Moja ukochana żona (8)

Rozdział ósmy

Seattle, maj 2004

Biggs oparł czoło o szafkę w sfrustrowanym jęku. To prowadziło donikąd.

Bił się z myślami… jak długo? Tydzień? Półtora? I nie doszedł do żadnego konkretnego wniosku, nie wymyślił żadnego rozwiązania. Tymczasem Alec, nieświadomy jego frustracji, wciąż zachowywał się jak beztroski playboy, nie troszczący się o nic na tym świecie. Ale on wiedział o wiele lepiej niż ktokolwiek inny. Ponieważ OC zapytała go o śliczną młodą kobietę, której rysunkami był wypełniony notatnik Aleca. I nie po raz pierwszy w życiu Biggs naprawdę nie wiedział, co myśleć, a co dopiero mówić. Więc nie powiedział niczego. A czy tak było lepiej dla zainteresowanych stron, nie wiedział. Z pewnością było bezpieczniej dla niego samego.

Ale drobna postać Liz McDowell prześladowała go w snach, prześladowała jego myśli. Coś było dziwnego w jej drobnej postaci, w jej obojętności, z jaką mówiła o przeszłości… nieprawdaż? Coś było ‚nie tak’. Zwykle bardzo percepcyjny, kiedy dotyczyło to oceny zachowań innych, psiakrew, szkolony w tym przez długie lata, tracił rezon odnośnie Liz. Nie potrafił ocenić jej zachowania. Musiało być tym obcym DNA w niej albo czymś, co wykształciło się po spłonięciu Manticore. Zbyt łatwo potrafiła oszukać X5.

Albo tak było, ponieważ żyła dzień w dzień z Aleciem i z tego, co widział, znała mnóstwo drobiazgów i szczegółów o nim. Wiedziała, dlaczego lubił kreskówki, że miał zwyczaj włączania głośno telewizji lub muzyki, byleby tylko w domu nie panowała cisza… cisza, która sprawiała, że zaczynał się zastanawiać nad Manticore. Nad sobą. Przeszłość prześladowała ich wszystkich, ale Aleca szczególnie. I im dłużej ‚sprawował nadzór’ tym mniej był w środku Manticorianinem. Na zewnątrz wciąż arogancki, pewny siebie młody facet, za którym kobiety oglądały się bez względu na grupę wiekową… Wewnątrz zaś ktoś, kto nagle odkrył cały świat i nie bardzo wiedział, jak sobie z tym poradzić. I był pewien, że Liz wiedziała o tym. Wiedziała rzeczy o Alecu, których nawet on nie znał.

Wiedziała to o każdym z nich. Błyski. Z tego, co mówiła, dostawała je od wszystkich… prywatne myśli, wspomnienia, uczucia… Widział, jakie problemy to rodziło w jej umyśle. Paradoksalnie, mimo, że nie znała niczego o świecie po obudzeniu się z amnezją, to jednak Alec zdołał wpoić jej pewne uniwersalne wartości… albo to było serce Liz, które przemawiało przez nią mimo pobytu w Manticore. Jakby przy Alecu odetchnęła głęboko, zrzucając wszystkie tajemnice ze swoich ramion, kiedy zaczęła się interesować czymś więcej niż obcymi problemami czy przeżyciem czy ucieczką od FBI. Interesowało ją wszystko, cały świat, miliony drobiazgów… poznawała wszystko na nowo. I tak samo poznawał Alec. Oboje wcześniej widzieli świat. I oboje w tym samym momencie zaczęli się jego uczyć.

Nie sądził, by kiedykolwiek wcześniej Manticore pozwoliło, by jakikolwiek X5 pozostał tak poza nadzorem, poza ‚agencją’, na wolności. Alec miał niewiarygodnie dużo swobody w swoim zadaniu. To jego metody, a nie metody Renfro okazały się skuteczne. Jemu zabrało to znacznie więcej czasu, ale dotarł do Elizabeth. Nie tylko ufała jemu, robiła to, o co prosił, ale i zdołał ją przekonać do rozwijania jej zdolności. Coś, czego wcześniej Liz bała się wprost śmiertelnie. Ona sama bała się siebie najbardziej i nawet terror Manticore nie pchnął ją do tego kroku. Wydawało się wręcz, że samą siebie uważa za swojego najgorszego i najniebezpieczniejszego wroga. A mimo to przy Alecu… Tu po prostu coś nie grało. Nie ufasz swojemu nadzorowi, by słuchać próśb bez najmniejszego pytania i niepewności, nie rozwijasz śmiertelnie niebezpiecznej mocy tylko po to, by nie wywołać podejrzeń. Nie. Liz nie była tym typem i po amnezji nie zmieniło się to zupełnie. Wciąż była tak samo trudna do skontrolowania, wciąż bała się siebie i swojej mocy, jakby znała jakiś sekret, do którego nie dopuszczono Renfro. Coś było nie tak i Biggs niemal mógł to czuć na języku. Ale kobiety były dziwne i on nie był ekspertem od nich. O nie.

Problem w tym, że jedyny ekspert, jakiego znał… dobrze, sytuacja dotyczyła jego w każdym możliwym sposobie, więc ciężko byłoby mu cokolwiek wydobyć bez wzbudzania podejrzeń.

Z drugiej strony, jeśli on nie powie zawczasu, to los może go ubiec i Alec dowie się z innego źródła. I konsekwencje mogą być bardzo niemiłe.

„A co tobie znów odbija?” mało życzliwy głos Cece rozbrzmiał tuż za nim. Westchnął. Kolejna kobieta. Czy one nigdy nie nauczą się, by zostawić go w spokoju, kiedy chciał pomyśleć?

Kolejna kobieta. Hm, to mógłby być pomysł.

„Ja to nic w porównaniu z Aleciem, kiedy się dowie.” mruknął ponuro. Cece uniosła pytająco brew, ignorując wołającą ją OC. Żaden z nich nie zauważył, że zirytowana ciemnoskóra kobieta postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Cece wpatrywała się zmartwiona w ściągniętą twarz innego X5.

„Liz żyje.”

Cece mogłaby przysiąc, że jej serce stanęło na ułamek chwili.

„To nie może być…” wyjąkała w szoku.

„…prawda?” podsunął usłużnie „Widziałem ją, rozmawiałem z nią, psiakrew, zjedliśmy razem obiad!” warknął we frustracji.

„Więc w czym problem? Przecież Alec dostanie zawału serca… z radości.” spytała niepewnie.

„W pierwszej chwili może tak. Jest jednak pewien problem…”

„Wyszła za mąż po raz drugi?” Cece skrzyżowała ręce „Jeśli tak, to popełnia bigamię pełną parą.”

„Chciałbym, żeby to było takie proste i łatwe do rozwiązania.” zaśmiał się ponuro, a potem spojrzał na piękną blondynkę „Ona myśli, że Alec nie żyje. Że po pożarze wrócił do domu, by dopilnować by likwidatorzy wykonali swoją pracę. Nie mieściło się jej w głowie, że mógłby wrócić, by ją z tego wyciągnąć i zastał jej martwe ciało…”

„Dziwisz się? Po tym, co zrobiono jej w białym pokoju? Wizyta u Psy Ops brzmi jak długo wyczekiwane wakacje! Z jej punktu widzenia zdradził ją ktoś, w kim pokładała największą ufność. Własny mąż.”

Oczy OC poszerzyły się w szoku. Alec? Żonaty? Co tu się do diabła działo?

„Ona wiedziała o nadzorze.” Biggs wyszemrał w końcu, samemu nie wierząc, że to mówi. Ale wypowiedział te słowa. W końcu.

Cece zamarła, wpatrując się w niego w szoku i niedowierzaniu. Musiała usiąść na ławce. Kolana uginały się pod nią. Następstwa tej wiadomości mogłyby być przerażające, gdyby była prawdziwa…

„Upadłeś na głowę?”

„Wiedziała zanim Alec nam ją przedstawił.” szemrał dalej „Poskładała łamigłówkę z kilku elementów. Przyznała się, że Alec nie popełnił błędu. To były jej zdolności. Błyski.”

„Życie byłoby o wiele prostsze bez nich?” parsknęła w wisielczym humorze „Gdzie ona teraz przebywa?”

„Nie wiem. Ale wspominała, że przyjechała ze względu na podatki i rodzinę. To nie ma sensu dla mnie, ale jesteś kobietą, więc może pojmiesz…”

„Widzieliście się przed końcem kwietnia?!” wzniosła oczy do sufitu w najbardziej prawdopodobnej wersji wydarzeń; poza tym zachowanie Biggsa zmieniło się w tym czasie „Okres rozliczenia podatków. Normalni ludzie rozliczają podatki w tym czasie.” powiedziała bez najmniejszego śladu złośliwości czy wyrzutu „Albo jest gdzieś w tym stanie…”

„Jest z rodziną.” zaprzeczył.

„Więc dlaczego przyjechała w sprawie podatków tutaj? Powinna była załatwiać to w Nowym Meksyku.”

„Może jakieś dane się nie zgadzały? Wciąż używa nazwiska McDowell.” wzruszył ramionami „Wróciła do domu, do rodziny, więc wszystko w papierach jej zostało.”

Cece zmrużyła oczy w implikacji tej informacji. Używa wciąż nazwiska ‚męża’? Diabelnie. Faceci byli takimi idiotami czasami.

„Wiesz, mimo to nic nie powinno jej tu ściągnąć… prócz tego niecodziennego faktu, że aby dostać przepustki sektorowe w Jam Pony trzeba rejestrować się w Departamencie Pracy. Normal robi to za nas.” wyszczerzyła zęby „Znając Liz, wypełniła zeznanie i wysłała długo przed terminem.”

„Więc co? Co to ma do urzędów?”

Faceci byli takimi idiotami.

„To znaczy, że na zeznaniu podatkowym podajesz swój stan cywilny, ponieważ od niego zależy także sposób rozliczenia się ze skarbówką, ośle jeden. Musieli wysłać Liz informację, że jej zeznanie podatkowe jest błędne. Że Alec żyje.”

„Ale…” zawahał się na moment „Nic nie mówiła, tylko…”

„Powiedziałeś jej, że Alec żyje?” spytała z gniewem.

„Nie.” wyszemrał.

„No właśnie, ty idioto.” niemal nawrzeszczała na niego, ale jej głos podnosił się niebezpiecznie „Skoro najlepszy kumpel nic nie powiedział, nie zaprzeczył informacji o jego śmierci, przyjęła pewnie, że ktoś użyczył sobie nazwiska Aleca… znając Liz poszła pewnie do prawnika i już są po rozwodzie albo unieważnieniu małżeństwa albo w jakikolwiek inny szybki sposób rozwiązała problem przed upływem terminu składania papierów. Czy ty do cholery zdajesz sobie sprawę, coś ty narobił?” teraz wydzierała się na całe gardło, ignorując innych pracowników Jam Pony, którzy dosłownie pozamarzali na swoich miejscach w szoku zawartej w krzyku informacji. Alec żonaty? Ktoś mruknął O Jezu… Ale Cece kontynuowała dalej, niepomna zwyczajniaków. „Wiesz, co się z nim działo, kiedy nie zdołał powstrzymać tych skurwieli od zabicia jej? On, który był najlepszy!” trzęsła się ze złości „I kiedy nagle okazuje się, że przeżyła mimo wszystko, nie masz nawet jaj, żeby jej powiedzieć, że to wcale nie przypadek, że ktoś używa nazwiska Alec McDowell? Teraz masz powód by bać się jego reakcji.”

Cece odwróciła się gwałtownie i wymaszerowała z budynku, łapiąc pod drodze pierwszą paczkę z brzegu. Normal mrugnął raz i drugi, nieruchomy z dłonią uniesioną w szoku i zdumieniu. Jego złoty chłopiec żonaty? Jego żona zabita? Nie, ona żyła… tymczasem Alec hulał sobie przez te miesiące i podrywał każdą spódnicę w okolicy…

„O cholera…” jego szept był doskonale słyszalny w pomieszczeniu ze względu na pełną niedowierzania ciszę… i doskonale ujmował to, co myśleli wszyscy.

Roswell, maj 2004

Max wytarł nerwowo spocone dłonie w szorstki materiał dżinsów. Nigdy w życiu nie czuł się tak zagubiony… wszystko to, w co wierzył przez ostatnie miesiące runęło jak domek z kart.

Liz wcale nie ustrzegła się rządowych agencji. Liz miała przed nimi tajemnice. Ciężkie tajemnice.

I dlaczego Isabel myślała, że Liz była mężatką? To nie mieściło się w głowie… nic nigdy nie mówiła, nigdy nie wspomniała nawet słówkiem, poza tym… jej serce się nie zmieniło. Zbyt często jej ciepłe, brązowe oczy spoczywały na nim, niepewne, szukające akceptacji, jakby zastanawiające się w zdumieniu, dlaczego czuje się jak czuje…

„Max… uspokój się.” Michael sam przemierzał w tę i z powrotem niewielką wolną przestrzeń na zapleczu Crashdown i nerwowość jego króla wcale mu nie pomagała. On był przecież liderem, dowódcą. To on miał decydować, on miał zdecydować, co ze słowami tego całego Renfro… tymczasem zapewne jedno, co mu chodziło po głowie, to fakt, że Liz była mężatką… Mógł się założyć o własną duszę.

„Jak mam się uspokoić, Michael? Kobieta mojego życia… myślałem, że jest bezpieczna, że jest szczęśliwa…”

„Max, cokolwiek się przydarzyło Liz… co wciąż ta sama kobieta, o pełnym miłości sercu. Jej charakter się zmienił, nie ufa nam jak dawniej… ale serce ma wciąż to samo.” Isabel położyła pocieszająco dłoń na ramieniu brata. Nigdy, ale to przenigdy nie odważyłaby się powiedzieć, co widziała w ostatnim śnie Liz. Nawet jeśli serce Liz należało wciąż do Maxa, nie był on w stanie konkurować z tym przystojnym, silnym mężczyzną, którego jedynym celem w życiu wydawała się Liz. To był mężczyzna, nie przerażony chłopiec, który usiłował podołać sytuacji. W duchu troszeczkę zazdrościła Liz. Czuły, a jednocześnie silny, nie bojący się niczego facet, nawet przyznania się do fioła na punkcie własnej żony, małej, słabej kobietki…

„Is!” nagłe klaśnięcie przed jej oczami przywróciło ją do rzeczywistości. Spojrzała nieco nieprzytomnie na Michaela.

„Hm?”

„Na pewno Liz dzisiaj pracuje?”

Zakłopotana pokiwała głową.

„Pytałam się jej mamy.”

„Zabawne, bo ja pytałem się pana Parkera i powiedział mi, że Liz nagle odwołała swoją rezerwacje na lot do Albuquerque i nie wie, kiedy wróci. Jakieś problemy z urzędem skarbowym.”

Doprawdy? pomyślała sceptycznie. Seattle i Liz kojarzyło się jej z jednym. Nie z podatkami, ale z Aleciem McDowellem, piekielnie przystojnym zielonookim, o zawadiackim uśmieszku i magicznych, gorących dłoniach.

Miała tylko nadzieję, że się nie zarumieniła.

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *