Moja ukochana żona (7)

Rozdział siódmy

Roswell, 30 kwietnia 2004

Nancy pogwizdując cicho otworzyła drzwi do kuchni i sekundę później postawiła dwie ciężkie i pełne zakupów torby na stole. Wypakowała cukier po pierwsze. Od czasu powrotu Liz schodził niczym woda. Uwielbiała słodkie rzeczy. Słodkie, pikantne… najdziwniejsze, najprzeróżniejsze smaki. Z początku zastanawiała się na poważnie, czy to przypadkiem nie zwiastuje, że zostanie rychło babcią, ale mijały tygodnie i mimo wielu nowo nabytych dziwactw Liz nigdy nie poruszała tego tematu. W końcu Nancy po prostu katalogując listę ulubionych potraw córki odkryła, że uwielbia ona wyraźne smaki. Wciąż jadła za dwoje, wciąż potrafiła w jednej sekundzie przerzucić się z miski pełnej zdrowej surówki na coś równie obrzydliwego jak wielka paka chipsów, ale to była teraz po prostu jej natura. Zadziwiające było, że utrzymywała taką zgrabną figurkę przy tej olbrzymiej ilości pochłanianego jedzenia. Ale być może było to kwestią jej powrotu do zdrowia – musiała się dobrze odżywiać. Liz z nimi na ten temat nie rozmawiała, najwyraźniej uznając kompletnie, że skoro zazwyczaj i tak sama sobie gotuje, nie musi się przed nikim z tego tłumaczyć. I jedzenie było ledwie początkiem całej listy spraw, o których nie mówiła ani nie napomykała. Gdyby nie własna spostrzegawczość, Nancy w ogóle nie wiedziałaby o córce zbyt dużo.

Ale nie było też tak, że Liz zamykała się od wszystkiego… ponieważ to nie było prawdą. Zamykała się od pewnych spraw, nie chciała o nich mówić, bo to było dla niej bolesne – a jednak w jakimś momencie opowiadała coś o swoim przeszłym życiu, o tych dwóch latach, jakie minęły od jej zaginięcia. I mimo, że bolesne, to jednak czasami były takie sprawy, o których zaczynała mówić i nie potrafiła przestać. Buzia zazwyczaj ich małomównej córki nie zamykała się wówczas przez długie godziny. I jedną z naprawdę niewielu ‚spraw’ był Alec.

Och. To była jej jedyna myśl, jaką zdołała z siebie wyrzucić, kiedy Liz się w końcu przełamała i odrobinę jej zaufała… chyba tylko dlatego, że była jedyną dorosłą kobietą, z jaką mogła na ten temat porozmawiać. A było o czym. Nancy z wielką chęcią ucięła sobie miłą pogawędkę z zięciem, ale niestety zanosiło się, iż żaden cud się nie wydarzył. Liz co prawda nie odzywała się z Seattle, ale to właśnie brak jakichkolwiek wieści od niej mówił najwięcej. Mimo wszystko, mimo tych długich miesięcy, jakie upłynęły od czasu pożaru, zachowała w sercu nadzieję, że jednak to, co widziała, nie było prawdą. Że Alec jakimś cudem przetrwał tę katastrofę i żył gdzieś.

Seattle, sierpień 2003

Jej ręce wciąż się trzęsły, niemalże uniemożliwiając zapięcie naszyjnika na ciele młodej kobiety, której wygląd odpowiadał w najdrobniejszym szczególe jej własnemu. Zakrwawione palce były przy tym drętwe, jednak nie z powodu wysiłku, lecz z powodu szoku.

Manticore płonęło. Renfro kazała podpalić całą placówkę.

Kto do diabła dał jej chorej kobiecie władzę nad setkami najlepszych żołnierzy na świecie? Jak chorym człowiekiem trzeba było być, by wyrzucić na śmietnik wydane miliardy dolarów, trzy dekady ciężkich treningów i niewiarygodnie skutecznych żołnierzy? Nie mieściło się jej to w głowie. Ale Renfro w ogóle nie mieściła się w jej głowie, nie rozumiała zupełnie jak ktokolwiek może być tak szalony, tak zły, przewrotny i okrutny.

Wizja jej samej, skulonej w szorstkim wojskowym wdzianku na podłodze celi przemknęła przez jej umysł. To było najnowsze… ledwie sprzed kilku dni. Błyski o Manticore od Aleca stawały się coraz rzadsze, szczególnie przez ostatnie tygodnie. Z jednej strony odetchnęła z ulgą, nie prześladowana paskudnymi wizjami. Z drugiej strony część jej pragnęła, by te błyski się nigdy nie skończyły. Chociaż rodziły miliony nowych pytań, to jednak zarazem odpowiadały na inne, wcześniejsze. Były setki błysków, których nie rozumiała w ogóle. Setki błysków na jej temat, o świecie, jego wspomnienia z Manticore i rozmaitych misji, na które był wysyłany… Niektóre były paskudne, śniły się jej w koszmarach. Ale inne… mówiły jej o Alecu. Kim był, w jakich warunkach dorastał. Nawet o tym, jak bardzo czuł się winy temu, że sprowadził ją do Manticore. Ale mimo wszystko słuchał rozkazów. Mógł się o nią troszczyć na swój sposób, ale jej nie kochał. Żołnierze nie kochają, to było wryte w jego duszę od wczesnego dzieciństwa… Wiedziała o tym, ale to wcale nie zmniejszało jej tęsknoty za tym, by iluzja stała się prawdą. By naprawdę ją kochał. By kiedy trzymał ją w ramionach, czuł przyjemność ponieważ był z nią, a nie dlatego, że to był sex…

Wcale nie była lepsza od tych, co na co dzień przebywali w Manticore. Pozbawiła życia kilkoro osób, pozorowała właśnie własną śmierć, a tymczasem w duchu myślała jak bardzo chciała, by Alec zechciał ją także. Była równie pokręcona i wypaczona z ludzkich uczuć, co oni.

Ale wcale nie czuła wyrzutów sumienia… tylko gorycz i pustkę, głęboko w sercu… powoli ustępującą myślom o Alecu. Ponieważ Manticore w końcu wygrało. Spojrzała na zimne, puste oczy kobiety przed sobą… i zadrżała. Była równie zimna wewnątrz. Świadomość, że właśnie pozbawiła życia czworo ludzi, zamrażała ją od środka. Zamrażała każdą wcześniejszą ciepłą myśl o Alecu… myśl, że w momencie, kiedy z Manticore przyszedł rozkaz zlikwidowania każdego specjalnego żołnierza, on nie przyszedł, by dokonać likwidacji. Nadzieja, że on się o nią troszczył na tyle, by jej nie zabić i ryzykować niewykonanie rozkazu, nie okazała się jednak mrzonką.

Zabiła czworo ludzi.

W siną dal odchodziły argumenty o samoobronie… o tym, kim byli. Że mieli ją zabić. Albo ona albo oni. Nie miało już znaczenia, co zrobili w przeszłości, ilu transgeników wycierpiało z ich rąk… Nie miało znaczenia. Tylko zimne uczucie w sercu i obrzydzenie, kiedy patrzyła na swoje dłonie. Dłonie, które odebrały życie. Dłonie, które bez jednej zbędnej myśli podniosły się na ich widok i wysłały na tamten świat.

Kogo obchodziło, że miała wymierzone w siebie cztery półautomatyczne pistolety? Na pewno nie jej serce. Serce nie słuchało logicznych argumentów. Nie czuła ulgi, kiedy patrzyła na ich martwe ciała. Przyjdą następni, pojawią się kolejni wysłannicy Manticore… chyba, że odbierze jednemu z nich nawet możliwość godziwej śmierci. Pochówku. Uznania śmierci w ogóle.

Oddała Manticore to, co najcenniejsze. Przekroczyła tę niewidzialną granicę. Ona. Skończyła. Czyjeś. Życie. Nieodwracalnie. I zamierzała odebrać im jeszcze więcej.

Nic nie czuła prócz pustki i goryczy, kiedy patrzyła na ich puste, wytrzeszczone w zdumieniu i śmiertelnej agonii oczy. Nie czuła ulgi, tylko przerażenie pełznące wzdłuż kręgosłupa. Nic nie będzie już nigdy takie samo, ona nie będzie taka sama. Ci ludzie, ich martwe ciała leżące u jej stóp, odebrały jej to, co było w niej najlepsze, to, co różniło ją od jej oprawców z Manticore.

Ostrożnie przeszła nad ich stygnącymi ciałami i otworzyła okno. Wyśliznęła się do pełnego zieleni ogrodu. Rządowe osiedle, w którym mieszkali, było taką oazą w tym populsowym świecie… Zupełnie jak w dwudziestym wieku. Ale niezależnie od otoczenia, od wyglądu tego miejsca, wiedziała, co kryło się w środku. Formalnie Alec McDowell był żołnierzem i w Manticore poświęcono wiele starań, by urealnić ich przykrywkę. Nie wiedziała jednak, kto dokładnie znał prawdę. Nie sądziła, by udało się zupełnie uniknąć zdemaskowania. Musiał być jeszcze szerszy nadzór. Przecież Alec nie był zdolny do pilnowania jej dwadzieścia godziny na dobę. ‚Znajomi’ z Manticore także pojawiali się sporadycznie… ale kiedy chodziło o ludzi w ich otoczeniu, nie miała najmniejszego pojęcia, kto wiedział, że kochający mąż to jedna wielka farsa. Musiała być ostrożna.

Przykucnęła we wnętrzu gęstego, iglastego żywopłotu. Z zewnątrz nikt nie mógł jej dostrzec, za to ona miała dość dobry widok na okolicę.

Nie minęło nawet pięć minut, kiedy wszystkie jej nadzieje nagle wyparowały. W przerażeniu patrzyła jak znajomy czerwony samochód zatrzymał się przed budynkiem i Alec wysiadł w pośpiechu.

Każda uncja jej nadziei była oparta na iluzji. I w końcu, iluzja okazała się jedynie iluzją.

Alec wrócił, by ją zlikwidować. Zgodnie z rozkazem na wypadek zniszczenia siedziby Manticore.

Manticore odebrało jej wszystko. Nie mogła nawet uczepić się iluzji.

Seattle, 30 kwietnia 2004

Liz nienawidziła tego zimnego uczucia w sercu, które ogarniało ją zawsze na widok żołnierzy w kominiarkach. Ich wygląd, pełny ekwipunek, załadowana i gotowa do strzału ostra broń, ukryte za czarnym materiałem twarze – to wszystko przypominało jej innych transgeników i Manticore. Wszystkie akcje wojskowe i solowe misje Aleca, o których wiedziała. Wszystkie chore plany Renfro, o których wiedziała od niego.

A także fakt, że była po części obcą.

Nie wiedziała, jak to się wydarzyło, że nią była. Czy była dzieckiem obcego? Czy została przez nich zaprojektowana? Stworzona w laboratorium? Albo dokładnie na odwrót? Nie miała pojęcia. Wiedziała jedynie, że z całą pewnością była dzieckiem Nancy. W jaki sposób doszło do tej sytuacji, przestawało mieć znaczenie wobec faktów, że była po części transgenikiem i po części obcą. Mix tych dwóch sprawił, że już do końca życia będzie się oglądała przez ramię. Nigdy nie będzie bezpieczna, nigdy nie może zawieść, wiecznie czujna i ostrożna. Ci żołnierze przypominali jej, dlaczego tak się stało.

Ale po co winić Manticore, jeśli wcześniej i tak miała obce DNA w sobie? Jeszcze zanim 494 sprowadził ją w końcu do siedziby macierzystej agencji. To właśnie jej obce zdolności sprawiły, że znalazła się pod obserwacją, aż wreszcie zdecydowali się ją porwać i zmusić do współpracy. To obce zdolności sprawiły, że z jakiegoś dziwnego powodu przeszkadzało jej żółte słońce i błękitna woda. Obudziła się do ponownego życia i odkryła, że rzeczy które są oczywiste dla innych ludzi, wcale nie były takie dla niej i to w znacznie większym wymiarze niż dla kogoś, kto cierpiał na amnezję. Alec mówiąc o jej zdolnościach, nieco zburzył ten mur strachu i niepewności, ale wciąż coś tkwiło w niej. Coś mrocznego, przerażającego. Coś co rosło i coraz trudniej poddawało się jej kontroli, coraz trudniejszym stawało się zduszenie tego w sobie.

A widok żołnierzy w pełnym ekwipunku, pilnujących drzwi sąsiedniej sali rozpraw, nie tylko przypominał o powodzie, dla którego znajduje się po drugiej stronie barykady. Widok tych ludzi sprawiał, że obca energia w niej burzyła się i kotłowała i rosła z każdą dłużącą się minutą.

Czas był bezlitosny.

Prawo jednak nie. Następnego dnia po spotkaniu Biggsa, coś ją natchnęło i sprawdziła listę sędziów Seattle i znalazła tam znajome nazwisko. Starsza kobieta była człowiekiem od początku do końca, nie miała nic wspólnego z Manticore i z całą pewnością nie wiedziała o prawdziwej tożsamości Aleca McDowella. Ale mimo to poznała ją w swoim poprzednim życiu jako jego żona. Powód był niezmiernie prozaiczny. Jej mąż był najlepszym lekarzem-rehabilitantem i prowadził jej leczenie przez wiele miesięcy.

Wahała się przez kilka godzin, w końcu jednak postanowiła zaryzykować. Umówiła się na rozmowę z sędziną. Francesca Willston była co najmniej zaskoczona, kiedy powiedziała, jaki ma problem. Wiedziała naturalnie, że Alec nie żył i bez najmniejszych protestów czy próśb z jej strony zaproponowała swoją pomoc, kiedy usłyszała, że ktoś podawał się za niego czy też urząd skarbowy pomylił ich. Powody pomyłki nie były ważne. Ważne było, że do niej doszło.

Do chwili, kiedy pożegnała się z Biggsem i wróciła do hotelu, nie zdawała sobie nawet sprawy, jak silnie w ciągu tych kilku ostatnich dni zakorzeniła się w jej myśli nadzieja, że Alec jednak przeżył. Ale Biggs nic nie mówił. A przecież by jej powiedział, nieprawdaż? Znał sytuację. Znał prawdę. I do tej samej chwili nie uświadomiła sobie nawet, jak głupia to była nadzieja. Przecież Alec nie wróciłby do dawnej tożsamości. Co prawda miał jakąś historię, dokumenty, coś, na czym mógłby zbudować sobie przyszłość na wolności. Ale używanie tej tożsamości dla niego było zbyt niebezpieczne. Alec za czasów istnienia Manticore nie krył swojego kodu kreskowego. Nie było takiej potrzeby. Widziało go wielu ludzi i przyjęło to jako dziwactwo lub też wybryk z czasów nastoletnich. Używanie nazwiska McDowell byłoby czystą głupotą po tym, jak sprawa transgeników trafiła aż do Senatu.

Willston sprawdziła kilka spraw i wyjątków prawnych z przeszłości i już następnego dnia Liz zatrudniła adwokata, który w przyśpieszonym trybie złożył odpowiednie dokumenty. Teraz czekał ją jedynie podpis… znów oficjalnie wdowa. Nie nawet rozwódka. Francesca była genialna. Dzięki niej Aleca McDowella z Jam Pony uznano za ‚nie tego’ Aleca McDowella. Jej status znów był jasny. Ten drugi nie musiał się dowiedzieć… nie miała na to ochoty, kto wie, czyjej tożsamości Manticore użyło? Dostała nawet oficjalne przeprosiny od władz. Jak miło z ich strony… aż się skrzywiła, kiedy dostała pismo do hotelu. I teraz jeden podpis… jeden podpis na sądowym dokumencie, że cała procedura się odbyła, że została z nią zapoznana i że wie o ponownym statusie wdowy. Głupie oświadczenie złożone przed obliczem sądu… a jednak ściskało ją w żołądku, jakby co najmniej miała rozpocząć nowe życie.

I w jakimś sensie tak było. Życie bez Aleca. Życie bez ducha, bez nadziei, że jednak los spłatał jej figla i on żył… Chryste, jak bardzo pragnęła, by jednak żył. Nie musiał jej chcieć… kogo ona oszukiwała?… tylko, by żył. Znów zobaczyć ten zawadiacki uśmieszek, usłyszeć jego głęboki głos, poczuć jego zapach…

Żołądek ścisnął się w supeł, kiedy strażnik poprosił ją do środka niedużego gabinetu. Francesca uśmiechnęła się życzliwie, wskazując jej fotel obok siebie. Dwójka innych sędziów siedziała po drugiej stronie konferencyjnego stołu. Mieli posłużyć za świadków… Willston stwierdziła, że trudno byłoby skarbówce podważyć teraz procedurę, ale lepiej było się upewnić i zabezpieczyć. Kto mógł przewidzieć, co przyniesie przyszłość? Na pewno nie ona.

Po dokonaniu kilku stosownych formalności, ujęła w końcu dokument w dłonie. Trzęsły się nieznacznie. Czytała suche, krótkie prawniczego oświadczenie i łzy kłuły ją w oczach. Ale nie pozwoliła im wypłynąć. Nadzieja umarła razem z milczeniem Biggsa. Alec nie przeżył. Był w budynku, kiedy wybuchła bomba. Jakby to było w ogóle możliwe?

Ujęła w końcu pióro i po kilku próbach podpisała się. Jej palce drżały tak bardzo, że zabrało to jej dłuższą chwilę. W końcu jednak Elizabeth Claudia McDowell znalazło się pod dokumentem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *