Moja ukochana żona (4)

Rozdział czwarty

Kilka fraz pożyczyłam z odcinka „She ain’t heavy”

Seattle, kwiecień 2004

Komitet wzywa agenta specjalnego Ames’a White. Agencie White, został pan zapewne poinstruowany przez prawnika i swoich zwierzchników, aby powołać się na 5 poprawkę. Ale jako członek komitetu i prawy Amerykanin, chciałbym zwrócić uwagę, że to co nas interesuje – to prawda.

Prawda, sir, jest oczywista. Czy pewne partie potajemnie przeznaczyły fundusze na genetyczne eksperymenty? Tak. Czy pozwolono uciec transgenikom? Tak. Czy zostało to zatajone przed społeczeństwem? Tak. Czy transgenicy są niebezpieczni? Z całą pewnością, tak. Nie mogę już z czystym sumieniem brać udziału w tuszowaniu tej sprawy. Ci transgenicy stanowią poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego i amerykańskiego stylu życia. To jest wojna… wojna, której nie możemy przegrać.

Alec parsknął, odwracając wzrok od wystawy. Jego poprawiony słuch doskonale wychwytywał dźwięk z telewizora, płynący z otwartego okna na pierwszym piętrze. Zerknął na zegarek. Wiadomości wieczorne. O tak. Przesłuchanie w Kongresie powtarzały wszystkie stacje, we wszystkich wiadomościach. I dzięki temu palantowi od Zaufanych, on i wszyscy inni uciekinierzy z Manticore mieli przekichane do końca życia.

Ciekawe, co by pomyśleli ludzie, gdyby wiedzieli, że te przerażające monstra z próbówki zostały stworzone tylko po to, by oni sami nie musieli tracić bezsensownie życia,  dodatku przegrywając wojnę przed jej rozpoczęciem? Haha. Hej, ludziska, kosmici chodzą po tej planecie. I to nawet aż pięć odmiennych gatunków. Dodajmy do tego psycho-Zaufanych White’a. Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.

Potrząsnął głową. Zdecydowanie potrzebował snu. Dziwne myśli przychodziły mu do głowy. Ostatnie dwie balangi z Biggsem i kilkoma innych członkami jego dawnego oddziału, gdzie większość z nich miała DNA rekina, pozwalające obejść się bez snu, zaczynały oddziaływać na niego bardziej niż sądził. Wcale niewesołe historie, jakie opowiadali inni transgeniczni o swoich losach po pożarze Manticore, mroziły krew w żyłach. Chociaż jako żołnierze byli praktycznie blisko niezwyciężalni, to jednak w pojedynkę… nie mogli wiele zdziałać. Przydałoby im się bezpieczne miejsce, gdzie mogli się organizować, miejsce jak nietykalna baza. Coś jak TC. Ale TC potrzebowało gotówki, wysiłku i wielu starań, by się taką stać.

Dzisiejszego wieczora miał pracę, podobnie jak kilkoro innych. Zamierzali okraść gabinet kosmetyczny. Nie było to specjalnie trudne, ale laser był im naprawdę potrzebny. Nie mogli za każdym razem włamywać się, kiedy ktoś z serii X potrzebował pozbyć się kodu. Za dużo kłopotu.

Roswell, kwiecień 2004

Max należał do cierpliwych osób, których upór był wręcz drugą naturą. Kiedy potrzebował, potrafił przywołać wielką siłę woli, by coś osiągnąć.

Tylko to nie działało zupełnie, kiedy chodziło o Liz. Od jej powrotu, obojętnie co zrobił, obojętnie jak bardzo starał się być cierpliwy i wyrozumiały, wszystko sypało się w gruzy. I pierwsze, co zrozumiał, kiedy wróciła, iż jej serce było nienaruszone, ale schronione w sposób, którego zupełnie nie pojmował. Wróciła radość życia, ten spokój tak charakteryzujący ją zanim zaczęły się obce problemy. Wydawało się nawet, że jej marzenia o biologii przetrwały gdzieś w podświadomości. Max raz złapał ją przez przypadek, spoglądającą tęsknie w stronę biologicznej klasy, kiedy przyjechała do szkoły z uzupełnioną dokumentacją. Gdziekolwiek uczyła się przez czas swojej nieobecności, jej oceny były fantastyczne i dawały jeszcze nadzieję, że najlepsze uczelnie w kraju będą się o nią kłóciły. Ale na dzień dzisiejszy wydawało się, jakby była zupełnie zadowolona z powrotu do domu, usiłując powoli i mozolnie odbudować swoje życie po amnezji.

Czasami siadywał w Crashdown, szczególnie po przebudowaniu restauracji i oglądał ją jak dawniej. Nie uśmiechała się już jak niegdyś, ale uważał, że była szczęśliwsza niż przez wyjazdem do Vermont. Mógł tylko podejrzewać, że sprawiał to mniejszy ciężar na jej ramionach. Nie było żadnych kosmitów, żadnych obcych problemów, z którymi musiała się zmagać. Zupełnie nowe życie, nowy początek, nowe możliwości bez balastu przeszłości. Wydawało się nawet, że śmierć Alexa nie dotknęła jej. Był pewien smutek dla straty przyjaciela, którego nie zdążyła na nowo poznać, ale taka sama sytuacja była z Kyle’m. Świadomość, że miała przed wyjazdem dobrych przyjaciół wydawała się oddziaływać na nią o wiele bardziej niż myśl o śmierci Alexa i zaginięciu Kyle’a.

I dlatego właśnie Max był przeciwny ponownemu włączeniu Liz w sekrety obcych, tym bardziej iż nie wykazywała żadnych objawów ‚kosmicznej grypy’. Nawet jeśli mogła wciąż mieć dziwną energię w sobie, wydawała się ona zniknąć zupełnie. Może nawet ona wywołała amnezję… jakby darując Liz nowe życie, pozbywając ciężaru smutnych pamięci i rozbitego serca. Chciał, by na nowo się śmiała, by ta iskierka, której nie widział w jej oczach, trwała tam.

Michael był oczywiście przeciwnego zdania i w ciągu ostatnich tygodni dochodziło do niejednej rozmowy na temat, czy powiedzieć coś Liz o jej przeszłości czy nie. Naturalnie wiązało się z tym zagadnienie zaufania; wydawało się, że Liz zdryfowała gdzieś daleko od nich w nieznanym kierunku. Więcej w niej było nieufności, kiedy opowiadali jej o jej przeszłości, zupełnie jakby przyjmowała z jakiegoś powodu, że chcą ją oszukać. To było naprawdę bolesne i wydawało się, że Maria długo już tak nie wytrzyma. Zaczynała traktować sprawę powiedzenia Liz o obcej przeszłości zupełnie jak jakiś uniwersalny lek na ten problem, lek na przywrócenie dawnej Liz i przyjaźni między dziewczynami. Może dlatego Michael tak nalegał na chociaż wysondowanie Liz, co pamięta, co wie. Nie mieli żadnej pewności, że od jej wypadku nie wydarzyła się ani jedna dziwna rzecz w jej życiu.

Poza tym… poza tym było coś w spojrzeniach, które Michael czasem posyłał Liz. Zupełnie jakby nie mówił im wszystkiego, co o niej wiedział. Z całą pewnością gdziekolwiek przebywała i cokolwiek robiła przez ten długi czas, albo nauczyło ją ukrywać uczucia albo Liz nie kłamała. Ale Liz… jej twarz była zawsze jak otwarta książka, jej oczy mówiły to samo co serce… i to się nie zmieniło. Liz nie potrafiła kłamać i oszukiwać. Potrafiła ukryć pewne fakty, ale nie potrafiła ukryć emocji. Ona naprawdę nie pamiętała niczego i naprawdę miała dość ich podchodów, które powodowały większą nieufność i więcej ran. Ale to nie sprawiało, że Maxowi było łatwiej zrezygnować z tej słodkiej świadomości, iż Liz nie wiedząca o obcych jest bezpieczna i szczęśliwa. I musiał jak najszybciej podjąć decyzję, co począć. Maria wydawała się być na krawędzi, Michael martwił się o nią i był podejrzliwy wobec Liz, Isabel nie potrafiła niczego znaleźć w jej snach… Po prostu nie wiedział, co zrobić. Chciał, by Liz była szczęśliwa. Ale obecny stan stosunków między nią a dawnym gangiem był po prostu nie do przyjęcia. Sprawy mogły się albo pogorszyć przez jego decyzję albo polepszyć. Nie wiedział, co zrobić.

„Max?” głos Isabel rozniósł się po UFO Center. Wyszedł naprzeciw siostrze, wciąż w duchu zastanawiając się nadal co począć. Nawet jeśli powiedzieliby chociaż część prawdy Liz, opuszczając całą historię obcych, przeznaczenie, czy cokolwiek innego, była spora szansa, że Liz im nie uwierzy, stanie się bardziej podejrzliwa albo pójdzie z przekazaną wiedzą do władz.

„Tutaj!” uścisnął Isabel i spojrzał ze zdumieniem na jej wygląd. Zazwyczaj jego siostra nie była aż tak wystrojona. Owszem, była śliczna i mężczyźni, starsi czy młodsi oglądali się za nią odkąd pamiętał… ale to? „Uch, jakaś randka?”

„O ósmej rano?” Is oburzona potrząsnęła głową „Jestem lubiana, Max, a nie popularna!”

Westchnął. Ostatnio rozwinął prawdziwy talent do denerwowania jej i Michaela. Cokolwiek powiedział, nigdy nie było wystarczająco dobre.

„Więc? Cóż to za okazja?”

„Spotkanie w sprawie pracy!” obdarzyła go promiennym uśmiechem, ale zaraz spoważniała „Ale nie dlatego przyszłam. Uważam, że powinniśmy porozmawiać w cztery oczy.”

Jęknął w duchu. Ze wszystkich rozmów na świecie, ta była najmniej oczekiwana przez niego.

„Isabel…”

„Wiem, że nie chcesz o tym rozmawiać, Max.” Isabel powiedziała miękko, z ciepłym współczuciem płonącym w jej brązowych oczach „Ale jest coś, o czym nie wiesz… o to straszliwie się nasiliło w ostatnich dniach i po wczorajszym wybuchu Liz po prostu nie mamy już wyboru i musimy ci powiedzieć.”

Znosząc gwałtowną falę niepokoju, zaprowadził ją na zaplecze do gabinetu Brody’ego. Chociaż jego szef nie tracił zainteresowania sprawami obcych, to jednak w ostatnich miesiącach zajmował się głównie odbudowaniem swojego imperium komputerowego. ‚Cudowne’ ozdrowienie jego ukochanej córeczki dało jemu nadzieję i wiarę w przyszłość.

Isabel usiadła w fotelu i rozejrzała się po pomieszczeniu. Za każdym razem, kiedy tutaj przychodziła, czuła się bardzo nieswojo. Ze wszystkich stron spoglądała na nią najnowsza elektronika, niemal szydząc z niej, ponieważ ona sama została stworzona dzięki równie zaawansowanej, co nie większej wiedzy. Nie miała pojęcia, jak Max mógł tutaj pracować. Ale ze wszystkimi tymi turystycznymi pułapkami w całym mieście, UFO Center było przynajmniej dość realne i pomocne. Oprócz typowego kiczu, miało sporą bibliotekę tematyczną i archiwum. Dzięki pracy Maxa zyskali dostęp do ogromnej literatury… nawet nie wiedzieli wcześniej, że zaistniała. Nauczyli się przez to kilku szczegółów o swojej przeszłości, których Hal ani Nasedo nigdy im nie przekazali. Te wszystkie wycinki prasowe, raporty, książki sprawiały, że nie czuła się tak źle jak kiedyś. Bycie obcym na Ziemi było wystarczająco złe. Bycie obcym w Roswell, mieście żyjącym z katastrofy, która pozbawiła życia jej ‚rodzinę’ i o mało co nie skończyła się jej śmiercią z rąk naukowców, było koszmarem.

A propos koszmarów… była tutaj, by porozmawiać z Maxem na temat koszmaru dręczącego Liz. Wcześniej nie zawahałaby się nawet i powiedziała, że Liz dręczą złe sny. Ale biorąc pod uwagę pewien drobny szczegół tego snu, nie mogła powiedzieć tego Maxowi od tak. Wystarczająco dręczył się tą sytuacją. Usłyszenie tego, co Isabel wiedziała od miesięcy, mogło być kroplą przepełniającą czarę goryczy. Wciąż nie wiedzieli, co z synem Maxa, Liz ich nie dopuszczała… Świadomość, jak bardzo ich nie dopuszczała, raniła wystarczająco. Ale wczorajszy wybuch zwiastował raczej szybko nadchodzące pogorszenie. Isabel była zmuszona powiedzieć to w końcu Maxowi… ponieważ nie wiedząc o pewnych sprawach, Max nieświadomie pogarszał sytuację.

Boże, tak bardzo nie chciała być tą, która przekaże mu wiadomość. Naprawdę, po tym wszystkim co przeszedł, nie zasługiwał na to.

„Michael i ja zgodziliśmy się… że są rzeczy i symptomy, o których nie powiemy tobie, aż nie będziemy mieli wyboru. Mieliśmy nadzieję, że ona sama ci to jakoś powie. Ale każdy kolejny tydzień był pogorszeniem poprzedniego, zbytnio się oddaliliście od siebie.”

„Isabel…”

„Naprawdę czułam się paskudnie z powodu ukrywania tego przed tobą, Max. Ale… nie potrafiłam złamać ci serca. Tak się cieszyłeś, że Liz wróciła cała i zdrowa.” paplała dalej „Nie kłamałam, kiedy mówiłam, że nic nie znalazłam w jej snach. Ale to nie jest też prawda. Nie znalazłam niczego…” wzięła bardzo głęboki oddech i spojrzała żałośnie w oczy brata. Wyzierały z nich ból i współczucie. „…ale kogoś, Max. Myślę, że nie pamiętając ciebie i będąc daleko od Roswell Liz zakochała się w kimś jeszcze.”

Paryż, kwiecień 2004

Renfro zacisnął pięść, sfrustrowany. Przez tyle lat szukali doskonałości, kogoś, kto potrafiłby znieść groźbę do nich wszystkich… ci durnie tylko nie rozumieli, jakie zagrożenie stanowią Zaufani. Żaden z nich tak naprawdę nigdy nie zetknął się z żadnych z nich, żaden z nich nie wprowadził ich do swojego domu i nie żył z oszustwem pod poduszką pół życia, by w końcu odkryć, że najbardziej zaufane osoby z zimną krwią planują twoje morderstwo i przejęcie wszystkiego, na co składał się dorobek kilkunastu pokoleń. Wszystko, co wiedziała większość innych zgromadzonych w tym pokoju, pochodziło od agentów.

„Nie rozumiecie.” wycedził przez zęby „X-YF to nie jest jakaś tam mutantka z Psy Ops.”

„Czytaliśmy akta, Renfro!” Susan odcięła się z pewnym siebie uśmieszkiem. Miał ogromną ochotę walnąć w tę blondynkę, aż zmaże każdy grymas na tych jej silikonowych ustach. Niestety, ta kobieta dostarczała potrzebnego wsparcia finansowego bez jakichś podejrzeń ze strony innych agencji i musiał ją znosić. Jeszcze przez jakiś czas.

Nagle jednak przyszedł mu do głowy pewien pomysł. W pierwszej chwili wydawał się zwariowany, ale w następnych dwóch sekundach przyszło zrozumienie. Oni nie mieli pojęcia o potędze 001, wszystko, co widzieli, zawierało materiały z nadzoru.

Uśmiechnął się życzliwie, patrząc na to międzynarodowe towarzystwo.

„Czytaliście akta nadzoru. Niestety, do danych z Manticore nie zostaliście dopuszczeni.”

„Wiemy, że transgeniczni byliby wielką pomocą w likwidacji Zaufanych.” Keller sprzeciwił się „Niemniej nie mamy pewności. Jeśli uderzymy, oni są gotowi wypuścić to cholerstwo w każdej chwili. I nie mamy tej, którą znalazła twoja siostra. Nawet jeśli Sandemanowi udało się wyprodukować genetycznego antywirusa w jej osobie, nie mamy żadnej pewności, że będzie on działał także wśród ludzi.”

„I zanim zdążymy się o tym przekonać, Sandeman – White zdąży wybić większość transgeników, zapewne włącznie z naszą poszukiwaną.” mruknął ironicznie, o tę kwestię spierali się już pół roku. Wrzucił na centralny ekran obraz z niewielkiego dysku. „X-YF 001 nie jest stabilna, jak podczas ostatnich miesięcy nadzoru. Traci kontrolę nad swoimi zdolnościami, ponadto wydaje się, że oddala się od naszych pozaziemskich gości.” pozostali oglądali przez chwilę krótki filmik z kamer na zewnątrz Crashdown „W zeszłym tygodniu wybrała się na przejażdżkę… do dawnej bazy Wydziału Specjalnego.” przełączył obraz, ukazując kolejny film. Tym razem był o wiele lepszej jakości, a to, co dziewczyna zrobiła odebrało oddech wszystkim. Oczyścił gardło. „Wygląda na to, że energia pani McDowell rośnie wciąż i dorównała królewskim hybrydom.”

„Potrafi zrobić coś z niczego w takim stanie?” Susan szemrała nie wierząc własnym uszom, patrząc na ogromne wyładowania energii ukazujące się na skórze młodej kobiety „Co do diabła mogłaby zrobić, jeśli byłaby stabilna?”

„Dobre pytanie.” Renfro odchylił się na krześle „Zakładając, że będziemy mieli po swojej stronie transgenicznych plus to małe skrzyżowanie obcego i człowieka… czy jesteście gotowi zaryzykować.”

„To cholerstwo jest pozaziemskiego pochodzenia.” Keller zmarszczył brwi.

„Elizabeth była bardzo entuzjastyczna jeśli chodzi o X-YF… nie staje przeciwko ludziom ani nie daje się wykorzystywać. Nie widziała jej jako broni na Zaufanych, ale jeśli los nas ją podsuwa… tamta doskonała X5 może nie być nam potrzebna.”

„Na czym zależy w takim razie McDowell i jak ją ustabilizować.”

Renfro odchylił się na krześle. Wydawało się, że decyzja zapadła… nie ostatecznie, ale na próbę. A tego był w stanie dokonać.

„McDowell zależy na Maxie Evansie, czyli Zanie. Zabawne, wymazano jej pamięć, ona wciąż chce tego samego faceta. Być może to ma coś wspólnego z obcą energią czy ich związkiem. Profil psychologiczny Elizabeth wciąż jest uzupełniany na bieżąco, ale za każdym razem wynik obserwacji jest ten sam: Elizabeth chce akceptacji ze strony Evansa.”

„To nie wyglądało jak coś takiego.” Keller zażartował. Susan prychnęła. Faceci nie  rozumieli kobiet i nigdy prawdopodobnie nie zrozumieją.

„Ich brak zaufania nie dotknąłby ją w ogóle, gdyby nie ciągnęło jej do niego. Zależy jej na nim.”

„Wydarzenia sprzed dwóch lat wyraźnie pokazały, że traci przy nim stabilność.” Keller wciąż był sceptyczny. Renfro uśmiechnął się.

„Właśnie dlatego podjąłem pewne kroki.”

„To znaczy?”

„Powiedzmy, że tylko podatki są wieczne, bo śmierć raczej nie.”

„494 aka McDowell?”

„Dokładnie.”

„To będzie niezły trójkącik.”

„Przy McDowellu była stabilna. Dowiemy się niedługo, czy wciąż jest.”

„Jeśli jest?”

„Cóż…” Renfro spojrzał na zatrzymaną klatkę filmu, na której X-YF 001 alias Elizabeth McDowell zwijała się z bólu od wyładowań energii „Dostarczmy jej Evansa, odnówmy niewątpliwie przyjaźń między nią a 494. Wmówmy jej, że hybrydy nie są odporne na wirusa… Efekt? Nawet jeśli nie zdoła wyprodukować antywirusa, wciąż może bardzo zaszkodzić Zaufanym. Niech wiedzą, że seria X-YF zawiera obce DNA, będą bali się wypuścić wirusa. I w ten sposób nie połączą nas ze sprawą.”

„Nie podoba mi się to. Za wiele może się potknąć.”

„Zawsze możemy zawrzeć umowę z transgenikami. Życie i wolność w zamian za zlikwidowanie zagrożenia ze strony Zaufanych.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *