Moja ukochana żona (6)

Rozdział szósty

Seattle, kwiecień 2004

Restauracyjka była nieduża i zdecydowanie w lepszej części miasta. I zdecydowanie miała dobrego kucharza, Biggs zdecydował po skosztowaniu przyniesionych przez kelnerkę dań. Obserwował wcale nie ukradkiem Liz i nie mógł dojść, co jest nie tak. Coś było nie tak. Jakaś rysa, melancholia w jej spojrzeniu. Jej oczy zawsze mówiły co czuła. W Manticore to była słabość, bezlitośnie wykorzystywana przez Renfro, ale właśnie w jej oczach Alec tak się zakochał. W emocjach, które pokazywały.

„Zabawne, jak układają się ludzkie losy.” odezwała się nagle, nokautując go w jego rozmyślaniach „Przyjechałam z powodu podatków, a spotkałam ciebie.”

„Zabawne… nie spodziewałbym się, że awaria motoru spowoduje nasze spotkanie.” odciął się natychmiast. Niestety, nie uśmiechnęła się. Nie było tam nawet cienia uśmiechu.

„Zabawne, nie spodziewałabym się wrócić do tego śmietniska… ale gdyby to nie było z powodu mojej rodziny, machnęłabym ręką i żyła dalej.”

„Ale i tak wciąż nie poruszasz głównego tematu.” wytknął jej. Dłoń Liz nieznacznie zadrżała.

„Po co?” wyszemrała „Renfro miała chore poczucie humoru, szczególnie kiedy to przychodziło do mnie. Wiem dość dużo i naprawdę nie chcę dowiedzieć się więcej. Wystarczająco rani to, co jest mi znane.”

„Jak się dowiedziałaś? Kiedy przyszli cię zlikwidować? Podczas pożaru? Jak się uwolniłaś?”

W jej oczach nie było śladu uśmiechu.

„Uwolniłam? Aaachh… Ja byłam na zewnątrz, w ogrodzie. Widziałam jak Alec wchodzi. Ciała były zbyt zmasakrowane, wybuch laboratoriów uniemożliwił analizę DNA… Później z zapisów kart identyfikacyjnych przy wejściu do budynku oraz faktu, że ja żyłam, uznano Aleca oficjalnie za martwego. To było jakieś dwa tygodnie później. Co do likwidacji…” westchnęła, patrząc się na szkło, wypełnione do połowy sokiem wiśniowym „Owszem, przyszli. Pięć minut przed Aleciem.”

Biggs wstrzymał oddech, wpatrując się w nią w całkowitym napięciu. Alec mówił, że widział ciało Liz… To chyba nie znaczyło… że…

„Manticore zdecydowanie nie doceniało skali moich zdolności. Nawet nie wiedzieli co ich trafiło. Zamieniłam jedną kobietę na mnie… i uciekłam. Kilka dni później zorientowałam się, że w kompleksie nikt właściwie nie wiedział, że za tym stało Manticore i nikt nie miał pojęcia o tym wszystkim… Sprawdziłam w bazach NSA. Nie mieli pojęcia o X-YF. Więc wróciłam do mojej tożsamości Liz McDowell, kod kreskowy usuwam. Jestem oficjalnie wdową, ale niestety urząd podatkowy doczepił się do mnie ostatnio… Po to tu jestem.” westchnęła „Niespecjalnie chciało mi się wracać. To miasto chowa zbyt wiele pamięci. To naprawdę dziwne dla kogoś, kto nie pamięta większości swojego życia, a cała jego wiedza o świecie liczy sobie ledwie dwa lata.”

„Musiało być ciężko… dowiedzieć się nagle.”

Parsknęła.

„Co?” spytał ogłupiały, widząc jej uśmieszek.

„Wiedziałam dużo wcześniej. Całe miesiące właściwie.”

Biggs po raz pierwszy w życiu był zupełnie niemy i żadne logiczne zdanie nie chciało przemknąć przez jego genetycznie poprawiony mózg. W końcu kiedy otrząsnął się z szoku, pierwsze słowa również nie były zbyt mądre i błyskotliwe.

„Jaja sobie robisz.”

Potrząsnęła głową.

„Ale Alec pisał w raportach…”

Skrzywiła się na dźwięk jego odpowiedzi. Nigdy nie wiedziała, co pisał w raportach, ale z całą pewnością nie mogła dopuścić do możliwości, by Alec się zorientował.

„Alec nie wiedział.” wyszemrała „Manticore nie zdawało sobie sprawy, że dostawałam błyski od niego. Widziałam dużo rzeczy, które mi robili jego oczami. Nie pamiętałam ich. Ale widziałam także inne wspomnienia, te szczęśliwsze, z nadzoru w Roswell. Nie chciałam trafić znowu do białego pokoju. Więc udawałam. Najwyraźniej skutecznie.” uśmiechnęła się niewesoło. Był czas, kiedy chciała wiedzieć wszystko o Alecu. Kiedy chciała się zanurzyć w całej tej iluzji… i nawet się jej udawało. Zanurzyć w iluzji uczucia, oddania. I tym gorsze było, że jeśli zespołowi do jej ściągnięcia nie powiodło się, Alec miał ją zabić. Nie wyobrażała sobie stawienia jemu czoła. W ogóle. Przez zbyt długi okres czasu był całym jej życiem. I nie wszystko z jej strony było udawaniem. Być może z jego także, ale to była raczej złudna nadzieja. Żołnierze Manticore nie miewają uczuć. A już zwłaszcza nie zakochują się w swoich ofiarach. Ale to było tak dobre, wręcz cudowne, zanurzyć się w tej iluzji i pozwolić odpłynąć podejrzeniom. „Pamiętasz moment, w którym Alec przedstawił mi starego kumpla z wojska?”

Biggs wykrzywił ironicznie wargi. Oczywiście, że pamiętał. On był tym kumplem. On był częścią rozrastającego się systemu nadzoru, w miarę, jak Liz otwierała się do świata.

„Jak mógłbym zapomnieć tę czerwoną sukienkę?” uniósł brew. Sukienkę, która doprowadzała Aleca do szału. Z jednej strony zabawne było widzieć dowódcę kompletnie ogłupiałego na punkcie jednej ślicznej brunetki, ale z drugiej strony było to niebezpieczne. Ostrzegł wtedy Aleca, że widać jego zainteresowanie Liz. Chryste, miał ochotę śmiać się do rozpuku, kiedy przypominał sobie jego zmieszane spojrzenie w tamtej chwili. Ale później sprawy między Aleciem i Liz poprawiły się, i to do tego stopnia, że Manticore zrezygnowało z prób sztucznego wywołania hormonalnej gorączki.

„Powiedzmy, że już wówczas wiedziałam wystarczająco wiele, by poskładać elementy układanki.”

Biggsowi zaschło w gardle. Kompletnie. Nagle wszystkie jego nadzieje, plany runęły w gruzy. Wszystko, co przez ostatnie pół godziny po cichu kombinował w myślach, by wyciągnąć przyjaciela z dołka, runęły niczym domek z kart, rozwiały się we mgle.

Ona wiedziała. I udawała, by ocalić życie. O cholera, jęknął w duchu.

Tymczasem Liz, kompletnie nieświadoma tych wszystkich myśli, przebiegających za bezemocjonalną maską na twarzy Biggsa, zrobiła coś, co pogrążyło ją kompletnie.

„Nie odzyskałam wspomnień i prawdopodobnie nie odzyskam… Ułożyłam sobie życie, ale i tak oglądam się ciągle za ramię. Nienawidzę dostawać błysków od osób wokół mnie, ale muszę ściągać to od nich. Nie chcę popełnić tego samego błędu, co wtedy… Bóg jeden wie, jakie jeszcze chore pomysły siedzą w umysłach rządowych.”

Seattle, styczeń 2003

Liz wciąż nie mogła się zdecydować, co dokładnie czuje, kiedy Alec był w pobliżu. Żywa? Zmieszana? Na pewno. Ale też on sprawiał, że bardzo, ale to bardzo pragnęła mieć swoje wspomnienia z powrotem. Pamiętać każdy szczegół o nim, wiedzieć, co sprawia, że mięknął zupełnie, co wywoływało prawdziwy uśmiech na jego twarzy zamiast tego uśmieszku, uśmiech, który sprawiał, że wewnętrznie zamieniała się w najprawdziwszą papkę. Haha. Zawsze naśmiewała się z tego określenia (skąd w ogóle o tym wiedziała?), ale w tej chwili czuła, że jest to najwłaściwsze określenie. Była papką. Jej kolana zamieniały się w trzęsącą galaretkę, kiedy on był w pobliżu, z tym swoim doskonałym, silnym ciałem.

Nie przyznawała się oczywiście do tego. Ale teraz była w stanie pojąć, dlaczego zgodziła się wyjść za Aleca w tak młodym wieku. Miała ledwie dziewiętnaście lat i już była związana na całe życie… związana z człowiekiem, który był dla niej niemal zupełną zagadką. Och, potrafiła powiedzieć o nim jakieś małe rzeczy.

Odkąd wyszła ze szpitala i mieszkali razem, była w stanie wychwycić wiele drobnych szczegółów i niuansów. Jak choćby fakt, iż był nieprawdopodobnie silny i zwinny, prawdopodobnie efekt jego pracy w wojsku. Że uwielbiał pizzę pepperoni, szkocką, a kreskówki darzył wręcz maniakalną miłością… złapała się nawet na zazdrości o głupi telewizor!

Sytuacja mieszała ją do kwadratu. Szczególnie, że od czasu jej pobudki w tym głupim szpitalu, Alec nie okazywał jej żadnych uczuć oprócz tego swojego uroku i troskliwości. Właściwie to nawet przesadzał z tą troską. Uważał na każdy jej ruch, poprawiał najmniejszy błąd i tłumaczył godzinami sprawy, które zauważała w świecie. Nie pamiętanie nawet faktu, dlaczego słońce świeci nad ich głowami i dlaczego jest tylko jedne i w dodatku żółte… wszystko było frustrujące. A on to znosił z wręcz anielską cierpliwością, tak samo jak znosił jej humorki podczas rehabilitacji i terapii, kiedy w końcu jej ciało jakimś zadziwiającym cudem zaczynało sobie przypominać jak chodzić, mówić, jeść… Nie było możliwości, by się tego nauczyła w ciągu tak krótkiego czasu i lekarze byli pełni nadziei, że inne wspomnienia wrócą. Ale nic nie nadchodziło i to sprawiało, że jej frustracja rosła. Chciała pamiętać Aleca. Chciała pamiętać, jak się poznali, chciała pamiętać ich ślub, ale nie tylko to, co przeżyli przez tych kilka miesięcy. Chciała pamiętać mnóstwo małych rzeczy, spraw, o które potykała się codziennie i nie miała pojęcia o nich, póki ktoś nie podstawił jej tego pod nos.

Westchnęła, przewracając się na drugi bok. Alec spał w sąsiedniej sypialni. Ich sypialni. Przez chwilę zastanowiła się, jaki był w łóżku, ale szybko odepchnęła tę myśl w najciemniejszy zakamarek umysłu. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła, że w tych sprawach była dość nieśmiała. Nawet z nim. Jej ciało nie podsuwało jej żadnej reakcji, kiedy był w pobliżu… nic, żadnych manualnych wspomnień. Zupełnie jakby się nie znali, nie byli poślubieni i nie spali ze sobą przez jakiś czas.

Frustrujące uczucie.

Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, jak Alec wyglądał. Zdecydowanie natura nie powinna była tworzyć kogoś takiego. Był doskonały. Jęknęła cicho na wspomnienie obrazu jego mokrego ciała, owiniętego tylko w ręcznik. Każdego ranka brał prysznic, potem golił się… któregoś razu weszła do łazienki, chcąc zapytać o coś i zdębiała. Alec najwyraźniej nie był zakłopotany przez to nagłe wtargnięcie, ale ona była. To był tylko jeden z wielu znaków, że w tych sprawach musiała być naprawdę nieśmiała… i to teraz wracało jak bumerang. Rumieniła się przy własnym mężu. Ktoś powiedziałby, że jest nienormalna. I tak się czuła.

Uniosła dłoń, czując pod skórą znów te drobne iskierki. Były zielone i bolały piekielnie. Ale jakoś przy Alecu ich nie czuła. Nazywał to brakiem równowagi. Po raz pierwszy, kiedy się pokazały, jeszcze w szpitalu, po prostu zgłupiała. Ale Alec był tam i ją uspokoił, zanim zaalarmowani lekarze i pielęgniarki wparowali do pokoju. Poczęstował ich ładną bajeczką o wybuchu frustracji, całkiem zrozumiałej skoro naprawdę chciała mieć swoje wspomnienia i władzę nad własnym ciałem. I kiedy oni wszyscy odeszli, wyjaśnił jej najspokojniej w świecie, że to jest paranormalna energia, którą nosiła w sobie od zawsze. Że przed wypadkiem miała niewiarygodne zdolności, które ukrywali przed światem. Zdolności, za które prawdopodobnie była odpowiedzialna niewiarygodnie wysoka aktywność mózgu. Wyglądało na to, że wszystkie części mózgu były aktywne i zadziwiająco nie przekładało się to na jakiś geniusz czy coś w tym stylu… tylko na jej zdolności. Właśnie dlatego tak bardzo jej pamięć była uszkodzona po pożarze ich domu. Prawdopodobnie próbowała go ugasić. Ale przecież nie mógł tego powiedzieć lekarzom… Naprawdę nie chciał, by inni się dowiedzieli.

To był dzień, w którym uwierzyła, że Alec naprawdę był jej mężem. Przez wszystkie tygodnie wcześniej nie czuła do niego niczego, żadnej iskierki, żadnego zaufania, jej ciało także go nie pamiętało. Ale dlaczego miałby kłamać, że był jej mężem? Dokumenty także to mówiły. Zdjęcia. Dwójka znajomych. To nie miałoby sensu. I kiedy zaczął jej mówić o jej zdolnościach, jak ich używała, w jaki sposób zmuszała rzeczy, by się poruszały albo zmieniały swoją strukturę molekularną… Uwierzyła mu. Ponieważ kiedy spróbowała… i to działało… czuła się dokładnie tak, jak mówił. Nie sam fakt znajomości jej zdolności sprawił, że zaczęła mu wierzyć. Alec wiedział, jak się czuła podczas używania tych zdolności.

I teraz naprawdę była skłonna uwierzyć w nadmierną aktywność swojego mózgu. Jej myśli ciągle dryfowały w nie tę stronę, co trzeba. No dobrze, może to nie był niewłaściwy kierunek, myślenie o własnym mężu, ale to sprawiało, że jej frustracja rosła. Jak do diabła to miało działać? Żyła obok kompletnie obcego człowieka. Troszczył się o nią i zajmował z niesamowitym poświęceniem… i wiedział prawie wszystko o niej, podczas gdy ona nie mogła powiedzieć tego samego. Nie znała siebie, nie znała jego. I kiedy na Boże Narodzenie wprowadziła się do ich nowego mieszkania w rządowym kompleksie pod Seattle, naprawdę nie czuła się, jakby wracała do domu. Z jednej strony to była ulga, nie być pod nadzorem lekarzy i móc odkrywać, co potrafi zrobić swoimi zdolnościami, a z drugiej strony… to budziło coraz większą frustrację. Potrafiła uzdrawiać niewielkie rzeczy, ale nie potrafiła uzdrowić własnego mózgu. Jakby ktoś postawił przed nią ogromną tamę o gładkich ścianach i kazał się wspinać bez niczego. Nie mogła nawet ruszyć powierzchni. Jej umysł był zablokowany, zamknięty, zmuszając ją do skupienia na bieżących problemach, bieżących sprawach i to rodziło znów frustrację. Frustrację, niemoc, złość. A wszelkie negatywne emocje wywoływały te paskudne bolesne błyski. Miała w sobie przeogromną energię, która rosła i rosła, domagając się ujścia na równi z kotłującymi się w jej głowie emocjami. I nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić.

Niepewnie wstała i spojrzała na zegarek na nocnym stoliku. Kilka minut po drugiej w nocy. Alec pewnie spał. Ale to bolało jak diabli i nie wiedziała, co zrobić. Powrót w błogosławioną krainę snu nie wydawał się już możliwością. Odespała swoje obowiązkowe dwie godziny. Po powrocie do domu odkryła, że nie spała dłużej ani krócej podczas doby. Zupełnie jakby jej mózg był zaprogramowany na taką a nie inną ilość snu. Co pewnie było jakimś rodzajem prawdy…

Wiedząc, że nie ma nawet ucieczki w objęciach Morfeusza, musiała szukać pocieszenia zupełnie gdzie indziej… to też się jej nie uśmiechało. Jak do diabła miała to zrobić, nie budząc go?

Cichutko wyszła z pokoju i skierowała niepewne kroki do ich dawnej sypialni. Nie bywała za często w tym pokoju. Budził w niej jakieś dziwne skurcze żołądka, zupełnie jakby wewnątrz harcowało całe stado motyli. Ale to pewnie tylko jej rąbnięta energia, która teraz tańczyła na jej ramionach jak się jej żywnie podobało… Och, kogo ona oszukiwała? Żołądek zaciskał się w niej na samą myśl, że kiedyś spała w tamtym pokoju, z Aleciem obok siebie albo robiąc rzeczy, które powodowały senność i przyjemne zmęczenie.

Leżał na brzuchu, policzek miał przyciśnięty do materaca, prześcieradło zawinęło się wokół jego talii. Poduszkę rzucił gdzieś daleko, nie była w stanie go dojrzeć. Światło księżyca wpadało przez niezasłonięte okno, nawet poprawiając wygląd jego pleców. Nieświadomie zrobiła kolejny krok w stronę łóżka. Napięta, gładka skóra, przykrywająca zaskakująco silne ciało…

„Liz?”

Jego pytający ton wziął ją z zaskoczenia. Jęknęła w duchu, czerwieniąc się we własnej głupocie. Co ona do diabła myślała? Alec był żołnierzem. Jego trening sprawiał, że budził się w sekundzie, kiedy ktoś obcy zbliżał się do niego. Jak jego własna żona, uświadomiła sobie boleśnie.

„Nnic…” wyjąkała, potykając się z powrotem w stronę drzwi. Ale Alec był szybszy, w sekundzie na nogach i tuż przed nią. Zamrugała zaskoczona. Jak do diabła człowiek mógł ruszać się tak szybko?

Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał prosto w oczy.

„Co jest niewłaściwie?” spytał miękko. Wyrwała się jego spojrzeniu i spuściła oczy w dół… natychmiast uświadamiając sobie swój własny błąd, kiedy jej wzrok spoczął na gładkiej, mocnej klatce piersiowej męża. Jej gardło zaschło. Niepewnie uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, ale to nie było tak łatwe. I psiakrew, znów był ten rumieniec na jej policzkach.

„Uch, przepraszam, że cię obudziłam…” jakoś zdołała wymamrotać. Uśmiechnął się. Ciepło, nie jakiś uśmieszek, który dosyć często gościł na jego ustach. Oba były urocze, ale właśnie ten pierwszy zamieniał ją w papkę. Musiała uciekać. I to szybko.

„I tak nie spałem.” powiódł spojrzeniem po jej sylwetce, szybko dostrzegając, że jej pięści są zwinięte pod rękawami „Och. Boli?”

Skinęła niepewnie głową. Alec od razu pociągnął ją do jego objęcia i jakoś nie zaprotestowała. Jego dłonie gładziły ją uspokajająco po plecach i niemal czuła, jak cała frustracja powoli zelżeje w swoim uścisku i odpływa daleko. Przynajmniej do czasu, kiedy poczuła, jak wewnętrzne strony kolan trafiają na brzeg łóżka. Zesztywniała momentalnie.

„Szsz…” wymruczał do jej ucha „Nie będę niczego próbował.”

Nie wiedziała, czy ma śmiać się czy płakać. Jej własny mąż obiecywał jej, że jej nie dotknie w ten sposób, a jej samej sprawiało to ulgę. Jak dużo bardziej chora i pokręcona mogła być ich sytuacja?

Ostrożnie ułożył ją na łóżku i sam wdrapał się tuż obok. Była taka malutka w ogromnym łóżku… przykrył ją starannie i dopilnował, by tylko ich ręce się stykały.

Liz wierciła się przez chwilę. Leżała na jego dawnym miejscu, łóżko wciąż miało jego ciepło, przyjemne ciepło. Przewróciła się w końcu na bok… co sprawiło, że miała nieoczekiwanie zupełnie inny widok, niż się spodziewała. Na szafce, za lampką, stało małe zdjęcie…

„Alec?” spytała niepewnie, sięgając od razu po uchwycony przez fotografa fragment ich przeszłości i obracając się z powrotem na plecy. Zdjęcie było niewątpliwie studyjne. Powiodła drżącym palcem po szkle. Miała śliczną koronkową sukienkę, prostą i skromną, Alec był w ciemnym galowym mundurze… wyglądał zabójczo. Ale to, co ją uderzyło najbardziej w tym zdjęciu, to wyraz jego oczu. Coś ścisnęło ją w gardle. Teraz jego oczy były najczęściej zamknięte, chłodne, a jedyne, co wyrażały to troska, a nie żadne obłąkane szczęście pana młodego.

„Opowiedz mi o naszym ślubie.”

Alec westchnął, przeklinając w duchu własną głupotę. Ze wszystkich zdjęć, zrobionych przez specjalistów z Manticore, to było jego ulubionym. Nie dlatego, że fotomontaż był absolutnie doskonały, ale ponieważ zdjęcie Liz użyte do jego wykonania nie zostało zrobione w chwili, kiedy patrzyła na Maxa Evansa… Sam je zrobił, na Florydzie. Była szczęśliwa w jakimś momencie swojego życia – z dala od obcych, federalnych… i większości jej nadzoru. Drugie, chociaż znacznie krótsze wakacje u ciotki Mandy dały im pretekst do znacznie bliższego podejścia do dziewczyny i w ten sposób ograniczenia liczby szpiegujących ją ludzi. Nie lubił tego. Ale na tym zdjęciu wyglądała naprawdę na szczęśliwą i Alec nie miał wątpliwości, że była. Tak samo jak on był szczęśliwy, że wreszcie zabrał ją spod oka Renfro. W życiu mało kiedy żałował swoich misji, a kiedy tak się działo – Manticore starało się by przestał się tym przejmować. Tym razem jednak nikt z Psy Ops nie miał pojęcia o dręczących go wyrzutach sumienia i winie osiadłej na dnie żołądka. On ją sprowadził do tego piekła… i za wszelką cenę nie chciał, by szybko tam wróciła. Ale nie miał pojęcia, jak do niej przemówić. Wydawało się, że wbrew temu, iż nic nie pamiętała, jakaś część jej instynktownie rozpoznawała w nim groźbę.

Nagły pomysł przyszedł mu do głowy, kiedy tak widział jak wpatruje się w niego tymi swoimi pięknymi, brązowymi oczami. Nie zdawała sobie sprawy, jak wiele emocji płonęło w nich, jak piękne są, nawet jeśli wyrażały tylko zagubienie, strach i niepewność. Ale coś wyrażały. Były tak różne od tego, z czym się stykał na co dzień w Manticore. Uwielbiał na nią patrzeć… na jej reakcje, na uczucia.

Sięgnął ponad nią do nocnej szafki i otworzył jedną z szuflad. Poszperał przez chwilę w jednej i triumfalnie wyciągnął coś białego… po czym umieścił w jej trzęsącej się dłoni. Jej oczy stały się ogromne z szoku.

Cieniusieńki łańcuszek z białego złota, a na nim zawieszona mikroskopijna, wysadzana kamieniami biała róża… Jęknęła cicho. Ten sam naszyjnik, jaki miała na zdjęciu. W dniu swojego ślubu. Ich ślubu. Ten drobiazg sprawiał, że wszystko wokół było przerażająco realne. Ślub, małżeństwo, Alec… oni razem, teraz, w łóżku, oddaleni od siebie o mile, podczas gdy zdjęcie mówiło wyraźnie, że jakiekolwiek oddalenie się od siebie nie wchodzi w grę.

„Pamięć to bardzo delikatna sprawa… mogę ci podać fakty, najdrobniejsze szczegóły z twojego życia, także te, o których nawet przed utratą pamięci nie chciałaś myśleć. Ale pamięć to nie tylko te wielkie wspaniałe chwile w twoim życiu, ważne rzeczy, których nie pamiętasz… jak twoi rodzice. To przede wszystkim uczucia, coś, co czułaś w danej chwili, co sprawiało, że warto było tę chwilę zapamiętać… albo sfotografować. A tego nie mogę ci opowiedzieć. To jest najbardziej bolesny aspekt amnezji, nie brak wiedzy o przeszłości – ją zawsze możesz sobie przyswoić…” otarł delikatnie łzę, która toczyła się po jej policzku; zadziwiająco, nawet się nie cofnęła. Dźwięczenie energii w jej ciele dawno zostało zapomniane.

„Co, jeśli nigdy nie odzyskam tego z powrotem?” szlochała miękko.

Nigdy jej nie odzyskasz, pomyślał ze ściśniętym sercem. Jedyne, co może wrócić, to tylko to, czego nie udało się wymazać tym sukinsynom… a ja byłem jednym z nich. Wciąż jestem. Ale gdybym mógł cofnąć czas, nie zmieniłbym rzeczy. Ponieważ teraz leżysz w moim łóżku, zamiast marnieć z powodu Evansa i jego kosmicznych problemów. Żyjesz, oddychasz… zamiast wegetować w oczekiwaniu na kolejny zawód i cios od niego.

„Ale ze mnie beksa…” wymamrotała, ocierając ciepłe łzy z policzków.

„Wcale nie…” uśmiechnął się niewinnie, wywołując tym samym wzniesienie oczu do sufitu. Przysunął się nieznacznie do niej. Zaczekał, aż odstawi zdjęcie i natychmiast skorzystał z tego. Otoczył ją ramionami, tak, że teraz leżała na boku, z nim wtulonym w jej tył. Diabelnie. To było przyjemne. Aż za bardzo, pomyślał, czując nagłą niewygodę pewnej części własnej anatomii.

„Mogę ci opowiedzieć z mojego punktu widzenia…” wyszemrał do jej ucha. Drgnęła.

„W porządku.” zwilżyła suche usta, myśląc o długiej liście pytań, jakie kotłowały się w jej głowie. Było ich po prostu zbyt wiele. „Jakie… jest twoje ulubione wspomnienie?”

Zaśmiał się miękko, myśląc, że to jest czas, by pchnąć ją nieco dalej.

„Noc poślubna.”

„Och.” to było jedyne, co była w stanie z siebie wydobyć. Głęboki rumieniec zabarwił skórę jej policzków, serce gwałtownie skoczyło w piersi… Czy to był ich pierwszy raz czy może wcześniej do czegoś doszło? Zadrżała. Mogła sobie to tylko wyobrażać. Nie była pewna, czy Alec jest skłonny opowiadać jej o tym… poza tym do dzisiejszego wieczora praktycznie omijali te tematy. Bardzo szerokim łukiem.

Tu cię mam, pomyślał zadowolony, wsadzając nos w jej włosy i uśmiechając się. Jeden zero dla mnie, Evans. Ona już nie jest twoja. Jest moją żoną i śpi dzisiejszej nocy w moim łóżku… nawet jeśli to będzie najniewinniejszy sen, jaki kiedykolwiek spędziłem koło kobiety.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *