Kiedy nadejdą zmiany

Bardzo dawno napisane opowiadanie, króciutkie. Z czasów, gdy pisałam dużo polarowych historii umiejscowionych w świecie Roswell.

To jest jednym z nich, zaczyna się pod koniec 3 serii, Liz zamyka okno przed Maxem. Maria „wykorzystuje” Michaela i postanawia wyjechać do Nowego Jorku.

 

Samotna łza spływa po moim policzku, kiedy zamykam okno. Szyba, zroszona kroplami deszczu ukrywa mój smutek.

Nie tak miała skończyć się historia Romeo i Julii.

Ale my nie jesteśmy Romeo i Julia. Nie, nigdy więcej od chwili, kiedy podeptałam serce Maxa i odrzuciłam całą naszą przyszłość.

W imię czego?

Tess, której obecność była warunkiem naszego przetrwania, odeszła… być może na zawsze.

Boże, za każdym razem kiedy on wspomina swojego syna, czuję, jak moje serce przepełnia nienawiść do Tess. Jestem zła. Na nią. Na niego. Na ich dziecko.

Jestem potworem, skoro nie potrafię przełknąć tego bólu i iść dalej.

Tak, nienawidzę tego dziecka. Jest jak wyrzut, za każdym razem, kiedy wspomina o swoim synu, ja wspominam jak powołano go do życia.

Nienawidzę go.

Nienawidzę myśli o tym, co zrobili. Nienawidzę każdą najmniejszą cząstką mnie.

Myślenie boli, przypomina.

A jednak trwam przy Maxie.

Dlaczego?

Po co się tak męczyć? Dlaczego po prostu nie odejść?

Nie mogę go zostawić.

On mnie potrzebuje.

Ale czy naprawdę? – szepcze jakiś chochlik w mojej głowie.

Nie wiem.

Czy będzie cię potrzebował, kiedy już odnajdzie syna? Kiedy odnajdzie tego, który jest teraz sensem jego istnienia?

Czy to jest miłość? Czy pusty sen?

Powoli moje stopy prowadzą mnie do łazienki. Przecieram ręcznikiem zaparowane lustro i drżę z niechęci na swój widok.

Zwykła, szara myszka. Co możesz mu dać?

Nic.

Ona dała mu syna.

Kolejna łza powoli toczyła się po moim policzku.

Co ja tu w ogóle robię?

W pośpiechu ubieram kurtkę, wyjmuję walizkę z szafy i wrzucam to, co wchodziło do moich dłoni. Lekko. Naturalnie, bez jakiejkolwiek myśli sprzeciwu.

Pochylam się i odsuwam cegłę w murze. W specjalnym schowku leży zeszyt. Waham się przez chwilę, ale zaraz potem łapię go i wkładam do wewnętrznej kieszeni kurtki.

Nie mogę go zgubić. To moje serce. Moje życie. Mój oddech.

Kilka minut później schodzę cichutko do Crashdown. Wiem, gdzie są pieniądze.

Ostrożnie przeglądam zawartość kasetki, mimo wszystko niepewnie. To nie jest moje.

Nie jest moje…

Nie jest moje…

Z hukiem zamykam kasetkę i odkładam na miejsce. Nie mogę tego zrobić.

Hałas budzi rodziców. Słyszę ich kroki. Ukryta w cieniu widzę, jak tata przechodzi przez Crashdown i sprawdza wszystko jeszcze raz.

To boli widzieć jego ściągniętą twarz.

Ostrożnie przemykam się na zaplecze. Ale słyszę kroki mamy, zamierza zejść na dół.

Otwieram drzwi na zewnątrz.

Zimne powietrze ochładza moje policzki.

Zamykam oczy, by stłumić łzy cisnące się pod powieki.

Stawiam pierwszy krok. Potem drugi. Powoli.

Ale potem idzie już łatwiej.

Nagle jednak nocną ciszę łamią inne kroki.

Niespodziewane.

Odwracam się zaskoczona i widzę wysoką sylwetkę. Jego cień góruje nade mną.

– Co tu robisz, Parker?

Wzruszam ramionami. Michael i tak nie zrozumie.

– Chciałam iść na spacer.

– To nie jest bezpieczne…

Przez chwilę nie pamiętam, o czym mówi. Ale on delikatnie ujmuje moją dłoń i podnosi ja ku światłu latarni.

Zielone błyski przenikają moją skórę.

Jak mogłam zapomnieć?

– Więc mnie ochronisz. – odważnie patrzę mu w oczy.

Mierzymy się przez chwilę wzrokiem, ale w jakiś sposób czuję, że on powoli kapituluje.

Bez słów idziemy obok siebie.

Przemierzamy nocne ulice Roswell, pogrążone w ciszy.

Chodnik jest mokry.

Czasem siąpi deszcz.

Nie ma wiatru. Jest cicho.

Słychać tylko nasze kroki.

Powoli wracamy do Crashdown.

On stoi na ulicy i bez słowa patrzy się, jak wspinam się po drabince.

Ja patrzę na niego.

Lekki uśmiech zagościł na jego wargach.

Ja również się uśmiecham. Do niego.

I już wiem, co powinnam zrobić.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *