Moja ukochana żona (2)

Rozdział drugi

Roswell, kwiecień 2004

„Nie cierpię tego miasta…” Liz mruczała pod nosem, idąc chodnikiem przy Main Street. Wiosenne słońce było raczej słabe, ale okularów słonecznych nie pozbywała się i tak. Czuła na sobie ciekawskie spojrzenia. Jasne, wiedziała, że od jej powrotu zeszłej jesieni, była stałym obiektem plotek, ale ostatnio wszystko się tylko nasiliło. Cóż, biorąc pod uwagę jej tajemniczą historię, ludzie stawali na głowie, żeby się czegoś dowiedzieć. Ale Liz nie zamierzała nic im mówić. Po co? I tak wodę na młyn miała zapewnioną i cokolwiek powie… nie było sensu zaprzeczać plotkom. Tylko pogorszyłaby sprawy. Nie miała na to wpływu. Chociaż posiadała umiejętność paczenia umysłu ludzi, ta zdolność odrzucała ją. Coś naprawdę złego wydarzyło się w przeszłości, coś związanego z paczeniem umysłu, które sprawiało, że mimowolnie kuliła się na samą możliwość użycia tej umiejętności. Odpychała od siebie to. Zawsze starała się unikać używania zdolności, jeśli to było możliwe i nawet się jej to udawało. Żyła jak zwykły człowiek… w większości. Zdarzało się bowiem niestety, że miała NSA na jej tropie. Opuszczenie stanu Waszyngton bez wszędobylskich agentów z morderczym błyskiem w oku z kodem kreskowym na karku zaczynało być naprawdę trudne. Ale się udało, tak samo jak kilku innym. Teraz jeździli sobie po Stanach, używając wolności. Miała nadzieję, że nikt ich nie dopadł. W końcu sama także zostawiła stan i wróciła do Nowego Meksyku, aż pewnego dnia… zobaczyła drogowskaz do Roswell. Coś kliknęło, przełączyło się w jej pamięci… i już wiedziała, że to jej rodzinne miasto, miasto, gdzie się wychowała.

Roswell, październik 2003

To było jedno z tych leniwych sobotnich popołudni, kiedy dzieciaki biegają rozbrykane po parku, starsi zbierali się w kawiarni na plotkach, a młodzież umawiała się na imprezy, kiedy po Roswell gruchnęła nieprawdopodobna wieść: Liz Parker żyje i wróciła.

Plotka sama w sobie nie była nowa, niemniej fakt, iż okazała się całkowicie, od początku, do końca prawdą, przeleciał przez miasto niczym lot błyskawicy… Ale zanim się to stało, rzeczona osóbka, o wyglądzie wcale nie takim jak zapamiętano, pojawiła się w hotelu na Main Street i bez rezerwacji poprosiła o pokój. Recepcjonista, jako jeden ze stałych bywalców Crashdown, rozpoznał w ślicznej młodej kobiecie podobno-martwą-zaginioną i od razu zapewnił pannę Parker, że dostanie najlepszy pokój. Boy hotelowy wprowadził ją do apartamentu, otrzymał napiwek. Pokojówka została oddelegowana, panna Parker najwyraźniej mimo nowego wyglądu wciąż pozostała tą skromną dziewczyną, która wyjechała do Vermont i zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Ale Roswell nie byłoby małym miastem, jeśli służba hotelowa nie podpatrzyła co nieco. Zarejestrowano kilka skromnych nierzucających się w oczy ubrań, dobrej jakości laptop i komórkę i Roswell obiegła wieść, że pannie Parker się powodzi i nie wróciła na garnuszek rodziców.

Niemniej zaskoczenie bywalców Crashdown było przeogromne, kiedy drzwi do restauracji otworzyły się i w promieniach popołudniowego słońca, niczym anioł powracający z zaświatów, jak określił to bezbłędnie Tom Jenkis, stanęła Ona. Ruch w kawiarni zamarł całkowicie, a tle słychać było rumor dwóch upuszczonych przez kelnerki tac. I nagle ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk drobnej blondynki.

„Lizzie!” Maria DeLuca puściła się biegiem i rzuciła w ramiona nowo przybyłej. Ale Liz nie zareagowała tak, jak wszyscy przypuszczali. Delikatnie odsunęła przylepioną do siebie blondynkę i oczyściła gardło.

„Uhh… racja. Twoi rodzice po pierwsze.” Maria wyrwała się z hiper-transu, w następnej sekundzie pociągając przyjaciółkę w stronę zaplecza „Wracać do pracy, ludzie!” wrzasnęła do pozostałego personel.

Liz potrząsnęła w zdumieniu głową. Miała wrażenie, że pędzi na jakiejś chwiejnej karuzeli, która zaraz się rozsypie. Bolesne walenie w głowie powiększało się z każdą chwilą, jak rozglądała się po wnętrzu kawiarni. Miała wrażenie, że tutaj było coś lub ktoś znajomy, że jej pamięć rach trach coś jej podsunie, ale nic takiego się nie stało. Jak zawsze. tylko bolesna pustka w głowie, po której nauczyła się rozpoznawać, że kiedyś coś znała. Niestety, uszkodzenie pamięci było trwałe. Manticore wiedziało, co robi, kiedy mieszało komuś w mózgu.

Dała się pociągnąć blondynce na zaplecze, chociaż naprawdę nie lubiła, kiedy ktoś obcy jej dotykał. Instynktownie unikała tego, ponieważ czasem błyski były tak intensywne, że pozbawiały tchu, czasem nawet przytomności. Jeśli była sama, jak teraz, bez żadnego wsparcia u boku, nie było możliwości zamaskowania tego. A gdyby wzięli ją do szpitala, z jej kodem kreskowym na karku szybko ściągnęłaby NSA gdziekolwiek by się znalazła.

Niemniej mała dłoń blondynki nie przyniosła żadnego błysku. Liz była zaintrygowana. Ale wtedy przypomniała sobie nagle coś, co kiedyś wyszemrał jej Alec do ucha, krótko przed pożarem Manticore. Zdolności umysłowe można projektować genetycznie… ale można je także zablokować.

Czyżby Manticore zablokowało jej zdolność otrzymywania błysków od pewnych ludzi? Tak, żeby nie kolidowały z fałszywymi pamięciami, żeby wielkie oszustwo nie wyszło zbyt szybko na jaw?

Musiała znać tę blondynkę.

Ale w następnej chwili przyszła inna refleksja. Ona powiedziała ‚twoi rodzice po pierwsze’, czy się jej wydawało? Spinając się wewnętrznie na spotkanie z nieznanymi jej ludźmi, przywołała nieśmiały uśmiech na twarz i spokojne, pewne spojrzenie. Prędzej piekło zamarznie niż pokaże tym ludziom, że się ich boi.

Roswell, kwiecień 2004

„Pół roku… minęło pół roku, a my wciąż nie wiemy nic!” wrażliwy słuch Liz wychwycił podniesiony głos Marii. Westchnęła w duchu, usuwając się w cień. Main Street była przepełniona przechodniami o tej porze dnia i nikt specjalnie nie zwracał na nią uwagi. Usiadła przy stoliku, kątem oka rejestrując dwie starsze babcie, przyglądające się jej ciekawie i jakiegoś psa, który warczał w jej stronę.

Zwierzęta… nieustanny problem dla niej. Manticore coś w niej zmieniło, zanim wymazali jej pamięć. Prawdopodobnie dodali jakiś koktajl genetyczny, ponieważ miała na karku przeklęty kod kreskowy, który jak bumerang wracał po każdym bolesnym zabiegu jego usunięcia. Miała też wrażliwszy słuch niż ludzie, większą siłę i szybkość, ale na tym kończyły się podobieństwa do X-serii. Najwyraźniej kiedy pułkownik Lydecker na spółkę z uciekinierami z Manticore wysadził w powietrze laboratorium DNA, musiał także zniszczyć większość baz danych, gromadzących wiedzę o genetyce ich żołnierzy. Manticore nie było zdolne odtworzyć żadnej serii prócz 1, 2 i 3 z X-serii. Wszystkie pozostałe serie, gatunki i jak tam się zwali… To musiała być naprawdę zaawansowana wiedza, skoro naukowcom się nie udało powtórzyć sukcesu mimo wszystkich gotowych egzemplarzy na miejscu. Domyślała się, że jej mieszanka zawierała któryś z koktajli 2 lub 3 serii. To by tłumaczyło, dlaczego Manticore tak dokładnie wywierciło jej pamięć, że musiała nauczyć poruszać się, mówić od nowa… Jak małe dziecko. Ale przez tę mieszankę psy reagowały dosyć dziwnie na nią, a koty… no dobrze, włamała się kiedyś do bardzo nieprzyjemnego miejsca, które było strzeżone przez milutką rodzinkę czarnych panter i skończyło się na tym, że uznały ją za swoją pupilkę zanim nawet zdążyła mrugnąć w zaskoczeniu ich obecności tam. Po tym wydarzeniu uznała, że naukowcy w Manticore musieli być na prochach, kiedy tworzyli koktajle serii X.

Maria, Michael, Isabel i Max siedzieli za zapleczu kawiarni. Normalnie w żaden sposób nikt nie mógłby ich podsłuchać, ale jej znajomi z młodszych lat nie byli świadomi jej zdolności. A może jednak byli, pomyślała, kilka minut później, przysłuchując się cichej, ale gwałtownej dyskusji. Michael odwoływał się do czegoś, co nazywał równowagą. Ciekawa rozmowa, uznała.

Wstała i wyszła z kawiarni. Ominęła cały budynek i stanęła przed zewnętrznymi drzwiami, łapiąc podniesiony głos Marii.

„To mnie nie obchodzi! Ona wciąż jest tą samą Liz, nie widzicie tego? Zasługuje, by wiedzieć!”

„Maria, to nie jest kwestia czy zasłużyła. Naprawdę chcesz pociągnąć ją ponownie w tę samą otchłań, co cztery lata temu? Nie pamiętasz, co się wydarzyło?”

„By wiedzieć co?” cichy głos Liz sprawił, że wszyscy odwrócili się jak na komendę. Żaden z nich nie zauważył jej wejścia na zaplecze.

„Uch, Liz…” Isabel nerwowo poprawiła fryzurę „Cześć, nie zauważyliśmy cię.”

„Zdążyłam się zorientować.” odparła zimno. Spojrzała potem na Michaela. Mówił o jej energii, o tym, co wyczuł podczas ich pierwszego spotkania po powrocie. Nie wiedząc, że nic nie pamięta, dał jej szalony uścisk… i wtedy, chociaż nie było błysków, Liz poczuła coś tak silnego i niezwykłego, iż niemal upadła. Energia dźwięczała w każdym fragmencie ciała, który stykał się z jego. „Prowadziliście ciekawą dyskusję.”

Zapadła niezręczna cisza. Nikt nie chciał na nią spojrzeć, unikał jej wzroku. Wzruszyła ramionami.

„W porządku. Nie chcecie, to nie. Wisi mi to.”

Odwróciła się na pięcie, wychodząc natychmiast z budynku. Drzwi zamknęły się automatycznie za nią. Maxowi zajęło dokładnie trzy sekundy zareagowanie. Wybiegł za nią i chwycił ją za rękę. Mocno, pociągnął, by stanęła twarzą w twarz z nim.

Coś przebiegło przez myśl Liz. To już się kiedyś wydarzyło, pomyślała przygnębiona. Walczyliśmy, i on mnie tak złapał.

„Zaczekaj, nie odchodź.”

„To raczej niemożliwe. Trzymasz moją rękę.” powiedziała dość spokojnie. Max spojrzał w dół i zmieszany natychmiast zwolnił uścisk.

„Przepraszam. Ja… zareagowałem bez myślenia.”

Uniosła brew.

„Jak wiele usłyszałaś?”

Odwróciła się z niechęcią i bez słowa ruszyła w stronę wylotu alejki.

„Liz…” nawet się nie odwróciła.

„Wiesz co, zachowajcie swoje sekrety dla siebie. Guzik mnie one obchodzą. Nie przyjechałam do Roswell, żeby odzyskać waszą pseudo – przyjaźń.” warknęła „Nawet was nie pamiętałam, kiedy tutaj przyjechałam. Z tego, co widzę, żadna strata.”

„Liz…” jego ton przybrał proszącą barwę, ale nie zamierzała go słuchać. Niestety, następne słowo podziałało na nią jak czerwona płachta na byka. Max nie miał za grosz wyczucia, chociaż się starał. Ale dobrymi chęciami było wybrukowane piekło. „Zrozum…”

„Zrozum co?” odwróciła się gwałtownie, kładąc dłonie na biodrach „Zachowujecie się tak, jakby przyjechała tutaj tylko po to, by dostać się do was i wyciągnąć jakieś tam chore sekrety, które ukrywacie przed światem. Jesteście tak skupieni na sobie, że nie zauważacie problemów innych. A co dopiero punktu widzenia innych. Uważacie, że udaję dla jakiejś zemsty? Dobrze, wiadomość z ostatniej chwili. Nie jesteście pępkiem wszechświata, nie wszystko kręci się wokół was.” syknęła naprawdę wściekła. Pięć miesięcy przerywanego pobytu w tym miasteczku, pięć miesięcy, kiedy oni przy każdym spotkaniu sondowali, jak wiele pamięta, badali ją i obserwowali. W pewnym sensie to było dla niej bardziej przykre niż nadzór Manticore. „Myślicie, że wymyśliłam historyjkę z pożarem? Z utratą pamięci?” ciągnęła dalej, zmęczona już tą sytuacją. Chciała tylko wyrzucić z siebie gniew. „Wiesz, jak to jest wrócić do miejsca, które powinno się pamiętać, a wie się dobrze, że się tego nigdy nie przypomni?” jej głos był pełen goryczy „Wiesz, dlaczego nie mówię o czasie, kiedy mnie tutaj nie było? Powiem, tu i teraz. Uczyłam się. Uczyłam się chodzić, mówić, jeść, wszystkich tych rzeczy, które ludzie wokół mnie znali bardzo dobrze. To się nazywa całkowita amnezja. Ale wiesz co? Miałam szczęście. W tym pożarze byli tacy, co stracili życie, nie pamięć.”

Odwróciła się znów na pięcie i zostawiła osłupiałego Maxa na środku ulicy.

„Uch, co ja narobiłam?” wymamrotała kwadrans później, rzucając się na łóżko w swoim mieszkaniu. Problemy z czwórka dawnych przyjaciół nie były punktem na jej liście do zrobienia. Właściwie, to nawet nie planowała tego. Ale dała się ponieść emocjom, coś, z czym nie było jej zbyt dobrze. Z jakiegoś szalonego powodu brak ich zaufania, podejrzliwość bolały ją niezmiernie. Chciała ich akceptacji i była na tyle uczciwa wobec siebie, że przyznawała się głośno do tego. Najsmutniejsze w całej tej sytuacji było to, że chociaż jej głowa nie pamiętała ich, jej serce zachowało jakieś kruszyny dawnych uczuć. Niejedną noc spędziła rozmyślając, jaką musieli mieć przyjaźń, skoro tak głęboko to w niej tkwiło, ta głupia potrzeba akceptacji i zrozumienia z ich strony. Albo chociaż iluzji tego. To ostatnie nie podobało się jej zupełnie. Już raz łaknęła iluzji. Tęskniła za nią, kiedy nauczyła się, że to była iluzja… Wmawiała sobie, że niektóre jej fragmenty mogły być rzeczywiste, chociaż miała twarde dowody, że wszystko od początku do końca było farsą. Ale czuć nawet iluzję akceptacji od bliskiej osoby… to po prostu było zbyt dobre, by się oprzeć. Szczególnie dla kogoś, kto ostatnie dwa lata spędził próbując pogodzić się ze swoją odmiennością.

Jej spojrzenie padło na równy stosik rzeczy ułożonych na biurku. Papiery, papiery, papiery. Jej zdjęcie z Alexem, młodym chłopcem, którego nie pamiętała, ale którego imię budziło niesamowicie ciepłe uczucie w sercu. Jakoś czuła, że on by pomógł jej przez to przebrnąć, pomógłby jej odnaleźć się w świecie, nie znając swojego miejsca ani przyczyny, dlaczego jej oczy nie były ludzkie. Czuła się jak najmniejszy, maluczki z ludzi, ponieważ miała w sobie tak mało z człowieka. Każdego kolejnego ranka budziła się, mając nadzieję, że ten ranek będzie tym, kiedy poczuje, że gdzieś należy. Albo do kogoś. Niestety, to uczucie odeszło na zawsze razem z Aleciem, odeszło razem z wybuchem bomby, która miała zabić ją, a zabrała go od niej.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *