Nikogo nie ma w domu (8)

8.

Avril metodycznie poprawiła nieco wygniecione rzeczy. Bez wątpienia jej koleżanki z pracy nie miały większego pojęcia o porządnych obowiązkach domowych albo ona sama była zbyt maniakalną perfekcjonistką dotyczącą własnego wyglądu. Czasem sama nawet nie wiedziała, jak snobistyczna bostońska paniusia z niej wychodziła.

To był już jej drugi dzień w szpitalu. Doszła do siebie na tyle, że nawet lekarze pozwolili jej wstawać. To, co chciała dzisiaj zrobić, oczywiście wykraczało generalnie poza ich pozwolenie, ale miała to w nosie. Na równie upartych pacjentów co ona były specjalne przepisy. Jeśli zwalniało się ich z odpowiedzialności, byli nieco bardziej skłonni do negocjacji niż normalnie.

Poza tym, nie byłaby sobą, gdyby nie pomrugała rzęsami tu i tam. W końcu lata życia z Arturem nauczyły ją, jak radzić sobie z lekarzami. Wciąż była piękną kobietą, nawet jeśli Susan i Frannie nie miały pojęcia, jak wyprasować porządnie ubranie.

Poprawiła rozpuszczone po śniadaniu włosy. Mała była jeszcze w szkole, więc miała nieco czasu. Czekała na gościa, którego nie widziała naprawdę długo. Lata całe właściwie. Ten gość był na tyle lojalnym profesjonalistą, że miała gwarancję, że zjawi się punktualnie o zapowiedzianej porze i dokładnie i rzetelnie przedstawi zdobyte informacje. Niejeden raz w przeszłości ratował jej i jej córki życie nimi, zdecydowanie powinna była w przeszłości lepiej się z nim obejść…

No cóż, teraz z kolei los nie zostawił jej aż tyle czasu, żeby mogła każdego z osobna przeprosić i coś uczynić w zamian. Raz się niestety tylko żyło i nie chciała trwonić pozostawionego jej czasu na jakieś drobnostki. Musiała zapewnić odpowiednią przyszłość swojemu jedynemu dziecku.

Nie dlatego, żeby miała te szanse, których ona sama się dobrowolnie wyrzekła, czy została lekarzem, jak chciała. Podarowała jej swobodny dostęp do brata, coś, co uważała za jeden z własnych skarbów w swoim życiorysie. Kochała Toma jak nikogo innego na świecie. U Liz widziała początki tego samego wobec Maxa. Ich lojalność wobec siebie musiała jeszcze okrzepnąć i zostać wypróbowana w nowych sytuacjach, ale zanosiło się na to, że będą dobrym, wspierającym się w potrzebie rodzeństwem… Nie chciała myśleć, że niedługo będzie bardzo potrzebny jej córce. Lepiej za wiele nie było o tym myśleć. To nie przynosiło nic dobrego…

I teraz zamierzała podarować jej coś jeszcze. Życie, którego sama dobrowolnie się wyrzekła. Może gdyby kiedyś wiedziała, że umrze tak młodo, wróciłaby wcześniej do Bostonu, by wprowadzić córkę w świat i być oparciem przy tej ogromnej zmianie… By zrozumiała, że to nie niespełnione marzenia czy ambicje przemawiają za nią, ale bolesna lekcja, jakiej udzieliło jej życie. Nic nie stało na przeszkodzie, by sama zdobywała to, na czym jej zależało, ale nie chciała, by ta walka była z góry skazana na porażkę.

Gdyby sama i bez wsparcia finansowego czy społecznego zaczęła studia na HLS dosyć szybko by odczuła, gdzie według niektórych było jej miejsce. Z czasem wybiłaby się dzięki sprytowi i co tu dużo mówić, dzięki swojej aparycji. Avril jednak wolała, żeby wysiłek, jaki musiała na to poświęcić, nie musiał być podjęty albo skierowany na inne sprawy. Świat mógł być globalną wioską, tytuły szlacheckie teoretycznie nie obowiązywały już nikogo… nikt jej jednak nie mógł wmówić, że na świecie obowiązywały ideały francuskiej rewolucji. Wolność, równość, braterstwo były dla idealistów. Tak samo jak wiara, że Tom zdoła zapobiec wszystkim nieprzyjemnościom nowego życia jej córki. Był kochany i wpływowy, ale to nie on rządził we własnym domu.

Im więcej wiedziała o swojej szwagierce tym mniej ją lubiła, niemniej to ona była panią domu Wheelerów i w niedalekiej przyszłości będzie wychowywała jej córkę. Niespecjalnie miła jej perspektywa, szczególnie wobec snobistycznych poglądów Claire, ale właśnie przez nią coraz życzliwiej z każdą godziną patrzyła w stronę Evansów.

Oczywiście nie było najmniejszej nawet mowy by przejęli opiekę nad jej kochaną jedynaczką, ale… no właśnie. Tak samo teoretycznie nie miała do czego przyczepić się w kwestii małżeństwa swojego brata, z pozoru Claire była kochającą żoną, a w ich małżeństwie wszystko grało. Teoretycznie powinna była drżeć z każdym słowem zamienionym między Maxem a Liz. A jednak… to właśnie czyny mówiły o wiele dobitniej niż słowa i opinia, kim jest dany człowiek i co sobą reprezentuje. Max Evans zupełnie niespodziewanie pokazał całą paletę barw swojego upartego charakterku, które wcześniej jedynie migały przed oczyma. Przez te dwa dni praktycznie się do niej nie odezwał – nic nowego, co go przecież tak naprawdę obchodziła… nie pamiętał jej, i była dla niego tylko mamą najlepszej kumpeli – ale nie uszło jej czujnej uwadze, co robił dla jej córki, nawet jeśli ona nie miała najmniejszego pojęcia o wszystkim. Zaczynała myśleć, by zorganizować wszystko w Bostonie tak, by mieli do siebie stały nieskrępowany dostęp. Najwidoczniej Evans dorósł znacznie szybciej niż jej córka, rzecz kompletnie niespodziewana, ale jej zdecydowanie na rękę. Będzie bardzo potrzebny Liz, kiedy ona będzie zimnym trupem.

Pukanie do drzwi zwiastowało wreszcie jej gościa. Przywołała na twarz ciepły uśmiech. Miała trudne zadanie tego wieczoru… i lepiej żeby jej córka o wszystkim się nie dowiedziała.

Jej uśmiech jednak zamienił się w zdumioną minkę, kiedy zobaczyła, kogo przywiódł diabeł na rozdroża Crisge.

„Tom?” przystojny młody mężczyzna w ciemnym garniturze był zdecydowanie ostatnią osobą, której spodziewała się w tej chwili.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *