Nikogo nie ma w domu (5)

5.

Jim Valenti delikatnie zamknął drzwi od szpitalnego korytarza, skutecznie odcinając pokój od hałasów z zewnątrz i niepotrzebnej w tej chwili obecności więcej niż zdenerwowanej Liz. Avril leżała blada, mimo choroby jej fiołkowe spojrzenie było całkiem przytomne. Zastanawiało go, jakim cudem rozumiała wszystko, o czym mówili w jej obecności lekarze. To nie była częsta przypadłość… a jednak wydawała się w lot wszystko rozumieć. Wniosek był jeden, wiedziała wcześniej. Mógłby jeszcze zrozumieć jej milczenie wobec środowiska, obawę o utratę pracy, kiedy miała nastoletnią córkę na utrzymaniu. Ale udawać przed własnym dzieckiem, że jest zdrowa, że wszystko w porządku? W sytuacji, kiedy ta chciała podjąć kosztowne, pracochłonne studia, kiedy snuła dalekosiężne plany na przyszłość? Przecież musiała brać pod uwagę możliwość, że leczenie nie przyniesie skutków. A ile kosztowało? Fryzjerki z małego miasteczka nie stać było i na leczenie i finansowanie studiów córki. Bardzo wątpił w to, by Marion Parker zapewniała swoim pracownikom pełne ubezpieczenie zdrowotne w dobrym towarzystwie. Zapewne nie wykupiła niczego prócz podstawowego ubezpieczenia, nie obejmującego nawet opieki dentystycznej!

„Daryll mówi, że jutro będziesz mogła opuścić szpital, tylko musisz uważać na siebie.”

„Słyszałam.” odpowiedziała obojętnie „Jak Liz? Bardzo zdenerwowana?”

Jej pytanie jeszcze bardziej go rozsierdziło.

„Jak Liz?” prawie wybuchnął złością, w ostatniej chwili jednak pamiętając o jej stanie i hamując się „Jak do cholery ma się czuć, kiedy jej własna matka ją okłamuje? Wiedziałaś co mówili. Rozumiałaś każde słowo. Nie miałaś zastrzeżeń co do kuracji, leków, ani nawet ograniczenia pracy.”

„To specjaliści. Wiedzą co robią.” mruknęła niemal obojętnie, wyraźnie zmęczona.

„Wiesz, Avril, nie rozumiem ciebie.” przejechał dłonią po krótko obciętych blond włosach odziedziczonych niewątpliwie po Valentich „Jak mogłaś to ukryć? To mogło skończyć się tragicznie. Jeszcze kieliszek lub dwa…” załamywał mu się głos. Na samą myśl, że mogłaby zejść z tego świata, miał ogromną ochotę potrząsnąć nią mocno, by pojęła, że są ludzie, którym zależało na niej. Począwszy od Liz, a skończywszy nawet na jego córce, która popierała całym sercem plan zdobycia nowej mamusi.

Zamknęła oczy z rezygnacją. Liz jednak miała rację co do Jima. Wyglądało na to, że nie potrafiła ocenić właściwie charakterów mężczyzn nawet będąc trzydziestopięcioletnią dorosłą kobietą. Jej niespełna siedemnastoletnia córka radziła sobie lepiej, chociaż w setkach rzeczy była jeszcze naiwnym, niewinnym dzieckiem. Co za ironia losu. Ale jak prawdziwych przyjaciół poznawało się w biedzie, tak również prawdziwych mężczyzn, skwitowała z wisielczym humorem. Dobrze, że teraz to dostrzegła, zanim było za późno.

„Jeśli to wszystko, co masz mi teraz do powiedzenia…” zawiesiła pytająco głos, siląc się na neutralny głos. Lata wychowania w Bostonie wpoiły jej jednak pewne nawyki, których nie potrafiła się pozbyć nawet w takim środowisku jak małe miasteczko gdzieś na głębokiej prowincji Utah.

Jima w pierwszej chwili zatkało.

„Avril, jesteś śmiertelnie chora, a masz na wychowaniu nastoletnią córkę, która planuje iść na bardzo kosztowne studia. Myślałem, że należysz do odpowiedzialnych osób.”

„Co to ma do rzeczy?” jej głos nie wydał ani grama z jej rzeczywistego zmęczenia. Marzyła o tym, by się wyniósł, by móc zasnąć, by uciec od koszmarnej rzeczywistości, która znów wywinęła jej kota ogonem. Za dawne, młodzieńcze błędy jednak płaciło się słoną cenę. Los nigdy nie zapomina przewinień…

„Rozumiem, że niektórzy pacjenci pragną ukryć przed otoczeniem swoją chorobę w obawie przed odrzuceniem… ale to, co zrobiłaś, było głupie i nieodpowiedzialne. Gdyby coś ci się stało, a Liz by nie wiedziała, winiąc twoje zmęczenie? Albo cokolwiek innego, w przypadku gdy…”

„Jim!” przerwała mu „Jeśli jedyne, co masz mi teraz do zaofiarowania to wyrzuty, lepiej zbierz swoje manatki i wynoś się z mojego życia raz na zawsze.” jej głos był lodowato zimny, chociaż już nosił ślady zmęczenia. Jego wściekłość i furia z powodu odkrycia jej tajemnicy nagle wyparowała. Jest wyczerpana, nie myśli jasno i logicznie.

„Przepraszam, poniosło mnie. Myślałem, że mi ufasz… tymczasem nawet Liz nie wiedziała… a przecież planowaliśmy…” jego głos cichł.

„Myślę, że powinien pan wyjść, doktorze.” zimny głos Maxa Evansa za jego plecami przerwał jego zdanie w połowie „Pani Jones wyraziła się jasno.”

Odwrócił się z niechęcią. Nie lubił dzieciaka Evansów. Ale Max przyjaźnił się od lat z Liz i ta dwójka zadziwiała całe miasteczko przez cały ten okres. Różnili się jak ogień i woda. Bogaty rozpuszczony dzieciak i nieśmiała kujonka. Musiał jednak przyznać, że Evans niejeden raz stawał w obronie dziewczyny, nawet jeśli nic o tym nie wiedziała. Ostatecznie ktoś rok temu musiał zrobić miazgę z tego osła, który się do niej przystawiał. Jakimś cudem jej opinia pozostawała nienaruszona, chociaż przyjaźniła się z najbardziej popularnym i przebierającym w dziewczynach chłopakiem w mieście. To mówiło wystarczająco każdemu postronnemu facetowi, że troszczył się o Liz. A w tej chwili najwyraźniej uznał, że także mama jego najlepszego przyjaciela potrzebowała opieki i ochrony. Przed nim. Aż się skrzywił na tę myśl.

„Mam wezwać ochronę?” Max spytał w najbardziej nieprzyjemnym tonie, na jaki go było w tej chwili stać. Liz wypłakiwała sobie teraz oczy, zupełnie niezdolna pojąć, co się dzieje wokół niej, a przez tego palanta musiał tkwić niczym strażnik przed drzwiami jej mamy.

Avril obserwowała scenę spod oka z niepewną miną. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że ta strona, którą Max ma po ojcu, przyda nam się kiedykolwiek. Co za ironia losu. Te same cechy charakteru doprowadziły do oszukania, kradzieży i poczęcia Liz, a teraz ratują mnie od niechcianego męskiego towarzystwa. Los bywa niezmiernie ironiczny…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *