Nikogo nie ma w domu (6)

 6.

Carol podrapała się niepewnie po nosie, nie wiedząc za bardzo, co robić. Cody nie odzywał się już trzeci dzień, najczęściej gapiąc się ponuro w ścianę w swoim pokoju albo wałęsał się po domu, nie mając na nic chęci.

Oczywiście chodziło o odrzucone zaproszenie Liz Jones.

Nie wiedziała, jak długo Liz podobała się jej synowi. Zapewne dosyć długo… jasne, że umawiał się czasem z jakąś, to było nie do pomyślenia, by nie chodził na żadne randki, ale skala dziwactw, jakie wydziwiał po tym drobnym koszu mówiła aż za wiele o jego słabości do małej, ciemnowłosej dziewczyny. Aż dziwne, że nie rzuciło im się to wcześniej w oczy. Albo może zwyczajnie nie chciała widzieć. Aron być może zauważył wcześniej, ale jak zwykle w sprawie dotyczącej chociaż pośrednio Avril nie odzywał się prawie wcale.

Zerknęła na męża po drugiej stronie stołu, kiedy Cody krótko podziękował za kolację, wstał od stołu i niemal wybiegł z pokoju.

„Długo zamierzasz to tolerować?”

Mina Arona była raczej z tych, o czym ona mówi…

„Co mam tolerować?”

„Zainteresowanie twojego jedynego syna córką jakiejś małomiasteczkowej fryzjerki.”

Teraz to była kolej Arona, by westchnąć. Nie podobało mu się wcale, że jego żona tak lekceważąco podchodzi do osoby Avril. Miał do niej dużo osobistego szacunku. Mało kto podniósłby się po takim ciosie w młodości, i to w dodatku z jakim skutkiem… Wychowała małą genialnie i zdołała stłumić niezbyt pożądane cechy charakteru, jakie odziedziczyła po swoim biologicznym ojcu. I jakoś przeżyć z własnej, marnie opłacanej pracy, kiedy przez większość życia była przyzwyczajana do zbytku i nauczona, że pieniądze biorą się z kont bogatych ojców/braci/mężów.

Niestety jednak jego własna żona także należała do tego typu kobiet i jakoś żadne wydarzenie nie wpłynęło na nią tak, jak na Avril. Często oceniała ludzi według klasy, do której należą. A Avril zdecydowanie nie należała do tej samej według i Carolynn, i Daphne. I ich jedyny syn nie powinien spotykać się z córką fryzjerki.

Wątpił, by miała jakiekolwiek podejrzenia co do charakteru jego znajomości z Avril. Inaczej nie wysłuchiwałby tych wszystkich uwag od czasu, kiedy zorientowała się w zainteresowaniach syna. Oj, tak. Nie miała pojęcia, kto tak naprawdę sfinansował tę katastrofę lata temu… śpiewałaby inaczej, nie wspominając, że miała słabość do starych, bostońskich rodów. Sam może nie wywodził się z aż tak ‚dobrego’ środowiska jakby sobie życzyła jego żona, ale przyjaźń z Avril była zdecydowanie czymś, co sobie cenił bez względu na to, ile spraw mogła dla niego załatwić jednym telefonem.

Zdecydował w końcu, że pora brutalnie skrócić co niektóre aspiracje żony. Cody był dobrym dzieciakiem, nieco niedojrzałym i z nie do końca wyklarowanymi poglądami, lecz nie miał tego cynizmu wpisanego w życiorys swojej matki… i nie chciał tego zobaczyć w swoim dziecku. O nie.

„Póki jej nie zapuszkuje, nie mam zamiaru interweniować.”

„A gdyby zapuszkował?” spytała zirytowana brakiem reakcji, jakiej oczekiwała.

„Wówczas pięć razy bym się zastanowił, kto wpoił mu zasadę, że córka fryzjerki to nie kobieta i nie powinno się brać odpowiedzialności za jej losy. Zwłaszcza w kwestii zabezpieczenia.” oświadczył najzimniej jak potrafił „Jedyna moja nietolerancja będzie, kiedy przyjdzie do weryfikacji kandydatki na jego żonę, kiedy takową przedstawi nam za jakąś dekadę. Jest młody, niech sam nauczy się, co ma myśleć, z kim się zadawać i jak odnosić się do innych ludzi… Nie nauczysz arytmetyki dziecka podając mu gotowy wynik równania.” dodał na sam koniec znacząco.

„Poza tymi wszystkimi twoimi mądrościami, które mi tu serwujesz jak z rękawa nie przyszło ci na myśl, że Avril – kobieta z niezłym obejściem i niewątpliwie piękna – skończyła z córką niewiele różniącą się od niej wiekiem na jakimś zapyziałym zadupiu z marną pracą?”

Westchnął. Zapominał, jaka uparta bywała jego żona. A kiedyś uznawał to za zaletę…

„Jeśli sugerujesz, że Liz jest przypadkowym bękartem to masz nie po kolei w głowie. Avril mimo młodego wieku zorientowała się na tyle szybko, jakim gagatkiem był jej mąż, by zdążyć się od niego uwolnić i pozbawić jakiegokolwiek wpływu na los jedynego dziecka, które im pozostało. Ale cokolwiek powiem, nie zmieni to twojego zdania o Avril, ani o jej pozycji społecznej. Tylko ci przypomnę, że dochowała się ambitnej córki, która najwyraźniej mimo braku finansowych podstaw zdołała sobie w wieku 16-stu lat samodzielnie, dzięki własnej głowie, a nie umawianiu się z dzieciakami miejscowych notabli, zapewnić wyrwanie się z tego zadupia, prestiżowe studia i niezłe życie w przyszłości. Osobiście, wolę żeby umawiał się z kimś, kto ma odpowiednie ambicje i mógłby nimi nasiąknąć, a nie z taką dla przykładu, Parker. Chciałabyś, żeby nasze dziecko tu utknęło bez perspektyw poza to miasteczko?” westchnął ponownie na samą myśl „Może ci się nie podobać, że umawia się z córką fryzjerki, ale już osoba ma plusy, których nie chcesz widzieć. Ale może powinnaś przede wszystkim rozważyć fakt, że jeśli mu zabronimy, skutek będzie odwrotny? Uprze się… i przestanie myśleć. Osobiście chciałbym, żeby myślał w jednej dziesiątej tyle, co córka miejscowej mistrzyni nożyczek. Wyszłoby mu to na dobre.” skwitował, kończąc temat ze swojej strony.

„Nie jest taki głupi, żeby nie mieć odpowiednich ambicji. Ale zadając się z nią zdecydowanie pokazuje, że chyba ktoś je ostatnio osłabił!” wysyczała, wstając i wychodząc z pokoju. Musiała coś zrobić. Zdecydowanie! Chociaż lubiła Avril, a jej córce nie mogła odmówić przymiotów zarówno umysłu, jak i ciała, była wręcz zmuszona nauczyć syna zwracania uwagi na kobiety innego pokroju. Innej klasy dokładniej.

~ * ~

Małe miasteczka, takie jak Crisge, były zdecydowanie największą wylęgarnia plotek, jakie były możliwe do zaistnienia. Chociaż może powinna dodać, małe miasteczka amerykańskie… nie odczuwała zbytnio fali plotek, kiedy mieszkały z mamą we Francji. Ale była też dużo, dużo młodsza i prawdopodobnie po prostu nie czuła tego, co teraz.

Czuła na sobie te palące spojrzenia, szepty, cichnące rozmowy kiedy się zbliżała i na nowo wybuchający gwar, gdy szła dalej. Typowe. Obrabiali ją, jej mamę i chorobę, którą odkryto poprzedniego dnia. Czuła się, jakby jakiś walec przejechał po niej i zostawił mokrą plamę… bez taryfy ulgowej w postaci wysokiej temperatury. Zamiast się roztopić, wszystko powoli pękało.

Nawet Max, który dotychczas chociaż był przyjacielem z paroma wadami, to jednak wydawał się przyjacielem. Po podsłuchu w szatni nie była już tego taka pewna. No jasne, że faceci mieli cały swój własny świat, do którego kobiety nie były dopuszczane, że faceci to najwięksi plotkarze na świecie i że lubią szeroko komentować każdą laskę, która chociażby tylko przeszła obok. Ale to… nie spodziewała się takiej zagrywki z jego strony. Zabolała, mocno.

„Cześć, Liz.” usłyszała są swoimi plecami i ledwo powstrzymała parsknięcie. Cody. Nawet go lubiła… i było na co popatrzeć, chociaż jej typem nie był. Jego zaproszenie zaskoczyło ją zupełnie, spodziewała się, że prędzej wybierze jedną z popularnych w szkole lasek. Mógł sobie na to pozwolić, nieźle wyglądał, był sportowcem, a starzy byli przy kasie. Najwidoczniej pojechała po jego ambicji, uraziła jego męską dumę. Lepiej nie mieć z tym kłopotów. Przez lata kontaktów z Maxem doskonale zdawała sobie sprawę, co mogło wyniknąć z takiego pasztetu…

„Hej.” odmruknęła pod nosem, nie troszcząc się czy Nayar usłyszał. Jego duma mogła być problemem, ale może nieco indziej się tym zajmie. Teraz miała problem, co zrobić z Maxem…

Nadal jednak nie mogła uwierzyć. Gdyby nie słyszały tego jej własne uszy, nie uwierzyłaby. W zły koszmar raczej nie wierzyła, to było zarezerwowane dla choroby mamy. Najpierw ucieczka ze Stanów, kiedy była malutka, bo niezbyt mili znajomi jej ojca je ścigali, kilka szczęśliwych lat z przybranym ojcem, potem jego śmierć… i teraz to. Nie wiedziała, co zrobiła w poprzednim życiu, ale chyba musiała być jakimś seryjnym mordercą. Inaczej sobie tego nie wyobrażała.

„To było do mnie czy do tego ponuraka?” głos Maxa rozbrzmiał tuż przy jej uchu „Kto ugryzł Nayara?”

„Nie ja… ani nie zamierzam.”

„Aaa… to może właśnie być jego problemem.” Evans skwitował beztrosko „Nie chciałaś się z nim umówić czy coś w tym rodzaju?”

„Coś w tym rodzaju.” potwierdziła niechętnie. Zaproszenie ze strony Cody’ego zaskoczyło ją, chociaż po podsłuchanej rozmowie w szatni wnioskowała, że była chyba jedyną osobą w szkole, którą to zaskakiwało. Najwyraźniej wszyscy wiedzieli o jego małej ‚słabości’ do niej za wyjątkiem jej samej. Jak zwykle, najbardziej zainteresowani dowiadywali się na końcu.

„A co ugryzło ciebie?”

„Raczej kto.” burknęła. Ale Max zrozumiał to na swój własny sposób. Faceci.

„Ach, to jest problem. Ale wiesz, nie byłby problemem, gdybyś jednak zechciała… jedno spojrzenie i Nayar płaszczyłby się u twoich małych stópek.”

„Dzięki.” parsknęła „Nie mój typ.”

„Nayar nie twoim typem czy też nie chodzisz na jednorazowe randki?” uniósł brew pytająco.

„Lubisz drążyć temat czy też to twój dzisiejszy, pełen uroku humorek?” odwzajemniła się tym samym uprzejmym wyrazem twarzy.

„Mógłbym zapytać o to samo. Nie spojrzałaś na mnie od rana, a mieliśmy trzy wspólne lekcje. Stałem się nagle zadżumiony?”

Gdyby nie wiedziała lepiej, pomyślałaby, że czuł się ignorowany i zraniony. Ale ostatecznie to był Max Evans, wszelkie niuanse i efekty małomiasteczkowych plotek dotyczących ich wieloletniej przyjaźni spływały po nim najczęściej niczym woda…

„A od kiedy to ja nagle jestem szkaradą?” cisnęło się jej na usta, nim zdążyła pomyśleć. Powinnam była jednak pójść spać przed szkołą, nawet jeśli to byłoby tylko półtora godziny. Za szybko traciła zimną krew.

Max tylko jęknął z rezygnacją.

„Cholera, wiedziałem, że powinienem sprać po prostu gnojka…”

Spojrzał na niego jak na wariata. O czym on mówił?

„Ci…” pogardliwym skinieniem głowy wskazał na trójkę chłopaków, którzy stali jakieś trzydzieści metrów od nich przy szafkach i o czymś rozprawiali, patrząc na nich „Zakładali się, który z tobą pójdzie na studniówkę…”

Och, teraz zaczynała rozumieć, do czego pił.

„Krótko mówiąc, mają teraz kłopoty i wiedzą, dlaczego.”

„Szlaban na mnie zaczyna wchodzić ci w krew.” mruknęła, zamykając własną szafkę i ruszając dalej korytarzem „Wiesz, miałabym problem ze studniówką przez ciebie, gdybym nie zdawała tych egzaminów!”

„Przeze mnie nie masz problemu ze studniówką, obojętnie czy na nią pójdziesz czy nie.” zaczął iść po jej lewej stronie „Raz zrzucisz te paskudne ciuchy, nie tylko zlecą się jak pszczoły do miodu. To studniówka. Pożywka plotkarska na cały następny rok. Oprócz Nayara, który łaził za tobą już od jakiegoś czasu, każdy nowy obok ciebie na tej studniówce… jak już ochłonie sensacja, jak myślisz, ile historii on sam dopowie, a ile inni?” spytał z gniewem, ale na tyle cicho, by inni nie słyszeli „To jest Crisge, Liz, nie Boston. Tutaj każdy żyje tym kto, kogo, gdzie, jak i ile potem tabletek przeciwbólowych dziewczyna musiała wziąć! I najwyraźniej w czwartej klasie paru dupków, co przelecieli już większość żeńskiej populacji miasta szuka nowego towaru. Im mniej z nich dostrzeże w tobie dziewczynę, tym lepiej dla ciebie. Jeszcze tylko kilka miesięcy i wynosimy się stąd, Liz. Dotrwajmy jakoś i nie marnujmy tych wszystkich lat wysiłków twojej mamy i twoich własnych.”

Westchnęła. Takie postawienie sprawy zupełnie zmieniało obrót rzeczy.

„I tak mam ten cholerny egzamin.” mruknęła z niechęcią, dzwonek przerwał ich ‚miłą’ pogawędkę „Długa przerwa?”

„Jasne.” skinął głową. Nie był do końca pewien, czy ją przekonał, ale raczej pewien, że jakoś dodzwonił się do jej logiki. Co nie znaczyło, że było wszystko ok. i złagodził jej gniew. Logika nijak miała się do emocji i nawet w przypadku Liz zawodziła nad wyraz często.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *