Pamiętliwe rodzeństwo (4)

Oficjalnie jej szczęka rozbiła się o posadzkę, gdy zobaczyła Elijhaha Mikaelsona w drzwiach swojego skromnego mieszkania. Nic nie było w stanie przebić jej zaskoczenia. Wiedziała doskonale, gdzie przed laty zniknął, tym bardziej widok cholernie ważnego astronauty, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien znajdować się kilka miesięcy świetlnych drogi od Ziemi – a patrzyła na niego teraz na progu jej kiepskiego zupełnie ziemskiego mieszkania… Przez ułamek sekundy zatkało ją z zaskoczenia, szybko jednak ocaliła swoją niemal rozbitą o posadzkę szczękę i zajęła się witaniem z przyjacielem lat dziecinnych.

Trochę wychudł, ale jednocześnie zmężniał. I urósł! Zawsze był znacznie wyższy, ale teraz to chyba jakieś zmutowane kosmiczne drożdże musiał wcinać. Sięgała mu do łokcia! Trochę było z tym śmiechu, bo nawet jej mieszkanka nie zbudowano dla dryblasów liczących co najmniej metr dziewięćdziesiąt.

Ochronę – kolejnych kolesiów w garniturkach, zaczynała mieć na nich alergię – odesłał w diabły na skwerek przed blokiem. Wyglądali komicznie, wściekli i rozmawiający przez łącza z bazą. Najwyraźniej jednak obiekt ich ochrony miał znacznie więcej do powiedzenia niż ich właśni oficerowie, bo oprócz wydawania wściekłych pomruków nic im nie zrobili za ten akt sabotażu.

Elijah był osobą znającą ogromną ilość jej tajemnic, których pewnie cały klan Topolskich nie potrafiłby zebrać. W większości przypadków takie spotkanie po latach z kimś, kto dzielił większość twoich myśli i marzeń, byłoby dla niej źródłem niesamowitej udręki i dyskomfortu. Nie umiała przejść do porządku dziennego nad brakiem kontaktu i odległość w naturalny sposób powstającą, gdy codzienność przestała łączyć ludzi. Druga osoba stawała się obca i to było paskudne. Człowiek nie wiedział co powiedzieć, jak się zachować. Sam sobie stwarzał bariery.

Bo też i nie należała do gaduł, które z każdym potrafią zagadać, nawiązać kontakt. To był jej mały społeczny koszmar. Niezłą dyplomatką była jej mama i siostra; sama musiała długo i ciężko ćwiczyć podstawowe odzywki a i tak nie bardzo jej to wszystko wychodziło. Lubiła konkrety… a prawić trzy po trzy potrafiła tylko w bajkach albo wymyślając dialogi w swoich historiach. Ale przecież swoje postacie w opowiadaniach można było tworzyć nawet miesiącami, a nie tu i teraz gdy trzeba było otworzyć buzię.

Elijah był wyjątkiem. Przyjaźń, jak to każdych dzieciaków, w dużej mierze opierała się na początku o wszystkie te zwariowane podwórkowe historie, zaliczone drzewa, rozbite czoła i posiniaczone kolana. Z kolejnymi mijanymi latami okazywało się, że są aż nadto podobni. Nie zostało im nic innego niż zostać dozgonnymi najlepszymi kumplami albo kompletnie się nienawidzić.

Kiedy ponad dekadę temu odleciał na Atlantydę, chyba była jedyną osobą wokół, która zwyczajnie czuła się z niego dumna. Mikaelsonowie, znani naukowcy i przedsiębiorcy, nie przełknęli tej gorzkiej pigułki. Elijah tak jak jego bracia i siostry miał zająć się biznesem, albo pracą naukową na uniwersytecie i rozsławiać rodzinne nazwisko w naukowych kręgach. Tymczasem wziął udział w iście skandalicznym projekcie naukowym, w dodatku od początku do końca całkowicie rządowym i poleciał w przestrzeń kosmiczną nie mając zielonego pojęcia czy przeżyje na obcej planecie i czy będzie miał w ogóle możliwość powrotu. Jego twarz była znana większości obywateli, stał się prawdziwym celebrytą. Nie mógł już nawet zwyczajnie przejść się ulicą ani uczestniczyć w zwykłym rodzinnym życiu – wokół gromadziły się prawdziwe tłumy, spragnione chociaż spojrzenia na odważnego bohatera. Dezaprobata pani Mikaelson była ogromna. Takich rzeczy się po prostu nie robiło! Uraz pani Mikaelson wzrósł jeszcze bardziej, kiedy ich dobrze urodzeni i wpływowi znajomi również zaczęli ich kojarzyć wyłącznie z wyprawą na Atlantydę, spychając zupełnie w cień niebytu osiągnięcia innych członków rodziny. W efekcie odtrąciła wszelkie rządowe przywileje, w tym nawet odmówiła otrzymywania zdalnie przesyłanej korespondencji od syna na Atlantydzie. I na pewno informacja o tym do niego dotarła, nim wybrał się w drogę powrotną.

Teraz był cholernie ważny; znacznie ważniejszy niż na początku projektu. Atlantyda zbierała swoje żniwa. Wiadomości przychodziły z bardzo dużym opóźnieniem, ale nikt nie miał wątpliwości iż większość nie wróciła. Czy to z powodu własnej chęci nieryzykowania podróży powrotnej, czy śmierci na miejscu. Były miliardy powodów, przez które człowiek na obcej planecie mógł nie przeżyć i cieszyła się, Elijah się udało. To zakrawało na cud. I dlatego był taki ważny.

Wątpiła, by rodzina wiedziała o jego powrocie. Nie spytała, bo nie było po co. Reakcja ochrony była nader wymowna. Ewidentnie to była jego pierwsza poważna wycieczka poza rządowe obiekty. No i Mikaelsonowa nie zniosłaby na swoich wypolerowanych posadzkach skrzypienia butów rządowej obstawy w garniturkach. Jeszcze coś by porysowali tym swoim sprzętem.

Przyjemnie było spotkać kogoś, przy kim nie trzeba było silić się na rozmowę i sztucznie uśmiechać, mimo że od ostatniego spotkania minęła dekada. Po prostu siedział obok, jakby nigdy nie wyjechał na tak długo bez możliwości chociażby zwyczajnej rozmowy. Słowa nie były wymuszone. Mogli się śmiać, irytować nadal reagując tak samo na różne rzeczy wokół. Po raz pierwszy od dawna czuła się spokojniejsza. I szczęśliwsza.

~ * ~

Z zaskoczeniem przyjął brak pierścionka zaręczynowego. Ślad na ręce nawet zupełnie zniknął. Wprawdzie nie odczytał jeszcze wszystkich komunikatów, które nadano podczas drogi powrotnej, miał jeszcze sporo do nadrobienia. Nic jednak w ostatnich komunikatach od Ani nie wskazywało, że małżeńskie plany rozsypują się w pył. Chociaż znając jego siostrę, równie znaczący mógł być i jeden z fragmentów maili „pewnie i tak nic z tego nie będzie”, który wziął za kolejny objaw wrodzonego pesymizmu. Niejednokrotnie psioczył na jej czarnowidztwo, ale planów życiowych z błahych powodów nie miała w zwyczaju zmieniać od tak. Panicznie bała się wpływu swojej rodziny, a naprawdę było czego się obawiać. W ich świecie, rodziny wymagały od kobiet grzecznego założenia obrączki na palec, najlepiej z jakimś zamożnym kretynem, z którym można by pokazać się na mieście. Niespełnienie rodzinnych ambicji kończyło się zazwyczaj wręcz tragicznie.

O tyle miała lepiej w porównaniu do swoich krewnych i na pewno o niebo lepiej od swoich kuzynek, że przynajmniej sama się utrzymywała. Topolscy pewnie chcieliby umieścić ją na jakiejś rządowej posadzie, najlepiej nie dłużej niż wyciągnięcie ręki matki. Wtedy mieliby już w zupełności pełnię władzy nad jej życiem. Dziękował dobrym duchom, że jednak im się nie udało. Stłamsiliby ją doszczętnie, nie miałby do czego wracać.

„Co się stało z planami wielkiej imprezy? Zmieniliście termin?” zapytał. Przeskakiwali z tematu na temat, dziesięć lat trudno było omówić w tych kilka godzin, które mieli dla siebie. Ania jednak nawet słówkiem nie pisnęła o narzeczonym, co najwyżej nader często przewijał się w tle w połączeniu z jej siostrą. Szybko też wyjaśniło się, dlaczego.

„Termin niezmieniony. Tylko role się zmieniły. Tom żeni się z Marią.”

To było niedopowiedzenie roku!

„Tom i Maria? Żartujesz?” spytał, chociaż doskonale wiedział iż o takich rzeczach nie żartowała.

„Nie.” mruknęła i nagle z błyskiem w oku dodała „To lepiej nie czytaj listu, który na ciebie czeka. Napisałam go niespełna rok temu. To jeden z niewielu papierowych; nie chciałam żeby przechodził przez cenzurę…”

„Mało pochlebne opinie?”

„Nie…” uśmiechnęła się „Nie chciałabym żeby ten tekst wpadł w niepowołane ręce. Nie muszę ci powtarzać dwa razy, w jakie problemy bym wpadła, gdyby wyszło na jaw, że kiedy Tom niby rzucił mnie dla Marii…”

„W zasadzie rozwiązał twój problem.” dokończył. Nie musiała opisywać szczegółów, były kompletnie nieistotne. Tak jak zaskoczyła go wiadomość o zaręczynach po pobudce z hibernacji, tak kilka innych wiadomości nie. Ania nie była nigdy entuzjastą instytucji małżeństwa, a w całej jej korespondencji czuł za bardzo ducha jej matki. Przynajmniej wykaraskała się z powielania rodzinnych błędów. Co jak co, ale małżeństwo Topolskich do udanych nie należało. Zresztą, nawet w wiele lat po rozwodzie oboje formalni rodzice wywierali swoim przykładem negatywny wpływ na obie pociechy. Nie sądził, by ot tak Ania potrafiła przestawić swoją upartą główkę bez specjalistycznej pomocy.

Pytanie tylko, czy rodzinka pozwoli jej teraz na chwilę oddechu, czy znów rozpoczną swoją krucjatę wydania za byle kogo najbardziej udanej córki.

„Kiedy ślub jest dokładnie?”

„Za trzy tygodnie, w piątek i sobotę.”

„Poprawiny?”

„Aha. A tydzień wcześniej przyjęcie zaręczynowe.”

Uśmiechnął się szeroko.

„Wiesz co to oznacza? Idziemy na balangę…”

Prychnęła, ale nie sposób było oprzeć się tej wizji.

„Jak już chcesz wkraść się jako moja osoba towarzysząca, przynajmniej załóż galowy mundur. Zawsze miałam słabość do mundurów.”

„Mogę założyć wszystkie medale, jakie się uzbierały.” zarechotał na samą myśl. Zapowiadała się istna masakra teksańską piłą mechaniczną; miał zamiar rozpłaszczyć wszystkie te wredne stare panny, ciotunie i niedorobionych chłopców bez misiaczków albo z misiaczkami. „Masz przynajmniej jakąś zajebistą kreację?”

Spojrzała na niego z wyższością.

„Mam nawet krwistoczerwone, kurewskie szpilki.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *