Nikogo nie ma w domu (14)

14.

Avril zamrugała, raz, drugi i trzeci, nie do końca pewna czy dobrze widzi. Nie miała wszakże jakiegoś specjalnie ważnego powodu, żeby szkalować dobre imię Nayarów, ale cóż, może zastrzeżenia Maxa co do Cody’ego Nayara, chociaż nie skonkretyzowane dotąd, właśnie materializowały się na jej oczach.

Pośpiesznie zamknęła za sobą drzwi samochodu. Nayar raczej jej nie rozpozna, tym bardziej w takim stanie. Był zdecydowanie zbyt zajęty i na zajętego przez najbliższy kwadrans wyglądał.

Cóż, jeśli chodzi o własną płeć, najwyraźniej faceci przeczuwali wiele na długo nim kobiety miały szanse zweryfikować cokolwiek o facecie.

Wróżyła Harding obsmarowanie po balu. Ale to było sprawą dziewczyny, nie jej. Były normalne, które wychodziły z tej zasadzki z nietkniętą reputacją, były też takie, których żywioł pochłonął, niezależnie od stanu faktycznego. Nie rozumiała całej tej etykiety przypiętej w małym miasteczku do szkolnych balów. Chyba za bardzo tkwiła w epoce wychowania Wheelerów. A może tego środowiska? Było nie do przyjęcia nie myślenie w wieku osiemnastu lat, kiedy już normalnością były kontrakty zawierane nieraz na całą dorosłość. Było też nie do przyjęcia, obsmarowywanie dziewczyny na podstawie wydumanych z palca plotek przez chłopców. Zdarzało się, że któraś wypadała z obiegu, ale głównie za sprawą złośliwych koleżanek, nie zaś płci przeciwnej. Ciąże w wieku osiemnastu lat, w dodatku na skutek nieostrożności na balu maturalnym, po prostu w ich środowisku nie zdarzały się.

Chyba żyłam w innej epoce, przemknęło jej przez myśl. Z chęcią wysłałaby kilka osób do tamtych czasów. To chyba rzeczywiście zależało od środowiska, w jaki sposób wychowywano młodych ludzi pod względem seksualnym. Rodzice by mnie zabili na miejscu, gdybym przespała się z kimś na balu maturalnym. Szczyt głupoty.

Wycofała ostrożnie samochód z parkingu. Jeżeli Harding postanawiała popełniać błędy, nie miała prawa ani jej ostrzegać ani zabraniać. Ale teraz, jeżeli ten chłopak spojrzy chociaż za jej jedynaczką, przysięgała, konsekwencje poniesie cały klan Nayarów. Ojciec chłopaczka mógł być w porządku, ale sam poniesie skutki niewłaściwego wychowania swojej latorośli.

~ * ~

Kafejka nie była może najsłynniejsza, najlepsza ani nie parzyli tutaj porządnej kawy, ale poza tym było tutaj całkiem przyjemnie. Susan uwielbiała ją głównie ze względu na klimat i fakt, że nie wychodziło się stąd pewnym obsmarowania na mieście. Jeżeli żyło się w takim świecie, jak ona, reputacja i plotki były nierozłącznie ze sobą związane i jednego od drugiego oddzielić się nie dało. Wprawdzie była tylko sekretarką, co w mieście wielkich, bogatych rodzin i masy snobów było pozycją niższą od mrówki, tym bardziej jednak musiała dbać o swoją reputację – nie miała za plecami żadnego potężnego wujka, który by ją wsparł w razie problemów. Niestety.

Tom usiadł naprzeciwko. Wydawał się zajmować całkiem sporą przestrzeń w loży, chociaż wiedziała, że musiał czuć się gorzej niż ta mała mrówka, którą ona na co dzień była. W sumie to nawet mu nie współczuła, już prędzej była wkurzona na Claire. Zazdrościła jej generalnie takiego podejścia u faceta, jakie miał Tom. Ale czy chciałaby samego Toma?

Nie chciała się tego dowiadywać. To by tylko skomplikowało i tak paskudną sytuację. Czuła się niczym między młotem a kowadłem. Nie chciała też stać się bohaterką klasycznej historii o sekretarce i prezesie. Mierziło ją od tego, tym bardziej od ostatnich komentarzy rzucanych w klinice. To, że ona była sama, a Tomowi ostatnio nie układało się w małżeństwie, tylko dolewało oliwy do ognia. Najwyraźniej po mieście już się rozeszła sensacyjna wieść, że wredny, interesowny babsztyl złożyła pozew o rozwód.

Boston czasem był straszną dziurą, niezależnie ile administracyjnych dzielnic i ulic miał. Równie dobrze mogła zamieszkać w jakimś miasteczku, na jakimś zadupiu, przynajmniej koszty życia byłyby niższe. I wszyscy i tak by się znali i wzajemnie obsmarowywali błotem.

Była po prostu  zniechęcona. Chyba podobnie jak Tom, bo był w ponurym nastroju.

„Czemu więc po prostu nie naślesz kogoś na łącze telefoniczne?” poza kliniką nie byli profesorem i jego wierną sekretarką, raczej dwojgiem ludzi, którzy wzajemnie pomagali rozwiązać swoje problemy i czasem nawet się to udawało. Żałowała, że nie może dać mu dobrej rady w sprawie Claire. Sama najchętniej trzasnęłaby kobietę po głowie, by się zastanowiła, co do diabła robi, a potem oboje zamknęła w jakimś pomieszczeniu na tydzień, żeby zaczęli wreszcie rozmawiać. Może by pomogło. Jak na razie, mogła mu skutecznie poukładać w jednym temacie, który nie zajeżdżał relacjami z żoną aż tak bardzo. Avril. Avril Tiffany Wheeler.

„Yyyy?”

„Rozumiem, że odpływ krwi z mózgu zdarza się przy Claire, ale bez niej jesteś gorszy…” wzniosła spojrzenie do barokowego sufitu. Całkiem ładnego. „Niech ktoś sprawdzi, skąd dzwoniła twoja siostra, pojedź tam, chwyć za fraki i sprowadź do Bostonu, nim będzie za późno.”

Uśmiechnął się pod nosem. Co jak co, nie wyobrażał sobie zupełnie, by można było chwycić za fraki Avril. To była osoba zdecydowanie nie poddająca się woli innych. A za nic w świecie nie chciał jej spłoszyć po tylu latach. Wątpliwości musiał mieć chyba  wypisane na twarzy, bo po prostu Susan westchnęła nad  ciężkością przypadku.

„A co, zamierzasz siedzieć w fotelu i czekać, aż łaskawie siostra spadnie ci z nieba?” spróbowała z innej strony, z niemal zjadliwą ironią bardziej charakterystyczną dla Claire niż dla siebie samej „Nie robiłeś nic innego przez ostatnie lata, i guzik ci to przyniosło. Masz w dodatku inne problemy które ona – przynajmniej wg twoich własnych słów – dostrzeże bez wysiłku.”

„Nie siedziałem w fotelu.” nie wzruszył ramionami nonszalancko, ani nie miał tej zwykłej pewności siebie w głosie, raczej zastanowienie „Sprawdziłem to. Dzwoniła ze stacjonarnego telefonu, zarejestrowanego w Utah – czyli tam, gdzie deklarowała pobyt, z małego miasteczka Crisge.”

„I co cię powstrzymuje od pojechania tam?”

Spojrzał na nią, jakby nic zupełnie nie rozumiała. No może i nie rozumiała, jak jego mózg czasami funkcjonował, ale tworzył sobie problemy na własne życzenie. Mężczyźni i ich niezdecydowanie!

„Nie mam ochoty jechać tam sam.” upił spokojnie łyk kawy, kiedy kelnerka odeszła „Z jednej strony… jak to bliźniacy, byliśmy zżyci. Mocno. Minęło dużo czasu, ludzie się zmieniają. Nie chcę sytuacji, w której nagle nie będzie co powiedzieć do własnej bliźniaczki.”

„Mam robić za bufor?”

Potrząsnął przecząco głową.

„Nie, to nic nie da. Wątpię by to pomogło.”

Faceci. I tak źle, i tak niedobrze.

„Wiesz, że nie ma innej recepty na to, niż ponownie włączyć ją do swojego życia i ponownie mieć wspólne tematy?”

„To nie takie proste.” westchnął z powiększającą się frustracją „Wcale nie takie proste.”

„Niby czemu? To twoja siostra, na litość boską. Macie masę spraw do omówienia, już nie wspominając że przysyła do Bostonu swoją pociechę, więc na początek znajdzie się masa tematów. Tylko się przełam. Potem to już z górki.”

Potrząsnął głowa, patrząc na nią dziwnym wzrokiem.

„Nie będziemy mieć sobie za wiele do powiedzenia, ponieważ Avril nie zamierza przeprowadzić się do Bostonu. Nie wiem, co zamierza, oprócz faktu wysłania tutaj jedynej córki. Wysłania i przekazania opieki wyłącznie mnie. To znaczy, że jej tu nie będzie i nie zamierza być.”

Teraz Susan patrzyła się na niego dziwnie.

„Ona nie chce mnie w swoim życiu, Susan. Tylko to mnie powstrzymuje. Co mam powiedzieć siostrze, która kontaktuje się ze mną tylko ze względu na przyszłość własnego dziecka i nie życzy sobie nic więcej? Wspólne tematy to najmniejszy problem. Coś złego się dzieje, a ja nie wiem co, dlaczego i jak zamierza to zrobić…”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *