Nikogo nie ma w domu (15)

15.

Valenti widział niejedną sieczkę drogową. Staż zawodowy odbywał w szpitalu, do którego najczęściej kierowano ofiary z pobliskiej krzyżówki autostrady. Przyzwyczaił się do przerażająco powyginanych, zgniecionych niczym kartonowe pudełeczka blach samochodowych, szkła pokrywającego ciała ofiar, wszelkiej maści żelastwa i innych elementów samochodów, które okazywały się narzędziami losu. Nie przyzwyczaił się za to do ludzkiej głupoty w reakcji na wypadki, bo najbardziej przeszkadzała mu w pracy.

Samochód tkwił w ścianie budynku, czy też właściwie w witrynie budynku. Czarny terenowy mercedes tkwił w przeszkleniu południowej ściany kawiarenki, masakrując kilku gości wewnątrz, część lokalu i przede wszystkim, pasażera i kierowcę. Najgorszy był fakt, że ten czarny mercedes nie był zwyczajnym samochodem. Na palcach jednej ręki mógł policzyć rodziny w tym mieście, które stać byłoby na taki wóz. I tylko jedna miała taki dokładnie.

Z nożem na gardle podszedł bliżej. Sanitariusze właśnie wciągali pośpiesznie jedną ranną osobę do karetki. Przez zabezpieczające gorsety, koce i zimowe kurtki nie widział jednak, kto to był. Niedaleko samochodu strażacy zapinali worek z ciałem.

Podszedł, trzęsącą ręką rozpinając zamek worka i niemal natychmiast odetchnął z ulgą. Stażysta z kancelarii Evansów. Zatrzymał jednego ze strażaków, którzy odchodzili już od budynku.

„Kogo zawieźli do szpitala?”

„Kierowcę. Jakaś kobieta.” szczeniak był ewidentnie młody i nie znał go i dziękował za to wszelkim dobrym mocom w duchu. Pośpieszył z powrotem do swojego auta. Kaila siedziała przypięta nadal do swojego fotelika, co stanowiło niemałe świadectwo jej szoku. Wpatrywała się ogromnymi, błękitnymi oczami w pobojowisko. Delikatnie zamknął jej otwartą buzię.

„Zawiozę cię do babci. Zostaniesz u niej dzisiaj na noc.”

Zamrugała zdezorientowana, wreszcie odrywając wzrok od strasznego widoku. Chociaż może i nie strasznego, specjalnie zaparkował nie tak blisko, żeby nie mogła dostrzec żadnych szczegółów. Ale widok zrujnowanej przez wypadek jedynej dobrej kawiarenki w Crisge raczej szybko nie zniknie z jej główki. Zaklął w duchu, bynajmniej nie z powodu wyrazu twarzy córki. Światła na karetce zmieniły się, włączyli sygnał. Dojazd do szpitala nie zajmie im więcej niż 10 minut, ulice w niedzielę były puste, bał się jednak, że już jest za późno. Modlił się tylko, aby to nie była Evans.

Marne jednak były tego szanse. Miał tylko odwieść Kailę na popołudniowe zajęcia z fortepianu i dołączyć do Dianne w kawiarni. Mieli spędzić zwyczajny sobotni wieczór.

Trzęsły mu się ręce.

„Tatusiu?”

„Tak, groszku?”

„Kim była ta Pani na łóżku na kółkach?”

Przymknął na chwilę oczy. W co ja się wpakowałem?

„To była moja dobra znajoma. Bardzo dobra znajoma.”

„Będzie ci jej brak?” błękitne oczy były zbyt niewinne, by mógł ją posądzać o umyślny sarkazm. I nie ten wiek, nawet jeżeli jako sześciolatka czasem rozumiała dużo za dużo, ku jego częstemu zakłopotaniu.

„Dlaczego? Poleży chwilę w szpitalu, koledzy taty się nią troskliwie zajmą i na pewno szybko wyzdrowieje.”

„Dwóch panów, którzy wsiadali do tej wielkiej ciężarówki, o ci, osmoleni…” mała główka wskazała na najwyraźniej byłych klientów kawiarenki, którym wypadek nie oszczędził odrobiny sadzy na ubraniach i ciele. Musiało nieźle płonąć. „…powiedzieli, że nie ma szans, będzie pogrzeb u Evansów.” małe usteczka złożyły się w smutny dziubek, ale to jemu zebrały się łzy w oczach.

„Co powiedzieli?” wychrypiał, modląc się, by to był jakiś koszmar.

„Że będzie pogrzeb u Evansów.”

Położył głowę na kierownicy. To niemożliwe. Błagam, to nie może być prawda.

~ * ~

Oglądanie zmasakrowanego ciała, jednego za drugim, nie należało do jego zwykłych codziennych czynności. Crisge było spokojnym, cholernie nudnym miasteczkiem, gdzie wszyscy żyli i żywili się ploteczkami o mieszkańcach. Miasteczko nie należało do najmniejszych, ale leżało w niezbyt popularnym terenie Utah i świeża krew napływała niezmiernie rzadko. Każdy obcy przybysz był wykrywany natychmiast. Podejrzewał, że właśnie to ściągnęło tutaj Avril Wheeler. Gdyby jej rodzice kiedykolwiek dowiedzieli się, gdzie los skierował ich jedyną córkę, kazaliby zrównać to miasto z powierzchni planety. Stać ich było na to. W więcej niż finansowym aspekcie sprawy.

„Panie Nayar…?”

Odwrócił się do technika, który właśnie układał kolejne narzędzia, przygotowując się do sekcji. Westchnął. Na szczęście Evans jeszcze żyła, ale jego przeczucia mówiły, że nie za długo. Musiał ściągnąć jak najszybciej Avril. Ona mogła zapobiec katastrofie. Z pewnością wiedziała, co się w takich sytuacjach robi i komu należy wsunąć dyskretnie kopertę do kieszeni.

„Ktoś na Pana czeka na korytarzu.”

Chcąc nie chcąc zgrzytnął zębami i wyszedł z prosektorium. Zimne, wykafelkowane powierzchnie, rzucająca się w oczy wypolerowana stal czy stale chodząca na pełnych obrotach klimatyzacja nie nastrajały przychylnie do tego miejsca. Pamiętał pierwsze zetknięcie z prosektorium i przede wszystkim pierwsze zetknięcie z twardym charakterem Avril. Do tamtego czasu uważał ją za ofiarę losu. Od tamtego, cóż… Nie wątpił, że Evans raczej się pozbierał. Szkoda tylko, że najwyraźniej jego żona nie potrafiła.

Otworzył drzwi i wyszedł do głównego holu, w którym panowała już znacznie wyższa temperatura i przyjemny dla zmysłów zapach. Wciąż jednak nie umiał się pozbyć nieprzyjemnego zimna w środku, czy to z powodu warunków lokalowych czy z powodu wspomnień, nie dociekał.

„Cześć Aron.” powitał go znajomy głos. Jak zwykle melodyjny, bezbłędny akcent jej głosu sprawiał złudne wrażenie, że to anglistykę studiowała na Sorbonie. Tym razem brzmiało w nim jednak zmęczenie. Avril musiała wiedzieć i widzieć od jakiegoś czasu.

Mało który rozpoznałby w tej osobie małomiasteczkową fryzjerkę. Tylko twarz była ta sama, naznaczona zmęczeniem i stresem ostatnich dni. Czarne włosy nadal lśniły i miękko układały się na połach granatowego płaszcza, który mógł przysiąc, zapewne kosztował jego półroczne dochody. Ciekawe, ile kosztowało to pod spodem…

„Wheeler do końca…” zarechotał, chociaż wcale nie było mu do śmiechu.

„Hm?”

„Twój wygląd. Mogło minąć prawie osiemnaście lat od czasu, kiedy zaobrączkowałaś się dobrowolnie w ucieczce przed opieką morderczego, milutkiego kuzyna, ale nadal nosisz się i wyglądasz jak rasowy bostoński Wheeler.”

„Bostońskim Wheelerem rodzisz się i nie ma zmiłuj.” wzruszyła ramionami „A propos starych zasad – ucisz żonę.”

„Słucham?”

„Nie myślisz chyba, że dotarłam tutaj tak późno?” uśmiechnęła się łagodnie, ale w nim ten uśmiech mroził krew w żyłach „Twoja żona to pierwsza plotkara tego miasta. Wyciągnie wszystko na światło dzienne. Nie proszę, aby była przydatna i skierowała plotki na inny temat, ale przynajmniej niech się powstrzyma od komentowania i podejmowania pogłosek, których żadne z nas nie chce o żonie Phillipa.”

Chrząknął.

„Daj spokój, to nie bolało.”

„Nie ty będziesz musiała ją zamknąć.”

„Będę musiała, jak ty nie znajdziesz skutecznego sposobu.” skomentowała równie łagodnie i prosto „Wracaj do domu, Aron, tutaj w tej chwili nic już nie zdziałasz.”

„Co z dzieciakami?”

„Jeszcze do nich nie dzwoniłam. Ale powinni być przynajmniej w drodze powrotnej albo nawet już w Crisge.”

„Chryste, Avril, co jak się Max dowie bo głupi sąsiad przyczłapie się z kondolencjami?”

„Miałam inne, pilniejsze sprawy. Przecież i tak się dowie o stanie swojej matki i na pewno ściągną go do szpitala, może nawet zdąży się z nią pożegnać.”

Potrząsnął głową. Zapomniał, co Avril myślała o swojej następczyni i matce Maxa. Zgubiło go to, że nie miała w zwyczaju wypowiadać głośno swojego zdania na temat pewnych wywłok. Często w ogóle nie okazywała swojej mało pochlebnej opinii, przez co czasem dochodziło do  mało przyjemnych sytuacji. Avril była specjalistą w manipulowaniu ludźmi. Może dlatego Liz chodziła jak w zegarku? Chciałby mieć jej dar, nie kląłby na poglądy żony dotyczące sympatii Cody’ego.

„Nie możesz być chyba aż tak nieczuła? Chłopak prawdopodobnie nigdy już nie zobaczy matki.”

„Jakby ją widywał teraz.” uniosła brew w lekkiej ironii „Nie zmienisz swojego życia na łożu śmierci i już z całą pewnością nie nadrobisz wcześniejszych błędów. Wiem to. Stoję jedną nogą w grobie.”

„I jeszcze jedną czwartą drugiej.” mruknął. Nadal nie podobało mu się nastawienie Avril. Było czysto a’la Wheeler czy też wiedziała aż za wiele o drugim małżeństwie swojego byłego męża, nie zamierzał dociekać. Robiło mu się zimno. I to była kobieta, która aż nadto ceniła sobie związki rodzinne.

„Więc mam zamknąć…?”

„Nie zamknąć. Upewnić się, że się zamknie na ten temat.” potrząsnęła głową. Jej fiołkowe oczy błysnęły zimno, zimniej niż kafelki w prosektorium migały mu wcześniej i mroziły do szpiku. „Nie potrzeba nam zupełnie informacji w obiegu, nawet jako podejrzenia czy plotki, że Dianne Evans w chwili wypadku miała ponad trzy promile we krwi. Ani informacji, do kogo jechała tak zalana.”

Tylko zamknął oczy.

„Jak ja mam to zrobić, żeby było skutecznie?” wydawało mu się to w tej chwili niemożliwością. Carolynn Nayar żyła plotką i takiego smacznego kąska nie odda bez walki. Była harpią, która od tygodni nie miała czego komentować.

„Oboje wiemy, że jest głodna. My też, więc postanowiłam postawić wam obiad.” oznajmiła najzwyczajniej w świecie „Jedziemy najpierw na zakupy, a potem do was do domu. Jestem pewna, że Daphne z niekłamaną chętką skonsumuje jakiś fantastyczny kąsek.”

Wolał nie pytać, ile kosztował ją ten kąsek.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *