Pamiętliwe rodzeństwo (6)

Zakończenia są do kitu. Wiecznie trudne do napisania. Nikt nie jest z nich zadowolony, a zwłaszcza autorka. O ile fajniej jest pisać początek, rozwijać opowieść w nieskończoność, przychodzą ci do głowy dziesiątki myśli i wersji „co by było gdyby”. Podziwiam scenarzystów, że potrafią trzymać się naprawdę jednej wersji i zamysłu od początku do końca. Cóż, przynajmniej profesjonaliści, bo ci którzy tworzą naszą państwową telewizję są rąbnięci od początku do końca. Albo to od sztywnych garniturków, w których latają od rana do wieczora, wyobraźnia im się spaczyła w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Najłatwiej więc wrócić do początków. Czy gdyby pewnego dnia rządowa reklama nie spadła mi na głowę, nadal żyłabym sobie spokojnie będąc biurowym gryzipiórkiem próbującym nie zwariować w świecie szaleńców? Chyba nie. Z moim szczęściem wpakowałabym się prędzej czy później w inną kabałę, kto wie czy nie gorszą niż bycie karmą dla atlantydzkich kotów.

Najbardziej obawiałam się scenariusza z rodzaju ingerencji ukochanej rodzinki. W końcu po coś wyniosłam się na ta przebrzydłą północ, gdzie naturalne światło dzienne było luksusem. Zawsze byłam i pewnie będę nieodporna na ich wpływ i machinacje. Jedynym lekarstwem była odległość. Wesele Marii podziałało nagle jak katalizator. Najwyraźniej młodsza córcia wirująca szczęśliwie w ramionach przystojnego i bogatego astronauty było nie do pomyślenia w ich ciasnym światopoglądzie. Przykro mi to mówić o własnej rodzinie, ale oni naprawdę mają zupełnie inne głowy. W końcu jestem kukułczym jajem, chociaż nikt głośno o tym nie mówi. Pewnie też niewiele osób nawet w rodzinie o tym wie, bo szczęśliwie dla mojej matki jestem do niej tak podobno, iż na cechy fizyczne od strony ojca nie starczyło już miejsca.

Na złośliwe komentarze z rodzaju, że jeszcze tydzień temu chcieli mnie opchnąć jakiemukolwiek plemnikowi, byleby był facetem, reagowali metodą zdartej płyty. Cóż, jak Bóg Kubie, tak Kuba Bogu. Ale mój stoicyzm padł wobec „niezapowiedzianej wizyty” rodzicielki i kuzynki. Nosz do diaska! Nie dosyć, że prześladują mnie rządowe garniturki, to jeszcze milutka rodzinka!

Musiałam postawić tamę, inaczej zamęczyłyby mnie na śmierć. Garniturki nie mogłyby sobie wymyślić skuteczniejszego przymusu i skuteczniejszej motywacji do zwiania z tej planety, jednakże wciąż przeszkadzała mi wizja zostania karmą dla atlantydzkich kotów. Trzeba było więc udać się do instancji wyższej, która miała środki na uczynienie mojego życia znośniejszym.

Arnoldowi prawie szczęka opadła, kiedy pojawiłam się w Centrum i przysiadłam do jego obiadu odsyłając towarzystwo. Ochrona pewnie dostała rozkaz wcześniej, bo nie wyobrażam sobie by nagle trzech osiłków zniknęło po moim uniesieniu brwi. Owszem, potrafię czasem wywrzeć wrażenie na facetach, ale nie przesadzajmy. Nikt nie wpada na krzesła zapatrzony w mój biust.

Inteligencją generałek nie grzeszył, bo cholernie trudno było mu zrozumieć proste zdania do niego skierowane. Ale jak już zajarzył temat, szybko się okazało żeśmy rzeczywiście z innych planet, i to nie Wenus czy Mars. Z innych planet biurokracji. Po początkowych naturalnych problemach komunikacyjnych, kiedy spotykają się dwa obce sobie rodzaje, poszło łatwiej. Gdy do kontraktora wreszcie dotarło, o co pytam i co chcę wynegocjować, poprosił o kopię umowy. Nie noszę ze sobą tych ton papierzysk, bo inaczej musiałabym ciągnąć za sobą wózek, więc przydybał panienkę od umów.

Przeczytał te ślaczki w nieprawdopodobnym tempie i chyba nawet zrozumiał, bo lodowatym tonem zapytał czy wszyscy z projektu mają podobną treść. Nieszczęsna kobieta przytaknęła. Ups, chyba ktoś przeze mnie stracił właśnie robotę.

I chyba dopiero cyrk się naprawdę zaczął.

Wylądowałam na dywaniku u generała, to znaczy w jego gabinecie i w kompletnym zdumieniu słuchałam czego facet ode mnie chciał. Musiałam pozbierać zęby z podłogi. I parę innych obolałych członków ciała też, zwłaszcza po części iż pewne moje „braki zdrowotne” zostaną wyleczone zanim dolecę na Atlantydę. Najwyraźniej oficjalna medycyna dostępna dla cywilów nie umywała się do tej wojskowej. Cóż, pewnie dużo atlantydzkich kotów przerobili na karmę odkąd projekt wystartował.

Trzy minuty mogą cholernie zmienić perspektywę przyszłości. Nie mogli tak od początku?

I musiałam znaleźć Elijah. Odkręcanie jego rezygnacji byłoby nader kłopotliwe.

~ * ~

Laboratorium pełne było jakichś ludzi, i to nie personelu medycznego. Chyba robili jakieś naprawdę szeroko zakrojone testy. Uznałam więc, że Arnold miał trochę podstaw mówiąc, iż wyłonili mnie przypadkiem przez ten wypadek z reklamą. Nie wiem, czy to dobry omen. Gdyby trochę lepiej sprawdzali tło swoich astronautów, wyłowiliby mnie i bez tej piekielnej reklamy.

No ale oficjalnie nazywałam się Topolski a nie Mikaelson. Arnold nie wiedzieć czemu był zaskoczony moim oświadczeniem, że muszę skonsultować propozycję z bratem i odpowiem mu po rozmowie z nim. Jakby ta małpa nie tropiła nas wrednie przez ostatnie tygodnie…

Elijah także był w szoku. A mało co może mojego brata zaskoczyć czy zszokować. Odporny typ prawdę mówiąc.

I skubańca też chcieli na Atlantydzie do tego samego programu, ale dotychczas się wymigiwał. Cóż, jeśli on ma zostać kiedyś tam w przyszłości wujkiem, to równie dobrze ja mogę zostać ciocią.

Wizja nowego życia, z dala od ziemskich problemów, problemów ze zdrowiem i facetami, kusiła. Kogo by nie kusiła? Nie byłam nieodporną stalą. Przegadaliśmy z Elijah cały wieczór i większość nocy. Wreszcie decyzja zapadła. Lecimy.

To jednak nie było zakończenie naszej historii i czekało nas sporo problemów do załatwienia, od przebudowy kapsuł dla mnie po ukrycie pewnych faktów przed rodziną. Gotowi byliby jeszcze porwać mnie przed odlotem, byleby tylko postawić na swoim. Ale nie było nic kuszącego w oglądaniu jak Maria niszczy sobie życie, słuchaniu narzekań że zostanę starą panną czy znoszenia bycia z facetem dla jakichś miernych społecznych korzyści czy koneksji z rodziną, która nie chciała mnie znać.

Zamykanie spraw przed odlotem było niczym lot odrzutowcem. Ogromna ilość spraw wymagająca załatwienia jawiła się gorzej niż biurokratyczny koszmar wokół. Szczęśliwie garniturki towarzyszące mi na każdym kroku od mojej zgody – ku ewidentnemu zadowoleniu Arnolda –

Pozostała kwestia co bym porabiała na Atlantydzie prócz rzeczy oczywistych… wśród tych wszystkich specjalistów i geniuszy, ale szczerze mówiąc nie zamartwiałam się tym. Miałam mieć pod ręką jedynego brata, który mnie rozumiał, nowy start w życiu i rozwiązanie kobiecych problemów, które były wcześniej nierozwiązywalne. Zamiast zamartwiać się na śmierć, robiłam coś na odwrót. Oczekiwałam na coś z radością.

Przebudowa kapsuły w tak szybkim czasie nie była możliwa, więc ustalono po długiej naradzie ekipy medycznej, że będę podzielała jedną z Elijah. Cóż, może i nie zrozumiem wszystkiego tego, co zaplanowali do zaserwowania mu przez najbliższe lata, prędzej zanudzę się na śmierć. Ale nie uśmiecha mi się skończyć lotu jako szaleniec tylko dlatego, że tak jak Elijah, pamiętam wszystko co mnie w życiu spotkało, włączając w to pustkę snu hibernacji.

Start promu – a jakże – był wydarzeniem publicznym i politycznym. Nie wychodzę za dobrze przed kamerami, a jeszcze bardziej kiepska stałam się przez niezdolność do odpierania histerycznej reakcji mojej rodziny. Zareagowali jeszcze gorzej niż Mikaelsonowie. Ci to przynajmniej uznali, że Atlantyda wyniosła jednego z nich wyżej niż cały klan razem wzięty. I po tylu latach nieobecności łatwiej przywykli do myśli, że mogą go już nigdy nie spotkać. Dla mojej rodziny to był szok. Nie chciałam im mówić, iż nie zamierzałam wracać. Nie miałam do czego. To był bilet w jedną stronę.

Historię uciął Elijah, jednym zdaniem do mojej matki „iż ona ze wszystkich najlepiej powinna wiedzieć, że z kukułczego jaja wykluje się zawsze kukułka i kiedyś musi odlecieć, bo nic nie zmieni jej w bociana”. Padłam. Przebił nawet mnie.

Ostatni raz widziałam Ziemię z tarasu widokowego Nostromo. Właściwie to pomieszczenie z wielkimi ekranami zamiast ścian, podające obraz z zewnątrz. Wcale nie wyglądała tak jak na kolorowanych zdjęciach z Photoshopa. Wyglądała na bardziej szarą. Jakby zmęczoną nami wszystkimi.

Kilka minut później mieliśmy ostatnią odprawę przed hibernacją. Podłączyli nas do różnych kabelków i czytników. Niemal współczułam tej części załogi, która miała się nami zajmować i pilnować podczas podróży. Niemal. Bo wiedziałam, że ich życiem dzień w dzień będzie ten prom. A ja kiedy otworzę oczy, będzie na mnie czekało zupełnie nowe życie. Nowy początek. I historia nie będzie musiała kończyć się.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *