Nikogo nie ma w domu (4)

4.

Doktor Jim Valenti pchnął drzwi kawiarni, rozglądając się w poszukiwaniu tej jednej kelnerki. Niestety, Liz nie było nigdzie widać. Usadowił się w boksie i podniósł menu, chociaż znał je na pamięć, podobnie jak jego sześcioletnia córka Kaila. Crashdown nie miało najzdrowszego jedzenia, właściwie to była to mieszanina kawiarni i baru z fast-foodami, ale tutaj właśnie pracowała od lat Liz… i miał po drodze z gabinetu do przedszkola Kaili.

Westchnął, kiedy podeszła Agnes. Chyba najgorsza kelnerka na świecie. Zamówił frytki, rybę i kawę, mając cichą nadzieję, że jednak Liz zjawi się tego popołudnia. Zaraz też drzwi na zaplecze rozhuśtały się gwałtownie popchnięte przez drobną osóbkę, która jedną ręką niosła sporą tacę, a drugą żywo gestykulowała do depczącej jej po piętach drugiej dziewczyny. Zawsze zadziwiało go, jak w gestach, ruchach i wyrażaniu emocji Liz jest podobna do matki. Z wyglądu nie. Och, nie był ślepy. Był na to ‚za stary’. Wiedział doskonale, że ukrywała wszelkie swoje atrybuty, byleby nie przyciągać zainteresowania męskiej klienteli Crashdown. Mogła być ledwie nastolatką, ale hej, najwyraźniej matka doskonale ją wychowała. Nie przyciągać nadmiaru zainteresowania, a już w szczególności obleśnych typów zwracających uwagę na ponętne młodociane ciała należące do personelu Crashdown, to był priorytet w wyglądzie Liz Jones. Nawet w szkole utrzymywała tę fasadę. Bo jeśli chociaż pójdzie fama, co się ukrywa za tymi zbyt obszernymi ciuchami, nie odgoni się od facetów przez długie lata. Liz może nie odziedziczyła rysów twarzy matki, ale z całą pewnością odziedziczyła wyjątkową, egzotyczną urodę i jej ogólną spójność. Kobieta mogła mieć najwspanialsze elementy urody, ale jeśli nie współgrały ze sobą, była po prostu brzydka. A zarówno Avril, jak i Liz, były po prostu śliczne w ten niewątpliwie naturalny sposób, niezależny od mody czy kanonów. Pięć wieków temu uznano by je za piękności, jak i dwadzieścia lat temu.

„Dzień dobry, doktorze. Co pan zamawia?” Liz uśmiechnęła się do niego, ale nie bez cienia rezerwy. Westchnął w duchu. Była serdeczna i sympatyczna, póki nie dostrzegła jego zainteresowania jej mamą. Od tego czasu była miła wyłącznie na pokaz. Nie wróżyło to najlepiej jego zamiarom.

Nie chciał po prostu umówić się na randkę z piękną fryzjerką Avril Jones. Chciał ją pojąć za żonę.

~ * ~

„Tadam…” Avril wyciągnęła dużą, ciemną butelkę z lodówki. Liz z niedowierzaniem spojrzała na nią, potem na matkę, aż wreszcie na odświętnie nakryty stół.

„Z jakiej to okazji?” spytała niepewnie. Uśmiech Avril poszerzył się.

„Z jakiej okazji pozwoliłabym wypić ci pół butelki najprawdziwszego francuskiego szampana do kolacji?”

Chciała wzruszyć ramionami i powiedzieć, że prawdopodobnie prędzej piekło by zamarzło. Lecz coś ją powstrzymało. Coś w niebieskim spojrzeniu jej matki, z jednej strony pełnym nadziei, iż się domyśli sama, a z drugiej prostej radości i ekscytacji.

„Jesteśmy na plusie, Elizabeth.”

Ogłuszony wyraz twarzy Liz mówił dobitnie, iż nawet jej to na myśl nie przyszło. Podskoczyła radośnie, ściskając mocno wcale nie wyrywającą się z uścisku matkę.

„Naprawdę spłaciłyśmy?” spytała, jakby chciała się upewnić. To było jak dziesięć Gwiazdek za jednym zamachem. „Naprawdę?”

„Naprawdę!” Avril wysapała. Jej córka miała mocne rączki. „Przebierz się. Zadzwonię do Crashdown, że jesteś chora. Dzisiaj mamy święto.”

Patrzyła rozbawiona, jak znika w podskokach za drzwiami swojego pokoju. Czasem wydawała się tak dziecinna… czasem zaś myślała jak dorosła. To była czarująca i napełniającą jej serce dumą mieszanka. Udało się jej wychować Liz mimo tylu przeciwności losu. Samej, bez pieniędzy, wykształcenia, za to z koszmarnym długiem i nieprzyjemnymi znajomymi Phillipa na głowie. I kiedy los znów się do nich uśmiechał, musiało wyskoczyć coś takiego. Max Evans mógł być przyjacielem Liz, lecz nie jej chłopakiem. Chciała przyjaźni między nimi, to było ważne. Pewnego dnia Liz pozna nazwisko Phillipa. Może będzie wściekła i rozżalona… ale przynajmniej dała jej możliwość poznania brata bez całego balastu przeszłości i grzechów ich wspólnego ojca. Nie wiedziała, jaka będzie reakcja Liz. Prawdopodobnie bardzo negatywna. Dlatego wolała jej nic nie mówić, póki nie będzie innego wyjścia. Został ponad rok do jej osiemnastki… przez ten czas wszystko mogło się wydarzyć.

Nagle jednak jej córka wystawiła głowę zza drzwi.

„Byłam już na popołudniowej zmianie.”

„A jadłaś coś tam?”

„Aha.” przytaknęła nieszczególnie entuzjastycznie. Ale czemu się dziwić, jedzenie w barze szybkiej obsługi a jedzenie przygotowane przez kogoś uczonego gotowania we Francji, różniło się jak ogień i woda.

„Więc powiem, że się zatrułaś.”

Liz zachichotała.

„To będzie wyjątkowo wredne.”

Crashdown należało do Jeffa Parkera, męża Marion Parker, szefowej Avril. Parkerowie byli zamożni, ale nie bogaci. Było ich stać na rozpieszczanie jedynaczki Liz. I bez wyjątku, jeśli kelnerka zatruła się ich jedzeniem, nie będą chcieli jej w pracy, zaciskając jednocześnie kciuki, by żaden klient nie pozwał ich do sądu. Psiakrew, nawet zapłacą jej za nieprzepracowany dzień, byle zatrucie pozostało tajemnicą.

Dwie godziny później Avril wiedziała, że ma w czubie. Mocno w czubie. Było to dziwne, bowiem wychowana na francuskich winach, a potem jeszcze przez lata dochowując tradycji w Paryżu, nie upijała się tak szybko. Ale po pierwszym kieliszku przyszedł drugi, trzeci, czwarty i bęc, nagle świat zaczął się dziwnie kręcić. Język stał się zdrętwiały i nagle zaczęła zbyt dużo mówić. O przeszłości. O Tomie. O Phillipie. O Wheelerach i ich bogactwie, które przyniosło jej nieszczęście i tyle niepowodzeń w życiu. O wszystkim, co kiedykolwiek leżało jej na sercu. O nienawiści wobec Phillipa, o tym, jak ją oszukał, jak odkryła, iż był żonaty. I mnóstwo innych szczegółów, których zazwyczaj nie zdradzała, a Liz nie powinna była znać. Przynajmniej przed osiemnastką.

Nawet o tym, że powinna wybrać się na ten cholerny bal. Jej samej nigdy nie było to dane. Kończyła szkołę średnią zaocznie. Ominął ją także bostoński Bal Debiutantek, na którym corocznie prezentowano młode dziewczęta z dobrych rodzin u progu dorosłości. Dlaczego ją to miałoby ominąć? Przecież jej ukochana córeczka zasłużyła na wszystko co najlepsze, co odebrał im Phillip i hańba, jaką ona sama przyniosła nazwisku Wheeler.

Liz z rosnącym niepokojem przyglądała się matce. To były tylko cztery kieliszki, na litość boską! Małe, wcale nie od szampana. Ona sama wypiła ze dwa razy więcej i tylko delikatnie szumiało jej w głowie. A przecież była młodsza. Mniej odporna i nieprzyzwyczajona. I mniej ważyła. Co się działo?

Nie wspominając, że zazwyczaj w ogóle oszczędzała jej takich przemyśleń. Wiedziała, że jej matka urodziła się w bogatej, starej bostońskiej rodzinie, ale nigdy nawet nie napomknęła, że chciałaby dla niej takiego życia, co dopiero mówić o żalu, że tego nie doświadczyła! Jej samej nieszczególnie podobała się perspektywa zmienienia się w bogatą snobkę i w ogóle nie rozumiała, dlaczego miałaby to cenić. Wolała wszystko zawdzięczać swoim staraniom. Coś dane bez wysiłku, podarowane nie miało tej samej wartości. A przecież urodzenie czy majątek rodziny Wheeler był dokładnie takim czymś.

„Mamo, już dosyć.” delikatnie wyjęła kieliszek z jej dłoni, gdy jej mama sięgnęła znów do na wpół opróżnionego naczynia „Powinnaś się położyć.”

„Hm?” Avril jęknęła, kiedy drobne dłonie chwyciły ją pod ramionami, zmuszając do opuszczenia krzesła. Zatoczyły się obie, ale ostatecznie młodsza była sprawniejsza mimo swojego wieku i stanowczo poprowadziła matkę w stronę jej sypialni. Na tyle, ile mogła, uspokoiła ją. Po niespełna minucie, spała niespokojnie, przykryta kocem.

Liz zamknęła cicho drzwi do sypialni matki, niepewnie drapiąc się po nosie. Spojrzała w stronę stołu. Zjadły to samo, piły ten sam szampan. Co było nie tak z jej mamą? Chorowała?

Niechętnie wybrała numer na swojej komórce. Nie lubiła Jima Valentiego. Teoretycznie był dobrym facetem i niezłym lekarzem, jak na małomiasteczkowego pediatrę. Ale osobiście nie cierpiała go. Jej matka miała niestety słabość do lekarzy, prawdopodobnie zarówno z powodu wywodzenia się z tego środowiska, jak i własnych niezrealizowanych marzeń z młodości. I Avril podobała się Jimowi, nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Była wyczulona na mężczyzn, którzy interesowali się jej rodzicielką. Nie miałaby nic przeciwko, gdyby nie fakt, że był tylko kolejną pozycją na liście tych, którzy chcieli ją wykorzystać. Jim nie miał pojęcia o jej wychowaniu w dobrym domu, fenomenalnej znajomości francuskiej literatury, że zwiedziła połowę świata nim skończyła szesnaście lat, niewiarygodnej odwadze, uporze, ani o mnóstwie innych ‚drobnostek’, które czyniły z niej osobę. Widział tylko piękne ciało. Jak każdy facet. Jeśli myślał, że przez umawianie się z nim podwyższy swój status w miasteczku, to chyba miał nierówno pod sufitem. Ale jakiekolwiek prywatne obiekcje mogła mieć do niego, był w tej chwili jedynym lekarzem w miasteczku, który mógłby trzymać język za zębami i spojrzeć na jej mamę fachowym okiem zamiast po prostu zawyrokować nietrzeźwość.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *