Moja ukochana żona (9)

Rozdział dziewiąty

Roswell, maj 2004

Niewiarygodna cisza panowała wewnątrz Crashdown, kiedy w końcu ciężka maszyna zatrzymała się przed restauracją i kierująca nią kobieta zdjęła kask. Całkowicie stoicki wyraz twarzy wobec zaparkowanych przed budynkiem pojazdów i całego sztabu wojskowych nie wróżył najlepiej. Każdy w środku wstrzymał oddech.

Zsiadła motoru, potrząsając włosami. Isabel pierwsza zauważyła różnicę. Z pozoru nic niezwykłego było w młodej kobiecie. To było nieuchwytne. Sposób, w jaki patrzyła na żołnierzy – nie było w nich strachu, uświadomiła sobie. Albo wiedziała kim są, czego chcą albo była na tyle groźna, że się nimi zupełnie nie przejmowała. Żadna z tych opcji nie była najmilsza… naprawdę żadna. W głowach wciąż im się kręciło od informacji, od obrazów tego, co Liz mogła zrobić. Jej moc była naprawdę straszna.

Isabel nigdy nie pociągało szczególnie dobre używanie jej władz. Do snów ludzi wchodziła dla zabawy, rozrywki albo po prostu by uzyskać potrzebne informacje. A inne zdolności? Były podstawowe. Nie chciała używać ich wiele, jedynie dla zabawy… nie dalej. Dalej leżała ciemna granica, granica której naprawdę nie chciała przekraczać. Była ciemna, mroczna, nęcąca… jak obca siła, która się za nią ukrywała. Nie chciała po nią sięgać. Instynkt mówił jej by tego nie czynić, był niczym nieme ostrzeżenie, jakiś cichy, lecz wyraźny głos, telepiący się w myślach podczas każdego spaceru w snach. To było czyste ostrzeżenie i Isabel słuchała go. Zawsze.

Jej zmartwione spojrzenie spoczęło na bracie. Niezbyt dobrze przyjął rewelacje. Jego zachowanie nie było niczym nowym, nigdy nie chciał widzieć zbyt wiele z tego, co nie odpowiadało jego percepcji rzeczywistości i najczęściej… właściwie to prawie zawsze dotyczyło to Liz Parker. Już nawet nie policzyła ile nocy przez ostatnie miesiące zamiast z mężem spędzała słuchając jego szczęśliwych wynurzeń, jak to dobrze, że Liz niczego nie pamięta, że jest z dala od obcych problemów i nie mąci to jej szczęścia. Tylko jakoś Isabel nie sądziła, by Liz była szczególnie szczęśliwa. Powiedziałaby raczej, że wegetowała. Żyła z dnia na dzień, ponieważ nie miała żadnej innej alternatywy, żyła bez konkretnego celu, powoli ucząc się tego, co zapomniała i budując od nowa stosunki z rodzicami i otoczeniem. Fakt, że nie cierpiała, nie rozpaczała… nie była gwałtownego spadku w otchłań. Ale też tak samo nie przeżywała intensywnej radości, przyśpieszonego bicia serca… Zaczynała jej powoli współczuć. Bo chociaż uczucie nieraz sprowadzało ból, to jednak jego dobre strony rekompensowały wszystko. Życzyła Liz z całego serca, by ta iskierka, którą widziała kiedyś w jej śnie, wróciła, by na żywo płonęła w spojrzeniu dziewczyny… nie, młodej kobiety. Niestety, z kimś takim jak Michael Guerin w pobliżu, to było mało prawdopodobne. Zmrużyła oczy ze złością, kiedy dostrzegła jego pełen irytacji uśmieszek. Jego poirytowany wzrok był utkwiony w Maxie, który z kolei wpatrywał się jak w obrazek w Liz. Cisnąca się na usta cięta riposta ‘masz, czego chciałeś’ wydawałaby się tutaj jak najbardziej na miejscu… Niestety, ten moment wilk, o którym wszyscy rozmyślali, postanowił wkroczyć do Crashdown i zburzyć ten cichy spokój…

Jej włosy, lekko potargane przez wiatr, nosiły zdecydowanie znamiona szczotki. Hm, jej złość zaczynała wyparować w ekspresowym tempie, kiedy jej uważnemu wzrokowi nie umknęły inne drobniutkie szczegóły, szczególiki świadczące o zmianie. Bardzo ważnej zmianie, mówiło serce Isabel. Co się na litość boską musiało wydarzyć w Seattle?

Ale oczywiście Michael Wielka Stopa musiał uznać ten moment ciszy i spokoju z jej strony za element strachu tudzież strategii unikania. Wyskoczył z wrogim tonem.

„Kto ci do cholery dał prawo zawierania umów z wojskiem i zdradzania naszego sekretu innym?”

Isabel przymknęła na sekundę oczy, zdziwiona niezmiernie wrogością, bezczelnością i w ogóle całym nastawieniem Michaela. Wiedziała oczywiście, że był nadwrażliwy, jeśli chodziło o wojsko, o zachowanie sekretu… Nigdy jednak jego zachowanie nie biło taka nieufnością i wściekłością. Westchnęła. Najprawdopodobniej chodziło o Marię, o to, jak Liz traktowała dawną przyjaciółkę, ‚nie pamiętając’ niczego. Maria była na krawędzi załamania nerwowego, tymczasem nagle obcy ludzie mówią im, że Liz zna ich sekret i w dodatku w ich imieniu zawarła dalekosiężną umowę z wojskiem. To było odrobinę za wiele jak na standardy Wielkiej Stopy.

Liz dotknęła nieznacznie szyi, jakby czegoś szukając. Jej palce szybko przebiegły przez cieniutki łańcuszek, zupełnie jakby szukała pociechy w tym geście. Powiodła wzrokiem po czekających zgromadzonych, na moment zatrzymując wzrok na Isabel i jej pocieszającym spojrzeniu. Uśmiechnęła się nagle, obracając bezwiednie w dłoni maleńki ozdobny wisiorek w kształcie róży i powiedziała:

„Więc wy też jesteście obcymi?”

Szklanka wiśniowej coli, którą trzymał Max, nagle znalazła się na posadzce, rozpryskując na wszystkie strony. Liz uniosła brew pytająco.

„No dobrze, dopiero co powiedziano mi, że wy też jesteście… i jeśli my pomożemy wojsku w ściganiu tych psycholi, to nie tylko zostawią nas potem w spokoju, to i pozwolą nam bezpiecznie żyć, bez eksperymentów, bez nękania, bez nadmiernego nadzoru…” urwała, widząc ich miny. W końcu wzruszyła ramionami, kiedy pełne niedowierzania milczenie przedłużało się. Królewska Trójka byłaby w szoku… byłaby, gdyby pewna blond księżniczka nie zaczęła kojarzyć pewnych powszechnie znanych faktów z tym, co zobaczyła w śnie stojącej przed nimi kobiety… „Jak dla mnie, może być. Chcę po prostu żyć bez ustawicznego oglądania się przez ramię. Mam tego dość od czasu upadku Manticore. Nie byli najmilsi dla mnie, ale przynajmniej byłam tam bezpieczna od ludzi, którzy myślą, że mogą na nas polować dla rozrywki.”

Roswell, trzy tygodnie wcześniej

Isabel przewróciła się na bok, niemal całkowicie rezygnując z popołudniowej drzemki. Jesse był w pracy, mieszkanie było posprzątane, obiad gotowy, w telewizji sama sieczka, a ona nie mogła zasnąć mimo zmęczenia. To było jak złośliwa zmowa losu. Po prostu nie miała czym się wymówić, by nie spełnić w końcu ustawicznych próśb brata. By wejść w umysł Liz, nie w jej sny. Jego obsesja z bezpieczeństwem Liz zaczynała przybierać niepokojące rozmiary. Być może z powodu faktu, że była tego świadkiem przez długie lata, była przyzwyczajona do jego bezustawicznego koncentrowania się na Liz, rzeczywistość uderzyła ją naprawdę mocno i boleśnie. Max nie widział prawdziwej Liz, żył jak wcześniej tym wyimaginowanym obrazem dziewczyny, którą pokochał od pierwszego spojrzenia. Prawdą było, że kochał Liz. Pokochał piękną dziewczynę, pokochał jej czyny, słodycz i niewinność, którą tak trudno było znaleźć w ludziach. Liz Parker promieniowała tym, każdy dostrzegał to niegdyś w niej, przyciągała innych niczym ciepłe promienie słońca po deszczu. Niestety, w momencie, kiedy Liz wkroczyła do ich małego kręgu, od kiedy stała się nieformalnym prezesem klubu Znam Jednego Kosmitę a Może i Więcej cała niewinność, słodycz i ciepło zaczęły niemal niezauważalnie blednąć, aż prawie zniknęły. Przygasły. Być może uczucie… być może uczucie kogoś z zewnątrz ich ciemnych sekretów, mogłoby ją jeszcze uratować. Isabel życzyła jej tego z całego serca. Niestety, wydawało się, że taka osoba już pojawiła się w jej życiu i odeszła bezpowrotnie, odeszła bezpowrotnie do krainy cieni, kładąc ciemniejsze smugi za niegdyś promienny uśmiech niż Max był kiedykolwiek zdolny swoim najbardziej okrutnym i bezmyślnym zachowaniem. Nie wiedziała, co się stało… ale Jesse po małej namowie zgodził się jej pomóc. I poprzedniego wieczora przyniósł jej potrzebne informacje… Isabel była po prostu wstrząśnięta. Długo siedziała w nocy nad cienką teczką, zawierającą ledwie kilka zdjęć i urzędowych dokumentów… nie zmrużyła oka, ale to nie było ważne, nawet jeśli teraz powodowało senność i zmęczenie. Radość odeszła z uśmiechu Liz… radość, którą znalazła mimo znania sekretu kosmitów, mimo kilka poważnych tragedii w życiu… potrafiła znaleźć sens życia, podźwignąć się z koszmaru i być po prostu zwyczajnie po ludzku szczęśliwa.

Westchnęła, przewracając się na bok i sięgając po kilka fotografii z nocnego stolika. Wybrała na chybił trafił; los zdecydował, że było to zdjęcie z wakacji. Uśmiechnęła się. Liz w jedwabnej czerwonej sukience, tańcząca w ramionach męża na nadmorskiej promenadzie… nie było żadnej muzyki. Tylko oni, piękna florydzka plaża podczas ich krótkich wakacji, księżyc wysoko na nocnym niebie i kilku przypadkowych przechodniów… ramiona przystojnego mężczyzny otaczające drobną kobietę tak ochronnie, z taką czułością, która wręcz tchnęła z martwego i statycznego przecież obrazu. Delikatna nić zazdrości zacisnęła się wokół serca Isabel. Nic nie mogła poradzić na to, że to zdjęcie przemawiało do niej bardziej niż cokolwiek innego…

Ostrożnie powiodła palcem po sylwetce dwojga splecionych ze sobą ludzi. Nawet dla niej było jasne, że tych dwoje było kochankami. Szczęśliwymi kochankami, którzy we własnych ramionach zapominali o otaczającym ich świecie, i to nie tylko w sypialni. Wystarczała im ich wzajemna obecność. To była piękna para.

Nie zorientowała się zupełnie, jaki błąd popełnia, póki jej myśli nie zostały gwałtownie wessane w głąb ciemnego obszaru, który zawsze oznaczał silny świadomy opór wobec obcej ingerencji w myśli. Liz nie spała. To był jej błąd, dotkniecie zdjęcia kiedy była zmęczona i jednocześnie myślała jak się dostać do tego skomplikowanego systemu, jakim był umysł Liz. Gotowa była wręcz przysiąc, że jakimś cudem dziewczyna przez te dwa lata nieobecności została nauczona przez kogoś jak opierać się wszelkim ingerencjom. Nawet jej wycieczki do jej snów były krótkie i mgliste. Nie widziała niczego, czego nie pozwalała zobaczyć Liz.

Nie mogła ani wejść ani wyjść. Zawsze starała się ‚zabezpieczyć’ wyjście z czyjegoś snu, spacer po czyjejś podświadomości to przecież nie przelewki czy spacer po Main Street. I jak niby miała teraz stąd wyjść? Jedynym możliwym rozwiązaniem wydawało się postarać się dotrzeć głębiej, być może umysł Liz po prostu sam ją wyrzuci i nie skończy się to potem jednym wielkim bólem głowy i jeszcze większymi wyrzutami sumienia…

Wzięła głęboki oddech i skoncentrowała się. Ku jej niepomiernemu zdumieniu, szarawa mgła zaczęła się przejaśniać, zrobiło się także o wiele cieplej. Łagodne promienie światła zaczęły wlewać się do pomieszczenia niczym nieprzebrana kaskada wody, rozgarniając tę lepką szarość. Wstrząśnięta, oglądała jak światło powoli otacza leżącą na łóżku i śpiącą drobną postać… światło, które uratowało ją z pułapki czekającej przed wejściem do umysłu Liz. To była ona sama.

Miękki śmiech za jej plecami sprawił, że niemal podskoczyła. Odwróciła się i zaskoczona zobaczyła ukrytą w wieczornych cieniach resztę pokoju. Zupełnie innego, lecz pięknego pokoju. Oparty o framugę mężczyzna był wyższy i zdecydowanie wyglądał, jakby ten pokój należał do niego. Swoboda, z jaką patrzył się na śpiącą, nie leżącą, na łóżku Liz, była zbyt intymna, zbyt osobista. Isabel jęknęła w duchu, widząc jego twarz, kiedy zrobił kilka kroków do przodu. To był ten sam mężczyzna, który trzymał Liz w ramionach na promenadzie. Jej mąż.

Zrobił kilka kroków naprzód, stawiając parujący kubek kawy na nocnym stoliku. Ostrożnie uklęknął na łóżku i pochylił się nad postacią Liz. Jego usta lekko muskały jej ucho, kiedy wymruczał.

„Hej, śpiochu. Co udajesz?”

Odpowiedział mu śmiech. Ciepły, rozbawiony, nieskrępowany. Isabel zagryzła wargę. Z jednej strony ostatnie, czego chciała, to widzieć Liz w ramionach innego faceta niż jej własny brat. Ale z drugiej trony… Lata nie słyszała, by była tak szczęśliwa i radosna, jak w tym śnie. I ten sen był zbyt wyraźny, zbyt konkretny, by mógł być tylko marzeniem. Był wspomnieniem. Liz śniła o czymś, co się już wydarzyło.

„Nie udaję.” odpowiedziała z figlem w głosie. Isabel nie mogła się nie uśmiechnąć. Patrząc na tych dwoje… z jednej strony silny, skryty facet, a owinęła go sobie wokół małego palca mała kobietka, która właśnie otworzyła swoje brązowe senne oczka. „Ćwiczyłam.”

„Co?” Alec wymruczał, wsadzając nos w zagłębienie jej szyi… i może po sekundzie czy dwóch tracąc w ogóle orientację o co pytał. Jego usta sunęły po miękkiej, ciepłej skórze, nie mogąc się oderwać. Is mimowolnie zarumieniła się na widok wyginającej się w przyjemności Liz, to było zbyt osobiste…. Cofnęła się nieznacznie do drzwi z zamiarem wyjścia, ale jej wzrok był jak przymocowany do pięknej pary na łóżku.

Alec ostrożnie, trzęsącymi się dłońmi sięgnął do zapięcia łańcuszka na szyi Liz. Do tej chwili nie protestowała, najwyraźniej ciesząc się jego dotykiem. Ale w chwili, kiedy jego ciepłe palce dotknęły srebrzystej nitki, zesztywniała, a jej własne powoli dotknęły jego i odciągnęły go. Spojrzał na nią niepewnie… nawet kiedy przesunęła jego dłonie na swoje ramiona. Wydawało się, że zielone i brązowe spojrzenia jakoś komunikują się bez słów, a napięcie trzeszczy wręcz w powietrzu. Isabel przełknęła ciężko. Tutaj nie było miejsca dla niej, to były najintymniejsze wspomnienia Liz, zdecydowanie nie powinna tego oglądać, nawet jeśli była zafascynowana więzią miedzy tym mężczyzną i tą kobietą…

Usiadła gwałtownie na kanapie, ciężko wciągając powietrze do płuc, jak po przeogromnym wysiłku. Serce biło jej jak oszalałe. Jej spojrzenie padło na zdjęcie, trzymane wciąż w dłoniach. To nie na postaci Liz zwlekały jej palce, tylko na postaci Aleca.

Trzęsąc się wrzuciła zdjęcie do teczki, a teczkę schowała pod posłaniem. Powędrowała do łazienki i przemyła twarz zimną wodą, chcąc odegnać senność i zmęczenie. Spojrzała w swoje odbicie w lustrze i napotkała swój własny, zmieszany i pełen zmartwienia wzrok. Co ona do licha miała teraz zrobić?

Roswell, maj 2004

Isabel patrzyła się przez stół na drobną śliczną kobietę, która tak w zupełności zawojowała niegdyś serce jej brata, iż po dzień teraźniejszy był ślepy na wszystko inne. Starała się zachować optymizm. Naprawdę. Ale coś w spojrzeniu Liz nie dawało jej nadziei. Zbytnie zamknięcie, zbytnie chowanie emocji… była całkowicie różna niż w śnie, niż w chwilach z Aleciem, dostrzegała z rozpaczą. A przecież przed nimi nie musiała niczego ukrywać! Akceptowali ją taką jaką była, nie musiała udawać przy nich groźnej, niebezpiecznej istoty. Mogła być sobą, młodą kobietą o ogromnym, pełnym ciepła sercu. Nie musiała się chować.

Przeniosła spojrzenie na niecierpliwiącego się Michaela, który z takim pogardliwym i niedowierzającym parsknięciem powitał słowa Liz o jej byciu obcą. To nie było dobre. Wręcz przeciwnie. Czy już zapomniał, że Liz dysponowała mocą, która dorównywała ich mocy? Że przez ostatnie dwa lata żyła w przeświadczeniu, że jest sama na tym świecie i jeśli nie zachowa należytej ostrożności, skończy w formalinie? Czy już zapomniał jak to jest? Nic nie wiedzieć, chwytać każdą wskazówkę? Liz miała przecież prawo się mylić, nie pamiętała wszakże niczego. Całego świata uczyła się od nowa. Łatwo w Manticore mogli jej wmówić cokolwiek! Ze wszystkich istot na planecie, on pierwszy powinien to zrozumieć, a nie traktować jak niedorozwiniętego dzieciaka.

„Myślisz, że to Manticore cię stworzyło? Że im zawdzięczasz swoją wyższość nad ludźmi?”

Isabel chciała zasłonić uszy. To nie jest dobre, Michael! Chciała krzyknąć. Jego ton nie działał zachęcająco. Ale milczała, patrząc w przerażeniu jak Liz przechyla głowę i mówi wreszcie.

„Nie. Nie wiem, dlaczego jestem obcą. Nie wiem, dlaczego mam te zdolności, ale je mam.” powiedziała stanowczo. Spojrzała na blat stolika, przy którym siedzieli. Momentalnie zmienił kolor na lśniącą czerń. Isabel wstrzymała oddech w zachwycie. Nawet nie wyczuwała charakterystycznego wibrowania energii, które czuła zazwyczaj kiedy któreś z nich używało swoich zdolności. Potencjał Liz musiał być ogromny.

„Nie jesteś obcą, Liz.” głos Michaela nieoczekiwanie przybrał łagodniejszy, cieplejszy ton. Isabel spojrzała na niego zaskoczona. Do czego zmierzał? „Jesteś człowiekiem, w 100%. Urodziłaś się nim. Jesteś dzieckiem Parkerów, tutaj dorastałaś.”

„Ale..”

„Daj mi dokończyć. Kilka lat temu była strzelanina… zostałaś ranna. Śmiertelnie. Max, którego umiejętnością jest uzdrawianie, zaryzykował wszystko i cię ocalił.”

„Dlaczego?” uniosła brew w zaintrygowaniu. Max nieznacznie się zarumienił.

„Po prostu nie mogłem pozwolić ci umrzeć.”

Isabel wzniosła oczy do sufitu. Bardziej patetycznie już nie mogło być. Ale mimo wszystko, patrząc na reakcję Liz na te słowa, to wydawało się w końcu do niej przemówić. Jakby poruszyło jakieś ukryte pamięci, jakieś struny w jej duszy.

„Jak to się ma do moich zdolności?”

„Hm, nasze zdolności są ludzkie. Korzystamy z większych obszarów mózgu niż ludzie. Uzdrowienie spowodowało u ciebie ten sam proces, z którym my się już urodziliśmy. Tak przynajmniej twierdziła Ava.”

Liz odchyliła się na siedzeniu, wpatrując w zamyśleniu w ciemny blat stołu.

„Więc mam te zdolności, ponieważ Max się we mnie zakochał?” spytała z ciepłym, nieznacznie rozbawionym błyskiem w oku. Michael klasnął w dłonie.

„Wreszcie zajarzyłaś.”

Isabel tylko parsknęła. Ale jej wprawne oko zauważyło, że przestała się bawić łańcuszkiem. Może jeszcze była jakaś nadzieja dla Liz i Maxa…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *