Nikogo nie ma w domu (11)

11.

„Wątpliwej chwały…” mamrotał wściekły pod nosem. Był wściekły. Wściekły, wściekły, wściekły! Co gorsza, nie bardzo chciał się wyżywać na swojej macosze. Nie tyle, że była śmiertelnie chora. Po prostu. Avril była dla niego neutralna w całym tym cyrku, lubił ją za to. Gdyby zaczął się wściekać za takie drobiazgi, azyl by się skończył. Więc lepiej nie zaczynać. Zawsze, ilekroć zrobiła coś, co krzyżowało mu szyki, hamował się. Za wysoka cena. Zarówno wstecz, jak i w teraźniejszości.

Trzeba więc było wyżyć się w inny sposób. Znał trzy, z czego w większości przypadków wolał ten najprzyjemniejszy. Był tylko normalnym nastolatkiem. Zawsze i wszędzie, brzmiała lekka kpina Liz. Cóż, może i miała rację. W tej chwili niestety albo poderwałby panienkę na jedną noc i znosił tego konsekwencje, albo odpuścił. Odwiedzać Parker nie miał zamiaru, nawet gdyby go skręcało z potrzeby.

Drugi także nie wchodził w rachubę. Skoro przez niego Liz miała szlaban, to najprawdopodobniej w tej chwili nie był mile widzianym gościem w ich domu.

Więc pozostawało mu jedynie wyżyć się na kimś lub na czymś.

Ale i tak wolałby na kimś.

Trzasnął drzwiami frontowymi, oznajmiając wszem i wobec swoje przybycie. Ojciec był najprawdopodobniej w pracy, nic nowego ostatnio. Gospodyni żartowała, że to z nią się ożenił. Ten ponury żarcik doskonale oddawał relacje w tej rodzinie. Odkąd pamiętał, ojciec unikał matki jak mógł. Ewidentnie drugie małżeństwo nie było jego najszczęśliwszą opcją. Czy dlatego przywiązał się znów po latach do Elizabeth? Może. Po prostu chciał… chociaż raz wrócić do domu i zastać tych wszystkich, którzy powinni w nim być.

Młodszą siostrę i obydwoje rodziców. Najchętniej wymieniłby własną matkę na macochę, ale cóż, wszystkiego w życiu mógł nie mieć, przywyknął do tej myśli od dawna. Gdyby cokolwiek kiedykolwiek miało połączyć Avril i Phillipa, on nie był świadomy tego istnienia. Niestety.

Wszedł do kuchni, ignorując wściekły syk gospodyni. Jak zwykle, umyła podłogi w najmniej ciekawym czasie, kiedy wszyscy głodni żądali czegoś do jedzenia. Pokręcił głową. Lubił ją, ale mogła nie przysparzać sobie pracy i zdzierania gardła. Podłogi myło się wtedy, kiedy nikt nie chodził po niej. Proste i logiczne.

Wyciągnął z lodówki wczorajszą kolację – czy też to, co gospodyni zostawiła dla ojca, o czym on notorycznie zapominał – i wstawił wszystko do mikrofali. Może jedzenie go uspokoi…

Marzenie ściętej głowy. Na lodówce leżały rachunki. Całkiem pokaźny stos rachunków. Większy niż zwykle. Orientował się w rachunkach, nieraz je płacił. Sięgnął po całą stertę, ignorując łajania biednej gosposi, by nie czytał korespondencji skierowanej do rodziców i metodycznie podzielił na najważniejsze grupy.

Były po dwa, czasem trzy rachunki z każdej firmy. Dziwne.

Otworzył pierwszy i aż sapnął ze zdziwienia.

Przedsądowe wezwanie do zapłaty, odsetki. Zapomniał o odgrzewanym obiedzie, oburzeniu gospodyni i własnej złości. Zeskoczył z blatu i powędrował prosto do swojego pokoju.

Nawet nie chciał się domyślać, na co matka wydała pieniądze przeznaczone na rachunki z ostatnich trzech miesięcy. Aż za dobrze się orientował na co mogły one pójść…

Rzucił się na łóżko, włączył komputer i zaczął metodycznie segregować wszystkie rachunki na te najpilniejsze i te, które mogły zaczekać. Utrzymanie takiego domu kosztowało niestety więcej niż miał kieszonkowego, tym bardziej więcej niż te marne resztki na jego koncie.

Aż się skrzywił, widząc rachunek z gazowni. No tak, ogrzewanie. Po cholerę bym im taki wielki dom? I tak nie zapraszali gości, ojciec tego nie znosił, utrzymać to trzeba było i sprzątać. Względy reprezentacyjne też nie grały takiej roli, bo nawet nie zapraszali wspólników. O co często awantury były…

„Chyba nie masz zamiaru wpadać pod pościel Parker?” przerwał mu głos Liz. Zerknął na ekran. Siedziała przy swoim imponującym Ołtarzu Ofiarnym i coś stukała na klawiaturze zawzięcie. „Wyłączaj Skype’a przed walnięciem w przycisk zasilania, Romeo, to ci nikt nie przeszkodzi w najmniej pożądanej chwili…”

„Jakby było w czyjej pościeli się przewracać, to by już wędrowała do pralni.” burknął. Niestety sam zasłużył na taką, a nie inną opinię u najlepszego przyjaciela. „Jedno cholerne słowo: rachunki.” cedził niemalże po głosce. Kiedy przyszedł do domu był wściekły i nabuzowany. Teraz jeszcze doszło do tego rozgoryczenie.

„Znów nie zapłaciła w terminie?”

„Nie zapłaciła w ogóle tym razem…” westchnął.

„Ktoś musi wreszcie powiedzieć twojemu ojcu.”

Spojrzał na nią ironicznie.

„Moje kieszonkowe to i tak pieniądze od niego.” westchnął ponuro „Zarobione przez niego.”

„Własnego podwórka mógłby lepiej pilnować.” skwitowała prosto „Skoro nie płaciła, lepiej podlicz czy w ogóle ciebie stać na zapłacenie. To ten stos?” zapytała, patrząc z widoku kamery na imponujących rozmiarów plik porozrzucanych wszędzie kartek „Fiu fiu…” gwizdnęła cicho, przerywając pisanie „Niedobrze. Ile?”

„Jeszcze nie skończyłem…” westchnął „…otwierać wszystkiego.”

„Sprawdzę, ile mam na koncie po bilecie na LSAT…”

~ * ~

Kafejka była na uboczu, co nie znaczy, że nie wypełniona ciekawskimi oczami i zbyt długimi uszami. Szczęśliwie brakowało osobników o zbyt długich rękach, chociaż Avril osobiście uważała, że za lurę którą aktualnie piła, nie zapłaciłaby złamanego centa, a obsługa powinna dopłacać do jej spożycia.

„Ubezpieczenie na wypadek otrucia masz wykupione czy też zastanawiasz się nad opcją?” głos Phillipa wyrwał ją z zamyślenia i wyklinania w duchu na brak porządnej kafejki w Crisge. Była jedna restauracja, ale tam zwykle gromadziły się tłumy i o spokojnej rozmowie nie było mowy.

„Masz taką minę – co za lura.” wyjaśnił, kładąc ciężki zimowy płaszcz na sąsiednim krześle. Uśmiechnęła się pod nosem wbrew sobie. Tak, wbrew. Cechą Phillipa nie było rozbawianie jej, ale musiała mu przyznać, że posiadał wszelkie podstawy do znania jej lepiej niż większość mężczyzn w jej życiu, włączając w to Toma. Oprócz Artura, była z nim najdłużej, bynajmniej nie dla kryształowego charakteru.

„Bo to jest lura.” odprężyła się nieznacznie. Nie było sensu traktować go jak wroga. W tej chwili mieli parę nieuregulowanych spraw, a jej kończył się czas. „Nie miałeś problemu z wyrwaniem się?”

„Gdzie tam, zapędziłem sekretarza do pracy. Za coś mu płacę.”

Nie skomentowała. Phillip kiedy już został adwokatem, to dobrym, ale nie podejrzewała go nigdy o pracoholizm. Usiłował pewnie nie być w domu, ale niestety teraz sama go tam wrzuci z powrotem.

„Hm… są inni, którym wydaje ci się, że zapłaciłeś.”

„Ktoś cię znowu dręczy?” jego zdumienie było zbyt szczere. No tak. Po tych wszystkich nieciekawych sprawach z przeszłości, raczej głupio byłoby mu przed nią z niezapłaconymi długami. Ona też trochę nieswojo się czuła, ale chodziło o dzieci.

„Niee… Podsłuchałam rozmowę dzieciaków.”

„Gdzie leży problem?” jak zwykle, prosto do sedna. Umieli omawiać i rozwiązywać problemy. Dawno po tych najważniejszych.

Przerwali na chwilę zgodnie, kiedy podeszła kelnerka. Złożyli zamówienie. Phillip zamówił nieco więcej. Najwidoczniej o obiedzie to dotychczas tylko marzył. Żona mu nie daje? Skwitowała złośliwie w duchu.

„Któreś wpadło i pociągnęło drugie? To raczej niepodobne do żadnego. Masz za wielki wpływ na oboje.” zauważył spokojnie, ale oczy miał zmęczone.

„Czasem za duży. Cała moja gadka o odpowiedzialności i ważności rodziny chyba odniosła dosyć niespodziewany efekt.”

„Wyduś to wreszcie, Av, i tak mnie tym masz zamiar powalić.”

„Bynajmniej.” parsknęła „Byłam dzisiaj świadkiem, jak Liz sprawdzała ile może pożyczyć Maxowi na zapłacenie nie zapłaconej sterty rachunków razem z odsetkami.”

Zdębiał. Dosłownie.

„Słucham?” zapytał po chwili napiętym tonem. W jego oczach widziała kompletną niewiarę.

„Przecież nie zmyślam.” zirytowała się  nieco. Mało kto potrafił tak szybko ją wkurzyć. A miała dobre intencje. „Rozumiem, że nie masz tak wysokich dochodów czy zaplecza finansów rodziny jak ja, ale nadal miesięcznie na czysto masz przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy z samego Crisge.”

„Tak, przynajmniej.” potwierdził „To tylko sama kancelaria i same proste umowy gospodarcze i testamenty, jeśli mówimy już o finansach.” pociągnął solidny łyk lury. Skrzywił się podobnie jak Av. Kawy tutaj parzyć nie potrafili, albo zepsuł im się ekspres. „Chociaż nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że mam mniejsze dochody niż ty.” odparował.

„To chyba nie widziałeś wyniku inwestycji Toma za ostatni rok.” na ustach wykwitł uśmieszek „Chcesz się licytować co pół miliona?”

„Rozumiem, że nadal uważa cię za żywą bez konkretnego dowodu.” pokręcił głową ze zdumieniem „W życiu nie pojmę bliźniąt.”

„Trzeba było prosić Mikołaja o rodzeństwo, nie kolejkę górską.”

„I tak jej nie dostałem.”

„Bo piszesz marne listy…”

„Za suchy, prawniczy język?”

„Raczej sprawny zawsze miałeś.” wzniosła oczy do sufitu; doskonale wiedziała, jak sprawny, Liz nie urodziła się w końcu przypadkiem „Podzwoniłam do firm, mniej więcej obsługujących twój region. W części naprawdę miałeś dług.”

Westchnął. To zdecydowanie nie było coś, czym chciał się teraz zajmować… To znaczyło, że pieniądze zostały na coś wydane. Gorzej, zostały wydane po prostu desperacko.

„Znając przedsiębiorczość dzieci, długi zostały uregulowane dzisiaj.  Radzę sprawdzić przelewy z konta Maxa.”

„Zawsze potrafiłaś mocno skopać leżącego.” mruknął odstawiając ohydną lurę z dala od swojej dłoni. Stracił zupełnie apetyt, chociaż nadal był głodny i zmęczony. „Nie masz żadnej dobrej wieści?”

„Też bym chciała usłyszeć jakąkolwiek dobrą wieść.” sparowała „Jasne, że nie chcesz ode mnie słyszeć, że pieniądze, które dałeś na rachunki – a pewnie dałeś więcej niż opiewały –  poszły na coś, czego nie kontrolujesz… Twoja obecna żona na coś desperacko potrzebowała gotówki i nadal jest spłukana. Ok. Jej życie i jej problemy. Tylko jak znów uderzy to w któregokolwiek z dzieci, to ją zatłukę. Na głównej ulicy Crisge, ze spaleniem na stosie włączywszy.” oświadczyła sucho. Znał ją na tyle, by wiedzieć, że mówi serio. Gorzej, wiedział, że właśnie na wysłuchanie tej krótkiej i prostej tyrady go tu wezwała.

„W dzieci uderza znacznie bardziej co innego.” stwierdził spokojnie „Nawet Maxa. Wydaje się wręcz wściekły, że ty właśnie jesteś chora.”

„Dziwisz się? Nastolatki potrzebują stałych elementów, a ja jawiłam się zawsze jako neutralna wyspa.”

„To fakt….” obracał w zamyśleniu filiżankę w palcach lewej ręki. Był leworęczny. Jak Liz. Co dziwne, Max był praworęczny. „Ale nie możesz taka pozostać. Wiesz o tym.”

„To znaczy?”

„Zapominasz, że twój brat przejmie teraz opiekę nad Elizabeth Wheeler. Wheeler. Nie Jones czy Evans. Więc pozostaje kwestia ustosunkowania się do faktu. Tom bez trudu by wygrał, podpisałem papiery bez szemrania.”

„A zostawiłam ci wybór?” spytała ironicznie. Nie zostawiła, zbyt wściekła na niego i na siebie samą. Idealnym małżeństwem nie byli, a kiedy zaczęły się problemy z ludźmi od których pożyczył pieniądze na edukację i utrzymanie ludzi, zachował się jak tchórz. Ona nie lepiej. Koniec końców nie mieli problemów z rozstaniem się, bo ich wspólne życie padło. Ale nie dzieci. To ich łączyło, i coraz większa gorycz odnośnie innych wyborów.

Teraz to ona stanowiła problem. Przez jej chorobę neutralny stan nie mógł być dalej utrzymany. Całe piekło miało się zerwać po jej śmierci, a nawet przed nią nie potrafili rozwikłać problemów dzieci. Ot, życie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *