Pamiętliwe rodzeństwo (3)

Tym razem już naprawdę przesadzili. Była blondynką, ale nawet jej nie przekonał cały ten cyrk który dział się wokół. Urządzali polowanie na kogoś, ale nie chcieli by wiedzieli i przez to nawet nikt nie miał zielonego pojęcia czy przymusowo startuje w kole fortuny na ofiarę szalonego naukowca czy kandydata do kulki prosto w przerośnięte czoło. Albo inne przerośnięte części ciała. Wszyscy inni kandydaci mieli naprawdę dziwne schizy, zachowywali się jak ostatni debile albo niespełni rozumu albo maniakalni fani rządu, marzący o cieplej państwowe posadzce. Podłożyła paru nerwowym blondynkom podłamane ołówki na krzesła i zacierała w duchu rączki kiedy biednym jedwabne pończochy w ułamku sekundy udowadniały wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Włoski na karku podniosły się momentalnie o kilka milimetrów. Nie było to uczucie spowodowane pilnującymi ich strażnikami, to było coś więcej. Rozejrzała się dyskretnie po sali, ale to nie było to. Większość pilnie skrobała na formularzach jakieś elaboraty. I tak w większości tego nikt nie czytał potem, nie miała serca uświadamiać biednych naiwnych. Sama zaznaczyła minimalnie co się dało pamiętane z testów Elijaha (najwyraźniej Atlantyda nadal ją prześladowała) a pozostałą nieznaną większość strzelała zdając się na wypadkową losu, wcale bowiem nie miała ochoty tu być. A przeczucie bycia obserwowaną tylko to potwierdzało.

Do końca życia będzie unikać reklam rozbijających jej głowę. To nie mogło być nic dobrego, ciągle tylko ktoś cię potem szturchał, przesuwał, badał i w ogóle olewał twoje niechcenie być uczestnikiem całego rządowego cyrku.

Zegar w końcu dobił do pełnej godziny i mogli sobie pójść. Zaczekała aż prawie wszyscy opuszczą salę i wtedy się rozejrzała poza wielkie okna wychodzące na dziedziniec. Nikogo tam nie było, ale to nie znaczyło że wcześniej ktoś stamtąd jej nie obserwował.

Zaryzykowała pójście do stołówki; była niezbyt ciekawym miejscem w tej chwili. Rój kandydatów wypełniał po brzegi stoły, byli tam także inni ludzie, oraz dała sobie głowę uciąć – obserwatorzy wyciągający własne wnioski. Nie chciała zwrócić na siebie ich uwagi, ustawiła się więc w przydługiej kolejce po różnego rodzaju imitację jedzenia. Czekanie umilała sobie oglądaniem całego tego zbiorowiska. A ostatecznie naprawdę było na co popatrzeć.

Jeśli ten obiad miał być kolejnym sprawdzianem, to udał im się wyśmienicie. Już rozumiała, że wcale nie szukali jednej ale większej ilości osób. Posiłek był odsiewem, potrzebowali kogoś z określonymi predyspozycjami społecznymi. Nie zamierzała się wychylać.

Kiedy wreszcie przyszła jej kolej na wybór jedzenia, niewiele bufet miał do zaoferowania. Zrezygnowana patrzyła się na papki – obsługa baru nie nadążała z uzupełnianiem pojemników i dodawali na bieżąco tylko najbardziej oblegane. Co dziś na obiad, glutaminian monosodu czy glutaminiam wielosodu? Ciężki wybór.

„Zajebiste aji-no-moto..” mruknęła pod nosem do siebie. Ktoś inteligentniejszy w kolejce za nią parsknął śmiechem. W drodze powrotnej z kolejki odważyła się zerknąć. No tak, japończyk, wszystko jasne.

Usiadła na brzegu jednego z zajętych stołów, ale nie wtrącała się w ogóle do rozmowy, przesuwając bez apetytu nieciekawie wyglądającą imitację wodorostów i napompowanego hormonami kurczaka. Zapomniała, jak źle smakuje to paskudztwo, bo na co dzień nie rzucała się na kosztujący fortunę wyrób kurczakopodobny. Przeprowadzka na północ oznaczała odcięcie od tradycyjnie tworzonej żywności i naturalnego mięsa. Stara kura, dziesięciokrotnie przeżywająca tuczne brojlery smakowała niebiańsko w porównaniu do tego tworu, którzy inni nazywali kurczakiem. Przy okazji wesela poprosi mamę o przywiezienie zapasów, zawsze była chętna do tuczenia i dogadzania jej kulinarnym zachciankom.

Minęła dłuższa chwila, nim zorientowała się, że ktoś nad nią stoi. Rozmowy przy stole pewnie ucichły dużo wcześniej, ale zaaferowana własnymi myślami o rissotto przygotowanym na naturalnym brązowym ryżu i drobiowych udach w maślance z odrobiną papryczki chili (jedno z elementów weselnego menu, własnoręcznie zażyczonego), nie zwracała uwagi na otoczenie. Łatwiej było przełknąć to, co trzeba było przełknąć. Jasne, pewnie zawierały znacznie więcej wartości odżywczych niż naturalnie produkowana żywność, ale w jej mniemaniu wcale to nie poprawiało smaku czy też raczej braku smaku takich „dań”. Były ohydne, prawdę mówiąc.

Uniosła spojrzenie. Mundurowy. Nawet przystojny byłby, gdyby nie dziwna linia skrzywionych warg. I znacznie lepiej wyglądałby w błękicie, mogła założyć się o własną rękę. Miał lodowate, błękitne spojrzenie, krótko obcięte włosy niezpozwalające nawet na wyobrażenie kiełkujących anielskich loczków wokół surowego oblicza. Cóż, miała bogatszą wyobraźnię niż oblicze wojskowego najwyraźniej mającego tu jakieś wąty.

Poczucie humoru było kluczowe dla przetrwania. Jego świta prezentowała się znacznie ciekawiej. I miała na czym zawiesić oko – dwaj porucznicy zdecydowanie należeli do kategorii ciacha. Uniosła pytająco brew, bezgłośnie uznając obecność blond szefa, który z kolei bezgłośnie rzucił spojrzenie naprzeciw jej miejsca przy stole. Zajęta przez bandę szczeniaków do momentu, w którym to spojrzenie rzucił. Rozpierzchli się w panice praktycznie natychmiast.

„Można się przyłączyć?” rzucił  suche pytanie.

„To wolny kraj.” podobno… Do jasnej ciasnej! Czy ja naprawdę muszę pakować się w każdą kabałę w okolicy? pomyślała zdegustowana. Odpowiadała monosylabami lub najkrócej jak tylko się dało na pytania generałka, co go wcale nie zniechęcało, wręcz przeciwnie – zdawało się wzbudzać w nim dobry humor. To nigdy dobrze nie wróżyło, kiedy twój oprawca był tak zadowolony, o nie.

Instynkt przetrwania miała wyostrzony, to jedne można było o niej powiedzieć ze 100% pewnością. Podpowiadał jej niestworzone historie, ale to nie przez to czuła się jak na celowniku najlepszych snajperów w kraju. Coś w środku niej podpowiadało, że wpakowała się w największą kabałę w kraju i tak łatwo się nie wykaraska. Co gorsza, nie miała pojęcia, co do cholery nabroiła!

Generałek w końcu odpuścił sobie grzeczności i zajął jedzeniem. Ignorowała go na całego, nie miała najmniejszej ochoty na towarzyską pogawendkę ani na zawarcie znajomości z jego eksportą. Nie miała aż tak wyostrzonego instynktu, by mówił jej, że właśnie napytała sobie dodatkowo biedy… ale hej. W końcu była przysłowiową blondynką.

~ * ~

George miał rację. AR 712 była naprawdę wysoce obiecująca, wprost promieniowało z niej „wybierzcie mnie”. Każdy gest, każde spojrzenie, niewymuszona i niesztuczna małomówność, nieangażowanie się do anonimowej społeczności wokół – wszystko było tak zajebiste, że niemal bajeczne. Bajka to jednak nie była, była zbyt idealna by być prawdziwa – i przekonał się o tym po wstępnych wynikach testów na inteligencję.

AR 712 nie grzeszyła inteligencją. Arnold stwierdził filozoficznie, że wcale nie musi – zapewne drugi dawca genów dostarczy w tym względzie odpowiedniej jakości. W końcu co to za misja byłaby, gdyby na Atlantydzie wylądowaliby sami geniusze. Po jakimś czasie mieliby w nosie Ziemię z ich problemami i wtedy dopiero mieliby problem. Ale i tak problem mieli tu i teraz. AR 712 miała idealny genotyp, wyprzedzała wszelką konkurencję w przedbiegach. Nawet sprawdzili jej rodzeństwo, też mieli podobny układ – ale największym cudem była Anna Topolski, średnia córka nauczycielskiego małżeństwa. Nie natrafili dotychczas na żadną inną kobietę, która by chociaż w 15% spełniała ich wymagania genetyczne. Dlatego skupili się na swoim znalezionym cudzie.

Może też i dlatego Atlantyda oddznaczała się tak wysoką śmiertlenością żeńskiego personelu. Żadna jego mieszkanka nie była fizjologicznie przystosowana do tej planety.

Blondi spadła im niemal z nieba. Dosłownie i w przenośni, bo reklama lotów na Atlantydę spadła jej na głowę, do akcji wkroczyli więc rządowi lekarze i tak próbka jej idealnie nadającego się do misji DNA trafiła do bazy podnosząc wszelkie alarmy. Teraz musieli przekonać ją, by zechciała polecieć na planetę odległą o sześć lat snu i spróbować przeżyć. Gdyby tylko nie brak jakiejkolwiek inteligencji u tej blondi… westchnął do siebie w duchu. To nie był jego ulubiony temat, ale na Atlantydzie idioci nie potrafili przetrwać na dłuższą metę. Czy AR 712 wystarczyłyby idealne warunki fizyczne?

Chociaż może powinien zapytać, czy AR 712 te idealne warunki fizyczne wystarczyłyby by zdążyła urodzić bachora jednemu z mieszkańców bazy? A najlepiej kilka bachorów na raz? To było pytanie stulecia i na pewno warte kilka milionów dolarów za bilet w jedną stronę na Atlantydę. Zdecydowanie!

Na razie nie wykazywała żadnych umiejętności społecznych, wydawała się izolować od pozostałych. Mężczyźni czy kobiety, nie było różnicy. Wywiad środowiskowy zdawał się sugerować problemy z tożsamością płciową, szczególnie w świetle jej późnego narzeczeństwa. Zbyt łatwo olana sprawa, orzekli jednomyślnie co do jednego w swej ocenie. Nie mieli żadnych dowodów stuprocentowych, na jej preferencje wobec kobiet, za to wcześniejsze dowody potwierdzały iż nie miała problemu ze spaniem z facetami. To była zdecydowanie dobra wiadomość. Za dużo ich wybitnych naukowców i jednocześnie wysłanników na Atlantydę, miała dosyć ściśle określone preferencje wobec własnej płci. Nie gwarantowało to ich przeżycia na nowej planecie, ani tym bardziej zasiedlenia.

Wydawali kilka milionów na dostarczenie jednego żywego ciała na Atlantydę, a zwrot był znikomy. Nie dziwił się strachowi dowództwa. Atlantyda miała ogromny potencjał, przekonał się o tym naocznie wielokrotnie. Jedyne, czego tam brakowało mimo ich starań, to rodzaj ludzki. Ale nadchodząca misja miała to zmienić. Część pasażerów promu Nostromo została ściśle wybrana wyłącznie pod względem genetycznym, reszta liczyła się znacznie mniej. Wiedzę mogli zastąpić, osadnicy mogli nabyć odpowiedniej wiedzy lub korzystać z baz wiedzy, ale wobec biosfery planety byli bezradni. Ludzie, którzy lądowali na Atlantydzie, musieli mieć pewne cechy fizjonomi, inaczej padali jak muchy w pierwszych miesiącach najpóźniej. Wszystkie wieloletnie wysiłki zmierzające do sprowadzenia tego człowieka na planetę można było wyrzucić na śmietnik. Trupy nie były potrzebne na Atlantydzie.

Planeta i jej ekosystem były wielką zagwozdką dla większości ich uczonych. Zawsze oczywiście znaleźli się tacy, którzy albo wcześniej profesjonalnie sądów nie wydawali albo z innych mniej fajnych powodów nie rzucali się na oceny. Kilka kwestii zdołali przez trzy dekady pobytu na planecie rozwikłać. Na pewno tę, że miejscowi – których odkryli dopiero w piątym roku pobytu na planecie! – znacznie lepiej adoptowali się do brutalnego ekosystemu.

I nawet rozmnażali się naturalnie, co było dla nich kompletnym zaskoczeniem i ciosem poniżej pasa. Wprawdzie ci humanoidzi do kompletnie prymitywnych nie należeli, a obserwacje po latach wykazały że w kilku aspektach przeważają nad Ziemianami – ale i tak to był olbrzymi cios prosto w ich egocentryczne, ludzkie ego. Te istoty potrafiły sobie poradzić ze znacznie trudniejszym przeciwnikiem, wobec którego rasa ludzka przegrywała. I dlatego sięgali po oręż ciężkiego kalibru. Skoro wiedza i genialne umysły, wsparte wojskową technologią, tam nie wystarczały – trzeba było odwołać się do biologii. Skoro ekosystem premiował stworzenia urodzone na Atlantydzie, to gatunek ludzki musiał się wśród nich znaleźć. I to właśnie robili na całej północy. Szukali odpowiednich kandydatek i kandydatów, by móc zasiedlić tą dziką planetę bez obawy, że zdzira znów wywinie im numer podobny do tego rok temu. Osobiście pochował połowę bazy. Nie zamierzał tego powtarzać, nawet jeśli byłby zmuszony na co dzień znosić małomówność mało inteligentnej blond zdziry albo ryzyko, że brak inteligencji odziedziczy pierwsze pokolenie ludzi na Atlantydzie.

Comments
  1. Karolina

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *