Moja ukochana żona (3)

Rozdział trzeci

Roswell, kwiecień 2004

„Dzień dobry, kochanie!” Nancy Parker uśmiechnęła się do córki znad porannej kawy „Dobrze spałaś? Nie słyszałam, kiedy wróciłaś.”

„Nie spałam w ogóle.” mruknęła ponuro, wyjmując z lodówki karton mleka i jajka. Miała wielką ochotę na prawdziwe śniadanie, a nie kawę i tosty. Na przykład naleśniki ze śmietaną i jagodami. I cukrem. Dużo cukru. Alec zawsze je dla niej robił. Mieli potem oboje buzie wymazane na granatowo, ale co to była za zabawa, myślała tęsknie. „Są jakieś owoce w zamrażalniku?”

„Chyba tak.” Nancy spojrzała badawczo na swoją ukochaną córkę. Chociaż dobry Bóg zwrócił im ją kilka miesięcy temu żywą i zdrową, Nancy nie uważała, żeby Liz wróciła w jednym kawałku. Wydawała się bardziej rozbita niż w dniu, w którym wsiadała do autobusu do Vermont, a jednocześnie była jakby silniejsza psychicznie. I bardziej zdyscyplinowana, zdyscyplinowana, by nie pokazać innym, jak bardzo cierpi. I Nancy żałowała, że jej córka nigdy się jej nie zwierza. To zawsze był ktoś inny, Claudia albo Maria. Claudia umarła, a Maria… cóż, wydawało się, że odległości która teraz ich dzieliła, nie pokona już nic. Patrzyła w milczeniu, jak Liz nadzwyczaj sprawnie ustawia wszystko na kuchennym blacie, by przygotować sobie naleśniki. Kolejna zmiana. Liz potrafiła gotować. Naprawdę dobrze gotować, i często robiła to dla siebie albo dla nich. Jakby znajdowała w tej prostej, prozaicznej czynności spokój i ukojenie. Może rzeczywiście tak było, dumała dalej, oglądając jak na ustach córki pojawia się nieśmiały, ostrożny uśmiech. Nie, żeby chciała się dowiedzieć, o czym myślała. Cieszyła się, że cokolwiek przychodziło jej na myśl, wywoływało uśmiech.

„Jeff jedzie dzisiaj do Albuquerque?” Liz spytała lekkim, przypadkowym tonem. Od powrotu mówiła im raczej po imieniu, unikała zwracania się do nich ‚tato’ i ‚mamo’. Dla niej było to jak jawna drwina, że nie pamięta swojego dzieciństwa, mnóstwa wielkich i drobnych rzeczy, które łączyły normalne rodziny. Więc Nancy nie nalegała, chociaż serce kroiło się jej na kawałki, kiedy słyszała własne imię z ust córki. Liz musiała sama dojrzeć do tego, nie mogła jej popychać. Spowodowałaby tylko odwrotny skutek.

„Tak, koło południa. Coś do załatwienia?”

„Nie. Chciałam się zabrać.”

Nancy uniosła brwi w zdziwieniu i pytaniu zarazem.

„Co się stało z wiecznym nastawieniem mój motor – moja wolność?”

„Chciałam załapać się na wieczorny lot. Nie czuję się w humorze, by po powrocie prowadzić bezpiecznie.”

Skoro nawet sama Liz uważała, że nie, nie miała nic do dodania. Potrafiła szaleć na tej swojej żółtej, niebezpiecznej machinie, zupełnie jakby wyzywała śmierć. Załapała z pięć mandatów i niezliczoną ilość surowych upomnień od Hansona. Ale Liz nie bała się wcale i nie liczyła się z tym. Obecny szeryf zresztą nie wzbudzał tego szacunku w ludziach, co Valenti.

„Długo cię nie będzie?”

„Nie wiem.” westchnęła, bawiąc się bezwiednie trzepaczką. Nancy zmrużyła w niedowierzaniu oczy. Czy jej się wydawało, że chodziła przez chwilę sama, nie poruszona dłonią Liz? Chyba tak. Gdyby to zdarzyło się po raz pierwszy, Nancy zrzuciłaby winę na niewyspanie. Ale były setki drobnych szczególików i niezwykłych zjawisk wokół jej córki. To były skrawki, ułamki, na które zazwyczaj nie miała żadnego dowodu, ale jednak były. „Jeśli pójdzie dobrze, za dwa dni. Jeśli nie… nie mam najmniejszego pojęcia.”

Tak, zależało od tego, kim był ten facet i dlaczego do diabła Manticore użyło jego tożsamości? Skarbówka stanu Waszyngton mogła nie uważać jej za wdowę, stanu Nowy Meksyk za wdowę i wisiała przez to w próżni. Prawnik potwierdził jej przypuszczenia, musiała uregulować swój status prawny. Najlepiej rozwodem, to przynajmniej uratowałoby część pieniędzy. Zainwestowali z rodzicami ogromne kwoty w rozbudowę Crashdown i podatek był straszny. Szczęśliwie było kilka luk w systemie podatkowym, dzięki którym nie musieli płacić tych całych 50 tysięcy. Ale musiała być osobą samotną. Prawnik postarał się  szybko o odpowiednie papiery, wystarczyły dwa podpisy i złożenie ich w sądzie do końca kwietnia. Mogła podrobić podpis, ale nie chciała ryzykować. A nuż Manticore ubabrało ją w prawdziwe bagno? Wystarczyło, że nawet teraz, na wolności, prawie rok po upadku Manticore, ścigało ją dalej.

„Max dzwonił wczoraj wieczorem.” Nancy powiedziała ostrożnie, mając nadzieję, że ten wyjazd to znowu nie zniknięcie na dwa tygodnie. Zdarzało się i tak, że nie odzywała się długo, nie dając żadnego znaku życia. Poza tym jakoś czuła, że miało to tym razem coś wspólnego z proszącym tonem Maxa, kiedy prosił Liz do telefonu. Szczęśliwie lub nie, Liz spała. A przynajmniej udawała.

„Po co?” drgnęła zaskoczona.

„Nie powiedział. Prosił tylko, żebyś przyszła dzisiaj po południu.”

Liz westchnęła, patrząc na zegarek. Jeśli się pospieszy, zdąży złapać Maxa, zanim pojedzie na uczelnię. Z rezygnacją wstawiła ciasto na naleśniki do lodówki i złapała ciekawe spojrzenie matki.

„Ten wyjazd nie ma nic wspólnego z nimi.” zapewniła ją.

„Dlaczego czuję, że wcale tak nie jest?”

Liz wzruszyła ramionami.

„Fakt, mieliśmy wczoraj małą… wymianę zdań. Ale nie dlatego wyjeżdżam.”

„Tak?” Nancy zdecydowanie jej nie wierzyła. Liz stłumiła rosnącą kulę w gardle. Znowu to samo. To dziwaczne uczucie, potrzeba tłumaczenia się jej, jak małe nieposłuszne dziecko, które coś nabroiło.

„O kwestiach zaufania.” mruknęła kulawo, zakładając kurtkę. Zdecydowanie przyda się jej nieco świeżego powietrza albo szybka jazda po starych drogach wokół Roswell. Tam nigdy praktycznie nie było ruchu, mało kto wiedział o wyłączonych z użytkowania milach. Jakoś niewielki skrawek jej pamięci zaprowadził ją tam. Dobrze się tam czuła, zupełnie jakby miała stamtąd jakieś miłe wspomnienia. Ale jej głowa nic jej nie mówiła. Nic nowego.

Zbiegła po schodach, ale Nancy niestety podążyła za nią.

„Naprawdę powinniście oczyścić w końcu powietrze.” jej matka uderzyła w rodzicielski ton „Mieliście pewną historię i chociaż ty tego nie pamiętasz, on tak.”

„I co z tego?” wyminęła jakąś kelnerkę.

„Liz, dokonałaś rabunku z bronią w ręku na jego prośbę.” Nancy sięgnęła po cięższe argumenty „Wcześniej przez ponad dwa lata byliście nierozłączni, Max zjeździł pół Stanów w poszukiwaniu ciebie… nie mogłabyś tego trochę docenić? Chociaż wysłuchać, co ma do powiedzenia?”

„Czy naprawdę sądzisz, że cokolwiek ktoś mi powie?” zapytała z goryczą, nie podnosząc jednak głosu. Michael pracował w kuchni. „Doceniłabym, gdyby przestali się krygować i walnęli prosto z mostu, o co im chodzi.”

„Nie możesz po prostu zniknąć i oczekiwać, że ci wybaczą.” Nancy zagryzła nerwowo wargę.

„Och, świetnie. Więc teraz to jest moja wina, że wyjechałam. Jak cudownie. Jeszcze tylko brakuje, żebym opowiedziała im, dla kogo pracowałam przez te półtora roku. Dopiero byliby pełni zaufania do mnie.”

„Liz! To nie twoja wina, że tak się to potoczyło.”

„Co ty wiesz o winie?” uniosła wyzywająco brew „Kiedy wszyscy naokoło traktują cię jak trędowatą, ponieważ nie chcę mówić o przeszłości, która dla mnie jest bolesna? O przeszłości, która dla mnie jest znacznie bardziej realna, i w przeciwieństwie do całej reszty, ja ją pamiętam. Jest wszystkim, co mam.”

„Gdybyś tylko zechciała komuś opowiedzieć o tym…”

„Po co? Żeby spojrzeli na mnie jak tamtego wieczoru, jak na jakiegoś wroga? Miałam dosyć tego od zwykłych ludzi.”

„I znowu chcesz uciec?”

„Nie!”

„Ale uciekasz!”

„Nie, mam sprawy do załatwienia!”

„O których nam nie mówisz!”

„Nie muszę!”

„Musisz. Mieszkasz w naszym domu, śpisz pod naszym dachem… jesteśmy twoimi rodzicami, mamy prawo wiedzieć!”

„Świetnie. Wyprowadzę się jak wrócę!” czysty zimny głos przyszedł od nagle spokojnej brunetki. Nancy zamarła w bezruchu i zdumieniu. Wyraz twarzy Liz, lodowaty i bezemocjonalny, zdecydowanie mówił, że nie żartowała.

„Liz, jesteś zdenerwowana, nie mogłaś mieć na myśli…”

„Nie mów mi co mam myśleć!” odcięła ją w ułamku chwili „Mam dość tego od lekarzy i nie potrzebuję tego od was.”

Otworzyła drzwi wyjściowe.

„Och, i jeszcze jedno. Niech Jeff na mnie nie czeka. Pojadę sama.”

„Liz… ja… naprawdę…” Nancy ucichła. Ramiona Liz opadły w rezygnacji.

„Jadę do Seattle, ponieważ według ich urzędu skarbowego Alec żyje.”

„Co?” jęknęła w szoku „To niemożliwe.”

„Muszę to wyjaśnić, i nie w przyszłości, ale w ciągu kilku dni, zanim minie termin ostatecznego składania zeznań podatkowych.” powiedziała nie patrząc na matkę, miała pokonany głos „Może ktoś po prostu ma identyczne nazwisko, nie wiem. Jedyne, co wiem, to fakt, że nie mam na to ochoty. Mam wrażenie, że jeśli tam wrócę, NSA mnie znów zwerbuje i dostanę kręćka tym razem na stałe. A ta cała sytuacja z Maxem mnie drażni.”

„Ponieważ?”

Spojrzała na matkę.

„W moich aktach pisze dokładnie, czego tam szukaliśmy, dlaczego po napadzie zostało 200 dolców w kasie.” burknęła „Pod sklepem był magazyn FBI. Dlatego mnie zwolnili z aresztu i złagodzono wyrok. Nie potrzebuję, żeby Max albo ktoś inny opowiedział mi o mojej przeszłości. Ja chcę ją pamiętać i za cholerę nie mogę, obojętnie co bym zrobiła, do jakich lekarzy się zwróciła. Wiem, że miałam te pamięci, ponieważ czasem zostają po nich jakieś uczucia. Ale to nigdy nie są obrazy, wiedza. Psiakrew, wszystko, co wiem o sobie sprzed pobudki w szpitalu, opowiadał mi Alec. Ale on nigdy nie wyjaśnił mi dlaczego kiedy patrzę na Maxa, czuję wielki zawód, gorycz i zarazem tłucze się po mojej głowie jak jakiś durny transparent, że jestem mu coś winna. Wkurza mnie to i drażni, a zachowanie Maxa, jakby chował największy sekret na tej planecie, tylko dolewa oliwy do ognia. Co na miłość boską miałby ukrywać? Że chodziliśmy ze sobą, zerwaliśmy, a kiedy Alex umarł, poszedł do Tess i zrobił jej dziecko? Wiadomość z ostatniej chwili. To nie jest żaden sekret.”

Nancy zamrugała. Raz. Drugi. Trzeci. Tess była w ciąży?

„Więc, jeśli nie masz teraz nic przeciwko, chciałabym odwiedzić Jego Łaskawość, Króla Sekretów, Maxa Evansa i dowiedzieć się, czego sobie wczoraj życzył. I gdybym nie wróciła przed wyjazdem taty, przekaż mu, że jadę do Seattle, dowiedzieć się, kto do cholery podaje się za mojego zmarłego męża.”

Trzasnęła drzwiami, zostawiając osłupiałą Nancy w przedpokoju i osłupiałego Michaela w kuchni. Kiedy usłyszał podniesione głosy, nie mógł się powstrzymać, ale sprawdzić, co się działo. Fakt, że Liz wiedziała o dziecku Maxa, nie zdziwił go. Mówili wczoraj o tym i Liz musiała usłyszeć tę część rozmowy.

Zupełnie inny fragment sprawił, że ścierpła mu skóra. Liz pracowała dla NSA? Czy dlatego nie mówiła nic o swojej przeszłości – ponieważ nie mogła? I jak się to miało do zmian w jej organizmie?

I o czym do diabła mówiła, mając na myśli ‚zmarłego męża’?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *