Nikogo nie ma w domu (2)

2.

Dwa tygodnie wcześniej. Utah. Miasteczo Crisge.

„Och, daj spokój!” silny, męski głos Maxa Evansa niósł się w pustych szkolnych szatniach doskonale. Liz Jones skuliła się za swoją szafką, modląc się żarliwie w duchu, by nikt jej nie zauważył. By nikt nie zrozumiał, że podsłuchuje mimowolnie rozmowę zupełnie nie przeznaczoną dla jej uszu. „Parker to klasyczny przykład dziewczyny, wyniesionej na szczyt przez odpowiednią znajomość… i sztab fachowców. Wiesz, jak ona wygląda rano? Za przeproszeniem, już taka szkarada jak Jones wygląda o niebo lepiej.” w głosie chłopca słychać było pogardę. Czy dla Liz Jones, czy dla Liz Parker, nie wiadomo dokładnie. Może dla obu? „Jeśli myśli, że bez mojej pomocy zostanie królową, to chyba jest szalona.” tym razem szatnię przeciął złośliwy rechot. Liz skuliła się jeszcze bardziej. Naprawdę nie chciała tego słuchać. Ale jeśli się poruszy, szelest jej kurtki zwróci uwagę chłopaków i dopiero będzie miała kłopoty.

„Co, jeśli nie zmądrzeje do czasu balu? Z kim pójdziesz?”

„Jeszcze nie wiem.” ton Evansa był pełen łaski „To pisklę od DeLuci wygląda w miarę obiecująco.”

„Czemu mam wrażenie, że masz jakiegoś asa w rękawie?”

Evans roześmiał się znacząco.

„Może i mam. Dowiesz się w dniu balu.”

„Zrobiłeś się tajemniczy ostatnio…”

„Może mam powód do tego?” tym razem pobrzmiewała arogancja i pewność siebie.

„Poczekamy, zobaczymy.” jego rozmówca był nieco sceptyczny „Uważaj na Parker. To nie jest byle jaka dziewczyna. Jeszcze możesz się pociąć. Boleśnie.”

„Phi!” Max parsknął pogardliwie „Każda potwora znajdzie swojego amatora.”

„Jak Jones?” tym razem złośliwość była obopólna „Słyszałem, że Nayar ją zaprosił. Nie wiesz, czy się zgodziła?”

„Na 100%. Przecież jej nikt inny by nie zaprosił. Wie o tym doskonale. To jej jedyna szansa pójścia na bal.”

„Swoją drogą, co on w niej widzi?”

„Łatwą zdobycz?” Evans wzruszył ramionami „Od dwóch i pół roku, od kiedy zaczęła liceum, nie widziałem, by się z kimkolwiek spotykała.”

Ciekawe, przez kogo, ty idioto, przemknęło przez głowę wspomnianej. Lata zadawania się z tobą i bycie twoim ‚najlepszym przyjacielem’ zrobiły swoje.

„A zresztą, dobrze by jej to zrobiło.”

„Myślisz, że wytrzymałby na tyle długo, by ściągnąć jej te koszmarne okulary?”

Evans roześmiał się.

„Kto by chciał się z nią pokazać na studniówkowym balu? Tylko Nayar jest na tyle stuknięty.”

„Za dużo wojskowej dyscypliny w domu.” spojrzeli na siebie porozumiewawczo „Zresztą, pasują do siebie. Banda kujonów.”

~ * ~

Avril Jones poprawiła ciężką torbę z zakupami na jednym ramieniu, drugim usiłując zamknąć drzwi. W końcu jednak trudne zadanie zostało wykonane. Uderzyła łokciem w wyłącznik światła. Kuchnia nagle została zalana jasnożółtym światłem. Zmrużyła oczy. Kontrast między pogrążonym w ciemnościach korytarzem a jasnym światłem żarówki był zbyt wielki. Chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się.

Położyła ciężkie zakupy na blacie i zdjęła puchową kurtkę. Utah nie było może najzimniejszym stanem w Ameryce, ale tegoroczna zimowa zawierucha biła wszelkie rekordy. Kto słyszał o metrowych śnieżnych zaspach w styczniu w Utah? Tylko szaleńcy.

Święta były przepięknie białe, przypominając jej boleśnie te, które spędziła jako dziecko w Bostonie i te nieliczne, jakie dane jej było spędzić w Paryżu. Ale Liz cieszyła się jak szalona. Lepiła bałwany i rzucała się śnieżkami z koleżankami. Boston przypadnie jej do gustu.

Zabrała się za rozpakowywanie zakupów, ostrożnie nasłuchując jakichkolwiek dźwięków z pokoju córki. Sąsiedztwo do najmilszych nie należało, w dodatku ściany czasem były z przysłowiowego papieru. Ale czynsz za dwupokojowe mieszkanie był wyjątkowo niski nawet jak na tę dzielnicę. I nikomu nie przyszło do głowy, by w takim miejscu szukać czegokolwiek wartościowego. Szczególnie funduszu Hasta la Vista jej dziewczynki. Chybaby rozszarpała gardło kretyna, który ośmieliłby się ruszyć chociaż cent z jej zarobków. Naprawdę się starała, od kiedy była na tyle duża by zrozumieć, że marzenia nie realizują się ot, tak sobie. To wymagało pracy i wysiłków, szczególnie, jeśli pochodziło się z niezamożnej rodziny. Wymarzone studia kosztowały. Nie tylko trzeba było się na nie dostać. Trzeba było za nie zapłacić i utrzymać się podczas nauki. Amerykański system szkolnictwa wyższego był bezlitosny.

„Liz?” zapukała ostrożnie do jej pokoju. O dziwo, komputer był wyłączony. Nic nie grało. Pomieszczenie pogrążone było w ciemnościach. Tylko drobna postać skulona na łóżku mówiła co nieco o tym wszystkim. Nie było normalne, że jej ukochane dziecko nic nie robiło. Jej dzień był wypełniony od rana do wieczora. Rano szkoła, chwila oddechu, potem praca i lekcje. I tak prawie co dzień.

Przysiadła ostrożnie na skraju posłania. To zawsze ją zadziwiało, jak z dwojga wysokich rodziców mogła powstać stosunkowo drobno zbudowana młoda kobieta. Ale im była starsza, tym bardziej przypominała Wheelerów, ku jej bezbrzeżnej uldze, ale i zmartwieniu. Liz odziedziczyła geniusz jej rodziny, ale miała też ich wrodzoną naiwność wobec świata, a z którą walczyła przez lata. Jej przyniosło to lata cierpienia, upokorzeń i wstydu. Nie chciała dla niej takiego losu. Tylko kiedy czasem patrzyła w złoto-brązowe oczy córki zastanawiała się, na ile i kiedy odezwie się w niej dziedzictwo ojca. I przez ostatnie miesiące mogła tego skosztować. Prawo. Dlaczego zrezygnowała z medycyny, kiedy była na wyciągnięcie dłoni? Zostało tak niewiele…

„Kochanie…” ostrożnie odgarnęła w ciemnościach pasmo włosów z twarzy Liz, ale zaraz cofnęła dłoń, czując pod opuszkami wilgoć. Płakała.

„Czy ja jestem ładna, mamo?”

Avril przysięgła, że jej serce na więcej niż ułamek sekundy stanęło, by potem bić naprawdę wściekle.

„Jesteś najładniejszą nastolatką w mieście.” uśmiechnęła się całkowicie pewna, nie tylko z powodu matczynej dumy i troski. Ostatecznie pracowała w najlepszym salonie w Crisge. To, co wchodziło w jego progi trudno czasem było nazwać kobieta. Kiedy jednak je opuszczało, dawało się odczuć, że należało do płci pięknej.

„Mówisz tak, bo jesteś moją mamą.” ciche chlipnięcie wydobywające się gdzieś z mroku sprawiło nagle, że w Avril zawrzała wściekle krew. Co za zazdrosna kretynka ośmieliła się obrazić jej dziecko?

Włączyła nocną lampkę i sięgnęła po lusterko ukryte w szufladzie komody. Przystawiła do zalanej łzami twarzy córki.

„Wspaniałe, naturalne długie włosy. Mam ci powiedzieć, jaki przycisk włącza się w mózgach facetów na widok rozpuszczonych długich włosów?”

Tylko, że Liz nie nosiła rozpuszczonych włosów. Nigdy. Chowała swój skarb jak mogła. Ale w miejscu gdzie pracowała, atrakcyjność oznaczała kłopoty.

„Oryginalne rysy twarzy, nie powielone przez jakąś barbie. Doskonałe proporcje. Cera bez najmniejszej skazy.” zdjęła jej delikatnie okulary z noska „Ile znasz osób ze złotym kolorem oczu?”

„Max ma takie.” zmarszczyła brwi.

Niestety. Niestety. Wolałabym, żebyś nie zauważała tego faktu.

„Piękny naturalny łuk brwi, zarys ust czy nosek jak od chirurga plastyka…” kontynuowała, jakby nie zauważyła przerywnika „Wymiary, których, psiakrew, nawet ja mogłabym ci pozazdrościć w twoim wieku.”

Łzy na chwilę szczęśliwie przestały płynąć.

„Powiedzieli, że jestem tak szkaradna, iż nikt mnie nie zaprosi.” głos Liz był już ochrypły od płaczu. Jak długo leżała w takim stanie? „Że trzeba być świrem, żeby chcieć zaprosić mnie na bal.”

„Oni?”

„On, właściwie.” przyznała z oporami „Właściwie to mu się nie dziwię. Wyglądam koszmarnie w tych okularach.”

„Po to je nosisz.” Avril upomniała ją surowo „Nie wiem, kto ci naopowiadał takich idiotyzmów, ale musi być naprawdę ślepy, skoro nie widzi ciebie za tymi oprawkami i pod tą strzechą…” roztrzepała jej włosy. Były długie, ciemnobrązowe i gładkie niczym jedwab. Marzenie prawie każdej dziewczyny. „Nastolatki przerażająco często nie widzą dalej niż czubek własnego nosa.”

„Max.” spod noska Elizabeth wyrwało się nieśmiałe mruknięcie.

„Palant.” w sercu Avril natychmiast zrodził się niepokój. Liz chyba nie interesowała się nim jako chłopcem? Nie mogła! „Nie przejmuj się. On widzi tylko silikonowe lalki barbie. Pewnie sam jest z silikonu.”

„Mamo!” w głosie dziewczyny obrzydzenie mieszało się z rozbawieniem.

„Kochanie, mam tylko trzydzieści pięć lat, nie traktuj mnie jak zgrzybiałą staruszkę. Poza tym ktoś czesze jego eks, nieprawdaż?” Avril wzruszyła pozornie obojętnie ramionami, ale przez jej głowę przelatywały tysiące niespokojnych myśli. Tylko nie syn Phillipa. Nie on! „Myślałam, że jesteście tylko przyjaciółmi?” uniosła pytająco brew „Żadnych damsko-męskich elementów.”

„Bo jesteśmy.” odpowiedź przyszła jednak po długim czasie. Zbyt długim. „Tak przynajmniej myślałam.”

„Liz…”

„Możemy zostawić ten temat?” nastolatka wytarła resztkę łez z twarzy. Nie miała zamiaru przyznawać się, jak ubodły ją słowa Maxa. Nie dlatego, że był jej przyjacielem – przywykła już do jego niemiłych opinii o innych dziewczynach. Nie dość, że nazwał ją szkaradą, to jeszcze zrównał inteligencją i poczuciem własnej wartości z tymi, tymi… bimbo! Co on sobie myślał, że naprawdę nie mogłaby zdobyć jakiegokolwiek faceta, którego by zechciała? Kretyn! „To tylko ekstremalny dołek. Przejdzie mi.”

„Na pewno?”

„Na pewno.”

„Więc dlaczego nie jesteś w pracy?”

Westchnęła w odpowiedzi.

„Zwolniłam się na dzisiaj. Nie miałam najmniejszej ochoty obsługiwać tych idiotów.”

„Ok.” Avril ostrożnie przytaknęła, czując, że nie ma ochoty o tym rozmawiać „Zrobię obiad.”

„Spaghetti?” pełen nadziei ton Liz wywołał uśmiech na jej twarzy.

„Spaghetti.”

Comments
  1. ruda

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *