Moja ukochana żona (5)

Rozdział piąty

Roswell, kwiecień 2004

Liz wybiegła z Crashdown, łzy napłynęły jej do oczu. Zacisnęła pięści, chcąc stłumić wrzask frustracji i rozpaczy. Ostatnimi czasy wydawało się, że jej poukładane od nowa życie zaczynało rozsypywać się na kawałki.

I wtedy to poczuła. Bolesne, odrętwiające prądy sunące przez jej ciało, domagając się wyjścia, wyładowania. Schowała dłonie w rękawy, rozglądając się z rozpaczą za jakimś wyjściem. Niestety, z jednej strony alei miała wylot na Main Street, przepełnioną porannym ruchem, podobnie nie mogła cofnąć się do Crashdown.

Elektryczne brzęczenie gwałtownie rosło i w kilka sekund na jej skórze pojawiły się małe błyski, rosnące z każdym wyładowaniem. Skuliła się z bólu, ciało natychmiast zdrętwiało, mięśnie stały się sztywne. Nie mogła już rozmazać do jakiegoś ciemnego kąta. Rozejrzała się rozpaczliwie za kryjówką. Byle przeczekać najgorsze.

„Liz…” usłyszała za sobą zaskoczone sapanie matki. Jęknęła w duchu. Nawet doskonały słuch ją zawodził, kiedy ta przeklęta obca energia przejmowała nad nią kontrolę, przestawało się liczyć wszystko wokół niej. Odwróciła się powoli.

Oczy Nancy rozszerzone były od szoku, kiedy z terrorem wpatrywała się w ręce córki. Uniosła dłonie do ust, zakrywając je, niemal podnosząc je do oczu, jakby nie była w stanie uwierzyć ani patrzeć na to. Liz chciała zapłakać. Nie chciała takiej reakcji ze strony własnej matki. A może zbytnio przypominała jej ojca? Obcych? Albo w jakikolwiek sposób doszło do jej powstania?

Ignorując piekielny ból stąpnęła bliżej, ale Nancy cofnęła się momentalnie. Rana przemknęła przez twarz Liz, ale podeszła bliżej. Tym razem matka stała jak wmurowana.

„Nie skrzywdzę cię.” powiedziała spokojnie, ale Nancy była daleka od spokoju. Liz uwięziła jej oczy własnym spojrzeniem i hipnotyzująco rozkazała. „Czujesz się senna, pójdziesz się położyć. Nic tutaj się nie wydarzyło, o wszystkim zapomnisz, kiedy tylko się położysz. Nawet mnie nie spotkałaś. Idź.”

Nancy w transie odwróciła się i zniknęła w domu. Liz zataczając się z bólu, poszła jej śladem, nie zauważając zszokowanego Michaela, który zdążył ukryć się ponownie w kuchni.

Seattle, kwiecień 2004

Liz zdjęła hełm, patrząc sceptycznie na śmietnisko, jakie rozciągało się wokół niej. Nie lubiła zbytnio Seattle, ponieważ kojarzyło się jej z samym Manticore. Nie przywykła do tego, by ponure obrazy atakowały ją z każdym oddechem. Tutaj większość zaułków chowała jakieś ponure wspomnienia, torturując ją coraz bardziej z każdym błyskiem. Jednocześnie wiedziała, że każdy jeden pojedynczy błysk i jej zdenerwowanie powodowało kolejny. Traciła równowagę.

Przyjechała tego popołudnia i od razu wywędrowała do Departamentu Pracy. Używając swoich zdolności, zdołała dowiedzieć się, że Alec McDowell wciąż pracuje w Jam Pony oraz zdobyć adres i numer jego akt. To był niezły postęp, ale nadal wciąż zbyt mały w stosunku do zasobów energii, jakie zużyła. Czuła, jak niebezpiecznie blisko podchodzą pod granice jej kontroli, przymilając się, wabiąc, dręcząc. To było naprawdę irytujące, może nawet bardziej niż sam fakt, im dłużej przebywała w tym śmietnisku, tym bardziej stawała się X-YF. Skóra na karku, gdzie wyczyściła laserem kod kreskowy, wręcz ją swędziała i piekła na samą myśl, że jeszcze kilka miesięcy temu… Stop, McDowell, powiedziała surowo do siebie. Nie idź za tą myślą.

Jej wewnętrzny zegar mówił jej wyraźnie, że nie ma zbyt wiele czasu, zanim zamkną tę całą firmę kurierską, ale żołądek zaczął domagać się jedzenia. Przeklinając w duchu swój transgeniczny apetyt, przywołała mapę ulicy, którą przejeżdżała nie tak dawno. Zdaje się, że były tam jakieś budki z jedzeniem. Nie mając czasu na obiad musiała zjeść coś po drodze. Westchnęła. Znowu niezdrowe jedzonko. Nie miała aż tak szybkiego metabolizmu jak X5 ani całego stosu poprawionych mięśni, domagających się nieustannie paliwa, więc musiała uważać. Ale niestety, jej żołądek tak nie myślał i zawsze najwięcej ciągnęło ją do niezdrowej, tłustej, słodko i mocno przyprawionej żywności, od pizzy począwszy a skończywszy na czekoladowym torcie z sosem tabasco. Czasami zdarzało się nawet, że przez to, co jadła, jej równowaga była zachwiana. Jej dietetyczne pomysły mogły ją kiedyś zabić.

Dziesięć minut później siedziała oparta o swoją maszynę, kiedy jej komórka zaczęła wygrywać melodię. Spojrzała na wyświetlacz. Maria. Wzdychając ciężko odrzuciła połączenie. Momentalnie straciła apetyt. Pewne rzeczy naprawdę się nie zmieniły. Zawsze, kiedy coś się jej nie podobało, traciła apetyt.

Seattle, 2003

Dłonie nieznacznie trzęsły się, ujmując nieduże, szklane pudełeczko. Boże, tak bardzo pragnęła po prostu zniknąć, zakopać się w ciepłe, ciemne miejsce i zapomnieć każdy z tych błysków. Chciała zamknąć się w sobie, nie myśleć… a jedyna dostępna droga do tego prowadziła jeszcze głębiej w to oszustwo. Prosto w paszczę lwa, dając im dokładnie to, czego chcieli.

Jej ręce zatrzęsły się ponownie. I tym razem tak bardzo, że kruche pudełeczko wysunęło się z jej rak i z cichym hukiem rozbiło się o kafelki.

Gapiła się na szklane okruchy. Doskonale obrazowały to, czym stało się jej życie. Wszystko rozbite. To, co uważała za prawdę, okazało się równie trwałe jak to szkło. Tylko… bolało o wiele mocniej.

I dlaczego dzisiaj? Dlaczego nagle ni stad ni zowąd dostała błysk od niego? Po setkach, tysiącach małych i większych dotknięć…

„Co mi jest?” wymamrotała do swojego odbicia, ale pozostawało nieme. Potrząsnęła głową. Głupie pytanie. Nie wiedziała, co jej jest i prawdopodobnie szybko się nie dowie…. Uczucie w głowie, dziwne huczenie i wirowanie, które zaczęło się krótko po śniadaniu, zamieniło się w dziwną niechęć do dotyku Aleca, aż wreszcie dziwny błysk, który z pozoru nie miał sensu.

Alec obserwujący ją przez grube okno, podczas gdy wokół uwijał się prawdziwy tłum ludzi… lekarze, technicy, jacyś inni wyglądający na strażników. Dwoje z nich, za szybą, trzymało ją za ramiona i ciągnęło po podłodze, aż wreszcie rzuciło nieprzytomna w kąt.

„YF 001 gotowa do transportu?” do pomieszczenia wkroczyła drobna blondynka.

„Jeszcze nie, proszę pani. Były problemy.”

„Rodzaju?” kobieta była zirytowana. I tu właśnie urywał się błysk.

Żadnych odczuć, tylko odrobina pamięci, obrazu i dźwięku… Zupełnie jakby był wyprany z uczuć. A dobrze wiedziała, że nie był.

Ścisnęła dłońmi skronie. Wszystko huczało w niej i kręciło się. Spojrzała ponownie na swoje odbicie… Szkło spłynęło ze ściany. No wprost genialnie. I jak ona to wytłumaczy Alecowi?

Cofnęła się z łazienki do sypialni i położyła na łóżku, dłońmi obejmując głowę. Chciała zniknąć, rozpłynąć się. Jak wszystko, w co wierzyła. Była tylko pionkiem w grze. Tylko pionkiem, nikim więcej. Przedmiotem badań, dręczona torturami, by dostali to, czego chcieli.

I kim był w takim razie Alec?

~ * ~

„W porządku. To przestało być zabawne.” Alec rzucił widelec w talerz. Irytacja sączyła się z każdego pora jego doskonałego ciała, by w końcu rozbłysnąć w jego leszczynowych oczach. Liz skuliła się wewnętrznie. Wierzyła tym oczom, zaufała im… Muszą mieć niezły ubaw, tak mną manipulując. Aż się skuliła ponownie. Eksperyment nie bolał oprócz tej drobiny goryczy, że tak była zmanipulowana… Bolał sam fakt, że to Alec brał w tym udział, oszukiwał ją i wykorzystywał. Boże, jak go…

„Liz, co jest?”

Drgnęła. Teraz był naprawdę wkurzony.

Rzuciła własnym widelcem w talerz i odchyliła się na krześle.

„Dlaczego uważasz, że coś jest?”

„Ponieważ cię znam.”

Nie zdołała powstrzymać niecierpliwego, wątpiącego parsknięcia. Alec zmrużył oczy ze złością. Wiedział, że jej humorek został prawdopodobnie spowodowany hormonami, ale efekt był dość nieoczekiwany. Spodziewali się raczej czegoś w rodzaju rui, sztucznego wywołania podniecenia… nie uśmiechało mu się to, ale Renfro była niecierpliwa. Wredna suka. I zboczona, to musiał jej przyznać.

Odsunął talerz i przyjrzał się jej uważnie.

„Źle się czujesz?”

Wzruszyła ramionami.

„PSM?” spytał z uśmieszkiem. Parsknęła znowu. Naprawdę, teraz to przesadził. Dobrze wiedział, że przez następne trzy tygodnie ma spokój. Trudno było ukryć takie rzeczy z kimś, z kim się podzielało sypialnię, nawet jeśli nie łączyło ich takie spanie.


„Po prostu dziwnie się czuję.”

Spoważniał natychmiast.

„Co masz na myśli, mówiąc ‚dziwnie’?”

„Dziwnie.” mruknęła, patrząc z obrzydzeniem na jedzenie. Znowu złapały ją mdłości, wykręcając żołądek.

„Aaagrrr…” zerwała się nagle i sprintem wyrwała do łazienki, zostawiając oszołomionego Aleca.

Gwałtowne konwulsje wciąż nią targały, kiedy poczuła na sobie ciepłe dłonie. Ostrożnie odgarnął zagubione kosmyki ze spoconego czoła. Liz usiadła na zimnych kafelkach. Czuła się jakby przejechał przez nią walec drogowy i zapewne tak samo wyglądała.

„Lepiej?” spytał. Mogła niemal przysiąc, że jego głos wyrażał prawdziwą troskę. Potrząsnęła głową. Wcale nie było lepiej. Pochyliła się, gdy następna fala gwałtownych skurczów żołądka zaczęła doprowadzać ja do szału. Co do diabła było w śniadaniu?

Może lepiej nie wiedzieć… To ‚tylko’ rządowi i ich eksperyment. Mogła nie mieć wspomnień, mogła nie wiedzieć wielu rzeczy o świecie… ale strach przed rządowymi tkwił w niej naprawdę głęboko. I zawsze, kiedy się nad tym zastanawiała, żołądek podchodził jej do gardła i powracało to samo uczucie dezorientacji i zagubienia, jak po obudzeniu się w szpitalu.

„Alec, dlaczego mam amnezję?”

Coś błysnęło w jego oczach. Wina? Skuliła się, bo Alec dotknął jej policzka i przez myśl przetoczył się potężny błysk.

Przeogromna wina. Wyrzuty sumienia. Żal. Troska. Zagniewanie.

„Liz?” dotarł do niej zaniepokojony głos Aleca. Zamrugała oszołomiona.

On coś czuł. Może nie dokładnie to, co deklarował wobec niej, ale jednak. I jego troska była szczera, nawet jeśli była efektem wyrzutów sumienia. Odprężyła się nieznacznie.

„Położę się.” wymamrotała niepewnie podnosząc się z podłogi. Alec chwycił ją od razu i po sekundzie była już niesiona w stronę sypialni.

Zamknęła zmęczona oczy. Ten dzień był paskudny… naprawdę. Ale mimo wszystko odkryła w tym czymś coś, co mogło jej pomóc.

Alec naprawdę się o nią troszczył. A ona nie troszczyła się o powody.

Seattle, kwiecień 2004

Biggs niejako automatycznie skręcił za róg, wymijając kolejnego przechodnia. Spieszył się. Naprawdę. Jego motor musiał się zepsuć akurat na drugim końcu miasta. Taki zbieg okoliczności możnaby uznać nawet za fatum, gdyby nie fakt, iż tego wieczoru miał naprawdę miło zapowiadającą się randkę, a pochmurne niebo huczało groźnie.

Jego nos złapał jakiś znajomy zapach w powietrzu. Transgenik, uświadomił sobie w następnej sekundzie. Powiódł wzrokiem po tłumie. Nie widział nikogo znajomego.

„Hej.” cichy, młody głos za nim sprawił nagle, że wszystkie włoski na karku stanęły dęba w przerażeniu. Odwrócił się powolutku, zupełnie jakby chciał odwlec nieuniknione. To było niemożliwe. Ona spłonęła w pożarze. Nie było najmniejszej możliwości, że…

A jednak stała jakieś dwa metry przed nim. Ciemne spodnie, skórzana kurtka i kask w ręce mówiły wyraźnie, że trochę się zmieniła od ich ostatniego spotkania. Uderzyło go natomiast co innego. Upięte w swobodny kok włosy, doskonały makijaż… wciąż była prześliczna. I zdecydowanie nie z Seattle. Liz mieszkała poza miastem, była tutaj przejazdem. Wciąż mógł czuć zapach wiatru i swobody od niej. I to spokojne, nie znudzone wyrażenie na jej twarzy, dodało kolejny element do łamigłówki.

„Liz.” nawet w jego uszach głos zabrzmiał dziwnie wrogo i ostrożnie.

„Spoko, ja też mam kod kreskowy na karku.” wyszemrała, krzywiąc się „Dla NSA wszystko co się rusza i ma kod, to zwierzę na polowanie i nie ważne, czy się z tym urodziłeś czy dodano ci to później.”

Rozluźnił się nieznacznie, zastanawiając się jednocześnie co tu robiła… w następnej sekundzie jego umysł gonił w implikacjach faktu, że Liz żyła. Jezu, jak się Alec dowie…

„Tylko chciałam powiedzieć cześć. Już mnie tu nie ma.” uśmiechnęła się i odwróciła, zanim zdążył coś z siebie wydusić. Rzucił się w tłum za nią, chcąc ją dogonić. Udało mu się to dopiero po kilku ładnych chwilach. Drobna brunetka potrafiła kluczyć w najmniejszych szczelinach między ludźmi.

„Zaczekaj!” chwycił ją za ramię i wówczas to poczuł. Pod jego dłonią brzęczała energia, niezwykła, nieziemska energia. X-YF była częściowo obcą, której genetykę zmodyfikowano na transgeniczną dzięki metodzie jakiegoś japońskiego naukowca, który w ten sam sposób wyleczył małego chłopca. Ale nie to liczyło się. Liczył się fakt, że chociaż na papierze, była wciąż żoną Aleca. Aleca, który nie wiedział, że ona wciąż żyła. Aleca, który przed długie miesiące rzucał się w przygodny sex i alkohol, by zapomnieć, w czym brał udział, by zapomnieć, że on sam dostarczył Manticore dziewczynę, w której się potem zakochał. I psiakrew, teraz ona stała przed nim, żywa i cała i zdrowa i Bóg wie, co się z nią działo od czasu pożaru Manticore i rządowego kompleksu pod Seattle.

Spojrzała na niego. Cofnął dłoń natychmiast.

„Przepraszam. Tylko chciałem porozmawiać.”

Westchnęła. Gdyby teraz wyruszyła, zdążyłaby na zamknięcie Jam Pony. Ale 593 nie dałby się tak łatwo spławić.

„Jestem głodna. Możemy porozmawiać przy obiedzie?”

Biggs skinął głową. Jeden mały kroczek naprzód. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *