Nikogo nie ma w domu (16)

16.

Przeciągnęła się, natrafiając dłonią na dzwoniący bezczelnie aparat. Jęknęła i po omacku wyłączyła budzik. Oczy piekły ją jak po przejażdżce pustynią. Miała wrażenie, że nie minął nawet kwadrans, odkąd położyła się wreszcie spać.

Zesztywniałe mięśnie natychmiast dały o sobie znać, przypominając o wydarzeniach nocy.

„Uch…” chrząknęła. O ile własnym brakiem doświadczenia mogła pewne rzeczy wytłumaczyć, ale jak brak rozsądku w innej – kluczowej sprawie?

Mama mnie zabije. Wujek mnie zabije. Max zabije Cody’ego. Nayar zabije za to jej mamę, a jej mama zabije panią Nayar za brak wychowania u Cody’ego.

Max. Trzeba poprosić Maxa o pomoc.

Zwariowany budzik w jej komórce znów zaczął natarczywie dopominać się  jej uwagi. Zirytowana podniosła klapkę. To wcale nie był budzik, tylko telefon. Akurat od osoby, której w tej chwili potrzebowała najbardziej.

„Zbawienie me dzwoni…” mruknęła ochrypłym tonem. Kompletnie nie rozumiała, dlaczego ma tak sucho w gardle. Nic nie piła, nie rozrabiała, za wyjątkiem jednej dziedziny… ale nadal nie powinna mieć takich dziwnych sensacji. Usiadła na łóżku. Zakręciło się jej nieźle w głowie. Westchnęła.

„Co mam wyprostować?”

„Wirujący świat dookoła?” chrząknęła, usiłując opanować własne struny głosowe. Po kilku próbach wreszcie dźwięki, jakie wydawała, przypominały w miarę normalne.

„Gdzieś ty zabalowała i dlaczego nie byłem zaproszony na tą imprezę?”

Uśmiechnęła się. Świat od razu stał się bardziej kolorowy.

„Na tego typu imprezy nie zapraszam najlepszego kumpla.”

Chrząknął. Wprawdzie głuchego odgłosu spadania z łóżka nie słyszała – musiał już wstać – ale zamilkł na wystarczająco długo, by poświadczyć, że wiadomość dotarła do adresata. Zastanawiała się, jak zareaguje… obojętnie jednak jak by zareagował, musiała poprosić go o pewną dosyć krępującą przysługę. Życie dorosłych w małym miasteczku było przekichane. Każdy wiedział o każdym i chciał wiedzieć jeszcze więcej. Ciekawe, jak sobie radzą osoby nie związane na stałe. Albo zdradzające. Wzdrygnęła się. Ta wiedza niekoniecznie była jej do szczęście potrzebna, ale w praktyce bardzo by się przydała i oszczędziła ewentualnych kłopotów na przyszłość…

„Będę za kwadrans.” westchnął w końcu.

„Pół godziny. Muszę się zwlec z łóżka.”

~ * ~

Widok Liz na ramionach Maxa, tańczących i wygłupiających się po całym mieszkaniu nie był raczej widokiem, jakiego Avril spodziewała się po przybyciu do domu. Wyjaśniałby jednak brak Evansa w rodzinnym domu, wyłączoną komórkę i kilka innych zjawisk, ogólnie rzecz zwanych „wolny dzień wg dwójki przyjaciół”.

Jej własna córka latała w pidżamie po ich niewielkim mieszkaniu, noszona wariacko przez Maxa i usiłująca się wybronić od bezwzględnego ataku łaskotania. Marnie jej to jednak szło, Max był przebiegłym przeciwnikiem. I Liz raczej się nie broniła.

Widok koił jej zszargane wcześniejszymi wydarzeniami nerwy. Jej najgorsze obawy znalazły potwierdzenie. Evans jechała do doktorka, z którym planowała spędzić wieczór. Co gorsza, młody chłopak z kancelarii Evansów stracił zupełnie niepotrzebnie życie. Był pełen planów, miał ambicje i był najstarszym z rodzeństwa. I jeszcze zostawił niespłacony horrendalny kredyt studencki, normalka wśród młodych ludzi którzy musieli wyłożyć tysiące dolarów na wyższą edukację w oczekiwaniu na lepszą przyszłość.

Gdyby Evans nie była już umierająca, własnoręcznie udusiłaby kobietę. Jej własne wcześniejsze działania zapobiegawcze chyba nie odniosły najlepszego skutku i najwyraźniej, bądź co bądź przeliczyła się w kwestii swojego wpływu na płeć przeciwną. Mówiło się jednak trudno. Teraz najważniejszą sprawą było jednak zapobieżenie znacznie boleśniejszym skutkom wypadku. Max znów tracił matkę.

„Jakieś święto, o którym nie wiem…?”

„Niee…” Max rechotał, nie wiedziała czy z buraczka na twarzy Liz czy z innego powodu, ale najwyraźniej był wybitnie rozbawiony „Zwykły szary dzień po egzaminach i balu szkolnym…”

Z niewiadomego powodu wywołało to kolejny atak śmiechu o obojga, a ona nie zamierzała dociekać, skąd, jak i dlaczego. Dobry humor zwiastował, że w problemy nie wpadli… więc powinna być spokojna, że raczej niewiarygodnej głupoty nie odstawili…

„Chociaż nastolatki do wszystkiego są zdolne.” wymowne mruknięcie Phillipa za nią momentalnie przywróciło ją do szarej rzeczywistości „Chociażby my.”

„Owszem, w tym poślubienie ciebie.” odcięła się nieco złośliwie „Możesz zwalić na nastoletnie szaleństwa.”

„A ja myślałem, że to z czystego wyrachowania.”

Chyba zapominała, co oznacza dyskusja z Phillipem. Kochał mieć ostatnie zdanie, jak to facet. Potrząsnęła głową. Nie powinnam dawać się tak bezczelnie podpuszczać…

„Wyrachowanie przyszło później. Szaleństwem był sam pomysł.” westchnęła. Przeszli do kuchni, niejako odcinając się od rozrabiających dzieci. Usiadł ostrożnie na jakimś krześle, rozglądając się uważnie po wnętrzu niewielkiego pomieszczenia. Nie było co podziwiać, o nie. Nie były to też wnętrza, do których zdążył się przez lata przyzwyczaić. „I teraz wydaje mi się powiedzenie ich dwójce, co się dzieje…”

„A co się dzieje?” nadal nie patrzył na nią, tylko rozglądał się po pomieszczeniu ze zdenerwowaną miną.

„Niecodziennie mówisz dziecku, że jego matka jest umierająca.”

„Liz to nie Max.”

„Nie.” przytaknęła swobodnie „I właśnie dlatego mam duże obawy. Nie powinien usłyszeć tego ode mnie…”

„A od kogo? Ode mnie?” utkwił wzrok w kawałku blatu. Zerknęła, co go tak ciekawiło. To był tylko fragment,  na którym lubiła kroić chleb. I często zapominała deski, więc blat niejeden raz został pocięty. Oczywiście stanowiło to brzydką plamę i rysy na jasnym materiale. Do teraz to po prostu była zużyta kuchnia. Co było dla niego tak ciekawego w tej kuchni? Bo wątpiła, by usiłował ją w ten sposób zbyć czy pomyśleć samemu nad rozwiązaniem. Coś go w tym wszystkim intrygowało i ją zaczynało złościć, że nie miała pojęcia, co takiego! „Dzieci widzą wiele, Avril. A Max jest bystry ponad miarę. Podejrzewam, że o wiele szybciej i lepiej wiedział, na co idą pieniądze na rachunki – inaczej by ich tak szybko pod moim nosem nie płacił.”

„Sprawdziłeś?” to było bardziej stwierdzenie niż pytanie, ale wolała się upewnić.

„Oczywiście. Wstecz również. Uregulowałem to, co pozostało jeszcze. Jak coś pozostało, to o tym nie wiem.”

„Nie musiałeś tego robić.”

„Nie. Tylko kto mnie uczył, że to, jak cię widzą inni jest dla nich prawdą i nic z tym nie zrobisz? Że czasem opinia i nazwisko to wszystko. Nie chcę, żeby Max na dźwięk słowa „matka” miał przed oczami kobietę z nierozwiązywalnymi problemami psychicznymi i alkoholowymi, będącą na ustach całego miasta tylko dlatego, że po pijaku wsiadła za kierownicę i zabiła kogoś. Dzieciaki są warte więcej niż kojarzenie z nią, Avril. Tak samo Liz jest warta więcej niż kojarzenie z nazwiskiem Wheeler i twoją fortuną czy nadziejami, jakie powstaną w głowach bostończyków, kiedy odkryją, że sprowadzasz ją do domu na studia. Ktoś musi powiedzieć Maxowi, a jeżeli ja to zrobię, skończy się to najprawdopodobniej katastrofą. Nie społeczną, ale w rodzinie. To mój syn, obojętnie jak na to nie spojrzę – kto jest jego matką.”

„Ja mu powiem.” dobiegł ich cichy głos najmłodszej latorośli. Odwrócili się jak na komendę. Liz. Jakżeby inaczej. Miała niesamowitą zdolność słyszenia tego, czego nie powinna i wpadania w różne dziwne tarapaty. „Wyszedł coś załatwić dla mnie.” wyjaśniła niemal niepotrzebnie. Nie pozwoliłaby sobie na taką swobodę, gdyby Max nadal był w mieszkaniu. Lub chociażby w pobliżu. „Ale nie sądzę, by go to bardzo obeszło.” dodała od siebie. Powiodła wzrokiem w to samo miejsce, w które przed chwilą wpatrywał się Phillip. Avril potrząsnęła głową, pełna złych przeczuć. Nie wiedziała, co z takimi ich odruchami zrobić. Nie rozumiała spojrzenia u byłego męża, ani tym bardziej nie rozumiała go u swojej córki. Co im po głowach chodziło?

„Dlaczego? To jego matka.”

„Bo Maxowi kojarzy się z nierozwiązanymi problemami alkoholowymi i to nasz najmniejszy problem.” wyznała swobodnie „On przecież uważał ją za złą osobę. Chronił z poczucia obowiązku… kompletnie inaczej niż mnie. W pierwszej chwili odetchnie z ulgą – za siebie, was, za swoją matkę, że już sama nie będzie coraz bardziej się pogrążać. Może po jakimś dłuższym czasie zrozumie, że stracił matkę też fizycznie i już nic nie da się naprawić. Że to nieodwołalne.”

Ile ona ma lat? Wiedziała, że to samo pytanie było wymalowane w oczach Phillipa. Liz odwróciła się i poszła przebrać w coś dużo odpowiedniejszego na wizytę w szpitalu u umierającej matki najlepszego przyjaciela.

„Dobrze ją wychowałaś.”

„A jednak…” westchnęła „Ale co potem? Tom z Claire się nie rozstanie dlatego, że ja przyślę mu moją córkę. Nie chcę z kolei, żeby kobieta, dla której pieniądze znaczą wszystko, ją przejęła, kiedy całe życie usiłowałam ją nauczyć czegoś zupełnie przeciwnego.”

„Znajdziesz rozwiązanie.” mruknął zwyczajnie, jakby rozmawiali o codziennej rzeczy „Zawsze znajdujesz.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *