Pirat z Karaibów

Pirat z Karaibów

Opowiadanie jednoczęściowe, gdzieś z 2006 roku napisane w zupełnie innych czasach 😀
Napisane na życzenie Kici. Ryan/Nem, studenckie życie, etc.
Nem i Ryan należą do mnie, tak więc jest to oryginalne opowiadanie nie na moim pomyślę.

Opowiadanie oryginalnie opublikowane na Komnacie Hotaru w 2006 roku.

Klub był wypakowany studentami w niemal każdy czwartek i nie zależało to zbytnio od pory roku. Cieszył się przeogromnym wzięciem. Jak zazwyczaj szalejące tam laski.

Nem Gourmand zazwyczaj uwielbiała Karaiby. Przynajmniej kiedy to nie był miesiąc maj, czas tks-ów. Kultura bowiem według niektórych studentów polegała na zapijaniu się i łapaniu na parkiecie nie zawsze tam, gdzie sobie tego dziewczyna życzyła. Ha! Żeby tylko na parkiecie, ta plaga rozpleniła się na chyba każdą studencką imprezę.

Poza tym wcale nie należała do tego roześmianego, rozszczebiotanego towarzystwa w króciusieńkich spódniczkach, kawałkiem stanika zamiast bluzki i blond kołtuna na głowie. Normalnie nic nie miała do tych dziewczyn, kilkoro znała osobiście i poza Karaibami wydawały się w porządku. Poza. Bo tutaj bowiem wydawało się, że po przekroczeniu progu klubu zamieniały się w towar do sprzedania za jednego drinka.

Odwróciła z niesmakiem głowę, kiedy jej sąsiad bezceremonialni wsadził dłoń pod spódniczkę dziewczyny, która zachichotała ‚konspiracyjnie’. Chwilę później wyjął ją zawilgoconą, niemal z dumą radosnego przedszkolaka machając nią w stronę koleżków, z którymi widziała go kilka minut wcześniej. Chłystki wyglądały co najwyżej na pierwszą licealną.

Skrzywiła się. Kiedy była w tym wieku robiła różne głupoty, w tym przyjaźniła się z Isabel Evans. Mignęła jej gdzieś wyfiokowana buźka tej laluni, ale wcale nie miała ochoty odświeżać tej przyjaźni. Z jej bratem też.

Znudzona zlustrowała parkiet; kłębiły się tam prawdziwe tłumy, o wiele za dużo jak na tak niewielki lokal. Nie było gdzie wcisnąć szpilki, a na bycie obmacywaną przez spoconych, polujących na łatwą zdobycz gostków nie miała najmniejszej ochoty.

Zdobycz... to jej przypomniało, dlaczego mimo juwenaliowych tłumów dzisiaj tu była. Wcale nie poprawiło jej to humoru.

~ * ~

Ryan mógłby nawet z zamkniętymi oczami powiedzieć, że wszystkie niezłe dupcie tego miasta tłumnie przybyły tego wieczoru właśnie do Karaibów. Powietrze było przesiąknięte potem, nadmiarem testosteronu i paru innych zapachów, których w tej chwili nie chciał rozpoznawać. Większość jego kompanów bez najmniejszego trudu znalazło towarzystwo na dzisiejszą noc. Jego łóżko jednak stygło już od dłuższego czasu i bynajmniej nie z braku chętnych. Problemem był on sam.

W gruncie rzeczy głupotą było przychodzić dzisiaj do klubu, ale oczywiście kumple go namówili, nie mógł też sobie odmówić przyjemności porządnego wyścigu i skopania tyłka Evansowi. Ten goguś naprawdę zaczynał go wkurzać, z tą swoją kasą i królewsko zadzieranym zadem. Dzisiaj jednak facet poległ. Cóż to była za przyjemność oglądania jak ten laluś traci piórka, a towarzysząca mu blond Barbie traci ochotę na mielenie językiem. Właściwie to było nawet najprzyjemniejsze. Aż za dobrze znał ten typ panienek, wiedział w jakich kategoriach myślą. W gruncie rzeczy polowały na pewien gatunek facetów. Im więcej popularnych facetów je obracało, tym wyższą ligę stanowiły. We własnym mniemaniu. W jego… był tym wszystkim znudzony.

Z n u d z o n y. Tak, to najwłaściwsze słowo.

Nie tylko miał dosyć tych barbie. Już lata temu zauważył, że jego buźka i przynależność do Piratów działały jak jakiś cholerny magnes na te lalunie. Jak na początku mu się to nawet podobało, potem stało się bardzo użyteczne, tak potem musiał nauczyć się hamować odruch wymiotny, kiedy kolejny klon rzucał się mu na szyję, piszcząc radośnie niczym zgrzyt starego gwoździa „Ryan! Nie mogę uwierzyć, co za szczęśliwe spotkanie!”. Raz, nie znał imienia takiego gwoździa. Dwa, bo jak do licha miał je pamiętać, kiedy one wszystkie były jednakowe, dosłownie klony? Zero indywidualności, polotu, czegokolwiek czym by go zaintrygowały czy pobudziły do jakichkolwiek starań. Plastikowe lalunie. Plastikowe do tego stopnia, że nawet kompletnie sfrustrowany i przeładowany testosteronem nie umiał się zmusić, by sięgnąć i wyżyć się na jednej z chętnych lalek. Potrzebował zdecydowanie czegoś innego, nie, nie ‚czegoś’ ale ‚kogoś’. Niestety podczas majowych imprez trudno było znaleźć cokolwiek zbliżonego do kogoś, a te, które zaliczał do osób niestety były zajęte. W dodatku przez jego kumpli z klubu. Życie było do kitu.

Dzisiaj to już było kompletne apogeum. Faceci w całym klubie ślinili się na widok dzisiejszego wystawionego towaru, podczas gdy on ze znudzeniem lampił się w sufit. Notabene, pokryty jakimiś dziwnymi opływowymi figurkami, które kojarzyłyby się nawet sześciolatkowi. Wzdrygnął się.

Chwycił kask, pożegnał skinieniem głowy Marka i Aleca, obu szczęśliwych posiadaczy zwyczajnych, niesklonowanych dziewczyn, i zaczął dokonywać karkołomnego czynu przedarcia się przez zbitą masę. Z każdym krokiem coraz bardziej żałował, że dal się namówić na świętowanie kolejnego zwycięstwa nad Evansem.

Był już na parterze, kiedy tłum wokół niego nagle mocniej zafalował. Ktoś zacząć gwizdać, paru skandowało. Bójka, zdecydowanie.

~ * ~

„W porząąąądeczku…!” mała blondynka wysapała, kiedy bardzo przyjemnie zbudowane mięsko położyło ją z wielką troską na łóżku. Nem nie mogła się powstrzymać, by nie zerknąć z uznaniem na bardzo zgrabną część jego ciała. Nie miała pojęcia, kim był ten cały Ryan, ale najwyraźniej troszczył się o Hotaru na tyle, by pomóc jej dotaszczyć kompletnie zalaną przyjaciółkę do domu. No i przy tym dostarczając jej niejednej okazji do podziwiania wysportowanego ciała. A khm, jakie miał silne ramiona… niósł Hotaru, co prawda chucherko, ale jednak to przecież nie byle worek ziemniaków, przez całą drogę i bez problemu hamował większość jej prób wyrwania się, powrotu do klubu i „wyplucia temu gnojkowi co o nim myśli”. Najwyraźniej zalana blondyneczka miała wyjątkowo wojowniczy nastrój tego wieczora. Nem zgarnęła ją wychodząc z Karaibów, kiedy to wściekła Hotaru szarżowała właśnie do klubu. Podczas sprzeczki napatoczył się Ryan, przy którym straciła cały impet, zaczęła szlochać coś bez ładu i składu o jakiejś wrednej pindzie i Nem już wiedziała, że wieczór upłynie jej pod znakiem czuwania nad współlokatorką.

W końcu udało się umieścić marudzącą dziewczynę w łóżku, po uprzednim niezbyt miłym spotkaniu z lodowatą wodą i teraz wystawał spod kołdry ledwie czubeczek jej nosa. Tak w ogóle to przypominała teraz zmokłego kurczaka, a nie kogoś kto ‚upolował’ samego szefa Piratów. Zmokłego kurczaka na krawędzi snu, należałoby dodać. Ale ku niezmiernemu zakłopotaniu Nem, blondyneczka otworzyła sennie jedno oko i wymamrotała:

„Ryan to też niezła dupcia.”

Gdyby nie żelazne opanowanie Nem, wyuczone przy Isabel Evans, nigdy nie zdołałaby zachować kamiennej twarzy. Że też Hotaru musiała wspomnieć akurat o tym! Och, do diaska! Nie ważyła się jednak spojrzeć na niego, nawet jej cynizm nie wytrzymywał przyrównania do tego tematu. Odnośnie jej samej oczywiście. Nie była pruderyjna, co to to nie, ale w tej chwili miała ogromną ochotę ukatrupić małą blondynkę. Na odwieczny problem jej dziewictwa starsza o cztery latka dziewczyna miała już półtora roku to samo lekarstwo: znaleźć jakąś fajną dupcię i rozwiązać problem. Łatwo jej było mówić!

Słodka mała blondynka nie mogła odpędzić się od facetów, ale tak samo jak jej samej, generalnie to były jednak albo jakieś patałachy albo paszczaki. H naprawdę nie miała do tego szczęścia, no, wyłączając ostatnio Dave’a, ale on też przecież nie urodził się z różą w zębach. Na jego miejscu znalazłaby szybko jakąś dziuplę do schowania, bo inaczej, przysięgała, że powiesi faceta za genitalia na najbliższej latarni! I to będzie powolna, okrutna śmierć… Świetnie, że byli razem i on nie zdradzał jej na prawo i lewo i traktował całkiem przyzwoicie, ale na miłość boską, czy na każdym rogu H musiała się natykać na jakieś pindy, które twierdziły, że przeleciały kiedyś jej faceta?

„Odwieźć cię?” z zakłopotania wyrwał ją głos tego całego Ryana. Jęknęła na samą myśl, zwłaszcza, że właśnie pochylał się nad H, a jego wyprężone ciało podsuwało jej rozmaite obrazy. Nie będę o tym myśleć, nie teraz.

Potrząsnęła przecząco głową i usiadła na swoim łóżku.

„Nie trzeba.”

„Na pewno?” wyglądał na zaniepokojonego. Przynajmniej tak sobie tłumaczyła to uważne spojrzenie, jakie jej rzucił. W końcu wyciągnął telefon i zaczął gdzieś dzwonić. Z ulgą przyjęła jego znikającą w cieniu przedpokoju sylwetkę. Wcale nie czuła się z nim swobodnie. Hotaru niestety miała rację, był niezłą dupcią. Ale przecież przebywała już niejednokrotnie w towarzystwie przystojnych facetów i nigdy nie peszyło jej to na tyle, by zapominała języka w buzi! Wręcz przeciwnie, słynęła z ostrych odzywek. To tylko przez to moje nieszczęsne dzisiejsze postanowienie. Pocieszała się w duchu. Nic innego. Nem bowiem postanowiła się w końcu przełamać. Jeszcze nie wiedziała jak, ale imprezy sprzyjały w końcu tego typu rzeczom, nieprawdaż? Skończyło się jednak tylko na zamiarach, jak zwykle. Siedziała oto z powrotem w swoim pokoju i patrzyła zmartwiona na twardo śpiącą H. Ryan pewnie dzwonił po Dave’a… i kiedy on się tutaj zjawi, to ona już dopilnuje, by się zajął jej przyjaciółką należycie. A jeśli się nie zjawi… no cóż, nawet ścięcie wszystkich latarni w mieście nie uchroni tego plemnika przed jej zemstą!

Ale dziwnym trafem Dave, i to nieźle wystraszony Dave, zjawił się niecałe dziesięć minut później. Chyba musiał złamać wszelkie przepisy w mieście, ale z drugiej strony ta jego maszynka… H mawiała z uśmieszkiem, że lubi poczuć porządny sprzęt pod sobą…

Aaaaach…. Nem jęknęła w duchu. Czemu do diaska jej myśli ciągle wracały do jednego i tego samego punktu, do jednej myśli? Była dorosłą kobietą, a nie jakimś dzieciakiem nie potrafiącym zapanować nad hormonami. Nie była facetem na litość boską!

H się przebudziła, ale nawet ledwo przytomna skrzywiła się widząc swojego chłopaka i jej dziubek od razu wykrzywił się jak do płaczu. Dave bezceremonialnie zrzucił bluzę i zabierał się już za spodnie…

Nem wzniosła spojrzenie do sufitu.

„Dobra, już się wynoszę. Ale jesteś na cenzurowanym.”

„Najbliższa latarnia jest pięć metrów za oknem.” wyzywająco zadarł z nią spojrzenie. Och, zdążył już najwyraźniej dobrze poznać, co go czeka jak coś zawali. Wyniosła się w diabły najpierw z pokoju, potem z mieszkania. Wątpiła, by trzecia współlokatorka była zachwycona faktem, że nocowała w jej łóżku, więc raczej pozostawało jej spędzić gdzieś tych kilka godzin, tylko byle nie w domu. Ale gdzie niby miała pójść w środku nocy? Na powrót na imprezę nie miała najmniejszej ochoty, centra handlowe były pozamykane za wyjątkiem wszelkiego typu lokali… miejsca publiczne wolała omijać szerokim łukiem, zwłaszcza, że była sama. Westchnęła przygnębiona. Wcale nie chciała, żeby ten wieczór tak się skończył? Dlaczego wszystko się sypało, kiedy już powzięła jakieś poważne postanowienie i chciała się tego trzymać?

Zaczęła iść chodnikiem, użalając się w duchu nad sobą i swoim postanowieniem. Nogi jakoś same ją niosły… nie wiedziała dokąd.

„Jesteś pewna, że to dobry kierunek?”

Odwróciła się zaskoczona. Zaledwie kilka metrów od niej siedział na zielonym… oooooch…. ścigaczu. Jęknęła w duchu.

„Jesteś Piratem?” wymamrotała ni to rozczarowana, ni to przeklinając własne szczęście. Los naprawdę postanowił jej dzisiaj poprzestawiać szyki. Nic jej nie wychodziło jak trzeba!

„Jakiś problem?” Ryan powoli zdjął kask, chociaż maszyna między jego nogami nadal pomrukiwała obiecująco.

Boże, co się ze mną dzieje…

„Niee… Dam sobie radę, wracaj na przerwaną imprezę.” wskazała nieznacznie głową na widoczny całkiem niedaleko budynek, w którym mieścił się klub. Nawet tutaj oboje słyszeli głośne, niewybredne zachowania innych studentów. Nem westchnęła mimowolnie. Wcale nie miała na to ochoty. Marzyła tylko o tym, żeby zanurzyć się w jakiejś wannie pełnej gorącej wody, a potem usnąć z błogim uśmiechem na twarzy.

„Odwieźć cię jednak czy wezwać taksówkę?” spytał, umyślnie ignorując jej słowa i powoli wodząc po przyjemnie zaokrąglonej tu i tam postaci. Musiał przyznać, że nie była to wychudzona szkapa rodem z fabryki klonów, która nie potrafi (ani nie ma czym) poruszać się. Nawet sposób w jaki groźnie patrzyła na Dave’a działał na niego ożywczo. Uśmiechnął się w duchu, notując w pamięci by kiedyś zahaczyć przypadkiem przy Hotaru o temat ponętnej brunetki. Gadułą nie była, ale z cała pewnością wiedziała więcej niż rozmiar, jaki nosiła!

Co wcale nie umniejszało faktu, że od kiedy tylko zobaczył, jak Nem usiłuje uspokoić zalaną H i wyciągnąć ją z klubu, jego znudzony krwiobieg nagle dostał potężnego kopniaka. Miał ogromną ochotę sprawdzić, czy jej języczek był równie sprawny w czynie co w słowie…

Obserwował, jak przechodzi przez ulicę i zatrzymuje się koło niego, z zachwytem notując pełen swobody i pewności siebie krok. Aż żałował, że nie zobaczył jej wcześniej na parkiecie, z pewnością byłoby co oglądać…

„To zależy…” uśmiechnęła się lekko, ale nie ironicznie, tylko tak jakoś… marzycielsko. Ryan przełknął ciężko, samemu nie wiedząc za dobrze dlaczego ta nagła odmiana wywołała gwałtowny przypływ krwi w jedno konkretne miejsce.

„Od?” mimo wszystko wyczarował bezczelny uśmieszek. Jeśli ponętna brunetka chciała w coś zagrać, był na to więcej niż chętny. Byle miało jeden finał…

„Jak bardzo lubisz wilgoć…” uśmiechnęła się przewrotnie, a Ryanowi przeszły przez myśl w jednej sekundzie tysiące rozmaitych obrazów. Ale iskierki chochlika, jakie widział w brązowych oczach, obiecywały coś więcej. Zadrżał nieznacznie. A więc dzisiaj.

Musiał przyznać, że jednak nie miała zbyt pewnej miny, kiedy wskazał by usiadła za nim. Kazała mu jechać na północną międzystanową? W porządku, nie mógł się doczekać, żeby dowiedzieć się co ten chochlik kombinował… Dodał gazu.

~ * ~

Kiedy zaledwie kwadrans później parkował na dziwnej, pustej przestrzeni w niemal absolutnych ciemnościach, jego mina wyrażała zapewne to samo wahanie, co jej wcześniej. Co ona u licha planowała?

Zsiadła z motoru i zniknęła ze śmiechem w ciemnościach, nim zdążył zgasić silnik. Zdjął kask; tym razem bez przyciemnianej szyby i oślepiających świateł widział o wiele więcej… i czuł.

Byli nad wodą. Wciągnął do płuc orzeźwiające, chłodne powietrze, uśmiechając się do siebie w przewidywaniu. To zdecydowanie nie będzie noc podobna do innych…

Bardzo słabo widział brzeg; pochmurna noc uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek. Ale jakieś zarysy, w połączeniu z przyjemnym chłodem ostrzegały, gdzie się zaczyna akwen. Podszedł do brzegu i usłyszał cichy plusk.

„Co tak stoisz? Tchórzysz?” dotarł do niego jej cichy śmiech. Potrząsnął głową. Nem z całą pewnością

„A mam się czego bać?” spytał kpiąco.

„Co najwyżej, że nie znajdziesz drogi w tych ciemnościach…” odparła równie wyzywająco. Chrząknął z oburzeniem i zaczął zrzucać odzież. Chwilę później cisnął stos koło motoru, i tak przecież nie wiedział, gdzie ten chochlik i… o Chryste… ile ten chochlik zrzucił z siebie… Miał nadzieję, że coś zostawiła dla niego…

Woda, musiał przyznać, była zimna. Zaszczękał zębami przy pierwszym zanurzeniu. Na szczęście jezioro było dosyć płytkie, najwyżej dwa i pół, trzy metry, z piaszczystym dnem… prawdopodobnie sztuczne, ale w tej chwili takie szczegóły obchodziły go tylko na tyle, by dzięki nim mógł znaleźć tego chochlika.

Kiedy jego wzrok przywyknął już nieco do panującego półmroku, całkiem niedaleko dostrzegł majaczącą sylwetkę pomostu. Długiego pomostu… i o ile nie stracił już zupełnie orientacji w tych warunkach, gdzieś z tamtej okolicy musiał dochodzić głos Nem.

Westchnął z przyjemnością zamiast niej, kiedy odnalazł jej ciepłe ciałko unoszące się tuż przy powierzchni koło pomostu. Objął ją ostrożnie ramieniem, zaś drugim chwycił się sąsiedniej belki podtrzymującej pomost.

„No proszę, kto by pomyślał, że znajdziesz drogę.” słyszał śmiech w jej głosie, pomimo ewidentnie złośliwego podtekstu.

„Naprawdę coś masz do piratów czy tylko to moja osoba działa na ciebie tak wyjątkowo?” wymruczał. Trochę żałował, że nie zdjęła bluzki… psiakrew, nie byłby facetem, gdyby nie żałował! Ale z drugiej strony bardzo skąpy tył odkrywał nie tylko piękną, gładką skórę, ale i zupełnie ciekawe perspektywy co do szczegółów jej ubioru… lub ich ewidentnego braku.

„Z piratów toleruję jednego, w wersji Johnny’ego D.” wyszczerzyła ząbki w uśmiechu.

„Tak?” przyciągnął ją jeszcze bliżej, okręcając tak, by jego dłoń znalazła jak najswobodniejsze pole do manewru po gładkiej skórze jej pleców. Ale poza tym nie dotykał jej. O wiele lepiej by było gdyby sama do niego przyszła… „A jakie rodzaje piractwa tolerujesz?”

„Hm…” wymruczała „Porwałam cię, wrzuciłam do wody… pomachać szabelką?”

Tych kilkanaście centymetrów dzielących ich twarze nagle drastycznie się zmniejszyło. Nem czuła jego ciepły oddech. Przymknęła oczy. ja najlepszego robię? teoretycznie mogła się jeszcze wycofać… zwłaszcza, że jeśli był jednym z Piratów, to na pewno dobrze znali się z Dave’m. Ale z drugiej strony… nie miała najmniejszej ochoty rezygnować z czegoś, co takie mięsko mogło jej zaoferować. Był doświadczony. Tylko, że Pirat… jęknęła w duchu.

„Hej…” w zamyśleniu nawet nie zauważyła, kiedy nieco się oddalił. Nawet sugestywny ruch jego dłoni ustał. „Spójrz na mnie.”

To było z lekka niewykonalne, biorąc pod uwagę panujący wszędzie półmrok. Widziała tylko jego zarys. I czuła. Gorąco jego ciała docierało do niej nawet przez chłód majowego jeziora.

„Nie musisz.” powiedział uczciwie i naprawdę tak uważał. Nawet jeśli miał przeogromną ochotę zanurzyć się w tym zachwycającym ciałku. A sam fakt, że byli tutaj i zachowywali się jak dzieciaki na wagarach, zamiast trafić prosto do niego, mówił aż nadto o jej wyobraźni. I odwadze. Ale wciąż pamiętał tę jej nerwowość… Coś nie grało.

„Niee… nie muszę.” przechyliła nieznacznie głowę, po czym po prostu zanurzyła palce w jego włosach, przyciągając go do siebie. „Po prostu… ja nie…” dalsze słowa utonęły w jego jęku, kiedy poczuł tak blisko jej miękkie ciepło. Uwolnił z niewoli nerwowych ząbków jej dolną wargę, pieszcząc powoli zmaltretowaną, rozkosznie wilgotną i gorącą… umysł pełen zaś myśli o bardzo twórczym wykorzystaniu tej zapraszającej wilgotności szybko porzucił wcześniejsze ostrzeżenia.

„Yhm…” jęknęła, przerywając pocałunek. Brak tchu w piersi miał naprawdę mało wspólnego z brakiem tchu. Palce zsunęły się nieco niżej, bawiąc się i tropiąc linię jego ramion. Miał miękką skórę, nie przypuszczała że facet może mieć tak jedwabistą… ale czucie jak pod jej palcami napinają się mięśnie było jeszcze przyjemniejsze. Hm, ciekawe jak smakowała?

„Hm?” mruknął pytająco, odczepiając jej dłoń od pomostu i sprawiając, że jej ciało miękko opierało się na nim. Najchętniej zostałby tak na bardzo długo, dręcząc i ją i siebie samego.

„Teeee… leeeefooon.” zdołała wreszcie wysapać, ale o wiele trudniejsze okazało się odlepienie od niego. Ale cholerny świdrujący dźwięk przeszywał nocną ciszę, mogąc sprowadzić w ich pobliże zupełnie niepotrzebne elementy. A na trójkąciki nie miała ochoty!

Jakimś cudem zdołała umknąć zwinnym łapkom Ryana i podpłynąć do schodków. Wspięła się zirytowana na pomost. Śledził ją śmiech Ryana.

Chwyciła uporczywie dzwoniący aparat, ale jej złość prawie momentalnie wyparowała, kiedy zorientowała się, że dzwoniącym jest Hotaru. Miała małe wyrzuty sumienia, w końcu przecież mała blondyneczka częściowo musiała wytrzeźwieć i raczej martwiła się, na jakie wygnanie skazała swoją współlokatorkę…

„Żyję.” mruknęła do słuchawki, odbierając połączenie. W odpowiedzi usłyszała z lekka zalany śmiech Hotaru i surowy głos Dave’a by oddała telefon. I zaraz potem jej drugie ucho zostało zaangażowane w zupełnie inną konwersację. Wessał płatek ucha do ust, drażniąc go powoli i równie powoli, celebrując każdy centymetr, zaczął rozplątywać sznureczki na karku, jedyne które trzymały jej bluzeczkę na miejscu. Sapnęła i upuściła telefon, kiedy drażniąco otarł się o nią. Podciął jej kolana, unosząc na moment, by umieścić na rozrzuconych rzeczach. Zadziwiające, zupełnie nie czuła chłodu nocy. Wręcz przeciwnie, czuła się jakby zaraz miała spłonąć…

~ * ~

„A co odbiło Ryanowi?”

Siedzieli sobie w mieszkaniu Dave’a, czy też zwalili mu się na głowę pół godziny temu i komentowali juwenalia. Sam właściciel tego przybytku chrząknął nieznacznie, usiłując ukryć lekkie zmieszanie i zarazem rozbawienie. Za to Jake, współlokator Ryana, prychnął.

„Jakaś cizia.”

Dave zaczął podejrzanie rechotać.

„Raczej pozbawiłaby go energii zamiast sprawiać, że chodzi radosny jak skowronek…” Susan była raczej zdecydowanie nieświadoma o co biega i czego chcieli się tak naprawdę dowiedzieć chłopcy. Ale tylko jeden z nich był w posiadaniu tej informacji i wcale nie miał zamiaru dzielić się tym skarbem.

„Ryan był tak znudzony, że wybuch wulkanu pośrodku kampusu by go nie ożywił. Wczoraj było tak samo w klubie… Co za trzęsienie ziemi się zdarzyło?”

Jake upił z uśmieszkiem nieco swojego piwa. Z lodówki Dave’a oczywiście.

„Kiedy rano wstawałem, akurat zamykał drzwi… ” chrząknął na wspomnienie wyrazu twarzy współlokatora „Jezu. Szczerzył zęby jak idiota na prochach. Strzelił łapkami dwie dziesiątki, wychrypiał coś o nieziemskiej wyobraźni i języczku sprawniejszym niż w słowie i poszedł spać.”

Dave śmiał się tak, że oberwał po głowie od Marka.

„No i od rana Ryan biega po uczelni nucąc pod nosem…”

„Nucąc? ” Dave aż przestał się śmiać. W końcu potrząsnął głową i rozsiadł się wygodniej na kanapie.

„Chrzanisz…”

„Niee. Swoją drogą, muszę zapytać go, kim ona jest… ” w głosie Jake’a pojawiło się rozmarzenie „Z chęcią bym się przedstawił komuś, kto rzucił naszego gagatka na kolana. Co tam, na szczękę.”

Dave zdecydował się na ucieczkę do kuchni pod pozorem penetracji lodówki, nie ręczył bowiem za siebie, że nie wybuchnie znów śmiechem. Zwłaszcza, ze w nocy okazało się, iż Hotaru wcale nie była nawet w połowie tak pijana jak meldował mu Ryan. Mały przewrotny chochlik stwierdziła, że Nem trzeba dać okazję i jednocześnie postawić pod ścianą, bo z nią nie można inaczej. A potem po telefonie z uśmieszkiem zadowolonego kota dodała, że Nem we wszystko rzuca się z niewiarygodną pasją. Na pilniczkowanie ego niewydarzonych smarkaczy jak Max Evans także.

Oooch, Dave aż nie mógł się doczekać, kiedy bomba wybuchnie. Pamiętał bowiem te plotki, kiedy Nem po raz pierwszy pojawiła się na uczelni, że jeszcze w liceum rozdziewiczył ją właśnie ten smarkacz. Przynajmniej tak trajkotał naokoło, chociaż niewielu wierzyło, by miał coś wspólnego z niezdobytym kąskiem o ostrym języczku. Zanim zaś ktokolwiek dojdzie, z kim Ryan spędził tę fantastyczną noc, plotka o jego ostatnim podboju przejdzie jak burza po kampusie. A potem hulaj duszo na całego. Dave znów zarechotał. Kto by pomyślał, że niewiarygodnie cyniczna osóbka da się porwać piratowi z Karaibów? Zwłaszcza, że ani pirat ani jego ofiara nie byli świadomi tej maleńkiej machinacji Hotaru. Najwyraźniej jednak Nem udowodniła, że ma wyobraźnię równą szalonym pomysłom H. Siebie warte, zaśmiał się w duchu zmierzając z powrotem do pokoju. Hm, może by tak dodać nieco smaczku temu sosowi?

Comments
  1. ania89xxx
  2. Ewelina
  3. Dagmara
  4. Daniel
  5. Daniel
  6. Daga
  7. Laura
  8. Aga

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *