Pamiętliwe rodzeństwo

Nowe opowiadanie sf, prezencik urodzinowy dla Kici 😉

Trochę nawiązań do znanych historii, ale niedużo. Bohaterka jest szarym ludzikiem w pewnym północnym mieście i usiłuje wykaraskać się z kłopotów finansowych po nieudanym narzeczeństwie, kiedy otrzymuje przypadkowo propozycję nie do odrzucenia.

 

Nie mieliśmy takiej propagandy od czasów zimnej wojny. Tak mi się przynajmniej wydawało. Ciągle, gdziekolwiek człowiek się nie zwrócił, na ustach wszystkich była Atlantyda. Dosyć durna nazwa dla małej planety gdzieś w przestworzach. Nikt nie liczył mieszkańcom skromnego lądu na niej podzielenia losów mitycznego protoplasty. Cały projekt niewiele mnie obchodził, nawet jeśli przyszłam na świat w czasie, gdy Ziemianie po raz pierwszy postawili stopę na planecie możliwej przez nas do zamieszkania.

O samej Atlantydzie wiedziałam niewiele. Nikt tak do końca nie wiedział, ba nawet koszty tych ekspedycji nie były znane. Kolejne dziwactwo naszych czasów. Kiedy politycy żarli się o każdego złotego dinara, wydawanego z publicznej kasy, projekt zasiedlenia Atlantydy trwał w najlepsze i nikt się nie liczył z kosztami. Wiem, bo kiedyś ukradli nawet mojego psychologa – przekupili go podobno. W każdym bądź razie ci, którzy zdecydowali się na udział w ekspedycji i przeżyli, do końca życia nie musieli się martwić o utrzymanie.

W przeciwieństwie do mnie. Wpakowałam się jak ostatnia idiotka w koszty wesela, na które tak naprawdę nie było mnie stać. Kto by się czymś takim przejmował, skoro wesele było najważniejszym dniem w życiu kobiety a koszty ostatecznie miały się zwrócić przez datki od rodziny i zarobki męża? Cóż, efekt jest taki, że spłacam długi, a za mąż wychodzi moja młodsza siostra Maria. Nawet narzeczony jest ten sam. Powiem wam jedno: nigdy nie słuchajcie powszechnych mądrości, wygłaszanych przez stare wredne ciotki. Ja nasłuchałam się ich zbyt wiele i nie nauczyłam nigdy przed nimi skutecznie bronić. Jedynym lekarstwem była zawsze odległość, ona i tylko ona mogła mnie ochronić przed rodziną. Nie licząc kilku naprawdę upierdliwych wredot, i mojej mamy, nikomu się nie chciało do mnie fatygować. Szczególnie teraz, gdy mieszkałam w zapyziałej norze a Maria miała być gwiazdą rodziny.

Reklamy Atlantydy były wszędzie, niemal jak stały element krajobrazu i dawno przestałam na nie zwracać uwagi. Niezbyt szczęśliwie, bo one zwracały na mnie. Do tego stopnia, że jedna praktycznie spadła mi na głowę!

By dodać nieszczęść na dzień dobry, mój mało inteligentny szef był zarówno moim szefem jak i zarządcą nieruchomości. Reklama była rządowa i nie chciał nikomu podpaść za brak nadzoru. Wlepił mi przymusowy urlop i to bezpłatny. Mogłabym ukatrupić gnojka gołymi rękami. Niestety siedząc w pace nigdy nie miałabym szansy zarobić na spłatę długów.

Bezpłatny urlop ku chwale Atlantydy, tudzież durnego szefa, który zgłosił wypadek odpowiednim służbom, zapowiadał się mało interesująco. Dzień pierwszy, kilka badań i dłużyzn w czekaniu między różnymi gabinetami lekarskimi. Kolejek to oni w rządowych centrach nie miewają. Za to w nadmiarze obijający się personel. Zamiast godziny, spędziłam u nich pół dnia – tyle im zajęło pobranie próbki krwi, dwa zdjęcia i wręczenie mi formularza do wypełnienia. Uroczo.

I pomyśleć, że finansowałam ich z własnych podatków! A może lepiej nie… jeszcze człowiek harakiri by popełnił. Trzeba się oszczędzać. Na pogrzeb też mnie nie stać.

Następnego dnia znalazłam się w niemal Orwellowskim świecie. Niewyspana, bo czytałam do piątej nad ranem jakąś wysokiej jakości klasykę literatury pod tytułem “Zmierzch”… i znów ta laska i facet przed ślubnym kobiercem, do tego bachorek w świecie, w którym niby wampiry nie mają dzieci! przysięgam – nawet autorka przystąpiła do spisku i postanowiła się nade mną pastwić… na półtoralitrowej dawce kawy, z jakimś obrzydliwie słodkich batonikiem w zębach wpadłam do kliniki po odbiór wyników. I się zaczęło.

Muszę im zwrócić honor. Jak tak dokładnie badają efekty szkodliwości publicznej reklamy, to dziwne że w ogóle cokolwiek do przodu ruszyło na tym świecie! Obejrzeli, zmierzyli, ostukali, zadali kilka kretyńskich pytań, pokiwali głowami z troską nad moją ślepotą i coś tam w swoich jabłuszkach postukali. W końcu wydali mi część wyników, orzekając iż cios nie uczynił mi żadnej widocznej i trwałej szkody, wobec czego mogłam wracać z powrotem do swojej nory. W drodze na przystanek otworzyłam ostatnią część sagi, której to lekturę przerwał mi wcześniej ten cyrk. Nie zrozumcie mnie źle, nawet ja lubię głupawe historie, zwłaszcza te w których nadęci kretyni dostają porządny łomot od kogoś, kim kiedyś pogardzali. Wedle powiedzonka starego miliardera Gatesa – bądź miły w szkole dla kujonów, jest więcej niż prawdopodobne że pewnego dnia będziesz dla jednego z nich pracował.

Ale zakończenia historii już mi nie starczyło do przyjazdu tramwaju – widma. Komunikacja publiczna nigdy nie była zbyt żwawa w tym mieście, ale tramwaje numer 3 i 20 dojeżdżające do kliniki nie bez powodu miały status zaginionej duszy na bagnach. Albo je widziałeś i ich doświadczyłeś, albo marzł ci tyłek na stacji.

Wybór północy do najszczęśliwszych miejsc do życia nie należał. Ale cóż, zarobki są tu lepsze niż w innych regionach a na południu życie było cholernie drogie. Co z tego, jak możesz w cieniu opierdalać się przez cały dzień, jak wieczorem do garnka nie możesz nic włożyć, co najwyżej jakiegoś zagubionego turystę lub jego kota. Nie cierpię kotów. A przynajmniej tak sobie wmawiam. Łatwiej żyć w zaprzeczeniu niż w białym świetle dnia.

Chowam w końcu książkę do plecaka i cierpliwie czekam na żelaznego potworka, ale tak między nami cierpliwość do moich cnót nie należała nigdy. Oprócz mnie tylko jakiś świr gania po naprzeciwległym peronie. Nie mam serca uświadamiać go, że tam nigdy nic nie jeździ, za wyjatkiem blaszaków zjeżdżających z trasy. A na zajezdnię to on nie chciał się udawać, zdecydowanie. Typek z rodzaju wojskowych lalusiów, którzy pewnie nawet bokserki w kancik mieli zaprasowane.

Pusty peron jest nudny, bez dwóch zdań. Na szczęście duch dwudziestki wybawia mnie wreszcie z opresji, pojawiając się na horyzoncie. Szybko pakuję się do środka, elegancik do nudziarzy też najwyraźniej nie należy i podąża moim śladem.

Jeszcze sześć dni bezpłatnego wolnego. Czizys… zwariuje od namiaru wolności i czasu. Jej głowa znowu będzie latać w tę i z powrotem, jakby dystans z Ziemi na Atlantydę był małym spacerkiem. Nie przepadałam za tym i doskonale wiedziałam dlaczego.

Całe życie mówią ci, że twoim przeznaczeniem jest znaleźć sobie męża, urodzić mu gromadkę dzieci i dumnie uśmiechać się do zdjęć z rodzinnych zjazdów. Być idealną gospodynią domową, diablicą w łóżku i damą na salonach. Bla bla.

Podążanie utartymi schematami na dobre nigdy jej nie wychodziło. Albo nie umiałam nimi podążać. Nie wiedziała, jak tacy ludzie myślą, co należy mówić, jak się zachowywać. To był zawsze jej problem, inni w rodzinie go nie mieli. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że w dzieciństwie wypadła z wózka prosto na zbyt duże czółko i… tak zostało do dorosłego wieku. No ale teraz nic nie udowodni opiekunce, nie będzie szukała jej w piekle. Starczyło jej codzienne życie, nie musiała go doprawiać.

Czasem niektóre rzeczy się podobały, nie z powodów które głosili inni, ale jednak. Seks, czy możliwość zrobienia sobie poduszki z faceta, niwelowały wiele niedogodności z codziennego życia z takim osobnikiem. Zbieranie na samochód zamiast na nowy biznes albo dłuższy urlop, życie na glutaminianie sodu, koszmarna przyszła teściowa wciąż trująca o dzieciach – to była ta niefajna codzienność przy facecie. Nie była jakimś społecznym odludkiem, wiedziała jak w większości ludzkich skupisk działały te sprawy.

Niestety ta wiedza doskonale mówiła jej, jak miluśkie tygodnie ją czekały. Maria wpadła w przedślubny szał, a ponieważ najbliższe kuzynki mieszkały setki kilometrów dalej, padało zazwyczaj na nią by zrównoważyć wpływ rodziny pana młodego. Miał dużo kuzynek, na jej nieszczęście co jedna to ładniejsza i o zgrozo, paplająca papużka podekscytowana kolejnym rodzinnym wielkim weselem. Miała z nimi styczność będąc narzeczoną Toma i nawet wówczas nie była w stanie ich znieść. Maria jednak pod tym względem nie była ni gram odporniejsza i wydawało się, że klan wrednych suk zdominował ją całkowicie. Im więcej więc za ich plecami mogły załatwić w związku z pędzącymi terminami, zaliczkami, decyzjami, tym mniej konsekwencji spadało na nią samą.

Współczuła jej przyszłego życia z Tomem, ale nie ważyła się nigdy tego głośno powiedzieć. Z całą pewnością uznaliby to za jej nieskrywaną zazdrość, a nie wreszcie przebłyski rozsądku. Nie ważyła się także powiedzieć, że to nie Maria rozbiła jej narzeczeństwo. Do ślubu pewnie i tak by nie doszło, co najwyżej zwiałaby z kościoła tuż pod nosem dwóch familii i połowy miasta.

Cóż, w końcu każda kobieta w ich rodzinie była ponoć kiedyś źródłem niesamowitego skandalu… tylko na nią jeszcze nie przyszedł ten czas. Nie ta okazja.

Skręciła po drodze do domu do biblioteki miejskiej i wypożyczyła kilka nowych książek. Na długo jej nie starczą, ale było to lepsze niż gapienie się bez celu na ścianę wymagającą malowania.

Zanim dotarła na swoje łóżko z komputerem na kolanach, klinika przysłała jej potwierdzenie zwolnienia z pracy na tydzień i wypłatę zasiłku. Potrząsnęła głową. TO było dziwne, cały ten orwellowski ciąg w klinice był dziwny. Wiadomo, wszystko co związane z Atlantydą, potrafiło osiągnąć ekstremum… może to przez planowany na drugie półrocze odlot. Kto to wiedział. Na pewno nie ona. I jeśli nagle władze zmieniły traktowanie ofiar swoich kosmicznych aspiracji, nie chciała znaleźć się w pierwszej linii królików doświadczalnych.

Na wszelki wypadek wydrukowała wszystko, zanim się rozmyślą i zaniosła Normalowi. Facet prawie podskoczył na jej widok, jakby zobaczył ducha. Ale ten dzień był wystarczająco dziwaczny, nie chciała dociekać powodów jego zachowania. Zmyła się z budynku, ciesząc przez chwilę późnymi promieniami słońca. W betonowej dżungli prawdziwe, dzienne światło należało do rzadkości. Dni odmierzane były mrugającymi latarniami, albo deszczem bezlitośnie siekającym nieszczęśliwców nieposiadających własnego auta. Do takich należała. Nigdy własnego nie miała, na czym innym skupiła swoje wysiłki. I co jej to przyniosło?

Zirytowała się sama na siebie przez wracanie wciąż do tej samej myśli, wiedziała jednak w głębi ducha, że było to bezowocne. Jej umysł inaczej nie potrafił. Ciągle wracał do tego samego, nie potrafiła nigdy zepchnąć w niepamięć dręczących ją, bolesnych myśli. Nic, idealny kandydat na samobójcę. I pewnie nim by była, gdyby nie wredna rodzinka wbijająca jej do głowy, że samobójcami są tylko egoiści. A egoistką nie była. W końcu oddała Toma bez walki.

Bo też i nie było o co walczyć. podszeptał złośliwy głosik w jej głowie. Wyraźniej od innych widziała wady Toma, na pewno od Marii i własnej matki, ale prawdziwym problemem był fakt, że nie miał go kim zastąpić. Przyjęcie zaręczynowe było w najbliższą sobotę, potem ślub na co najmniej dwie setki gości a ona nie miała z kim pójść na żadną z tych imprez. Nie było żadnego sensownego kandydata na horyzoncie, którym

Pięknie, sprowadzała facetów do zapychacza gardeł starych, złośliwych bab… ale taka była rzeczywistość. Jeśli miała przetrwać w tej dżungli rodzinnej, musiała pokazać większą zdobycz. Biorąc pod uwagę, że rynek damsko męski wyglądał wokół gorzej niż wysuszona i zniszczona pustynia przez złego Sabę, zadanie wydawało się jej nieosiągalne. Nawet jeśli to miał być zapychacz na dwa wieczory. Nawet jeśli miałaby za to zapłacić… nie, jednak nie. Za dużo już ta cholerna damsko-męska ciuciubabka kosztowała ją nerwów, czasu, wysiłku i wydanych nieswoich pieniędzy. Niech rodzina ją obgaduje, jakoś przetrwa ten koszmar – przynajmniej będzie potem miała pretekst do objawów depresjopodobnych!

W końcu we wszystkim należało widzieć pozytywy.

Wyjęła pocztę ze skrzynki i poczłapała na szóste piętro. Winda nie należała do jej ukochanego wyposażenia, miała wredny zwyczaj psuć się kiedy była w środku. W dodatku jakiś dziwny koleś stał w jej drzwiach i lukał na piętro. Minęła go starając się zbytnio nie przyglądać. Na kilometr śmierdział niczym pies garniturków. Trochę ich tu się wiecznie kręciło, w pięknej okolicy nie mieszkała.

Dotarła do siebie i miała ochotę klnąć pod niebiosa. We framudze drzwi tkwił policyjny list gończy. Wyjęła go z niechęcią. Na jej nazwisko, wystawiony przez Państwową Służbę Sanitarną.

„I dzień stał się zajebistszy…” mruknęła pod nosem oglądając kopertę podejrzliwie. Znała mnóstwo urzędników i urzędniczek i ich zamiłowanie do wkurwiania zwykłych obywateli, byleby tylko poczuli się ważni i władni nad zwykłym szaraczkiem. „Co mi Orwellu dziś przyniosłeś?” spytała sama siebie, otwierając kopertę i rzucając okiem na zadziwiająco krótkie pismo.

Przeczytała do końca krótkie wezwanie i zamrugała zdziwiona.

„Jaja sobie robią?”

Przeczytała raz i drugi, całkiem niepotrzebnie bo krótkie wezwanie w celu stawienia się na rozmowę kwalifikacyjną do pracy było nad zwyczaj jasne.

Ani wojskowym, ani policjantem, ani tym bardziej z sanitarnymi nic nie miała ostatnio wspólnego. No, co najwyżej jeden laluś spisujący jej zeznania jak reklama próbowała skrócić ją o głowę i kilkoro garniturków mijanych wczoraj i dzisiaj w klinice. Niemożliwe, żeby coś nabroiła do tego stopnia, by pod płaszczykiem zwykłego wezwania ściągali ją do centrali.

Weszła do mieszkania. Koleś w windzie nadal gapił się na przeciwległy korytarz jakby oczekiwał cudów.

Comments
  1. Marta96
  2. Dagmara

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *