ITLTSIS – epilog

Epilog

„Czasem serce prowadzi nas do przerażających miejsc, gdzie nie mamy już odwrotu.”

Nem tylko westchnęła w odpowiedzi. Wpatrywała się przez okno samochodu w ciemne barwy roswellowskiej nocy i na schodki prowadzące prosto do mieszkania. Niżej było tylne wyjście z kawiarni, zapewne zamknięte o tej porze.

„Mam wrażenie, jakby minęły lata od chwili, kiedy zabrałeś mnie stąd.”

Kal uśmiechnął się.

„To prawie rok.”

„Tak. I nie wracam sama.” spojrzała na Rain, spoczywającą tak spokojnie w jej ramionach. Mimo dwóch miesięcy była o wiele mniejsza niż normalne ludzkie kilkudniowe niemowlę. Genetyka Kamahów odzywała się w niej. Tylko jasne włoski i pojedyncze serce były dziedzictwem po ojcu.

„Mówiłem, wystarczy jeden rzut oka na nią, by nie brali jej za córkę Valentiego. Kto by mógł dokonać takiej pomyłki? Nie martw się. Będzie dobrze.”

Ponownie westchnęła.

„Idź pierwszy.”

„Tchórz.”

„Zatroskany ojczulek.”

Kal jęknął.

„Dobrze, już dobrze, już idę.”

Wysiadł z samochodu i skierował się w stronę wejścia do kawiarni. Nem złapała w lusterku wzrok kierowcy.

„Pan Langley ma rację. Będzie dobrze, proszę pani.”

Parsknęła. Odkąd wróciła na stałe do Kalifornii, wszyscy pracownicy Kala dostawali świra, ponieważ Kal miał świra na jej punkcie. Starsi pracownicy, którzy znali ją wcześniej, nie dziwili się temu, ale szofer był nowy. I jak większość nowych nie miał pojęcia, że wszechpotężny producent filmowy ma ‚piękną i utalentowaną córkę’. Przebłyski ludzkich, opiekuńczych uczuć u Kala musiały ich niezmiernie szokować…

Nancy wycierała szklanki, pomagając Marii uporządkować wszystko na następny dzień. Było jeszcze kilku klientów, ale oni właściwie już kończyli i nie przychodził nikt nowy. Cieszyła się z tego. Mogła dzięki temu mieć chwilkę dla siebie i zastanowić się po raz kolejny, jak namówić Liz do powrotu do Roswell. Chociaż wróciła ona do kraju, z jakiegoś powodu wolała pozostawać w Kalifornii. Nancy nie rozumiała tego. Liz kochała małe miasteczko i czuła się dobrze w znanym sobie terenie, a z innymi obcymi miała więcej niż regularny-telepatyczny kontakt. Jedyne usprawiedliwienie stanowiły jej rany, ale kolano Liz w końcu wyzdrowiało i chodziła.

Cichy dzwonek nad wejściem oznajmij kolejnego, spóźnionego klienta. Nancy westchnęła, obróciła się automatycznie i powiedziała:

„Już zamyka…” zatkało ją w połowie słowa. Odstawiła tacę na blat, wycierając nerwowo dłonie o spodnie. „Kal… co za niespodzianka.”

„Wręcz szok?” zakpił. Na dłużej niż pięć minut nie był w miasteczku od dwunastu lat, odkąd hybrydy zaczęły opuszczać inkubatory. Nie mógł ryzykować, że go wyczują. Nie mógł ryzykować kontaktu z Nasedo.

Objął Nancy i odwzajemniła mocny uścisk.

„O Boże… dobrze cię widzieć.” roześmiała się. Kal był w dobrym humorze, co oznaczało, że z Liz wszystko w porządku. „Co cię tutaj sprowadza?”

„Nasza ukochana córeczka?” roześmiał się. Nancy zakryła dłonią usta.

„Namówiłeś ją do przyjazdu?”

„Aha. Nie na długo, ale jednak. Teraz to wasza rola, by namówić ją do pozostania.”

Jak na komendę Nancy usłyszała szelest za sobą i odwróciła się, chciwie obejmując wzrokiem postać ukochanej córki. Zwykłe dżinsy i rozpinana bluza nie pasowały do dziedziczki wielomilionowego imperium. Tylko elegancko ułożony kok, nieduży plecak czy drogi zegarek mówiły bystrzejszemu obserwatorowi, że ta młoda kobieta nigdy nie musiała się liczyć z pieniędzmi. Ale bynajmniej nie to sprawiło, że Nancy wstrzymała oddech.

„Cześć, mamo.” Nem powiedziała cicho, spokojnie patrząc na swoją ludzką, przybraną rodzicielkę. Rain spała spokojnie na jej ramieniu, marszcząc swoją maleńka buźkę i gaworząc przez sen. Śniło się jej coś naprawdę dobrego.

„Liz?” ton Nancy przybrał alarmująco zszokowaną barwę. Kal potrząsnął głową i niezauważalnie ścisnął ją za ramię. „Czy dlatego nie chciałaś wrócić?” Nancy jęknęła w smutku i rozczarowaniu. Jej własna córka jej nie ufała.

Nem odprężyła się nieco.

„Rain chorowała.” ostrożnie dotknęła maleńkiego noska córeczki. Uśmiechnęła się przez sen, wyczuwając dotyk matki.

„Liiizzzzz!!!” przeraźliwy wrzask rozległ się w Crashdown. Wszyscy się skrzywili. Dziecko zaczęło płakać. Z zaplecza wybiegła rozentuzjazmowana Maria… i zatrzymała się w pół kroku, widząc małe dziecko w rękach przyjaciółki. „Uhhh… kiedy wróciłaś?” zapytała nagle niepewnie.

„Przed chwilą.”

I zaraz weźmie nogi za pas, jeśli nie przestaniesz się tak gapić, pomyślał ponuro Kal. Co było z ludźmi i ich fiksacją na temat młodych matek? To przecież naturalny proces. Dzieci rodziły się od milionów lat, to nic nowego. Jedyną nowością w sprawie był fakt, że ojciec dziecka widniał na liście martwych transgeników po pożarze i ucieczce z Manticore, którą sporządziła NSA. Ale nawet to nie upoważniałoby Marii do takiej reakcji.

Zmrużył oczy i blondynka cofnęła się. Nancy zakaszlała ‚dyskretnie’.

„Tak… Co powiecie na kawę w rodzinnym gronie? Jeff powinien wrócić za pół godziny.”

„Byłoby miło.” Liz uśmiechnęła się blado, wymijając Marię i podążając zapleczem w stronę schodków „Tylko zaprośmy jeszcze szofera. Biedak nie może spędzić nocy w samochodzie.”

„Ha! Zanim Kal przyznałby się, że przyjechał z szoferem, byłoby już za późno, by powiedzieć przepraszam do tego pana…”

Nem potknęła się nieznacznie. Kal złapał ją natychmiast i wziął od niej Rain. Nie protestowała. Nie czuła się na siłach.

„Alex gdzie?”

„Hm, chyba na randce z Isabel.” Maria powiedziała kulawo, nie pojmując tego, co się działo wokół niej „Od czasu balu są parą.”

„Tak, słyszałam.” wymamrotała Liz „A pozostali?”

„Dokładnie za tobą.” przyszła pełna śmiechu odpowiedź, co było naprawdę wstrząsające, ponieważ głos należał bez wątpienia do Michaela Kamienna Ściana Guerina. Odwróciła się z uśmiechem na ustach, rejestrując także dwa inne obce źródła energii… Zaraz wejdą do Crashdown.

Michael przytulił ją w niedźwiedzim uścisku.

„Zmartwiliśmy się tą całą Nigerią… i że potem byłaś chora… Coś ty tam robiła?”

„Hm…” wydusiła spod uścisku „Wyciągałam z Nigerii Hala Carvera.”

„Co?” Michael zdrętwiał w zdumieniu. Westchnęła. Jak fajnie. W dodatku do kawiarni weszli Max i Tess, ramię w ramię, śmiejąc się radośnie z czegoś… póki oboje nie zauważyli małego tłumu i nie zdrętwieli. Oboje z różnych powodów.

„Liz…”

„Max.” skinęła mu krótko głową w odpowiedzi na niewątpliwie tęskny ton jego głosu. Zan. On jest Zanem, uświadomiła sobie. I Maxem. Jezu, jak ona mogła tego nie zauważyć?

Kal napiął się obok niej i wiedziała, o czym myśli. Czy się rzuci na Maxa, by go zabić, czy też zrobi cokolwiek innego?

„Witaj z powrotem w domu.”

Parsknęła w duchu. Dom jest, gdzie jest serce twoje… sentencja znana na całym świecie. Ale jej serce nie było już w Roswell.

„Uhh… poznaj mojego ojca.” delikatnie skinęła głową starszemu Kamahowi, który musiał chyba odmawiać wszelkie modlitwy dziękczynne w duchu „Tato, to Max Evans.”

Kal uśmiechnął się cynicznie. Całkowicie cynicznie i zjadliwie. Nem przewróciła oczami i już zamierzała przywrócić go do porządku, kiedy napiętą ciszę przerwał wstrząśnięty głos Tess.

„Kkkkaaall?” wyjąkała, wpatrując się szeroko otwartymi niebieskimi oczami w kogoś, kogo znała jako drugiego obrońcę. Max spojrzał na nią niepewnie, Nem znów przewróciła oczami, Nancy zapytała się w duchu, co jest grane, podobnie jak Michael i Maria.

„W rzeczy samej, Ava.” przyszła zjadliwa odpowiedź. Zdecydowanie się nie lubili. Nem westchnęła, pacnęła Kala po głowie i odebrała córeczkę, zmierzając na zaplecze.

„Nie wiem jak wy… ale ja się z chęcią napiję tej kawy.”

To będzie długi wieczór i długa noc.

~ * ~

Trzy miesiące wcześniej.

494 stał wyprostowany na dziedzińcu, apel trwał. Wyraz jego twarzy był absolutnie bezosobowy, oczy w bezmyślnym spokoju patrzyły się prosto przed siebie, ale jego głowa była pełna myśli o pewnej brunetce. O X5-452, jeśli chodziło o ścisłość.

W trzy dni zdołał się dowiedzieć od Browna wielu szczegółów i praktycznie żadnych szczegółów. Dan nie chciał w ogóle mówić o Nem, za to zajął się  na poważnie wyjaśnianiem, dlaczego zniknęła, dlaczego ścigano ich grupę i czego chciała Renfro. Co najbardziej zadziwiało transgenicznych, Renfro nie miała pojęcia o znajomości Browna z dziewczyną i tak pozostało po tragicznych wypadkach na lotniskowcu.

Ale powiedzieć, że Brown był spokojny i nie wkurzony, byłoby kłamstwem.

Kipiał wściekłością, tym najgorszym rodzajem, jaki 494 kiedykolwiek widział w innym człowieku. Ukrytą wściekłością, każącą podejść wroga jak najbliżej i zdobyć jak najwięcej informacji, a potem uderzyć w czuły punkt. I zrobił to w końcu.

Pozbierał kawałki informacji, poszlaki… W końcu wyszło na jaw, że za ich pościg był odpowiedzialny nie kto inny, jak Neil Porter. Nos Browna nie zawiódł go, kiedy na początku podejrzewał go. Ojciec Portera zaraz po rozpoczęciu rebelii zwrócił się do Jakubu z ofertą nie do odparcia. Bezpieczny wyjazd ukochanego syna w zamian za sporą ilość żywej amerykańskiej gotówki, tak potrzebnej rebelii generała. Postawił przy tym dość ciekawy warunek: Leena Carver miała nie przeżyć. Było więc inaczej niż myślał Porter, jego romans ze śliczną pielęgniarką nie był najwyraźniej żadną tajemnicą i dotarł do uszu ‚troskliwego’ tatuśka. Rebelianci ścigali więc uciekinierów, by odebrać przesyłkę. James Porter nie pozostawił najmniejszej wątpliwości, że jeśli jego syn wydostanie się z kraju innymi sposobami, Jakubu nie dostanie złamanego centa. Keep Foster, najgorszy sanitariusz pod gorącym afrykańskim słońcem był nikim innym jak człowiekiem Portera starszego.

Sprawa Leeny Carver do końca nie została wyjaśniona. Brown powiedział tylko, że wszyscy w rodzinie Nem byli geniuszami, to tkwiło w ich DNA. Manticore było zdesperowane znaleźć i dostarczyć do bazy żywego czy martwego członka jej rodziny. Pomylili ją co prawda z kimś zupełnie innym, ale nawet jeśli trzymaliby ją wystarczająco długo, zorientowali by się, że jednak dostali to co chcieli – wyjątkowe DNA – i Nem trafiłaby z marszu do programu hodowli. 494 kulił się na samą myśl. Nie znaleziono ciała, nie znaleziono nawet śladu ciała… ale głębia oceanu w tym miejscu była wystarczająca, by drobne ciało zniknęło na zawsze. 494 dziękował wszelkim dobrym mocom, że chociaż po śmierci jej nie dorwali, nie zbezcześcili.

Ale w głowie i tak wciąż miał jej przepełniony ironią i bólem głos, wypowiadający słowa, niczym sztylet zatapiające się w jego serce… Może. Nem uwierzyła, że to była tylko gra, że była jego zadaniem, że wszystko było kłamstwem. Ostatnie chwile swojego życia spędziła wierząc, że on ją zdradził i wykorzystał… Na samą myśl przewracały się wszystkie jego wnętrzności. Zawiódł ją. Nie tylko ponieważ pozwolił innym transgenicznym mierzyć do niej, co pchnęło ją do samobójstwa… Nie tylko ponieważ Manticore podeszło ją. Przede wszystkim zawiódł ją, ponieważ nie spełnił pokładanych w nim nadziei, nie sprawił, że mu zaufała… to była klęska najgorsza ze wszystkich. Jej ciało i jej serce mogło należeć do niego, widział to w jej spojrzeniu, słyszał w pełnym oskarżeniu ‚może’… ale umysł, rozum, nie należały. Bała się mu zaufać i chociaż w końcu na lotniskowcu usiłowała mu coś powiedzieć, on zawiódł na całej linii. Nie zdołał sprawić, by mu zaufała, nie zdołał ocalić jej życia… wręcz przeciwnie, sprowadził ją na lotniskowiec jak najgorszy zdrajca, przynosząc ją prosto w paszczę lwa. I nawet nie mógł powiedzieć przepraszam. Był winny. Chciał powiedzieć przepraszam, chciał jakkolwiek zrobić coś dobrego według jej woli… Ale nawet to nie było mu dane. Było zbyt późno. Hal Carver zniknął z obozu uchodźców i ze wszystkiego, czego zdołał się dowiedzieć, Manticore z całą pewnością nie maczało w tym palców. Facet rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. Nie mógł mu pomóc. Hal nie mógł pomóc jemu. Wszystko roztrzaskało się w drobny mak.

Najgorszy był pełen winy wzrok Dave’a. Dave wiedział, uświadomił to sobie jeszcze na lotniskowcu. Nie mieli okazji o tym pogadać w cztery oczy, Manticore miało naprawdę świra na punkcie pilnowania ich, zupełnie jakby podczas misji nie mieli milionów okazji do swobodnej pogawędki. I znów wówczas, kiedy potrzebował zrzucić cholerne jarzmo Manticore, nie mógł.

Wiedział, że jego ludzie czekają. Czekają tylko, by zrealizować plany dawno temu ułożone i zatwierdzone. Nigdy nie zdecydował się na ryzyko. Nigdy. Nie miał dla kogo ryzykować. A teraz okazało się w dodatku, że wszelkie zaufanie jakie inni transgeniczni pokładali w nim, było niewłaściwie skierowane. Zawsze sądził, że był dobrym dowódcą i dobrym transgenicznym. Jego ludzie nie umierali na jego rękach, potrafił jakoś ukryć ich bunt, zaplanować rebelię i zjednoczyć ich wszystkich przeciwko próbującym skontrolować ich ludziom. Ale kiedy nadszedł dzień próby… nie zdołał zdobyć zaufania kobiety, którą kochał i w cholerę nie potrafił nawet zapewnić jej bezpieczeństwa. Zginęła przez niego. Straciła nie tylko wolność, straciła życie. Nie było nikogo, kogo mógłby przeprosić. Nawet jeśli trafiłaby do Manticore i została wysłana do hodowli… nawet to zdołałby pokonać. Ale nie mógł pokonać śmierci, śmierci z jego winy. Jego sny pełne były koszmarów jej śmierci, tego zawodu dźwięczącego w jej głosie, wyrazu jej oczu, kiedy wiedziała już, że nie pozostaje jej żadne wyjście prócz samobójstwa… On był winien. W snach krzyczał przepraszam, ale było zbyt późno. Nem była martwa. Jej ciało pochłonął ocean. Nie zdołał jej ochronić. Nie zdołał nawet przekonać, że ją kochał. Nawet tego od niego nie usłyszała. Kim on był, skoro przez jego ręce prześliznęła najpiękniejsza istota, na jaką padły kiedykolwiek jego oczy?

Jak miałby teraz przewodzić innym, skoro nie potrafił nawet ochronić tych, których kochał? Którzy byli jego, którzy należeli do niego? Kiedy zawiódł ich zaufanie?

Mimo wszelkiego tego zawodu wiedział jedno.

Manticore skontaktowało się z Leeną z powodu zniszczenia bazy DNA. Potrzebowali nowego DNA, gotowego, jak najdoskonalszego. Z jakiegoś powodu coś tkwiło w genach Nem… nie, żeby to go dziwiło… była doskonała. Gdyby nie zniszczenie bazy DNA, Manticore nie byłoby tak bardzo zainteresowane jej zdobyciem. I nawet jeśli to znaczyło, że nigdy by nie spotkał Nem… znaczyło to także, że nie zginęłaby w falach oceanu, przekonana, że ją oszukał i zdradził, żyłaby sobie gdzieś spokojnie… nawet jeśli nigdy by się nie spotkali, nie straciłaby życia przez niego. Chociaż polowanie Manticore oznaczało, że ją spotkał… nie żałował ani jednej sekundy spędzonej z Nem, żałował przeklętego planu Manticore. Żałował, że cholerna baza DNA wyleciała w powietrze, sprawiając im wszystkim tak wiele kłopotów. Program hodowli. Śmierć Nem.

I powód dla tego stał kilka metrów przed nim, nieświadomy kompletnie nienawiści i niechęci, skierowanej właśnie w niego. Czy też w nią, bo 452 była żeńską X5. Nie wiedział, co nią kierowało, że rozwaliła bazę DNA. Jakkolwiek ucieczkę mogli jeszcze zrozumieć, tak ostatni wybryk zbuntowanych X5 sprawił, że poziom nienawiści wobec nich wzrastał geometrycznie z każdym kolejnym dniem programu hodowli, który godził w każdy ich naturalny instynkt, instynkt terytorialny i naturalnego wybierania partnerów życiowych, burzył ich wewnętrzną strukturę i powodował wiele ran, które nigdy się już nie zabliźnią.

I 494 miał zamiar coś z tym zrobić. Po raz ostatni jako dowódca transgenicznych. 452 miał gdzieś. Ale wiedział, że reindoktrynacja nie pracowała zbyt dobrze na niej i władze były tego świadome. Właściwie, to podejrzewał, że nie dostała ani trochę z ciężkich środków, jakie im serwowano przez lata. Najprawdopodobniej zamierzano doprowadzić do jej ucieczki i wyśledzenia innych zbuntowanych. Zamierzał jej w tym pomóc.

Bo to oznaczało, że kiedy spełni swoje zadanie, zostanie rzucona w normalną strukturę Manticore. Dołączy do jakiejś jednostki. Już on się postara, żeby trafiła do jego, żeby poczuła w pełni, co to znaczy zostać zdradzonym przez własny rodzaj, przez tych, w którym pokłada się instynktowną ufność. Ale zanim to nastąpi, nacieszy się jej furią przydzielenia do programu hodowli.

494 nie zamierzał mówić przepraszam. Było na to zbyt późno.

Koniec.

 

Tags:
Comments
  1. Natasza

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *