Moja ukochana żona (1)

Moja ukochana żona, rozdział  pierwszy

Roswell, kwiecień 2004

Dzień, w którym się dowiedziała, nie należał do jakichś niezwykłych. Właściwie, to mogłaby nazwać go wręcz nudnym, rutynowym. To była wegetacja, nie życie i ona wiedziała o tym dobrze. Nawet zbyt dobrze. Nic nie mogło wytrącić ją z tego marazmu… tak przynajmniej sądziła, póki nie dostała pisma z urzędu skarbowego.

„Śmierć i podatki… tylko tego możesz być pewny w życiu.” Jakiś mężczyzna naprzeciwko jej wyszczerzył zęby w brakującym uśmiechu, widząc logo listu. Tylko westchnęła, wpatrując się niema w czarne litery na białym papierze. Alec McDowell, aresztowany pod zrzutem wielokrotnego morderstwa, oczyszczony później z zarzutów, pracujący obecnie w Jam Pony.

Po lekturze listu doszła do jednego wniosku: tylko podatków można być pewnym. Bo śmierci najwyraźniej nie.

Oglądała jego śmierć. Widziała na własne oczy, jak wrócił po pożarze Manticore do ich ‚domu’ i jak budynek wybuchł… i nie było żadnego 494 na zewnątrz.

Więc jakim cudem?

Jedyne usprawiedliwienie stanowił fakt, iż wojsko musiało użyć tożsamości jakiegoś istniejącego faceta. Po prostu świetnie. Teraz była zamężna do jakiegoś typka i nie wiedząc o tym skorzystała z kilku ulg podatkowych… i teraz, po tylu miesiącach od pogrzebania przeszłości, wszystko wróciło do niej jak bumerang. To było nawet gorsze niż obudzenie się w szpitalu i nie pamiętanie absolutnie wszystkiego, włącznie z własnym imieniem i tym, jak chodzić.

Cholera.

Przez podatki straciła ponad 20 tysięcy dolarów, by ‚zalegalizować’ swoją aktualną tożsamość… i teraz dzięki faktowi, iż Manticore użyło istniejącego w rzeczywistości nazwiska, skarbówka  domagała się drugiego tyle. Jeśli była zamężna, ulgi, z których korzystała, nie przysługiwały jej.

Pozostawał rozwód i uratowanie resztek funduszy. Ciekawe, czy ten cały Alec McDowell wiedział, że jego nazwisko było używane przez pracowników najbardziej chorej wojskowej agencji na tym świecie? Wątpiła w to. Ale cóż, Manticore użyło jej prawdziwego nazwiska przy akcie ślubnym, co graniczyło z absolutną chorą przewrotnością, uniemożliwiając jej tym samym powrót… jakby ktokolwiek tam w ogóle brał pod uwagę, że mogłaby jakoś uciec spod nadzoru.

Oparła podbródek na dłoniach i gapiła się na pismo ze skarbówki. Naprawdę, wszystko, czego teraz potrzebowała to odrobina spokoju, jakieś bezpieczne miejsce, gdzie mogła zbudować sobie nowe życie po schwytaniu jej przez Manticore i późniejszej ucieczce podczas pożaru. Ale teraz wydawało się, że los ponownie z niej zakpił. Zupełnie jak ponad dwa lata temu, kiedy okazało się, że Nasedo nie tylko spiskował z Kivarem przeciwko Maxowi, ale także nie zdołał wykonać swojego zadania jako agent Pierce – nie tylko nie rozbił na dłuższy czas Wydziału Specjalnego, ani tym bardziej nie usunął danych na ich temat. Przez niego nadzór nad grupą wzmocnił się, przejęty przez znacznie bardziej utajnioną agencję… i kiedy w końcu zdecydowali się wykonać ruch, nikt nie był na to przygotowany, a już zwłaszcza ona sama – ich główny cel. Człowiek, zmieniony przez obcego. Ani obcy ani hybryda ani człowiek. Ale była wszystkim, co chcieli.

Gdzieś na drodze do Vermont, luty 2002

Myślała przez dłuższy czas o liście, który zostawiła Maxowi. Czuła się winna, że zostawia ich, że zostawia Roswell, że pozwala ojcu wygrać tę batalię o kontrolę nad jej życiem… i przede wszystkim czuła się winna, że zostawia Maxa samego z wyrzutami sumienia, iż niechcący spowodował te wszystkie dziwne, bolesne zmiany w jej organizmie.

Od chwili, kiedy Ava powiedziała jej, iż uzdrowienie ją zmieniło, Liz nigdy nie zastanawiała się zbytnio nad tym. Nie czuła się różna, inna niż wcześniej. I wszystko, co potrafiła zrobić, co właściwie zrobiła raz, to był jej własny hologram wysłany do Nowego Jorku. Widział go jedynie Max, widział, nie słyszał… Przez cały poprzedni rok przyjęła po prostu, że to była energia i umiejętności Isabel. Przerażająca, pierwotna siła, którą wyczuwała, niczym kipiący pod powierzchnią ogromny wulkan energii, tylko czekała na uwolnienie… Tego dnia pojęła, dlaczego Antarianie tak bardzo czekają na powrót Królewskiej Czwórki. Energia Isabel była uśpiona, czekała, aż dziewczyna przekroczy niewidzialną granicę. I była tak niewiarygodna, iż Liz przez długi czas nie była w stanie zrozumieć, jak Isabel tego nie zauważyła ani zrozumiała. Teraz jednak, kiedy sama wyczuwała coś dziwnego w swoim ciele, zaczęła pojmować Isabel. Ona doskonale wiedziała, że coś w niej jest. Ale to przerażało, przerażało i ciągnęło do najciemniejszych i najgłębszych miejsc w sercu. Bała się sięgnąć po tę siłę, bała się konsekwencji, tłumiła ją w sobie.

I teraz, praktycznie dwa i pół roku po uzdrowieniu przez Maxa, dla Liz sprawa się zmieniła. Czuła w sobie coś podobnego, jak podczas wysyłania hologramu do Nowego Jorku, a co wyczuwała płynące od Isabel. Energia była nieporównywalnie słabsza, mniej skoncentrowana i zdecydowanie rozproszona… ale to było w niej, ciemne, przerażające, kuszące i jednocześnie tak bardzo obce, że czasem Liz bała się zamknąć na dłużej oczy w obawie przed konsekwencjami. Ta siła… energia, cokolwiek w niej siedziało, przerażało ją do szpiku kości. Fakt, że to rosło przy Maxie, wydawało się wręcz żywić jego obecnością, a nawet samymi myślami o nim, tylko komplikowało sprawy. Ponieważ wystarczająco bolała ją świadomość, że Max ma dziecko z Tess, że spał z nią, że nie zaufał jej w sprawie śmierci Alexa… ból i coś dziwnego dziejące się z jej ciałem w jego pobliżu tylko pogłębiały między nimi tę przepaść, którą tak desperacko pragnęła zasypać przez ostatnie miesiące. I los znów zadrwił sobie z niej, wrzucając ją do tej obcej przepaści… z tą różnicą, że teraz to nie było błyski, obce ciała czy cokolwiek innego. Ta przepaść była w niej samej. I cokolwiek to było, z każdym kontaktem z Maxem pogarszało się i rosło w siłę. Nie mieli odpowiedzi, nie mieli żadnej wskazówki oprócz słów Avy i Liz znów czuła ten strach, jak niegdyś, kiedy ocierała się o coś naprawdę obcego. Poważnie, jak można spowodować wybuchy elektryczności w ciele człowieka w ponad dwa lata od uzdrowienia? Co uzdrowienie miało w ogóle z tym wspólnego? Ava mówiła, że jest różna po uzdrowieniu, że na początku jeszcze tego nie wie… i całego jej zachowania wywnioskowała, iż ta zmiana nie była czymś złym, raczej upodobniała ją do innych hybryd.

Więc dlaczego teraz to było tak złe, dlaczego w głębi serca czuła, że stanie się coś naprawdę złego? To uczucie, z początku nieokreślone, kiedy zaczęła się jej choroba, ‚obca grypa’ jak zażartowała nawet w którymś momencie Maria, rozwijało się razem z energią w niej i każdorazowy kontakt z Maxem je pogarszał, aż w końcu ból i strach stały się zbyt wielkie, by mogła dać im radę sama i sama zraniła Maxa. Dlaczego, dlaczego na Boga, zapytała go na pustyni o to? Dlaczego nie zostawiła tego, nie zepchnęła w jakiś ciemny zakamarek umysłu, po prostu zapominając o tym, zapominając o tym głęboko osiadłym na dnie żołądka uczuciu odrzucenia i zdrady, kiedy widziała Maxa i Tess razem po pogrzebie Alexa, Maxa razem z nią, kiedy ona sama potrzebowała jego tak bardzo? Dlaczego nie zapomniała o własnym strachu i bólu? Dlaczego nie potrafiła tego? Co było z nią nie tak? Max sobie na to nie zasłużył, nie spowodował naumyślnie zmian w jej organizmie, wręcz przeciwnie, przekonany był, że ratując jej życie naraża swoje, siostry i Michaela… a nie jej. I w końcu przecież ona sama zraniła go mocno, odepchnęła, sądził, że spała z Kyle’m… nie mogła mieć pretensji, kiedy on sam zrobił to samo – spał z kimś innym. Fakt, że Tess okazała się morderczynią nie zmieniał sprawy. Nie mogła obwiniać Maxa o to. A jednak nie umiała schować bólu, nie potrafiła schować go ponownie, kiedy Max potrzebował zapewnienia, że jest dobrze, kiedy potrzebował jej wsparcia tak samo jak ona jego. Kiedy potrzebował jej zapewnienia, że chociaż pchnął ją w obcą otchłań, to wciąż go kocha i mu ufa. Tymczasem ona… ponownie sprawiła mu ból. I nie wiedziała jak to naprawić.

Coś, co powiedział jej w samochodzie Kyle, dało jej do myślenia. Nie dlatego, że chciała pomyśleć o sobie. O nie… Podsunął jej rozwiązanie, do którego uciekała się już wcześniej. Ucieczka, odseparowanie. I chociaż prawdopodobnie spowodowało to kolejną ranę w sercu Maxa, było jednak zdecydowanie lepsze niż oglądanie jego bólu kiedy oglądał te obce, niesamowite zmiany w jej ciele.

A propos zmian… jak dotąd wydawało się jej, że tylko obecność Maxa wywoływała błyski na skórze, ale najwyraźniej się myliła. Czuła je teraz, czuła iskrzenie się, coś jak elektryczność w koniuszkach palców. Schowała dłonie głęboko do kieszeni. Najwyraźniej wcześniej zmiany pojawiały się tylko w obecności Maxa, teraz po prostu pojawiały się nawet na myśl o nim… lub niezależnie od Maxa. Nie wiedziała. Wszystko było wielką niewiadomą. To była obca rzecz. I odkąd nic nie mogła na to poradzić, od kiedy nie mogła tego poprzeć żadną książkową wiedzą, musiała się pogodzić z tym. Cokolwiek się z nią działo, przerażało ją bardzo. I czuło się bardzo, bardzo złe. To było niemal jak smak w ustach, to dziwne dręczące ją uczucie, iż stanie się coś bardzo niedobrego. A najbardziej z tego wszystkiego przerażał fakt, iż to przeczucie dotyczyło jej samej. Coś złego stanie się z nią… czy też to był tylko jej strach i panika wobec nieznanego? Nie miała pojęcia, nie wiedziała.

Manticore, gdzieś w okolicach Seattle, lipiec 2002

Elizabeth Renfro, główny dyrektor Manticore, wpatrywała się ze znużeniem w młodą dziewczynę, leżącą na podłodze ich białego pokoju. Leżała za pancerną szybą i kratownicą ze specjalnego stopu, na który składał się między innymi zubożony uran, a także za potrójną warstwą specjalnego materiału izolacyjnego. A wszystko po to, by nic się nie stało jej obserwatorom, jej prześladowcom.

Renfro miała całkiem jasne podejrzenie, co ta mała myślała o nich. Nie kryła się ze swoimi myślami i opiniami, w przeciwieństwie do całego tego zbiorowiska genetycznych dziwolągów, którymi zarządzała na co dzień. I chociaż termin ‚dziwoląg’ i ‚genetyczny mutant’ można by śmiało odnieść także do Liz, a właściwie to ona nawet pasowała najbardziej do nich, Renfro była daleko od stwierdzenia, że zarządzała Liz. Właściwie, to nikt nią nie kierował. Leżała apatyczna już trzeci dzień. Wszelkie metody nacisku – fizyczne, psychiczne, paranormalne, pranie mózgu… Rzeczy, które próbowali na tej dziewczynie, przechodziły najśmielsze oczekiwania szefa Psy Ops. Kolejne próby zmuszenia dziewczyny do uległości i skontrolowania jej i jej zdolności, pokazywały jedynie, jak bardzo byłaby przydatna w przyszłości, jeśli zdołaliby ją ujarzmić.

Niestety, jak dotąd, zawodziło wszystko. Dziewczyna miała tak potężne paranormalne zdolności, że każdy z genetycznych mutantów z Manticore przegrywał w przedbiegach przy jej nieświadomych obronach przed ich ingerencją. A co dopiero kiedy odkrywała, że ktoś usiłuje wpłynąć na jej wolę.

Renfro odwołała w pamięci jeden jedyny raz, kiedy spróbowali połączonego nacisku kilkunastu ich najlepszych dziwolągów. Spłynęło to po niej jak woda, tylko odwróciła głowę dokładnie w tym kierunku, gdzie za ścianą ich główny specjalista od wywierania przymusu koordynował kilkunastu mutantów. Facet zemdlał, po czym zapadł w śpiączkę… Nie zdołali pojąć, co ją spowodowało. Kto ją spowodował, wiedzieli doskonale. Ale nie wiedzieli, jak to zrobiła, ani co dokładnie zrobiła. I z każdym tygodniem, jak Elizabeth Parker przebywała w Manticore, jej zdolności zdawały się rosnąć w postępie geometrycznym. Napięcie elektryczne w jej ciele było tak wysokie, że praktycznie już dawno powinna zamienić się w popiół, tymczasem wszystkie jej wewnętrzne organy funkcjonowały jak najbardziej prawidłowo, nie podnosząc temperatury ciała nawet na jedną dziesiętną stopnia.

Była odporna na zdolności genetycznych mutantów, ponieważ jej własne naturalne zdolności wydawały się znacznie przewyższać ich. Ale coś, co odkryli dosyć szybko po jej przywiezieniu do laboratoriów, przydawało się chociaż w ich próbach utrzymania jej tutaj. Chociaż nie mogli zmusić jej do wykonywania ich woli, nie mogła uciec. Już Renfro zatroszczyła się o to.

Posłuszeństwo i kontrola nad Liz były obecnie coraz pilniejszym zagadnieniem. Wydawała się naprawdę odporna na wszelkie perswazje, groźby, naciski. Nawet świadomość, że jej nieposłuszeństwo zrani jej najbliższych, nie pomagała. Liz po prostu zobojętniało wszystko. Najwyraźniej wierzyła, że cokolwiek zrobi, inni i tak są przebadani, torturowani i zmuszani do różnych rzeczy, dokładnie tak jak robili to jej. To przekonanie odbierało im niezwykle ważny argument przetargowy. Obojętność jej własnego losu także im nie pomagała. Ale Renfro miała jeszcze coś w zanadrzu. Coś bardzo przewrotnego, dość ryzykownego… ale jeśli jej przewidywania co do zdolności tej całej Parker się sprawdzą, warto było zaryzykować. Psiakrew, już to wszystko, co zaprezentowała dotychczas, robiło naprawdę niewiarygodne wrażenie. Ta dziewczyna mogła stanowić broń, o jakiej nawet Sandemanowi się nie śniło. W połączeniu z fizjonomią transgeników… oraz odpowiednim treningiem i nauką od najmłodszych lat, mogli mieć niewiarygodnie skutecznego żołnierza.

Niestety, w tym planie istniały dwie niezwykle poważne luki. Wszelkie medykamenty, które jej podawali w celu wyhodowania lub chociaż skłonienia jej do jakiejkolwiek przychylności na tym względzie, blokowały jej zdolności na długo, raz nawet doprowadzając do ustania pracy mózgu. Renfro nie chciała ryzykować po raz drugi. Drugą skazą był fakt, że z jakiegoś powodu organizm Liz odrzucał sztucznie zapłodnione embriony, nawet jeśli część genetyki pochodziła od niej samej. Więc w tym sposobie nie mogli dostać tego, co chcieli.

Ale cóż. Starożytni mawiali, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Renfro skłaniała się raczej ku myśli, że wszystkie drogi prowadzące do celu, są właściwymi drogami. I po wnikliwej analizie profilu psychologicznego jej doradcy zaproponowali naprawdę przewrotne rozwiązanie, wymagające wiele pracy i wysiłku… ale w efekcie mogli osiągnąć znacznie, znacznie więcej niż Renfro kiedykolwiek oczekiwała. Dlatego tym razem była całkiem skłonna zaryzykować. Jeśli plan zadziała, w ostatecznym efekcie będą mieli zarówno Liz Parker na swoich usługach, nowy typ genetycznych mutantów, o jakim ich genetycy dotąd marzyli… i wprost niewiarygodnie skuteczną broń przeciwko obcym. Tylko trzeba było odrobinę zaryzykować. Zawsze wszakże istniała szansa, że Parker inaczej zareaguje na serię leków. Ale skoro lekarze po tych wszystkich miesiącach testów znali jej ograniczenia, ryzyko w tym względzie było naprawdę niewielkie. Jedyne, czego mogli się obawiać, to faktu, że po obudzeniu dziewczyna nie zaufa nikomu. Ale z wszystkiego, co wiedzieli o Parker… cóż, dziewczyna ufała tylko tym, których kochała.

„Potwierdź swoje oznaczenie.” zwróciła się do przystojnego mutanta, który czekał cierpliwie od pięciu minut na chwilę jej uwagi. Jego twarz była bezemocjonalną maską, zielone oczy także, ale wiedziała, że jego uwaga była skupiona na drobnej osóbce za szybą. Tak, on by idealny. Prowadził jej nadzór przez wiele miesięcy, znał ją najlepiej ze wszystkich zleconych do tej ogromnej operacji. Jego pliki w Manticore były doskonałe, mimo małej wpadki z Berrisfordem… Ale kto by się tam przejmował drobną emocjonalnością, skoro właśnie tacy X5, którzy wykazywali jakieś pozostałości ludzkich uczuć, byli zdecydowanie najlepsi ze wszystkich? Poza tym ten ślad emocji gwarantował odpowiednie zrozumienie celu. Przy wiedzy, jaką on posiadał o Liz Parker, mógł podołać misji, którą planowała. Tak, i jego genetyka również jest w porządku. Właściwie to należała do najlepszych, nawet jeśli jego stuknięty brat szalał po kraju i mordował ludzi.

„X5 – 494.” blondyn odpowiedział spokojnie. Renfro uśmiechnęła się zadowolona.

„Jesteś świadomy braku postępów wobec obiektu YF 001?”

„Tak, proszę pani.” przyszła natychmiastowa odpowiedź. Oczywiście, że wiedział. Całe Manticore wiedziało, że sprowadzili do laboratoriów żeńską obcą. Ba, niektóre testy jakie na niej przeprowadzali, oddziaływały na nich wszystkich. Jak na przykład w zeszłym tygodniu… Kilkadziesiąt okien nagle wybuchło gradem drobnych odłamków niby bez powodu… ale 494 wciąż pamiętał to dziwne dźwięczenie w głowie. Wiedział natychmiast, kto to był. Parker. Przez ostatni rok, od czasu dziwnej sprawy Dupree i Michaela Guerina, dowodził nadzorem nad niewielką grupą obcych w Roswell. I kiedy w końcu przyszedł rozkaz ujęcia jednego z nich – właściwie to jednej – miał tą wątpliwą przyjemność stanąć oko w oko z przestraszoną obcą, nie kontrolującą swoich mocy. Po wszystkim, co zobaczył i wiedział o Elizabeth Parker, nie miał najmniejszej wątpliwości, że Manticore będzie miało ogromny problem w skontrolowaniu jej. Nie ma co, ktoś wymyślił dla niej odpowiednią nazwę. X – YF.

„Jeśli dobrze pamiętam, to ty napisałeś w raporcie o negatywnych skutkach przymusu na obcych?”

„Tak, proszę pani.” nie miał pojęcia, o co biegało, ale nie zapowiadało się miło.

„Odkąd wydajesz się dostrzegać takie ważne fakty na długo przed jakimkolwiek z techników…” spojrzała pogardliwie na dwójkę mężczyzn, siedzących przy konsolach „Zostajesz ponownie przydzielony do nadzoru YF 001. Z tą różnicą, że teraz nadzór będzie osobisty i połączony z programem hodowli.”

X5 – 494 walczył, by schować szok od uważnego sokolego wzroku dyrektor. Osobisty nadzór? Hodowla? Jezu Chryste. Czy w Manticore już wszyscy zwariowali czy tylko jemu się tak wydawało?

Tymczasem Renfro nie zwracała na niego uwagi, z ponurą determinacją wpatrując się w dziewczynę skuloną na podłodze. Generowała coś, co wyglądało na słabą poświatę wokół niej. W rzeczywistości była to tarcza, która mogła wytrzymać praktycznie epicentrum wybuchu bomby zrzuconej na Hiroszimę. I ich czujniki nawet nie zarejestrowały jakiejkolwiek zmiany w poziomie jej energii.

Dostanę cię jeszcze, Parker. Będziesz moja.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *