Nikogo nie ma w domu (13)

13.

Profesor Thomas Wheeler siedział w swoim gabinecie, usiłując zredagować wreszcie kilka sensownych uwag do kolejnego artykułu, jednak tworzenie sensownych, logicznych zdań przychodziło mu z nadzwyczajnym trudem. Jego myśli krążyły zdecydowanie wokół tematu będącego jego piętą achillesową od lat.

Na biurku stało kilka zdjęć, nieoprawionych w ramki, ale za szkłem. Jedno z nich przedstawiało Avril Tiffany Wheeler, z pozoru beztroską i szczęśliwą szesnastolatkę. Krótko przed śmiercią ich rodziców… wtedy żadne z nich niczego nie przeczuwało, ani ingerencji Sebastiana, ani tego, że sama Avril zniknie jak kamfora dla świata.

Nie przedstawił formalnie bankowi aktu ślubu siostry, który odnalazł pięć lat po fakcie. Rodzina wówczas straciłaby jeszcze więcej. Ale przynajmniej dzięki temu pieniądze Avril były jeszcze bezpieczne. Miał dowód, że żyła i że niekoniecznie to jemu należą się te pieniądze w spadku, skoro była mężatką. Później nie znalazł nic. Avril zniknęła także dla niego.

Upór siostry sporo urósł przez te lata, wyczuwał to nawet w trakcie tych dwóch rozmów, które przeprowadzili. Była przyzwyczajana do przeprowadzania swojej woli, sam sposób kontaktu mu to mówił. Ale on też przywykł i nie zamierzał złożyć broni. Chciał ją sprowadzić z powrotem. Była bostońskim Wheelerem, na litość Boską, jeżeli jakikolwiek medyczny cud byłby dla niej dostępny, to tylko tutaj. I musiała odzyskać wiarę. Bo chciała wysłać Liz do Bostonu nie na wszelki wypadek, tylko… poddała się. Musiał coś wymyślić, zanim jego uparta niczym osioł bliźniczka zakopie się dwa metry pod ziemią na własne życzenie. Przez wystarczająco wiele lat była martwa dla świata, nie potrzebowała zupełnie być martwą w rzeczywistości.

Problemem było, że nie miał zupełnie pomysłu, jak to zrobić. Claire nie mówił nic. Nie tyle nie chciał, ani nie miał co jej powiedzieć – miał wiele. Nie wiedział tylko co ma powiedzieć ani jak. Nie cierpiała dzieci. Nie chciała ich mieć. A on chciał mieć i Avril, i jej córkę pod swoim nosem, dokładnie w ich domu. Wprawdzie połowa domu z masy spadkowej należała formalnie do Avril, ale wprowadzenie się bezczelnie bez zgody Claire na pewno nie polepszy sprawy. Claire była kolejnym problemem, który powodował potężny ból głowy.

Na biurku brakowało zdjęcia jego żony. Claire nie życzyła sobie, żeby jego pacjenci i różni inni ludzie oglądali jej podobiznę i znali ją jako ‚panią doktorową’. Skrzywił się ironicznie. Chociaż wśród bostońskiej socjety doskonale wiedziano, że jest żonaty, to jednak wielu jego pacjentów nie wiedziało. Do operacji i w pracy nie nosił tak często obrączki. Claire kopała sama pod sobą dołki, a potem oskarżała jego. Zazwyczaj przepuszczał to drugim uchem i zapominał, czasem uspokajał. Ale krótko po jego pierwszej rozmowie z Avril, po krótkim lunchu tak się pokłócili, że Claire opuściła rezydencję Wheelerów.

W szufladzie leżały odebrane rano od kuriera z tradycyjną słowną klauzulą ‚dostarczone’, papiery rozwodowe. To był kolejny powód jego bólu głowy i kompletnej dekoncentracji.

Był uparty, ale w tej chwili nie miał pojęcia, jak pogodzić Claire, która nawet jeszcze nie wiedziała o Avril, jak i bystrość spojrzenia swojej bliźniaczki. Wystarczył jej zazwyczaj rzut okiem na małżeństwa, kiedy była nastolatką, by wiedziała, jak się między nimi układało. Sporo od niej się w tej materii nauczył. Teraz jej metody manipulowania ludźmi i obserwacji musiały być znacznie wyostrzone. Aż truchlał na myśl, chociaż niecierpliwił się na zapowiadane spotkanie.

Bał się również, że powrót Avril uświadomi Claire, jak kruche są ich finanse. Claire lubiła pieniądze. Wbrew opiniom tych wszystkich świętych, pretensjonalnych bostońskich dewotek, jemu to wcale nie przeszkadzało. Sam lubił pieniądze, jeszcze bardziej ich wydawanie i cieszenie się wysokim statusem społecznym. Nie wydawał nigdy pieniędzy Avril, nie były jego i przez ostatnie kilka lat małżeństwa wydatki Claire rosły w przerażającym tempie. Mogła poszukać sobie innego sponsora…

Albo on zarobić więcej pieniędzy. Co wcale takie proste nie było.

Odchylił się na fotelu, tępo patrząc przed siebie. Kiedyś myślał, że pojawienie się Avril będzie szczęśliwe, teraz nie odczuwał żadnej radości i był naprawdę daleki od szczęścia.

Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Wiedział, że to Susan, kończąca pracę. Powinien był jej podziękować za znoszenie jego paskudnych humorów, nadliczbowych niezapowiedzianych godzin i dyskrecję. Tylko jakoś nie przechodziło mu to przez gardło.

Nie przepadał za uzależnianiem się od pomocy innych osób, ale bez Susan ostatnio nie dałby rady. Albo też nie chciałby dać rady. Sam już nie wiedział. Był tylko normalnym człowiekiem, który przestał ogarniać swoje własne życie.

„Chodźmy coś zjeść.” mruknął, ściągając z oparcia fotela pomiętą marynarkę, świadectwo, że siedział w klinice od piątej trzydzieści. Tego dnia jego siostrzenica zdawała egzaminy. Ciekaw był, czy przynajmniej jej się uda. Tak, przydałby się jakiś osobisty sukces w tej pokręconej rodzince.

~ * ~

„Więcej lekcji informatyki już bym nie zniósł…” Max pokręcił przecząco głową, trzymając w dłoniach komputerowy wydruk i czekając niecierpliwie przed ekranem.

„Więcej Czecha czy gier komputerowych?” Liz zerknęła na niego złośliwie. Przysięgała, przejmował się bardziej niż ona. Wiedziała, że dobrze napisała ten przeklęty test, dwa poprzednie lata spędziła na analizie! Mogła uciąć sobie rękę za doskonały wynik.

No, chyba, że podmieniają według nazwisk.

Musieli czekać jeszcze z pół godziny, a on napalał się niczym szczeniak w oczekiwaniu na smakołyk od swojego pana. Lub pani. Hm, to była myśl. Od zerwania z Parker był coraz bardziej nieznośny. Trzeba mu było znaleźć jakieś damskie towarzystwo. I raczej nie w rodzaju nieśmiałych dziewic.

Szczęście, że odpadała z konkurencji jeszcze przed selekcją.

„Jakieś Bloodrayn mogłoby jeszcze ujść…” zaśmiał się „O ile byłaby to krew Parker.”

„Poczekaj, jeszcze będziesz miał ochotę…”

„Tego się właśnie obawiam…” wymamrotał, zarabiając trzepnięcie po głowie „Co ja takiego powiedziałem?”

„…ochotę wytoczyć z niej ostatnie krople krwi.” pokazała mu język. Chrząknął zakłopotany. Liz była zazwyczaj przyzwyczajona do jego nadmiaru testosteronu, ale ostatnio chyba miała już dość. Jego młodsza siostra miała wszakże hormony, szczęście jednak dla jego nerwów i kości potencjalnych chłopaków, nie wyżywała nadmiaru estrogenów w Crisge.

Ciekawe jak będzie w Bostonie.

„Co w Bostonie?” spojrzała na niego tymi swoimi złotymi oczkami, które większość facetów przyprawiały o szybsze krążenie krwi „Wiesz, nie powinieneś myśleć na głos… ktoś jeszcze poznałby twoje najskrytsze fantazje…”

„Tobie to nie grozi..”

Uniosła ironicznie brew.

„Wiesz, mogę założyć się o wartość całego mojego wheelerowskiego posagu, że twoje najskrytsze marzenie jest bardzo konkretne i znam je od lat.” prychnęła „Faceci są wyjątkowo prości w obsłudze…” wyjaśniła ze złośliwym błyskiem w oku. Tylko zaklął w duchu.

„Kiedy mała Liz zdążyła urosnąć?”

„Nie odwalaj mi tu tekstów troskliwego, starszego braciszka!” prychnęła, podnosząc się ze swojego krzesła. Starszy człowieczek wyszedł z komputerowym wydrukiem i pieczołowicie przyczepił listę we wnętrzu oszklonej tablicy. Natychmiast obległ go niecierpliwy tłum.

„Ciekawe, co teraz robi mama…” Liz wyszemrała kompletnie niespodziewanie.

„A tobie teraz co? Nagle strach cię obleciał?”

„Nie, mam dziwne uczucie, że coś z mamą jest nie tak.”

Cóż, na to nic nie mógł poradzić. Byli setki mil od Crisge i miał nadzieję, że w przyszłości tak pozostanie. Za nic w świecie nie miał ochoty zostawać na tym zadupiu. Boston może nie był centrum wszechświata, czy nawet Ameryki, ale wydawał się o niebo lepszym miejscem do studiowania i życia niż jego ‚rodzinne’ miasteczko.

„Może dzwoni do swojego bliźniaka?” zasugerował. Parsknęła na taka propozycję.

„Prędzej po raz trzeci wyjdzie za mąż.” prychnęła.

„Nie powiem, przydałoby się jej.”

„I naprawdę myślisz, że to ukróciłoby jej manipulacje innymi?” zachichotała, zbierając swoje rzeczy. Oficjalne zaświadczenia i tak przesyłali w ciągu dwóch tygodni, więc nie mieli już tutaj co robić. Zdać, zdała śpiewająco, mama przynajmniej będzie miała miłą niespodziankę, kiedy przyjdą wyniki. „Wręcz przeciwnie, zrobiłaby się jeszcze gorsza!”

„Zależy za kogo…” uśmiechnął się niespodziewanie.

„Jasne. Bo Valenti to facet odpowiedni dla niej.”

„Valenti?” potknął się na schodach, w ostatniej chwili przed runięciem głową w dół uratowała  go poręcz „A on co ma do tego?” zapytał, czując jak żołądek podchodzi mu do gardła. Nie lubił Valentiego, ale z zupełnie innego powodu, niż Liz mogłaby przypuszczać.

„Nie wiesz, że on sobie ubzdurał, że się z nią ożeni?” zdziwiła się „Przecież cały ten cyrk w szpitalu był właśnie o tym. Jemu naprawdę się wydaje, że jest księciem z bajki dla małomiasteczkowej fryzjerki…”

„Widać, że nie uganiał się za nią w weekendy.” jego słowa zabrzmiały znacznie bardziej ponuro i ciężko niż zamierzał, szczęśliwie jednak myśli Liz były pochłonięte innym tematem.

„I jeszcze wyobrażał sobie, że ten rozpuszczony bachor będzie wymarzoną młodszą siostrą dla dobrze ułożonej panienki.” mógł przysiąc, iż przy bliższym przyjrzeniu się, z uszu Jones wydobywały się kłęby  pary wściekłości „Przecież to rozwydrzone, wiecznie ubabrane w czekoladzie lub innym ohydztwie stworzenie nie potrafi nawet sobie zawiązać butów! Sepleni, mimo że skończyła sześć lat. I uważa MTV za ważniejsze od niedzielnej mszy!”

Nie wytrzymał, parsknął śmiechem. Wytknęła język obrażona.

„Chyba jednak do końca nie dorosłaś… ale to dobrze, to bardzo dobrze.” wyszemrał w jej nieco potargane włosy, obejmując mocno ramieniem. Z jej ciała nie zniknęło napięcie. Może rzeczywiście coś się działo z Avril, albo po prostu zaczynała odreagowywać stres ostatniego tygodnia. Trzymała się dzielnie, ale nawet dziedzictwo Wheelerów nie było remedium na wszystkie bolączki ich życia. I co z tego, że najchętniej spakowałby ją do walizki i wywiózł czym prędzej do Bostonu, zostawiając Crisge małomiasteczkowym problemom? Śmiertelna choroba Avril nie zniknęłaby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jego matka nadal wydawałaby pieniądze poza domem, a ojciec pozostał wierny wyłącznie pracy.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *