Moja ukochana żona (10)

Rozdział dziesiąty

Roswell, maj 2004

Liz wiedziała, że jej milczenie wkurza Michaela i nic nie mogła poradzić na to, że to ją bawiło i sprawiało przyjemność. Psiakrew, nic nie budziło jej większej euforii niż widok jego poirytowane spojrzenia, spoczywającego na niej. To było naprawdę milutkie… chociaż bardzo nieładne z jej strony. Pragnienie dokuczenia mu było niesamowicie silne i nic nie mogła poradzić na nie.

Powstrzymała też gwałtowne pragnienie dotknięcia łańcuszka i znalezienia w tym geście pocieszenia, ale niestety, każdy ruch jej palców był uważnie obserwowany przez Isabel. Na początku się nie zorientowała, ale potem przyszło szybko podejrzenie, że Isabel wie o Alecu, o Manticore, o ich fikcyjnym małżeństwie, które w końcu zamieniło się w prawdziwe i nagle runęło tamtego dnia kiedy spłonęło Manticore. Isabel wiedziała, uświadomiła sobie. Wiedziała wcześniej, i nic, ale to nic nie powiedziała. Liz czuła, jak powoli w jej wnętrzu budzi się gniew. Pozwolili jej miotać się w niepewności, podejrzeniach, podczas gdy oni mieli wszystkie odpowiedzi. Nie ufali jej nawet teraz, nie tylko przed jej zniknięciem. Nie ufali na tyle, by powiedzieć chociaż część prawdy o niej samej. Ale nie mieli do tego prawa, nie mieli prawa ukrywać tego przed nią. Co oni sobie myśleli, że jej moce w czarodziejski sposób zniknęły? Nie mogli tego jakoś sprawdzić, chociażby Isabel?

Isabel… Zacisnęła szczękę. Isabel wchodziła do jej snów, do jej najintymniejszych marzeń… co lub kto dał jej prawo do tego, by bawić się czymś kosztem? Nikt. I nikt nie miał prawa dawać jej tego, nikt nie miał prawa bawić się kimś innym dla własnej rozrywki. Wiedziała o tym doskonale, ponieważ długo była rozrywką Renfro i jej doktorów, zanim nie wylądowała na zewnątrz i zanim Alecowi nie zaczęło na niej naprawdę zależeć, aż zaczął ją chronić przed nadzorem, mimo, że sam był jego częścią. Mogła to robić, by ratować czyjeś życie, zdrowie… ale i tak przy tym pozostawałby niesmak. Tymczasem obca ksieżniczka nie miała najmniejszych oporów przed robieniem tego. Co widziała? Jak wiele widziała? Jak wiele sennych marzeń zostało zbrukanych przez jej podglądanie? Czuła, że gorycz i gniew zaciskają jej gardło i tworzą bardzo niedobry rodzaj ofensywnej energii w niej samej. Wszystko wrzeszczało w niej, by walnąć w coś. By ukarać za zniszczone i zbrukane sny, za brak zaufania… a przede wszystkim ukarać za to, co od niej odebrano. Za niewinność, za zniszczone marzenia o byciu sławnym doktorem biologii po Harvardzie, za każdy cios, jaki dostała w Manticore, za każdą łzę jej rodziców, każdy skrywany ból, frustrację i mnóstwo innych emocji jakie odbierała od nich za każdym razem, kiedy czegoś nie wiedziała, nie poznawała czy nie reagowała tak, jak zareagowałaby Liz Parker. Lecz niestety, nie była już Liz Parker. Była niebezpieczną istotą, najwyżej postawioną w drabinie ewolucji z nich wszystkich…. Max poprawił jej mózg, Manticore poprawiło jej ciało… ale czuła się w tej chwili jak małe przestraszone dziecko, które musi w coś uderzyć, by odzyskać równowagę.

Równowaga. No właśnie. Kolejna paskudna cecha, którą nadał jej Max. Nie mogła się nawet porządnie wściec czy wyładować na czymś frustracji, ponieważ grozi to rozwaleniem wszystkiego wokół. Ale któżby się tym przejmował, Liz Parker to łagodna jak baranek i niewinna dziewczyna, z maślanymi oczkami wlepionymi z miłością w Maxa Evansa… po cholerę przejmować się tym, że jeśli da się jej zdolności, to jej ledwie słaby gniew może odebrać komuś życie z równą łatwością i bezpieczeństwem co dziecko bawi się zapałkami? Po cholerę przejmować się tym, że odebrano jej coś ważnego, coś osobistego, swobodę czucia? Czyżby uważał ją za swoją… własność? Na samą myśl jej kolana zasłabły. Poznała tylko jeden rodzaj ‚własności’. Należeć do kogoś lub czegoś w taki sposób, że nie ma się woli, że jest się tylko zabawką, przedmiotem, służącym do zaspokajania swojej woli. Była taką zabawką Renfro. Głupim numerem w bazie danych Manticore. I nikt nie przejmował się tym co czuje, co chce, o czym marzy lub co jej odebrano.

Tylko jedna osoba. Podszeptywało sumienie. Przełknęła ciężko. Która w ciebie wierzyła.

Zamknęła oczy, usiłując stłumić wypływające z niej fale gniewu i rozgoryczenia. Nie było to łatwe, kiedy cały gniew i ból gromadzony od dwóch lat, nagle znalazł możliwość ujścia. Znalazła winowajcę. Kogoś, kogo będzie mogła winić za to wszystko… kogoś naprawdę winnego, kto swoim działaniem doprowadził nie tylko do jej wylądowania w Manticore, ale nawet teraz, kiedy runęły mury znienawidzonego więzienia, gnębił ją swoją głupotą, krótkowidztwem i nie dbaniem o nią. Jak do licha mogli myśleć, że nie miała wciąż mocy? Jak mogli myśleć, że nie chciała znać początków ich znajomości, że nie będzie chciała znać powodów dla tej całej tragedii?

I pomyśleć, że czuła się winna wobec Maxa. Po jej trupie!

Udało się jej jakimś cudem przywołać na twarz nieśmiały, miękki uśmiech. Hm, jednak ten rok praktyki przy Alecu na coś się przydał, nieprawdaż? Powinna mu podziękować przy najbliższej okazji.

Ale z drugiej strony wówczas ukrywała zupełnie inne uczucia, pomyślała z tęsknotą… Zupełnie inne.

Podniosła się z kanapy i wyminęła zgromadzone towarzystwo, kierując się ku tylnemu wyjściu z restauracji.

„Uch, Liz, gdzie idziesz?” na krótko powstrzymał ją głos Marii.

„Muszę złapać trochę oddechu. Wrócę później.” mruknęła w odpowiedzi, nie troszcząc się nawet o odwrócenie na ułamek sekundy. Zupełnie jakby nie obchodziło jej, czy odpowiedź dotrze do nadawcy. Maria zagryzła wargę. Spotkanie zdecydowanie nie przebiegło jak jakiekolwiek znane jej wcześniej. Liz zawsze była bardzo logiczną osobą i jeśli chciała się czegoś dowiedzieć, szczególnie w kwestii swojej przeszłości, której nie pamiętała, potrafiła dręczyć bezlitośnie. O tak. Ta jej potrzeba logiki i poukładania sobie otaczającego ją świata w odpowiednie szufladki, do pudełek z odpowiednimi etykietkami, jeszcze się wzmocniła od czasu jej amnezji. To było smutne, ale dzięki Bogu, emocje nie były czymś, co tak maniakalnie etykietowała. I to martwiło Marię. Liz powinna mieć tysiące pytań, tyle, że aż by nie wiedziała od czego zacząć… tymczasem wręcz uciekała. Coś było nie tak. Coś z jej emocjami, coś, z czym nie potrafiła sobie wyobrazić. I co do licha było z tym łańcuszkiem? Pamiętała go od czasu wakacji na Florydzie Liz, Liz bardzo go lubiła, ale nigdy nie wkładała, kiedy szła na randkę z Maxem. Potem łańcuszek zniknął, ponieważ Liz zabrała go do Vermontu i jak wiadomo… nie dojechała. Więc jakim cudem znalazł się ponownie na jej szyi? Na pewno nie zrobiła go swoimi mocami. Gdyby tak było, łańcuszek wisiałby na jej szyi już dawno. A tak, pojawił się dopiero teraz. Zupełnie jakby…

„Odzyskamy ją, Maxwell.” Pełen satysfakcji głos Michaela przerwał jej myśli. Ale jego słowa chyba nie do obcego króla były skierowane, skoro jego ramię tak ochronnie obejmowało ją… Westchnęła. Misiek Kamienna Ściana. Nie wiedziała, które określenie było wcześniej lepsze… teraz zdecydowanie pasował mix tych dwóch. Michael był kochany, odpowiedzialny i troszczył się o nią o wiele bardziej niż kiedykolwiek mogła się spodziewać… czasem nawet marzyć. Tylko zabierał się do tego najczęściej w najgorszy sposób i nic do niego nie docierało, najzajadliwsze argumenty. Pod jednym względem nie różnił się od Maxa ani na jotę. Jak wbił sobie coś do swojej obcej łepetyny, tak niemożliwością było to stamtąd wybić. Łatwiej było go znokautować.

Westchnęła i odwróciła wzrok od wciąż huśtających się drzwi na zaplecze Crashdown. Nie mogła pozbyć się uporczywego uczucia, że coś poszło bardzo, bardzo źle. Wibracje były naprawdę złe. Pora na wsparcie z zewnątrz, uznała jej buntownicza naturka. Pogadam sobie od serca z tym całym McDowellem.

Seattle, dwa tygodnie później

Max stłumił ziewnięcie i podniósł do ust kolejną filiżankę kawy. Nie wiedział którą; jego zamglony brakiem porządnego snu obcy mózg dawno temu przestał liczyć hektolitry ciemnego płynu, jakie w siebie wlewał. Ale nie mógł spuścić z oka Liz. To było zawsze jego niedościgłe marzenie. Móc patrzeć na nią bez skrępowania, z wiedzą, że należała do niego, że mógł to robić, że nikt mu tego nie zabroni… To było wspaniałe, odurzające uczucie. Dla tego uczucia był gotów nie spać którąś noc z kolei, po prostu korzystając z tego przywileju, który myślał, że nigdy już nie będzie mu dany.

Usłyszał jej śmiech. Serce zalało ciepłe uczucie, kiedy otworzył zmęczone oczy i zobaczył, jak klęczy przy jakimś małym dziecku i coś do niego mówi. Miała taki ciepły śmiech, taki radosny, podszyty spokojem i radością… Świat mimo ich pamiętnej krótkiej rozmowy sprzed dwóch tygodni był dla niej logiczny i poukładany. Uśmiechała się z czułością do dziecka i coś mówiła, ignorując zupełnie otaczający ich hałas centrali transgeników. Mimo nocnej pory, życie tutaj toczyło się normalnie, zupełnie jakby mieszkańcy Terminal City nie znali terminu ‚sen’. Może to i była prawda, z tym całym dziwacznym mieszaniem genów rozmaitych zwierząt… Strach chwytał go za gardło, a krew cierpła w żyłach kiedy myślał, że przebywała ponad rok pod nadzorem jednego z tych potworów. Co prawda jeszcze nie spotkał tego całego Aleca McDowella, ale pogłoski, jakie do niego dotarły nie były najmilsze. To był egocentryczny bawidamek, którego nie obchodziło nic poza własnymi czterema literami. Miał tylko nadzieję, że dobry Bóg wysłuchał jego modlitw – nie, żeby specjalnie kiedykolwiek w niego wierzył – i da spokój jego Liz. Jak na razie wszelkie znaki na niebie wskazywały na to, że tak się działo.

Westchnął i spojrzał na zegarek. Dochodziła czwarta nad ranem; w centrali byli dowódcy czterech niedużych oddziałów, oddziałów, które rano wyruszały na miasto po konieczne dla istnienia i funkcjonowania tego małego światka zapasy. Wciąż go zadziwiało, jak w środku wielotysięcznego miasta mogło istnieć takie miejsce, pełne różnego rodzaju dziwaków, którzy okradali zwyczajnych, ciężko pracujących na chleb ludzi i jeszcze mieli czelność twierdzić, że im się to należy za wszelkie lata walki za nic, by ci ‚zwyczajniacy’ nie musieli wyściubiać nosa z domów. I mimo, że był tu już tydzień, wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego Liz z nimi przystaje. To nie był jej świat. Powinna być w Roswell, kończyć szkołę i wypełniać aplikację na Harvard, zamiast być tutaj.

Ale z drugiej strony… rozumiał jej potrzebę odwdzięczenia się. Jedna z tych dziwadeł o imieniu Max spaliła Manticore do ostatnich fundamentów, uwalniając ich wszystkich, w tym i samą Liz. A Max chciała miejsca bezpiecznego dla wszystkich dziwaków, niezależnie czy wyglądali po ludzku czy nie. I Liz pomagała jak mogła, jej przeogromna moc była bezcenna w miejscu, gdzie wszystko było ruiną i brakowało praktycznie wszystkiego. Według jego mniemania, nie mieliby nic bez niej i dlatego tak ją zatrzymywali tutaj. Uważał, że to trochę niesprawiedliwe, że naciągają jej wdzięczność. Ale on był tutaj, by dopilnować, że nic się jej przy tym nie stanie. Zwłaszcza po ostatnich dniach. Widać było po niej zmęczenie, zrobiła się nieznacznie bledsza i jakby nieco szczuplejsza na twarzy. Być może za mało jadła… zauważył, że zaczęła omijać śniadania w ich stołówce, ale na początku zwalił to na karb jakości tutejszego jedzenia. Co prawda pożywne, ale było całkowicie bez smaku. Czym więc musiało wydawać się dla Liz, przyzwyczajonej do pożywnych smakołyków z Crashdown? Już samo jej uzależnienie od tabasco musiało trzymać ją z dala od posiłków w mesie. Udało się mu złapać ją tam tylko raz i to dlatego, że przesiedział tam calusieńki dzień… Przyszła po południu, w towarzystwie tego przerażającego monstrum cuchnącego kiepskimi cygarami, Mole’a. Zdecydowanie przydałyby mu się lekcje u Kala Langleya, co winien palić mężczyzna. Ale ostatecznie, był tylko mutantem. Co go obchodziło czym spowoduje sobie raka płuc?

Patrzył w milczeniu, jak dziecko w radosnych podskokach wędruje w stronę czterech dowódców, którzy zaczęli z nim rozmawiać jak z dorosłym. Pokręcił głową w zdumieniu. Ten świat zwariował. Poważnie.

Do pomieszczenia wszedł 494. Max wiedział, że należał do X5-tek. Ostatecznie, wyglądał jak człowiek, wiec musiał należeć co najmniej do serii X. Nie znał jednak jego imienia, wiedział tylko, że był zastępcą Max Guevary, słynnej transgenicznej, która spaliła Manticore i dowodziła w Terminal City. Zajmował się całą wojskową stroną Terminal City, musiał być oficerem w Manticore. Chodziły słuchy, że poznał Max będąc jej partnerem w programie hodowli. Aż się skrzywił z pogardą jak to usłyszał. Te zwierzęta nie miały za grosz przyzwoitości. I niestety dla niego, Liz lubiła wśród nich przebywać i im pomagać. W obecnym stanie ich siedziby zajmie mu miesiące, zanim zdoła przekonać Liz do wyjazdu. Może powinien sam zacząć robić małe rzeczy? Ale nie, lepiej nie. Powinien uważać na Liz. Szczególnie teraz… pomyślał zaniepokojony, śledząc jej powolne, lekko chybotliwe kroki. Zmarszczył brwi. Szła do 494, mówiąc coś z uśmieszkiem, ale z całym tym hałasem wokół nie był w stanie wyłowić nawet pojedynczego dźwięku.

Skoczył na równe nogi, kiedy nagle załamała się i podparła ścianę. Z twarzy odpłynęła wszelka krew, pociemniałe oczy wpatrujące się z obrzydzeniem w kubek aromatycznej, parującej kawy niesiony przez 494. Podbiegł, wściekły na 494 że nawet nie kiwnął palcem i sięgnął za plecy Liz, by ją podnieść.

„Nie…” wymamrotała z wyraźnym protestem w głosie.

„Ale Liz, musisz odpocząć.” argumentował jak małemu dziecku. Zresztą w tym momencie wyglądała jak małe dziecko, drobna, malutka, chora… musiał zabrać ją z tego przeklętego miejsca. Być może te przeklęte toksyny, o których tyle słyszał od ludzi, jednak oddziaływały na nią. Tak, z całą pewnością. Nie było innego wytłumaczenia, dlaczego zachowywała się tak dziwnie. „Jesteś zmęczona i słaba… powinnaś…”

„Zostaw mnie.” mruknęła tym razem wyraźniej. Spojrzał na nią zaskoczony.

„Ale…” kątem oka dostrzegł wpatrujących się w niego z niechęcią kilku mutantów. Co z nimi jest? Czemu nie pomogą Liz? Po tym wszystkim, co dla nich zrobiła nie wyciągną do niej pomocnej dłoni, kiedy ona sama potrzebuje pomocy? Czy nie widzą jej słabości? „Zasłabłaś…” wymamrotał zakłopotany, podnosząc dłoń, by odgarnąć zagubiony kosmyk włosów z jej twarzy „Musisz odpocząć.”

W następnej sekundzie nastąpiły dwie zupełnie niespodziewane wydarzenia. Jakaś wielka łapa chwyciła go gwałtownie i boleśnie od tyłu i odciągnęła od Liz w jednym ruchu, a do jego oszołomionego mózgu dotarło jakieś mamrotanie o głupocie zwyczajniaków. Oburzony sapnął. Nie był żadnym zwyczajniakiem. Był wszystkim, tylko nie zwyczajnym!

Jego błagające o pomoc oczy odnalazły Liz, kiedy bezceremonialnie był wynoszony z pomieszczenia. Zakrywała dłonią usta, chyba najwyraźniej tłumiąc podobne jęki protestu, jakie wydobywały się z jego własnego gardła. Ale jego oburzenie zamieniło się w zimną wściekłość i zarazem ulgę, kiedy tuż przed samymi drzwiami zobaczył, jak 494 ostrożnie podnosi Liz z tym swoim nieodłącznym uśmieszkiem na twarzy. Przynajmniej facet w końcu się nią zaopiekował, chociaż według jego osobistego zdania, mógł to zrobić ktokolwiek inny. Nie podobało mu się, że dotykał Liz. I przede wszystkim nie podobał mu się ten litościwy błysk w zielonych oczach, kiedy rzucił mu spojrzenie nim ten cały Mol…Moke? Mode? Mole? Nie pamiętał, kto by tam spamiętał te ich dziwaczne imiona… wynosił go z pomieszczenia. Jego ostatnim obrazem było, jak 494 pochyla się na jego Liz i uśmiecha się, zupełnie jakby posiadł jakąś tajemną wiedzę, do której on, Max, nie został dopuszczony.

Był to dziesiąty, ostatni rozdział Mojej ukochanej żony, lecz nie jego ostatnia karta. Oczekujcie skrawków nieopisanej dotąd historii w Epilogu. Łącząca się z wami w bólu nad ignorancją pana Maxwella E. w tej opowieści autorka….

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *