Królewski przymus

Prequel do „Snu o mojej córce„, sequel do „Snu” i „Jawy”.

Khavar

Wydawało mu się, że znał finał i jedyne czego nie znał, to drogi do niego.

Oboje się mylili.

Patrzył w przerażeniu, jak jego właśni ludzie wprowadzają bardzo charakterystyczną blondynkę o błękitnym spojrzeniu. Klon Avy o imieniu Tess. Królową w poprzednim życiu i część Królewskiej Czwórki w tym.

Silniejsza od królowej mogła być tylko inna królowa. Inna królowa, która całe swoje życie na Antarze miała silne umysłowe zdolności, w tym ukrywania przed innymi co widzą.

Reakcji w królewskiej grupie nie dało się przewidzieć. Takiego poziomu nienawiści, i to szczególnie od Valentiego, nigdy by się nie spodziewał. Historia Królewskiej Czwórki i ich przyjaciół na Ziemi była pełna dziur, nawet ta nieoficjalna. Nikt o niej prawie nie mówił, a to co było plotką a co faktem – jeszcze trudniej było odsiać.

Elizabeth była blada, ale od niej jedynej nie wyczuwał nienawiści. Prędzej ostrożność. Zerknęła na niego w milisekundzie. Domyślił się, że zastanawia się nad jedną straszną możliwością: czy to Ava będzie jego żoną? Czy też może całkiem przeciwnie, jej moc jedynie ukrywa jej tożsamość?

Chaosu, który chwilę potem powstał, nie sposób było opisać.

„Przydałby się królewski przymus na niektórych.” wycedził przez zęby do Lareka, który tylko uśmiechnął się pod nosem. Larek takich problemów u siebie nie był, był królem prawie całe swoje życie i praktycznie nie znał problemów wynikających z przewodzenia innym bez biologicznego przymusu pójścia za jego rozkazem. Był rozsądnym władcą, nigdy swoich praw nie nadużywał i był równie wielbiony co Zan przez swoich poddanych, co nie zmieniało faktu że nie znał życia w którym nie kontrolował poddanych. Raczej mu nie pomoże w opanowaniu jego własnych szeregów, które sprowadziły tu byłą żonę Zana. Włącznie z samym Zanem, wszyscy mieli ją za martwą od wielu lat.

Sprowadzili blondynkę z Ziemi pod jego nosem, przechowali na planecie w jego szeregach i jeszcze rzucili jej istnienie w trakcie najważniejszych negocjacji od stulecia. Gdyby miał włosy na głowie w tej chwili, wyrywałby je garściami.

Szybko ściągnął swoją prawą rękę, Boriana, zdecydowanie bardziej odpornego na szokujące wieści. Kazał mu znaleźć każdego, kto maczał w tym palce, nawet jeśli byłaby to jego własna matka. Szybko zmienił kształt na bardzo dobrze znany swojej królowej, i spiesząc labiryntem ruin podążył za nią i jej mężem eskortowanymi przez ich przyjaciół i świtę.

Wyczuła go? Przewidziała jego przybycie? Trudno było ocenić, odwróciła się bowiem sekundę po tym, gdy zobaczył ogon ich niedużej grupy. Odesłała większość uspokajającym gestem i tym uspokajającym uśmiechem, który powodował spojrzenie szczeniaka u każdego męskiego przedstawiciela Królewskiej Czwórki.

Czuł ścisk w żołądku i każdy nerw w ciele, gdy stanął naprzeciwko niej. Zdecydowanie była królową, czuł to jak każdy inny wokół. Sprowadzenie Tess było cholernym błędem, za który przyjdzie mu odpowiedzieć.

I czy nie tym było jego życie? Ciągłą odpowiedzialnością za to, co robili jego ludzie?

„Jedna zagadka rozwiązana, nieprawdaż?” uśmiechnęła się do niego i spojrzała za siebie, na czekających w oddali rodzinę i przyjaciół „Wiem, że to nie ty. Wybacz, ale nie będę uczestniczyć dalej w negocjacjach; moja obecność nie będzie teraz pomocą. Będziesz musiał samodzielnie odkryć tożsamość panny młodej.”

Odwróciła się i pobiegła do pozostałych. Patrzył oniemiały przez chwilę na jej postać, z prawdziwym przerażeniem w tym. Nie zamierzał wypowiadać słów w temacie, chociaż w głębi ducha chciał. Miał zamiar powiedzieć coś w zupełnie innej sprawie.

Chyba jednak zdolności prorocze ich królowej słabły. Albo wygasły kompletnie. Przywykł do tego charakterystycznego błysku w brązowym spojrzeniu, tego samego którym na niego kilka tygodni temu spoglądała, gdy odbywały się negocjacje. Polegali na niej, szczególnie Zan, przy każdym kierunku. On sam też. Królewska para była doskonale przygotowana i te negocjacje nigdy nie przebiegłyby w ten sposób, gdyby nie jej wizje. Teraz to wiedział. Przez jego własnych ludzi został pozbawiony nie tylko wsparcia proroczej królowej, zarówno tonującej jak i umożliwiającej dalszy dialog, ale w dodatku utworzył masakryczny dynastyczny i polityczny bałagan, jeszcze większy niż w momencie gdy Zan zginął w poprzednim życiu.

To będzie piekło.

~ * ~

Nie wiedział, kto rzucił tą propozycję – ale gotów był go udusić gołymi rękami. Tradycyjnie, samą siłą swoich mięśni, pozbawiając idiotę nawet prawa do godnej śmierci. Na to zdecydowanie nie zasłużył.

Ale ta propozycja wynikła. Oniemiałe twarze wokół stołu, jego własna wściekła i skulone dwóch kobiet – królowych – odbijały się w ekranach transmitujących między obozami wizje negocjujących.

Najbardziej przerażała go twarz Zana. Martwa.

Jakby… wiedział? Przewidział korzystając z mocy małżonki czy też przewidział bo znał przeciwnika?

Tego Zana, podejmującego całkiem sensowne decyzje polityczne i katastrofalne osobiste zupełnie nie znał.

I patrząc na twarz swojego króla obecnie, nie mógł się nie zastanawiać. Jego nie zaskoczyła ta propozycja. Gwałtowna reakcja królowej do tego tworzyła jakąś nieprawdopodobną mieszankę surrealizmu.

Królowa tego nie przewidziała. Najsilniejsza prorokini na ich planecie nie przewidziała.

Było to namalowane na jej twarzy, w jej niewidzących brązowych oczach transmitowanych przez ekrany. Wiedział, co robiła, szybko i gwałtownie. Próbowała przejrzeć przyszłość, szukając w niej siebie. Bojąc się tego samego, co właśnie jemu też przyszło do głowy.

Elizabeth blokowała sama siebie. Bo któż mógłby być silniejszy niż sama królowa?

Inna królowa?

Albo król – przyszło mu nagle na myśl. Sam Zan.

Spojrzał uważniej na twarz swojego króla. Wyrażała miliardy emocji, ale czy na tyle silne, jak u męża któremu zaproponowano w biały dzień utratę małżonki?

Nie znał tego Zana.

Larek podniósł się; jego postać wypełniała teraz prawie każdy fragment ekranu. Poprosił o prywatną konferencję z Zanem. Elizabeth gwałtownie podniosła się ze swojego miejsca i nim ktoś zdążył zareagować, zniknęła z widoku. Nie był w stanie nawet domyślić się, co kotłowało się w jej głowie.

Nie czekał długo na wynik rozmowy dwojga starych przyjaciół. Jakakolwiek była jej treść, powrót Lareka do głównego panelu objawił kolejną zmianę. Wyraz jego twarzy z pozoru był identyczny jak cześniej. Na tyle już grzebał się przez te lata w polityce, by doskonale móc ocenić, kiedy Larek zmieniał obóz – mimo że na jotę wyraz jego twarzy dla obcych się nie zmienił. Optował za rozwiązaniem królewskiego małżeństwa i drugim, czysto politycznym małżeństwem Elizabeth.

Czuł, jak paskudne przerażenie pełznie wzdłuż jego srebrnych nerwów z każdą mijającą sekundą, gdy patrzył na dwóch królów. Każdy z nich spędził swoje całe życie nosząc w sobie biologiczną władzę nad każdym przedstawicielem swojej nacji. Nie znali życia i problemów wynikłych u przywódców, którzy tego nie mieli. Nie byli po prostu w stanie. Co więc stało za takim nagłym zwrotem u Lareka? Co Zan powiedział swojemu przyjacielowi, że ten zmienił swoje królewskie zdanie z minutę o 180 stopni? O czym wiedzieli?

Do cholery, czy naprawdę chciał służyć królowi, który skazywał na gwałt umysłu własną żonę, dla której niby był gotów poświęcić jeszcze wczoraj wszystko?

Królowi który mógł wydać rozkaz swojej królowej…? Królowej posłusznej przymusowi pieczęci na równi z każdym innym poddanym…?

Nie, to nie było przerażenie. Przerażenie było zbyt słabym słowem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *