Nikogo nie ma w domu (10)

10.

„Czy ty mi machasz marchewką przed nosem czy to moje pobożne życzenia?” Max zaczął się najzwyczajniej w świecie śmiać. Siedział na ławce w męskiej szatni, wciąż zmęczony po meczu, tymczasem Liz usiadła naprzeciwko niego, szczerząc z dumą ząbki. I w ogóle nie przejmowała się zerknięciami facetów ani wrzaskami trenera, by poszła w diabły.

Ale cóż, machała mu przed oczyma jego wypracowaniem z anglika, nie pokazując oceny. Jednak brak jakichkolwiek czerwonych poprawek na tekście wróżył pozytywną ocenę. Zaczynał wierzyć, że ich anglista naprawdę nie czyta prac klasowych, kierując się nazwiskiem i ilością stronic.

„Zamachaj mi jakąś w odpowiedzi, to może się dogadamy.” śmiała się. Lubił, kiedy się śmiała. Mieli bardzo podobny śmiech. Przypominało mu to, że jest jego siostrą. Miał siostrę. A to było zdecydowanie miłe uczucie, szczególnie kiedy myślało się o niewesołych relacjach w jego rodzinie. Tym bardziej trzeba było ją chronić, przed małomiasteczkowymi sępami i bandą kretynów wokół. Nie uszły jego uwadze te taksujące spojrzenia, gdy wparowała szczęśliwa i z seksownym błyskiem w oku. Zawsze tak miała, gdy była szczęśliwa. Rys po Avril, jak przypuszczał. Trudno było w końcu nazwać jego ojca seksownym, kiedy był szczęśliwy. Hm, gdyby głębiej o tym pomyśleć, to wieki go szczęśliwym nie widział…

„Mogę pomachać ci swoją…” rozległo się nagle od strony szafek. Już się podnosił, by rozkwasić nos dupkowi, ale mała osóbka była znacznie szybsza. Wcześniejszy wykład o studniówce i polowaniu czwartoklasistów na świeży towar musiał naprawdę przemówić do jej wyobraźni, bo nie podejrzewał jej dotychczas o tak silny cios… nie jeden ani dwa i zanim gnojek się obejrzał, uwieńczyła dzieło machnięciem z pożyczonego od jego osłupiałego kolegi kija bejsbolowego prosto w jego marchewkę. Zwinął się w ślimaka na zimnej podłodze przy wtórze dźwięków absolutnego osłupienia zgromadzonych wokół.

„Prędko nią nie pomachasz…” Max odważył się na mały uśmiech posłany z uznaniem Liz  „Zdecydowanie, masz charakterek po ojcu.”

„Wolę myśleć, że to po bracie.”

„Na jedno wychodzi…” zamarł, bo jego wzrok spoczął na leżącym na ławce wypracowaniu „O kurcze…”

Wlampiał się dobrych pięć sekund w swoje wypracowanie, nie wierząc własnym oczom. Dostał siedem na osiem możliwych puntów!

Zerknął natychmiast na ostatnią stronę i notę nauczyciela. Wewnętrzne strony jego pracy klasowej z anglika zapełniał bełkot w stylu niechętnym obcisłym sweterkom i krótkim spódniczkom, tam zaglądać nie musiał. Ale o dziwo, właśnie tam recenzent podzielił się z nim swoimi uwagami.

„Cieszy mnie niezmiernie, jako pedagoga, iż zaczął pan czerpać z właściwych wzorców, panie Evans, nie cieszy jednak jako nauczyciela, który chciałby postawić najwyższą notę za elokwencję wypowiedzi i rzadko spotykaną  pomysłowość porównań, przepis o pozostawianiu w archiwum szkolnym prac ocenianych powyżej 80% możliwych do zdobycia punktów. Proponuję więc, by przedstawił pan tę pracę do podpisu rodzicom i zwrócił na najbliższej lekcji, a problem, jak podejrzewam po wielu latach pracy pedagogicznej, zostanie zdjęty z naszych barków.”

„Jesteś geniuszem.” uścisnął Liz mocno „Trzeba to oblać.”

„Co oblać? Piątkę z anglika?” mruknęła pogardliwie, zmierzając w stronę wyjścia, łajana przez woźnego i trenera na zmianę.

„Niee…” uśmiechnął się cwanie, podążając za nią jedynie wzrokiem „Pięć sekund dla dyndającej marchewki.”

Męska szatnia praktycznie natychmiast zatrzęsła się od śmiechu. Tylko cztery osoby jednak nie uczestniczyły w ogólnej wesołości. Właściciel marchewki, trener, woźny, i ku kompletnej nieuwadze Evansa w tej kwestii, Cody Nayar.

~ * ~

„Młoda panno, czy dobrze słyszałam, że pobiłaś w męskiej szatni innego ucznia?” surowy głos Avril Jones rozbrzmiał po całym Crashdown. Liz Jones zamarła. Trudno było o bardziej niezwykłe wydarzenie niż wizyta jej matki w tym miejscu. To wróżyło wręcz… apokalipsę. Ale ostatnio pełno było w jej życiu zaskakujących momentów i zwrotów sytuacji. Ten musiała po prostu dodać do listy.

To nic, że szefostwo niemalże wylazło ze skóry, kiedy oznajmiła im, że odchodzi. Obowiązywał ją dwutygodniowy okres wypowiedzenia. Musiała zacisnąć zęby i najzwyczajniej w świecie przetrwać. Jak teraz. W charakterze jej matki, ani w jej wychowaniu nie leżało urządzanie awantur rodzinnych na forum publicznym. Czasem była tak bardzo bostońską panienką z dobrego domu, że nawet kiedy wychodziła tylko do kiosku rano po gazetę, była w pełnym rynsztunku. Zdradzanie i wytykanie przy całym plotkarskim miasteczku jakichkolwiek błędów młodego członka rodziny, psiakrew, na jakimkolwiek forum publicznym było równe zbrodni hitlerowskiej, pocieszała się w myślach. Nie mogło byś ostatecznie tak źle?

Odstawiła tacę z brudnymi talerzami. Dłonie dziwnie się pociły mimo wszystko.

„Tak.”

„Nic ci nie zrobił, nie atakował cię?”

Publiczne przesłuchanie nadal trwało. Chyba znalazła się w piekle za życia. To nie był jej świat.

„Nie.” podniosła hardo podbródek. Wiedziała, że będzie musiała się wytłumaczyć, nie podejrzewała jednak, że sprawi tym więcej bólu matce niż sobie upokorzenia.

„Nie był zagrożeniem?”

Taki palant? W życiu!

„Nie.”

„Więc co ci zrobił?”

„Nic.”

Aż zbyt dobrze pojmowała przerażającą logikę jej matki. Bostońską logikę. Zrobiła przedstawienie z siebie i tego gnojka i zaraz zostanie  tego rozliczona, żeby zapamiętała, że impulsywne, głupie reakcje to jedynie cecha i przywilej małomiasteczkowych gówniar, a nie dziewczyny, która chciała zostać poważnym prawnikiem albo lekarzem. Kimkolwiek. Matka mówiła jej przy całym mieście, że aby być kimś, ostatnie czego było potrzeba to bejsbolowy kij i hardy podbródek.

Żołądek przewrócił się o 180 stopni.

„Nie miałaś więc powodu być w męskiej szatni?”

„Gratulowałam Maxowi najlepszej oceny z angielskiego w życiu.” oznajmiła spokojnie. Avril z trudnością powstrzymała rozbawienie. Mała miała w malusieńkim paluszku anglistę, którego zachwyt jej angielskim i znajomością literatury wzrósł jeszcze bardziej po odkryciu, iż jest to dla niej język obcy, drugi. O ile nie trzeci… Jako dziecko lepiej operowała martwym językiem  łacińskim niż angielskim. Zakrawało to na ironię., bo ani Artur ani ona sama tak doskonale go nigdy nie opanowali.

„Osiem na osiem?”

„Nie, siedem na osiem. W pełni zasłużone.”

„Nie wątpię.” Avril była w duchu ubawiona jak mało kiedy, ale niemniej miała do wypełnienia rodzicielski obowiązek. Anglista ostatnio mniej lub bardziej dosłownie nadział się na pannę Parker i w tej chwili nie pałał do niej sympatią. I popierał każdego, kto głośno i otwarcie sprzeciwiał się monopolowi wyfiokowanej laluni na popularność i władzę w tym miasteczku.

Co nie znaczyło, że ujdzie na sucho jej małej pobicie rosłego ucznia. Swoją drogą, nie pojmowała, jakim cudem się jej to udało, według świadków – w 5 sekund!

Świat ostatnimi czasy był zaiste zadziwiający…

„Po pracy do domu.” powiedziała chłodno, nie miała najmniejszej wątpliwości, że córka spełni to polecenie „Masz szlaban przez następny tydzień.”

Genialnie… Liz po prostu jęknęła w duchu.

„Co z odrabianiem lekcji?”

„Cóż…” Avril westchnęła z powagą graniczącą z komizmem „Ci wszyscy, którzy od ciebie zżynają, zdołają chyba jakoś dostać pozytywną ocenę bez oblewania z tobą tych pięciu sekund wątpliwej chwały…”

Ale kiedy inni nie widzieli jej twarzy posłała córce mrugnięcie. Mrugnięcie mówiące ni mniej ni więcej, że cieszy się z porażki gnojka a wszystko to było tylko przedstawieniem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *