał.

Nem siedziała na parapecie okna i gapiła się na ulicę, jakby tam szukając odpowiedzi, co teraz będzie. Ale wiedział doskonale, że to bardzo złudne wrażenie. Patrzyła się z całą pewnością na Aleca i ich córeczkę. Nieprzypadkowo wybrała okno, z którego widać było najlepiej drogę do mieszkania ojca jej dziecka… pomyślał o momencie, w którym je zajęła. Jakieś trzy sekundy po wejściu. Mimowolnie poczuł szacunek. Alec uczył go planowania i strategii, a przede wszystkim jak kierować ludźmi i przewidywać ich przyszłe reakcje na rozwój wypadków, ponieważ w tym był beznadziejny. Ale potrafił już dostrzec, przynajmniej w większości, kiedy robią to inni, zwłaszcza w tak doskonały sposób. Nem przewidziała, jak się skończy ta sytuacja. Był tego zupełnie pewien. W pewnym stopniu, to było nieco zniechęcające, że ich działania przewidziało takie dziecko… nawet jeśli było obce. Być może zbytnio przyzwyczaili się do przekonania, że stanowią potężną siłę wojskową i są lepsi niż ludzie. Byli, ale na litość boską, nie na ludziach kończył się wszechświat. Jego bratanica była tego doskonałym przykładem.

W przeciwieństwie do innych, nie miał za złe Nem faktów z ostatnich miesięcy. Przez większość roku nie widział Aleca, dopiero po powrocie do Seattle… nie widział jego szaleństw. Widział za to Aleca przed Nigerią i w trakcie tej feralnej misji. I być może dostrzegł w bratu coś, co mało kto dostrzegał. Do tej mniejszości należeli niestety starsi z X5, którzy dostali dokładnie to, czego brak doskwierał Alecowi w Manticore, za czym po cichu tęsknił i niemal stracił nadzieję, że będzie miał kiedykolwiek, z biegiem czasu nabierając całkowicie fałszywego przekonania, że nie jest godzien, że nie był wystarczająco silny, że wydarzenia na lotniskowcu były jego winą. Tav uważał jedynie, że nie tylko nie miał racji… ale że w ogóle nie o to w tym chodziło. Chodziło o szczęście. O dar od losu. Nagłe pojawienie się Nem z dzieckiem tylko tę teorię potwierdzało. Nieważne, czy zasłużyłeś czy nie, co zrobiłeś w życiu a przed czym się powstrzymałeś. To była kwestia szczęścia. I dopiero wtedy wchodził czynnik osobisty. Można było dostać od losu rodzinę… to była tylko kwestia szczęścia. Wspaniałą kobietę, tę, którą uważało się za najlepszą na świecie, najlepszą dla siebie… i prawdopodobnie była. Dziecko. Jak grom z jasnego nieba, uosobienie nadziei, że może jeszcze im się uda. I w tym momencie rola szczęścia i przypadku się kończyła. Można było dostać cały świat u stóp od losu, tak samo jak można było dostać wizytówkę na karku ‚made in Manticore’. Ale co z tym zrobisz, czy sprawisz, że wspaniałe rzeczy pozostaną wspaniałe i twoje, już tylko zależało od ciebie. I, według Tava, o to chodziło. Czy było się dostatecznie facetem, by móc utrzymać te dobre rzeczy w swoim życiu, wbrew wszelkim głupim przeciwnościom… to dolegało właśnie Alecowi. Bezustanne myśli przez ostatni rok, iż dostał coś pięknego od głupiego losu i to stracił, ponieważ nie zdołał zdobyć zaufania, nie zdołał ochronić… ale być może nie było w tym jego winy i być może Alec to dostrzeże, dumał Tav. Inaczej los chyba nie skrzyżowałby znów dróg tych dwojga ani nie obdarzył ich małym brzdącem.

Rain. Był stryjkiem… hm czy w ogóle istniało jeszcze takie określenie, czy wszyscy używali już terminu wujek?

Tav zamierzał udowodnić sobie, światu i ślepemu losowi, że zasłużył na ten wspaniały dar od losu. Został wujkiem! O Chryste… A jego starszy brat znów normalniał. To było naprawdę dobre. I Tav zamierzał zakasać rękawy i wziąć się ostro do pracy, by te dobre rzeczy zostały już na zawsze w jego życiu.

Ostatecznie, poza faktem, że Nem była obcą… przynajmniej nie będą musieli uczyć jej, jak zapewnić bezpieczeństwo. Ten widzący w ciemnościach diabełek już podczas pierwszego spotkania podczas misji w Nigerii zauważył jego na stanowisku snajperskim, ukrytego, w nocy… mimowolnie uśmiechnął się. Obcy stanowili jakieś wyzwanie. Miło byłoby skonfrontować ich wiedzę, nieprawdaż?

Obserwował jak Nem wstaje płynnym ruchem z parapetu i kieruje się w stronę wyjścia. Rathis luknął za nią, zupełnie jakby chciał ją powstrzymać… hm, dumał Tav. Jakoś nie wierzył w dobre intencje tego faceta, nawet jeśli wydawało się oczywiste, że miał na względzie dobro Nem i jego bratanicy. On miał tyle stron charakteru, że nawet nie nadążał za ich zauważaniem. I budził najmniej sympatii w jego rozumieniu sytuacji. Brown był lubiany wśród transgenicznych, ale Rathis zarobił sobie tego wieczoru nieprawdopodobną nienawiść ze strony jego oddziału.

Drzwi kliknęły cicho za dziewczyną. Han leżała na łóżku, blada, gorączkująca, Rathis stał obojętnie pod ścianą i wodził znudzonym wzrokiem po pokoju. Tylko czeka, by się stąd zmyć.

Wyszedł najpierw do kuchni i skinął Solo cicho głową, wskazując na okno. Bez większych ceregieli 467 zsunął się chwilę później z parapetu i bezdźwięcznie wylądował na chodniku cztery piętra poniżej. Jego towarzysz szybko poszedł w jego ślady. Zniknęli w mroku ulicy nim Joan i Alec z dzieckiem pojawili się przed budynkiem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *