Pamiętliwe rodzeństwo (2)

Jednak jaj sobie nie robili. Garniturki nie latały po podejrzanych dzielnicach i nie składały wizyt w mieszkaniach wyglądających jakby nie remontowano ich od czasów piątej wojny światowej.

A przed nią siedział garniturek. Zjawił się w godzinę od jej powrotu do domu. Gdyby nie była bardziej sceptyczna, powiedziałaby że koleś z windy mu doniósł, ale absolutnie nie widziała powodu by być aż tak ważną. I usilnie kazał jej zareagować odpowiednio na wezwanie. Odpowiednio najwyraźniej oznaczało potraktowanie wezwania całkiem serio, wbicie się w garniturek i podreptanie pod adres wskazany w wezwaniu. Najlepiej zaraz z nim.

Miał za to dostać premię czy co? Cud, że nie wyciągnął jej siłą z mieszkania – chociaż pewnie był tego bliski.

Jak każda kobieta dywagowała długą chwilę przed swoją skromną szafą. W końcu zdecydowała, że nic z jej garderoby nie nadaje się na formalną wizytę przed bandą harpii i lepiej, by czuła się dobrze w swojej skórze. Założyła spodnie i sztruksową kurtkę, a nuż przyjdzie jej uciekać co sił w nogach.

W końcu trafiła do odpowiedniego budynku w rządowym labiryncie, do odpowiedniego pokoju czy też jego recepcji. Strażnik łypnął podejrzliwie, zeskanował kod z wezwania i rozjaśnił się niczym słoneczko. Nawet zaprowadził ją do odpowiedniego pokoju. I dzień zaczął się cudnie… nie tylko grała główną rolę w jakieś orwellowskiej komedii, ale i akcja miała dziać się w wariatkowie.

Przyszedł jakiś człowieczyna, nie z rodzaju nerwowych urzędników, którzy nie wiedzą o co biega na świecie i czy przypadkiem coś w kącie się na nich nie zamierza. Przed czterdziestką, uważne spojrzenie pozbawione uśmiechu i okularów i soczewek. Zarabiał więc na tyle, że nie musiał psuć sobie wzroku. Dziwne, ale dopiero teraz zaczęła się niepokoić. Nie wysyłali takiego sztabu doktorków ani urzędników, by zająć się sprawą głupiej reklamy ani przykryć ją ofertą pracy pod płaszczykiem rządowej pensji by nie mogła starać się o odszkodowanie.

Albo coś wykryli podczas badań albo chodziło o coś zupełnie innego, i wypadek z reklamą był tylko i wyłącznie pretekstem do jakiejś przewałki.

Obserwowała nieufnie faceta, ale był dobry. Naprawdę! Trudno było się tu do czegokolwiek przyczepić, rozmowę prowadził bardzo profesjonalnie – jednocześnie unikając meritum zagadnienia i wyciągając trochę informacji o niej. Odpowiadała spokojnie, to nie było nic czego władze o niej by nie wiedziały wcześniej. Nawet wyszedł na chwilę, co było ewidentną podpuchą i próbą sprawdzenia, czy zajrzy do papierów.

Nie zajrzała. Bardziej ceniła własną głowę od kociej ciekawości.

W końcu przestał zadawać pytania z rodzaju, które zawsze ktoś zadaje po drugiej stronie gdy chce się o człowieku czegoś dowiedzieć a i tak nie wie, które pytania należałoby zadać. Gładko przebrnął przez standardową formułkę, jak tu trafiła i zrobił tajemniczą minę gdy spytała o jakie zajęcie chodziło.

Facetów z tajemniczymi minami miała po dziurki w nosie. Nie dlatego, że równie dobrze mogli poszukiwać sprzątaczki z łapanki (musieli wydawać fortunę na sprzątanie tych długich korytarzy, nawet maszynowo!), jak i sobowtóra dla któregoś z naukowców którzy nie wrócili z Atlantydy a publiczna wersja miała być na odwrót… Tajemniczy faceci z super ofertą zawsze okazywali się ładnie opakowanym zgniłym ziemniakiem i człowiek w większości przypadków spędzał naprawdę zbyt wiele czasu na obmyśleniu sposobów by wykaraskać się z kłopotów, które powodowali.

Mina mu nieco zrzedła gdy odmówiła dalszego zapoznania się z super ofertą i przejścia “na dalszy etap rekrutacji”. Miała złośliwą satysfakcję z zepsucia mu wskaźników, i innych pierdół z których musiał się wyspowiadać swoim przełożonym.

Zrzedła mu już kompletnie kiedy zbierała się do wyjścia i przybył inny pracownik, najwyraźniej po to by przeprowadzić kolejną rozmowę. Kolejna niezbyt szczęśliwa, poddenerwowana istota siedziała zaś na krześle pod drzwiami i nerwowo skubała rąbek granatowej spódnicy. To był ten sam typ, niska blondynka z okrągłą buzią, dłuższymi blond włosami i nieco za szerokim nosem. W oczach miała strach, i to znacznie większy niż w jej własnych oczach czaiła się irytacja. Co za skunksy. Cieszyła się, że cokolwiek co tam planowali w swoich głowach, nie było jednak na tyle ważne że w ogóle rozważali posiadanie zgody kandydatów i rozmowy z nimi. Mogło być niewesoło. Nie miała znajomości by się z tego wykaraskać. Jedyna wpływowa rodzina, którą znała, wyemigrowała na Atlantydę, odległość sześciu lat drogi z małym haczykiem, skutecznie uniemożliwiała pomoc z ich strony.

Wyszła z budynku, z ulgą wdychając ciepłe powietrze. Na zewnątrz było coraz przyjemniej, wiosna rozkwitała. Łatwo było o tym zapomnieć, przebywając ciągle w klimatyzowanych pomieszczeniach i mrużąc oczy od sztucznego światła. Humor od razu jej się polepszył, nawet perspektywa walki z urzędniczą machiną nie zepsuła jej reszty dnia. Jak szukali nowej kochanki dla jakiegoś niedorozwiniętego dyrektora, to mogli ją z powodzeniem ominąć.

Daleko nie zaszła, bo po drodze miała jeszcze galerię handlową w której zamierzała dokonać paru zakupów. Karta kredytowa bardzo nie schudła, kupiła parę rzeczy do jedzenia i odnowiła bilet miejski. Dopiero przy automacie zauważyła dziwne zjawisko. Nie była próżna blondi, za którą oglądałoby się pół męskiej populacji galerii, ani też jej ciuchy nie należały do takich, które budziły zainteresowanie kieszonkowców i sprzedawców. Zwyczajnie, ordynarnie, w biały dzień była śledzona!

Orwellu mój kochany…

 Zwinęła się szybko z zakupami, ochota szybko jej przeszła. Teraz chyba naprawdę miała przekichane.

~ * ~

Cztery lata snu, ktoś pomyślałby że to najlepsza okazja by wyspać się za wszystkie lata w życiu, poranne pobudki do szkoły/biura, wredne młodsze rodzeństwo wrzeszczące po nocach i nie dające normalniejszym spać. Gdyby to było takie proste, hibernację sprzedawaliby niczym świeże bułeczki.

Są osoby, dla których hibernacja to tyle, co zamknięcie oczu i otworzenie ich za jakiś czas. Koniec bajki, o niczym nie śnią, nie odczuwają żadnych dolegliwości, a ciało nie protestuje. Nie należał do tych szczęśliwców. To była jego druga długa podróż i na jego nieszczęście czekała go co najmniej jeszcze jedna. Z powrotem.

Obudził się ponad tydzień temu, przeszedł już większość badań które przejść musiał każdy zanim go wypuścili we względnej wolności na teren ośrodka. Nadal czuł się jak kosmita na Ziemi, a zwyczajni napotkani po drodze ludzie jawili się jak szaleni naukowcy planujący przebadać cię do ostatniego fragmentu DNA. Trzeba było przyznać, że panująca obecnie moda na uniformizację wybitnie w tym pomagała!

Był tu niespełna tydzień, a tęsknił za ich kolorowym piekiełkiem. Nawet wojskowe mundury personelu zdawały się mieć dziesiątki odcieni i to widział facet!

Siadł sobie na trawniku za kliniką. Niewiele takich miejsc zostało w okolicy, ludzie uwielbiali zabudowywać każdy skrawek cennych miejskich gruntów. Kogo było w tych czasach stać na ogródek albo trawnik?

W jednej z sal jakaś grupa pisała pilnie testy, miał na nią dobry widok. Niestety, po samych twarzach pilnujących ich ludzi, mimo że nie byli w ogóle w mundurach, widział że należeli do Centrum. Czemu do cholery wojskowi pod cywilnym przebraniem badali zielonych szaraczków? Nie był pewny, czy chce poznać odpowiedź, szczególnie gdy zauważył w jakim typie byli ci ludzie. Zapewne nawet nie wiedzieli, do czego startują. Skoro nadzorcy nie kwapili się z ujawnieniem prawdziwej twarzy, musieli wysilić się na jakieś pozory. Brylowali najczęściej na rekrutacjach na rządowe stanowiska.

Pilne mróweczki smarowały odpowiedzi, ale kilka osób nie wyglądało na zbytnio przykładających się. Uśmiechnął się złośliwie pod nosem, coś tu nagonka się nie udawała. Obserwował grupę tylko jeszcze przez chwilę, bo została zastąpiona inną. A jej skład zmroził mu krew w żyłach. Przy samym oknie siadła nader znana mu blondynka. Nie widzieli się więcej niż dekadę, ale doskonale wiedział kim była i nie miał problemu z rozpoznaniem. Kuźwa, mieli nie tylko jego; polowali także na jego siostrę!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *