Moja ukochana żona (epilog)

Epilog

Seattle, maj 2004

Dzień awantury Biggs-Cece

Dzień jak co dzień – wydawałoby się każdemu pracownikowi Jam Pony. Ale coś unosiło się w powietrzu, jakaś nutka nadziei, być może i radości. Cokolwiek jednak to było, nie oddziaływało na Normala, bezwzględnego uczestnika Bip Bip Wars. Dla niego był to dzień jak poprzedni, z tą samą nudną procedurą, poganianiem leniwych pracowników i odbieraniem telefonów. O nie. To na Normala nie oddziaływało. Za to coś zupełnie innego… Mimo nadmiaru codziennych obowiązków, poruszał się jak w transie, a jego ręce podejrzanie drżały. A wszystko z powodu wysokiej, męskiej postaci, która właśnie wkroczyła sobie spokojnie po rampie Jam Pony, tocząc rower i beztrosko rzucając na kontuar potwierdzenie odbioru paczki.

Normal jak to Normal… z początku się nie przejął, ale z każdą mijającą minutą niesamowite wieści, oznajmione przez jedną z pracownic, dosłownie i w przenośni zaczynały go dusić. Zaczynał się nawet zastanawiać nad tym, czy nie opuścić na chwilę swojego odwiecznego stanowiska za kontuarem, lecz przedmiot jego rozmyślań postanowił się nagle pojawić w pracy. Umknął więc czym prędzej z powrotem za kontuar do swojego bezpiecznego schronienia z papierami, urywającymi się telefonami i mnóstwem paczek.

Alec z trudem hamował uśmieszek cisnący mu się na usta. Miał ochotę potańczyć przez całe pomieszczenie prosto aż do kontuaru, ale obawiał się, że uznanoby go za świra i zamknięto. A on w tym czasie bardzo pragnął pozostać żywy. Żywy i wolny.

No, może wolny nie tak do końca… ale ten rodzaj zniewolenia mógł znosić z bardzo szerokim uśmiechem na twarzy aż po kres świata. Wciąż nie mógł uwierzyć, ale drobny, mały pakunek uwierający go z wewnętrznej kieszeni bluzy, pakunek, którego nie chciał zgubić, mówił mu aż nadto wyraźnie, że to prawda. Że to nie sen. Co tam, to nie mógł być sen. Żaden sen nie dorównywał temu, co się stało poprzedniego wieczora. Jego niewypowiedziane modlitwy zostały spełnione. Miał ochotę skakać pod sufit i śmiać się radośnie, świat był po prostu wspaniały.

Rzucił pokwitowanie na ladę i oparł ramiona na szorstkiej powierzchni. Wszyscy wokół zachowywali się dziwnie, rzucali mu ukradkowe spojrzenia. Napiął się nieznacznie, to nie było dobre. Co, jeśli podejrzewali go o bycie transgenikiem? Uspokoił się dopiero kiedy na jego niewypowiedziane pytanie w spojrzeniu Max odpowiedziała prostym przeczącym ruchem i głowy i uśmiechnęła się… ciepło? Potrząsnął głową. Coś niesamowitego wisiało w powietrzu, ludzie zachowywali się dziwnie. Może któryś z posłańców przewoził gaz rozweselający i przez ‚przypadek’ paczka uległa uszkodzeniu w Jam Pony? Nie było innego wytłumaczenia, dlaczego Max miałaby uśmiechać się ciepło do niego. Chociaż… dzisiejszego dnia nie szukał w niczym dziury, nie szukał logiki, świat mógł być tak alogiczny jak tylko tam sobie chciał… Kto by się tym przejmował, kiedy jego świat obrócił się nagle o 180 stopni i jego życie odmieniło się w jednym spojrzeniu na podest w centrali TC? Uśmiechnął się jak idiota. Tak, świat mógł być alogiczny.

„Normal…” zagadnął dziwnie zachowującego się szefa, najwyraźniej nastąpił koniec świata i Normal złączył się ze swoimi pracownikami w bólu ciężkiej pracy na rzecz Bip Bip Bip Wars „Muszę wziąć wolne.”

„Uhm…” z gardła blondyna wyrwało się podejrzane bulgatanie. Alec podrapał się po głowie. Wszyscy się zachowywali naprawdę dziwacznie. „Ukhm… Jasne. Tak. Wolne. Z pewnością. Weź ile chcesz.” pomachał w jego stronę jakby odganiał się od natrętnych much. Alec wzruszył ramionami, szczęśliwy, że tak łatwo uzyskał to, co chciał. Oby wieczorem tak było. Oby. Pomyślał z nadzieją w sercu.

Terminal City, maj 2004

kilka nocnych godzin wcześniej

Liz przemierzała niewielką przestrzeń podwyższenia w centrali, w tę i z powrotem, rytmicznie, miarowo, zawracając z tych samych miejscach z dokładnością co do centymetra. Mole obserwował małego diabełka przez chmarę cygarowego dymu, szczególnie za każdym razem kiedy robiła jakieś notatki na dłuuugaśnej liście tego, czego potrzebowało Terminal City i co było do zrobienia na wczoraj.

Jeśli wierzyć opowieściom o kosmitach, dziewczyna była w stanie zrobić 90% z tego jeszcze tego samego wieczora. Więc Mole dlatego był gotów siedzieć cicho, nie komentować i nawet czekać cierpliwie. Jeśli ta mała mogła im oszczędzić wielu niebezpiecznych wyjść z Terminal City, to dlaczego nie?

W końcu przewróciła ostatnią stronę, zatrzymała się i uniosła wzrok na niego. Zauważył, że zatrzymała się dokładnie w tym samym miejscu, w którym rozpoczęła swój spacer.

„Skubany maluch.” wymruczał pod nosem. Eks ‚podopieczna’ Manticore była równie rąbnięta na punkcie porządku, logiczności, miarowości i mnóstwa innych niezbędnych do życia żołnierzowi spraw, a którymi tak pogardzali zwyczajniacy. Co komu szkodziło, że ułożył części do silnika od najmniejszej śrubki po kadłub, skoro potrafił to cholerstwo złożyć tak, by działało lepiej niż przed rozłożeniem? Albo że lubił układać listy? Rzeczy musiały mieć swój porządek i pierwszeństwo, a jak tego dokonać bez logiki?

Dmuchnął w jej stronę potężną chmurę dymu, nie skrzywiła się, tylko na ułamek chwili wstrzymała oddech, nie dopuszczając by szkodliwe substancje wniknęły do jej płuc. Mądra mała, uznał w duchu. Czegoś ten ładniutki chłopiec ją jednak nauczył. Aż zacierał ręce z radości na myśl o ‚niespodziance’, jaką tutaj dla niej szykowali. Ona była wielką niespodzianką dla nich. I wielką, wielką pomocą. Przez zaledwie jeden dzień obecności zrobiła więcej niż całe dwa oddziały porządkujące to złomowisko powszechnie zwane przez zwyczajniaków Terminal City. Mole osobiście wolał termin Transgenics City. Brzmiało bardziej swojsko i na miejscu. Teraz to było ich miejsce, ich baza i ta drobna super logiczna osóbka mogła sprawić, że mogło być nawet miłe. Bez przelewu krwi z ich strony.

Życie w końcu uśmiechało się do transgeników. Jakiś transgenik tam w górze, w końcu wlazł do odpowiedniej sypialni i zrobił co trzeba, skoro los aż tak się do nich uśmiechnął. Pani McDowell najwyraźniej cierpiała na nadmiar wolnego czasu na urlopie… Zachichotał w duchu. Oj tak. Trzeba było korzystać z tego wolnego czasu, póki jeszcze miała. Obawiał się bowiem, że kiedy zobaczy ich niespodziankę, nie będzie chciała wykorzystać go na porządki… co najwyżej w życiu osobistym. Miał tylko nadzieję, że kiedy już wysprząta każdy ciemny kącik ze śladów innych kobiet, znajdzie chwilę na zrobienie z tego miejsca bezpieczniejszego miejsca. Dla siebie i dla innych.

„Nie jestem maluchem.” zmarszczyła nos z oburzeniu. Znów zaśmiał się w duchu. Mógł nawet zrozumieć 494; ta mała była niebezpieczną mieszaniną dziecka i kobiety, bardzo niebezpiecznej kobiety. Niebezpieczne ogniki w jej brązowych oczach były rzeczywiście niebezpieczne. Nic, tylko czekać na 494, niech jego pochłonie ogień tego niebezpieczeństwa… Zachichotał w duchu. O tak. Coś w końcu należało się od życia tej małej za to wszystko, co ją spotkało w Manticore.

Ich wszystkich, poprawił się. Ich wszystkich.

„Zrobiłam listę poprawek; notatki są na marginesie.” powiedziała rzeczowym tonem, podnosząc swoją torbę z krzesła „To na zielono trzeba skombinować, to na czerwono zrobię jutro, a to na niebiesko – będę potrzebowała drobnej pomocy albo dodatkowych materiałów. Teraz muszę się przespać; pójdę poszukać jakiegoś suchego, cichego lokum. Na razie.” uśmiechnęła się nieznacznie, schodząc po metalowych schodkach. Jej zmęczony wzrok był utkwiony na stopniach i podłodze skąpanej w wieczornych cieniach, jej oczy nie przenikały mroku. Być może dlatego nie zobaczyła go pierwsza, ani w pierwszej chwili. A może po prostu los tak chciał.

Ciężka torba z nieznacznym plaśnięciem wylądowała na podłodze. Zamrugała, jej oczy utkwione w wysokiej, silnej sylwetce, ledwie parę metrów przed nią. Z ust nie wyrwał się najdrobniejszy dźwięk, oddech zatrzymał się w płucach, krew szumiała głośno w uszach. Alec. To jedno słowo huczało w jej głowie.

Ale nawet poprawiona genetycznie kosmitka nie mogła wstrzymać tak długo oddechu, szczególnie jeśli kierował ją szok. Minęła może trzecia minuta absolutnego szoku na twarzach dwojga młodych, kiedy nagle drobne, kobiece ciało osunęło się bezwładnie na podłogę centrali.

Seattle, maj 2004

następnego wieczora

„Ok… jesteśmy już w środku, możesz mi zdjąć tę przepaskę?” Liz zaproponowała nieśmiało. Jej głos utonął w ogromnej wolnej przestrzeni wokół. Gdziekolwiek zaprowadził ją Alec, gdziekolwiek miał tę niespodziankę czy co tam kotłowało się w jego blond poprawionej szalonej głowie, najwyraźniej to było to miejsce, ponieważ stali w miejscu już dobrą minutę. On sam oddychał głęboko, miarowo, a jego dłoń mocno trzymała jej, jakby się obawiał, że ucieknie. Stłumiła dziecięca chęć pocieszenia go i zapewnienia, że nie ma takiego zamiaru… ponieważ to było zbyt fantastyczne uczucie. To był tylko dotyk dłoni, ale i tak rozpływała się od niego. Nikt nigdy tak jej nie trzymał jak on. I nie chciała, by się to kiedykolwiek skończyło.

Poczuła ciepłe palce jego lewej dłoni, zanurzające się w jej włosach na kilka chwil, aż wreszcie opaska opadła z jej oczu. Zamrugała przez chwilę. Była szczelna, Alec naprawdę nie chciał, by wiedziała, gdzie się wybierają.

Zaskoczona objęła wzrokiem wiktoriańskie wnętrze, wysokie łuki, sklepienia skryte w wieczornym mroku, ledwo widoczne teraz freski i słabe płomienie świec, rzucające drżące światło na obrazy świętych i nieliczne kwiaty ustawione przed figurą Matki Boskiej. W pierwszej chwili nie zrozumiała, gdzie są… aż wreszcie jej wzrok spoczął na głównym ołtarzu i jej głowa nie przywołała pewnego fotomontażu, zrobionego przez specjalistów z Manticore. Jednego z wielu, podobnie jak pewna fotografia, którą pokazał jej Alec tamtej pamiętnej nocy, kiedy po raz pierwszy spała u jego boku…

„Alec?” spytała, jej głos drżący z niepewności. Objął ją tak jak stali, ciepły nos delikatnie trącający jej ucho w znajomym geście. Powoli odprężyła się. To był jednak Alec. Nie zrobiłby jej krzywdy.

Jego palce splotły się z jej. Czuła, jak bawi się wewnętrzną stroną jej dłoni, lekko łaskocząc. Uśmiechnęła się nieznacznie. Pamiętał nawet takie drobiazgi, w którym miejscu miała łaskotki. Szalony wariat, pomyślała rozbawiona.

„Chcę, żeby to była prawda.”

Zmieszana spojrzała w jego zielone oczy. Mogłabym w nich utonąć. pomyślała.

„My. Ty, ja, razem.” uśmiechnął się miękko na widok zaskoczenia tak widocznego na jej twarzy, zaskoczenia ale i niezrozumienia. Tak myślał. Technicznie znów byli razem od zeszłej nocy…ale nie do końca tak, jak sobie wymarzył. Decyzja była łatwa, gorzej było z jej realizacją. Lecz był naprawdę zdeterminowany. Jeśli czegoś chciał, sięgał po to. I nie mógł pozwolić, by wyślizgnęła się z jego ramion… musiał zapytać. To było silniejsze od niego. Chciał, by była jego znów, by nazwisko McDowell przy jej imieniu nie było tylko pozostałością po okrutnym planie Renfro. „Nie chcę, by tamte zdjęcia były jedynie pustą mistyfikacją… Chcę, by naprawdę nosiły wspomnienia nas, tutaj, poślubionych… chcę znów widzieć tamten wyraz twojej twarzy, kiedy pokazałem ci moje ulubione. Chcę widzieć, jak mówisz z dumą całemu światu, że jesteś moją żoną…”

„Alec…” wyszemrała w szoku. Coś zimnego zetknęło się z wewnętrzną stroną jej dłoni. Spojrzała w dół. Prosty, złoty krążek. Przełknęła. Nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa. Łzy napłynęły do jej oczu. Alec chyba nie prosił jej, by została jego żona, prawda?

„Sprawiłaś, że czułem… nagle odkryłem, że poza obowiązkiem, że poza Manticore i moim życiem tam, jest coś więcej… dużo, dużo więcej. Coś, czego nie opiszą żadne słowa, żadne lekcje, żadne rozkazy. Wiesz, ile razy w ciągu tych ostatnich tygodni, wracałem do domu, bijąc się z myślami… marząc, żebyś przywitała mnie radosną nowiną, marząc by móc obserwować każdą późniejszą nawet najmniejszą zmianę w twoim ciele… a jednocześnie nienawidząc myśli, że wisi nad nami widmo Renfro i jej ohydnych pomysłów, że jeśli tak się stanie, zabiorą ciebie ode mnie i nie będzie nikogo innego winnego, lecz ja sam?”

Pociągnął oniemiałą Liz wzdłuż głównej nawy. Wyraz jej oczu, cichego zdumienia, ale i radości dał mu mały cień nadziei, że jednak kiedyś będzie mógł z całkowicie czystym sumieniem powiedzieć o niej ‚moja ukochana żona’.

The End.

Tak, tak, to już naprawdę koniec… Mimo, że historia nie jest dokładnie tym, czym miała być kiedy rozpoczynałam jej pisanie, to jednak myślę, że Epilog w jakimś sensie zrekompensował pewne braki i to bezustawiczne czekanie na ich ‚spotkanie’. Dobrze, to było zabawne, tak was zwodzić *diabelski śmiech* Historia napisana z punktu widzenia rozmaitych osób, z różnych punktów czasu… i główni bohaterowie tego romansu praktycznie się nie spotkali w opowiadaniu aż do Epilogu. Ta opowieść miała być tak różna od Freak Nation, jak tylko możliwe było to przy założeniu pary x-tremer. Chyba tylko to mi wyszło z początkowych zamiarów z tej opowieści. Cóż jeszcze mi pozostaje wspomnieć? Acha, podstawa. Nie napiszę do tej historii sequela, nie chcę po prostu i myślę, że wyjątkowo się ze mną zgodzicie. Co najwyżej napiszę te historię od początku… Nie, bądźmy poważni. To już naprawdę koniec i wszystko to, co nie zostało wyjaśnione ani opisane, pozostawiam waszej sęp-ikowej* wyobraźni.

*sęp-ik – wierzący w miłość (termin wg Nemin Langley z Przepraszam 8) )

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *