ITLTSIS (8)

Rozdział ósmy

„102.” Dave odczytał wynik i spojrzał nieznacznie na kłopotliwą pacjentkę „Nie spada.”

„Pewnie nie da się w tych warunkach.” wzruszyła ramionami. Odkąd wrócili z 494 znad wody, czuła na sobie uważne spojrzenia wszystkich transgenicznych. Wiedziała, dlaczego. Wyczuwali na niej jego zapach. To było jak głupi transparent, że teraz jest jego. Było to o tyle kłopotliwe, o ile wszyscy nie-ludzie dobrze wiedzieli, co musiało się wydarzyć. Nie była pewna, czy czuje się z tym dobrze. Psiakrew nie była w ogóle pewna, co czuje. Kochali się. Fakt. Ale faktem też było, iż w momencie, kiedy powiedziała ‚może’, zmieniła w ułamku sekundy strukturę zewnętrznej powłoki. Nie mógł się zorientować, że nie jest człowiekiem. Mogła mieć różny zapach od ludzi, ale nie mogła dać mu twardego dowodu… W jej głowie wciąż dzwoniła dawna nieufność, przez lata tak starannie wbijana do głowy przez Kala. Nie mogła się tego pozbyć ot tak sobie. Poza tym… miała to paskudne przeczucie, im bardziej nieokreślone, tym bardziej niepokojące. Coś nie grało i ona nie wiedziała co.

„Masz jakiś pomysł, co to może być?” Dave spytał niby przypadkowym tonem, ale pytał Kamaha. Wyczuwała lekką ironię w jego głosie, nawet jeśli była niezauważalna dla ludzi, to jednak wciąż tam była i czekała, by ją znaleźć.

„Nie pasuje do żadnej z chorób, którą znam.”

Cóż, to akurat była absolutnie szczera prawda, nie musiała w tym względzie kłamać. Kamahowie chorowali rzadko, a jej stan nie był chorobą. Był brakiem równowagi. Nosiła w sobie ogromne ilości energii, która musiała bilansować.

Dave  obejrzał się za siebie, rejestrując odległość, z jakiej inni byli w stosunku do nich i wiedział, że nikt ich nie usłyszy.

„Myślę, że dobrze wiesz, co ci jest, nieprawdaż?”

Nawet nie musiała potwierdzać. Oboje to wiedzieli.

„494 wie?”

Potrząsnęła głową, a on groźnie zmarszczył brwi.

„Jakim cudem się nie zorientował?”

Uśmiechnęła się smutno, spoglądając w stronę pozostałych. Nie miała zamiaru mu tego wyjaśniać.

„Posłuchaj… może według ciebie to nie jest moja sprawa, ale według mnie – jest. My wszyscy jesteśmy zależni od siebie, każdy członek naszego oddziału. Ty wiesz o nas zdecydowanie więcej. To trochę niesprawiedliwe, nie uważasz?”

Parsknęła.

„Manticore nie jest tajemnicą, Dave. W gruncie rzeczy to dość znany w świecie fakt.”

„Ale ty jesteś tajemnicą. I nie jesteś człowiekiem.”

„Nie jestem. I wierz mi, cieszę się z tego powodu.” wstała, ignorując jego sfrustrowane westchnienie i ciche „Powinnaś mu powiedzieć.”

„Wiem. Ale ja… różnię się od ludzi bardziej niż wy.” skrzywiła się nieznacznie „Do tego stopnia, że my nie łączymy się w pary z ludźmi. To niemożliwe. A kiedy różnisz się tak bardzo…”

Wiedziała, że nie powinna tego mówić i Dave nie musiał tego wiedzieć. Wciąż był ten strach, głęboko zakopany w niej, tak głęboko, że był jej nieodłączną częścią. I same uczucia wobec 494 były tak świeże, tak nowe… wszystko mieszało się jej w głowie. Co najgorsze, wiedziała, że nie ma czasu, że nie ma już wyboru. Czuła to przez większość dnia, czuła od chwili, kiedy strzał czystej energii poszedł prosto do jej mózgu, tak jasny i oczywisty dla niej jak nic innego. Ale bała się. Bała się zaufać, nawet jeśli miała wszelkie powody by w końcu powierzyć komuś innemu własne życie.

„W porządku?” Hal zapytał z zainteresowaniem w głosie. Skinęła głową i posłała mu wdzięczne spojrzenie.

„Jasne. Dzięki.” uśmiechnęła się, siadając koło niego. Mieli jeszcze kwadrans odpoczynku. Kwadrans, zanim wyruszą w ostatni marsz. Byli bardzo blisko granicy. Miała zadanie do wykonania. I niech ją szlag trafi, jeśli transgenicy cokolwiek zauważą.

~ * ~

494 nie powiedział niczego. Wpatrywał się w czystym spokoju w profil kobiety, która tak spokojnie spoczywała ramię w ramię obok niego. Całe swoje dorosłe życie szukał czegoś takiego, głębokiego poczucia przynależności. Za każdym razem kiedy ktoś z jego przyjaciół znajdował swoją drugą połowę, 494 tym bardziej się oddalał od tego. Zawsze zazdrościł innym, że byli tak pewni swych wyborów, tak pewni raz podjętej decyzji, swoich uczuć. Zazdrościł im tego błysku w spojrzeniu, zazdrościł spokoju i zaufania, jakie pokładali w swoich partnerkach… do tego dnia. Dzisiaj wszystko, co chciał, to opóźnić jeszcze o kilka dni ich misję, móc się chociaż przez ten krótki czas nacieszyć jej obecnością, wryć jej zapach i smak w zmysły, aż nic ani nikt nie mógłby tego wymazać. Nie znajdował żadnych słów, by opisać coś, co czuł na myśl, że za kilka godzin dotrą na miejsce spotkania helikopterów, że niedługo wszystko się skończy… chciał zrobić tak wiele, a wszystko, co musiał zrobić, paraliżowało jego ostatnie chwile z nią.

Jak  mógł prosić ją o zniknięcie, o zrezygnowanie z całego dotychczasowego życia, kiedy wszystko, czego chciał, to zamknąć ramiona wokół niej, wtulić nos w jej szyję, skosztować jej delikatnej skóry, tak, aż wszystkie jego zmysły będą pełne jej i nic innego w świecie się nie będzie liczyć? Odkładał to na każdy późniejszy moment, na każde następne otwarcie jej ciemnych oczu, na każdą przyszłą chwilę, jaką mieli spędzić. W końcu zdecydował, że jakkolwiek powie jej to, co musiał powiedzieć – zrobi to na lotniskowcu. Nie mógł się przełamać i zepsuć ich ostatnich chwil rozmową o uciekaniu od Manticore, o nadzorze, o planowanych zamachu… To by zepsuło wszystko.

Odwrócił zaskoczony głowę, kiedy wstała ze swojego miejsca i podeszła do Leeny, która przepakowywała swój plecak. Carver, uświadomił sobie. Kolejna nie rozwikłana zagadka, która wiązała się z tą misją. Potrząsnął głową. Nem co prawda nie ukrywała przed nimi, dlaczego tutaj jest, ale też i nie wiedzieli o niej wiele. Jakoś wyczuwał, że pozostawało wciąż coś między nimi, coś nieokreślonego, czego nie potrafił nazwać. Mimo to chciał jej zaufać. Była jego. Należała do niego i nie było słów, jakimi mógłby opisać coś, co wydarzyło się między nimi w ciągu tych kilku dni. Nie mógł z niej zrezygnować. Dzisiejszy poranek złączył ich w sposób, jaki dotychczas tylko obserwował u innych. Miał nadzieję, że wszystko się ułoży.

Ale najpierw Manticore, pomyślał z nienawiścią. Najpierw muszą rozwalić Manticore od wewnątrz. Mieli plany co do tego od naprawdę dawna i ich realizacja nie zajmie wiele czasu. Potrzebny był tylko impuls, iskra, która roznieciłaby pożar. Dotąd bał się tego, bał się zaryzykować, bał się niepowodzenia, w przypadku którego zapłaciłby każdy z nich. Ale teraz… nie miał po prostu wyboru. Zostawienie Nem na zewnątrz, niechronioną, samą, z dala od niego… sama myśl o tym była tak przerażająca, iż jego serce zamierało. Objął jeszcze raz jej drobną sylwetkę, wyłapując strzępy rozmowy, która prowadziła Leena. Leena. Ta blondynka denerwowała ją właśnie. Przynajmniej coś, o czym teraz rozmawiały. Powstrzymał gwałtowną chęć odciągnięcia jej od Nem. Nie teraz. To nie był czas ani miejsce. Nie mogli dać tym ludziom powodu do podejrzeń.

„Zawsze chciałaś być biologiem?”

„Nie.” padło dość wrogie mruknięcie.

„Dlaczego więc? Czasami na misji…” Leena zamarła, ale widząc jak inni ciekawie przysłuchują się tej wymianie zdań, zdecydowała się kontynuować „…miałam wrażenie, jakbyś żałowała, że tam jesteś, że tym się zajmujesz. A teraz…” pofalował ręką dookoła „Pewnie każdy trochę żałuje, że się tutaj znalazł.”

Nem westchnęła miękko. Dobre pytanie. Obróciła się, zapinając plecak i uniosła oczy na niebo. Gwiazdy. Tam daleko był kiedyś jej dom.

„Pytasz, czy żałuję straconej młodości, tych wszystkich szans, kiedy mogłam być jak inne dzieci i bawić się w piaskownicy, zamiast pozwalać nauczycielom wbijać do mojej głowy wiedzę? Nie. Nie żałuję przyjazdu tutaj, nie żałuję ucieczki. Nie dlatego, że prawdopodobnie bym nie żyła do teraz… Myślę, że to jest w mojej krwi, w genetyce. Nigdy nie żałować przeszłości, ponieważ nie możemy jej zmienić. Ta kobieta w wiosce…” spojrzała przelotnie na doktor Eliot „Widziałam dużo okropniejsze rzeczy i nigdy nie pytałam o powód. To, na misji… to nie był żal za dzieciństwem czy czymś takim, jeśli o to pytasz. Miałam fantastyczne dzieciństwo, wychowywał mnie przyjaciel moich rodziców. Jedno, czego mnie nauczył… to fakt, że zazwyczaj jest już za późno, by powiedzieć przepraszam. Nie powinnam płakać z powodu przeszłości, ponieważ nie można jej zmienić. Podróże w czasie są teoretycznie możliwe, ale w praktyce niewykonalne…” zażartowała, myśląc o tym dziwnym dniu, kiedy na jej balkonie stanął Zan z przyszłości, kiedy wspominał ich ślub… Świadomość, że zdecydowała się żyć czternaście lat jako jego żona, chowając głęboko nienawiść do niego, podziałała jak katalizator, uwalniając wszystkie negatywne emocje. Co by było, gdyby Kal jej nie powstrzymał przed zemstą? Nie wiedziała. Ale nie byłoby to nic dobrego. To byłaby katastrofa.

„Więc co, ludzie nie powinni uczyć się na błędach?” Leena spojrzała na nią prawdziwie wstrząśnięta. Coś błysnęło w oczach Nem, coś, czego nikt nie potrafił nazwać prócz 494. Podejrzenie.

„Ludzie się nie uczą na błędach, ani własnych ani cudzych.” Nem parsknęła z pogardą „Raz… tworzyliśmy szczepionkę przeciwko wirusowi gdzieś na południu Japonii. Miałam może z czternaście lat. Później okazało się, że to broń biologiczna, wypuszczona na próbę  na niewielkim terenie, a która wymknęła się z kontroli. Pochłonęła życie dwóch tysięcy ludzi. Patrzyłam na nich, na rodziny, które oddawały do naszego szpitala członków swoich rodzin, którzy wykazywali objawy zakażenia i czułam się winna wszelkiemu żalowi. Co najmniej żyję, nie muszę bezsilnie oglądać śmierci mojej rodziny… Jakie znaczenie ma, że nie stawiałam babek na piasku?” spytała miękko, zamykając na chwilę oczy „Ludzie nigdy nie doceniali tego, co mają. Tym bardziej nie umieją uczyć się na błędach…”

„I kto to mówi?” Leena zadrwiła. Nem skrzywiła się w tym tonie i spojrzała na nią zimno.

„Ten wirus… On zamieniał mózgi zarażonych w papkę. Pierwszym objawem był szał, agresja, najczęściej wobec osób związanych emocjonalnie z ofiarami. Japończycy sprzedali później tę broń… kiedy mieli już antidotum, którego nie umieli wcześniej wyprodukować, dopóki nasz zespół nie rozgryzł tego paskudztwa. Taaa. Wmawiaj mi dalej, że ludzie mają prawo do błędów, do nauki na błędach.”

494 oczyścił gardło, skupiając uwagę ludzi.

„Nem, wystarczy.” powiedział cicho. Nie wiedział, co w nią wstąpiło, ale z każą mijającą minutą jej nastrój ciemniał. Być może świadomość, że powoli zbliża się koniec, że niedługo każde pójdzie swoją drogą. Musiał z nią chwilę porozmawiać… sam na sam.

~ * ~

Granica zdecydowanie nie była czymś, czego oczekiwaliby Amerykanie. Nie było żadnych terminali odpraw, ton betonu, jezdni czy innych cudów nowoczesnej technologii. Były tylko zasieki, wysokie ogrodzenie ciągnące się w dal i wielu żołnierzy, uzbrojonych w jakieś karabiny. Nem powiodła po nich wzrokiem. Nic ciekawego. Nawet nie było na czym zawiesić oka.

Ledwie kilkadziesiąt metrów Kamerunu i obóz uchodźców już się zaczynał. Przetasowała go wzrokiem, szukając znajomej twarzy… Redgara, dokładniej. Transgeniczni pozwalali im chodzić po obozie, przynajmniej tak długo, jak trzymali się głównej ulicy i pamiętali, że o określonym czasie mieli stawić się przy bramie, by mógł ich zabrać śmigłowiec. 494 chciał ją gdzieś zaciągnąć w bok, miała całkiem niezły pomysł, dlaczego… ale zdecydowanie odrzuciła tę ofertę, już zmierzając do obozu uchodźców. Sytuacja wywołała zgryźliwy komentarz Biggsa, że najwyraźniej 494 stracił swój sławetny urok i dziwny grymas niepokoju na twarzy samego 494. Nie mogła się pozbyć z umysłu wyrazu jego twarzy. Zupełnie jakby bał się, że wyśliźnie mu się z rąk i zniknie za najbliższym namiotem. To było niepokojące. Dlaczego miałby się tego obawiać? I to w stosunku do niej? W końcu miała najwięcej powodów wśród uciekinierów, przynajmniej teoretycznie, by lecieć na lotniskowiec.

Przeskanowała obóz w poszukiwaniu znajomej energii. Westchnęła, wyczuwając Redgara w namiocie tymczasowego dowództwa. Był tam też 494. Skrzywiła się. Świetnie. Wyglądało na to, że ci dwaj się znają. Redgar od razu zauważy, co między nimi zaszło, najprawdopodobniej doniesie o tym Kalowi… będzie miała bardzo przechlapane po powrocie do Kalifornii. Ale cóż, mówiło się trudno. Nie zamierzała przepraszać za to, co się stało. Było na to zdecydowanie za późno.

Zawróciła i spokojnym krokiem dotarła do właściwego namiotu. Ze środka słychać było różne głosy i odgłosy codziennej pracy tymczasowego polowego sztabu. Redgar był w środku, ale już właśnie wychodził. I zmierzał w jej stronę.

Dwie sekundy później stanęła oko w oko z nim i 494. Kamah uśmiechnął się na jej widok, chociaż coś dziwnego błysnęło w jego spojrzeniu, kiedy padło na nią. On wie, uświadomiła sobie przygnębiona. Jego wzrok przeegzaminował ją dokładnie i czuła, jak zwleka ułamek sekundy dłużej na jej brzuchu. Wiedział.

„Dan.”

„Nem.”

Mogła przysiąc, że napięcie aż trzeszczało w powietrzu. Doprawdy, wspaniale. Widziała Redgara po raz pierwszy od ponad dwunastu lat i pierwsze, co od niego usłyszy to zapewne reprymendę. Czyż to nie ironia losu?

„Jak tam Luisa?”

„Świetnie.” pułkownik Brown uśmiechnął się na wspomnienie swojej żony. Oboje doskonale wiedzieli, czyjemu wrednemu charakterkowi zawdzięcza jej poznanie. Nem potrafiła być naprawdę nieznośnym dzieckiem… z pozoru. Po prostu uznała, że przemiła sąsiadka wujka Redgara nada się doskonale na ciocię i konsekwentnie realizowała swój plan. I tak po wakacjach Redgar miał dziewczynę, i to dziewczynę, która wiedziała o jego pozaziemskim pochodzeniu. „Wczoraj zatwierdzili jej kolejną książkę do druku.”

Nem westchnęła.

„Wiesz, ludziom powinny się już znudzić te historie o kosmitach.” zażartowała. Luisa na nieszczęście lub szczęście była pisarką i wiedzę od męża żywo wykorzystywała w swoich powieściach. A efekt? Sprzedawały się jak świeże bułeczki. „Kolejny nakład w milionach?”

Skinął głową ze śmiechem, chociaż wszystko, co chciał w tej chwili zrobić, ograniczało się do przełożenia małej przez kolano i podarowania jej na dzień dobry porządnego lania. Co do diabła ona sobie myślała? Nie bez powodu ustanowili te wszystkie reguły.

„Hm. Sori był tutaj. Szukał ciebie.”

Spojrzała na niego z przestrachem. Kal chyba nie dostał świra?

„Spoko. Wrócił, by uspokoić go.” odetchnęła z ulgą, słysząc jego natychmiastową odpowiedź „W Maroku czeka na ciebie bilet powrotny. Lecisz jutro.”

Tak, jakby Kal pozwolił jej latać publicznymi liniami. Prędzej stał tam zatankowany, przygotowany do lotu prywatny odrzutowiec. To było bardziej w stylu kamahskiego obrońcy.

„Dzięki.” skinęła głową, odprowadzając wzrokiem swojego pobratymcę. Nie wątpiła, że ich następne spotkanie będzie znacznie mniej miłe.

Tymczasem 494 chwycił ją za rękę i pociągnął między namioty. Hałas pracujących urządzeń skutecznie uniemożliwiał ich wykrycie przez pracujących wewnątrz ludzi… chyba, że komuś chciało się zajrzeć dokładnie w to miejsce.

Była naprawdę piękna, kiedy tak wpatrywała się w niego ciemnym spojrzeniem. Zadziwiające, jak nigdy się nie zorientował, że jej oczy lśniły czasem zielonymi tonami. Ale też nie miał wiele okazji, by wpatrzeć się w to piękne zjawisko w jego ramionach, dumał 494. Ale być może niedługo, całkiem niedługo będzie miał cały czas w świecie. Na wolności.

„Mógłbym nawet uwierzyć, że zostałaś zaprojektowana. Egzotyczna, mała… i słodka.” zażartował, miękko skubiąc płatek jej ucha, przeplatając palce w jej długich włosach.

„Jestem wyjątkowym stworzeniem, jedynym w swoim rodzaju.” zachichotała tak cicho, iż bez jego transgenicznego słuchu nigdy by tego nie wyłapał.

„Zdecydowanie.” pomrukiwał do jej ust zgodnie. W jednej minucie Nem potrafiła zmienić się z obojętnej upartej pani biolog w słodką, uległą dziewczynę. Nie był pewny, czy to było jej serce, rozsądek, zadurzenie, czy cokolwiek jeszcze innego, ale podobało mu się niezmiernie. Była jak narkotyk, z każdą chwilą w jej towarzystwie chciał coraz więcej i więcej. Widział w życiu niezliczoną ilość pięknych kobiet, ale żadna z nich nie wydawała się mieć jej uroku, ani tym bardziej takiej władzy nad nim. „Musimy porozmawiać.”

„Nie chcę rozmawiać.” jęknęła, ale oderwała się od niego, oddychając ciężko i spojrzała w zielone oczy. Odwzajemnił to spojrzenie, kolana niemal uginające się pod jego wyrazem. Nigdy wcześniej nie pokazała mu takiej części siebie. I nie po raz pierwszy 494 zastanowił się, co ją spotkało w życiu, że tak bardzo chowa emocje, teraz tak pięknie uwydatnione w brązowo-zielonym spojrzeniu. Ostrożnie odgarnął kilka zabłąkanych spod chustki kosmyków włosów i uśmiechnął się.

„Są ludzie, którzy pomogą ci zniknąć…” zaczął, ale położyła delikatnie palec na jego ustach.

„Nie zniknę.”

Z tymi dwoma słowami świat mógłby się roztrzaskać. 494 wiedział, że jeśli ona odrzuciłaby jego wcześniej, to byłoby bolesne. Kiedy jednak wszystko wydawało się na dobrej drodze, tym gorsze były jej obecne słowa. Nie spodziewał się tego zdrętwiałego, siejącego spustoszenie uczucia, które go objęło natychmiast w posiadanie. To było znacznie gorsze niż wydawało mu się kiedykolwiek. I z bólem przyszło od razu tak głębokie uczucie niepowodzenia, iż kolana zachwiały się pod nim.

Jego wyczulone zmysły zaalarmowały go natychmiast, jak tylko dźwięk stłumionych kroków rozległ się przed namiotem. Zdrętwiał na ułamek sekundy, po czym pociągnął ją dalej. Nie opierała się. Chociaż to dobre.

„Ktoś idzie.” szemrał cicho w jej ucho. Wiedział, że jeśli teraz znajdą ich razem, to może być koniec. Miał cichą nadzieję, że to nie żaden z pracowników Manticore.

Jego przerażenie wzrosło, kiedy rozpoznał charakterystyczny chód. Należał do pułkownika Browna. Chociaż ten człowiek był im przychylny, to nie sądził, by popierał romans transgenicznego i swojej dalekiej znajomej. A propos tego… musiał zapytać się Nem, skąd się znają.

Wyczuł, że Nem odpręża się.

„To tylko Dan.” mruknęła cicho „Zajmę się nim. Nie będzie zadawał pytań.”

„Na pewno?” spojrzał na nią uważnie.

„Na pewno.” uśmiechnęła się. Podniosła dłoń i ostrożnie dotknęła jego policzka, jakby bojąc się, że zaraz cofnie się i ucieknie od jej dotyku. Przytrzymał jej dłoń. „Komuś takiemu jak ja trudno zniknąć. Zawsze gdzieś wypłynę. Znajdziesz mnie.” mruknęła miękko i z tymi słowami pobiegła w stronę wyjścia z namiotów, zostawiając bardzo, ale to bardzo ogłuszonego 494.

~ * ~

I remember how you left in the morning at daybreak
so silent you stole from my bed
to go back to the one who possesses your soul
and back to the life that I dread

~ * ~

W momencie, kiedy tylko obóz zniknął z ich widoku, Redgar stracił całkowicie grzeczność i cierpliwość. Jednym ruchem chwycił dziewczynę za gardło i przycisnął do drzewa tak, że jej twarz była na wysokości jego.

„Czyś ty straciła zupełnie rozum?” warknął, nie bawiąc się w ceregiele. Mieli mało czasu. Naprawdę mało.

„Jak miło, że się troszczysz o moje szczęście, Redgar.” wychrypiała, ale nie usiłowała wyrwać się z uścisku. Nie było sensu.

„Troszczę się o to, byś dożyła następnego ranka, Nemin. Nas wszystkich wysłano tutaj po to, by się o was troszczyć. A ty… po prostu lądujesz w Nigerii i łamiesz jednej nocy wszystkie nasze reguły.”

„Poranka.” wymamrotała, nieznacznie rumieniąc się „I to było raz.”

„Ok. Więc niech będzie: prawie wszystkie reguły. Ale złamałaś kardynalną zasadę. 494 jest żołnierzem, i to żołnierzem z oddziałów specjalnych.” potrząsnął głową. Kobiety i ich czepianie się szczegółów. „Ale to wystarczyło, nieprawdaż?” spytał miękko, po czym postawił ją z powrotem na ziemi i oczyścił drobinki kory, które zaplatały się w chustkę. Westchnął, czując kolejny strzał energii, jaki przepływał przez jej ciało.

„Wiem, że nie ma dla ciebie partnera wśród Kamahów, Nemin.” mruknął pojedyncze zdanie po kamahsku. Tych słów nikt nie mógł zrozumieć prócz nich i jakoś w jego żołądku siedziało uczucie, że są obserwowani. „I wszyscy bolejemy nad tym. Moglibyśmy zaakceptować 494, jeśli byłby na wolności. Ale znasz zasady.”

Skinęła głową. Jej warga drżała.

„Sama je ustanawiałam.” wyszeptała „Wiem, co grozi za ich złamanie.”

Położyła dłoń na brzuchu. Delikatnie mrowienie pod palcami. Jak szybko, pomyślała w oszołomieniu. Ledwie kilka godzin. Kamahski cykl życia, nie było najmniejszej wątpliwości.

„Dostosuję się do zasad.”

„I tego właśnie się obawiam.” westchnął ciężko Redgar. Wszyscy życzyli jej osobistego szczęścia, ale to, w co się obecnie wpakowała, groziło im wszystkim.

Cofnęła się o parę kroków i spojrzała w stronę obozu. Mieli niecałe 10 minut do odlotu śmigłowców. Czy w ciągu tych pięciu minut mogła zerwać wszelkie więzy łączące ją z 494?

Nie chciała, ale czy miała jakiś wybór?

Redgar obserwował jej twarz, jak mieszanina emocji migocze w kącikach ust, by wreszcie wyłonić słowa, których oczekiwał i zarazem nigdy jej nie życzył. Nikomu z nich.

„Jak myślisz, czy jest już za późno, by powiedzieć przepraszam?”

Odpowiedziało jej milczenie i mocny uścisk. Zatonęła w jego objęciach, życząc sobie, by to było objęcie 494. Ale to nie było. Nie mogła wymagać od 494, by porzucił swoją rasę, całe swoje życie, swój świat dla niej. Musiałby opuścić Manticore, ponieważ jej związek z 494 z Manticore narażał nie tylko ją, dziecko, ale i skromne resztki jej własnej rasy. Po tym wszystkim, zasługiwali na to, by chociaż żyć bez ustawicznego strachu. Po tym, co zrobili, by ją ocalić, nie mogła ściągnąć na nich zagrożenia.

~ * ~

Śmigłowiec krążył nad lotniskowcem, a zaraz za nim drugi. Nem siedziała milcząco na swoim miejscu, tuż obok doktor Eliot. Nie lecieli wszyscy. Ojciec Samuel, Hal i dwie pielęgniarki zdecydowali się zostać w obozie dla uchodźców przez jakiś czas. Nie dziwiła się im. Poza tym, jeśli Hal chciał zostać w obozie i pomyśleć, mogła sobie tylko gratulować sukcesu. Misja dokonana. Tylko sprawy przedstawiały się znacznie gorzej z Leeną.

Obrzuciła ją uważnym spojrzeniem. Wydawała się dość podenerwowana, jakby na coś oczekiwała. W ogóle podczas ucieczki z misji zachowywała się dosyć dziwnie, ale zrzucała winę za to na ciążę. Miała nadzieję, że nie ona okaże się szczurem w gnieździe.

Maszyna osiadła w końcu na pokładzie i Nem pogratulowała w duchu talentu pilotowi. Lądowanie na pokładzie lotniskowca, na wciąż poruszającym się pokładzie nigdy nie było łatwe. Uczyła się pilotażu. Chociaż były to praktycznie same maszyny z przedsiębiorstw Kala oraz maszyny kamahskie, które potrafiła pilotować, wiedziała jednak, jak ciężko się pilotuje to, co było obecnie na wyposażeniu amerykańskiej armii. Wspomnienia kilku pilotów miała w głowie.

Zaczekała, aż wysiądą prawie wszyscy i miękko dotknęła dłoni 494. Obrócił się i spojrzał na nią zaskoczony. Ale spokojnie przepuścił przed sobą Biggsa i dzięki temu wysiadali jako ostatni.

Spojrzała na odległość dzielącą ich od pozostałych, na sporą liczbę żołnierzy kręcącą się po pokładzie i na obracający się wciąż wirnik. Hałas był duży, ale z transgenicznym słuchem 494 nie będą mieli kłopotu z rozmową.

„Jest coś, czego ci nigdy nie powiedziałam. I nigdy nie pozwoliłam, żebyś zorientował się, że coś się nie zgadza.” wzięła głęboki oddech, rejestrując zaniepokojenie w jego oczach. Przepraszam, wyszeptała w myślach. Naprawdę, naprawdę przepraszam. Nigdy nie chciałam ci tego zrobić. Ale czasem serce prowadzi nas do miejsc z których nie ma już powrotu.

„Ale boję się, żebyś mnie źle nie zrozumiał.”

Kątem oka zarejestrowała, jak do Leeny podchodzi jakaś drobna kobieta, o bardzo jasnych włosach. Zaczęły rozmawiać.

„Nem…” westchnął „Cokolwiek masz mi do powiedzenia, znajdę chwilę i miejsce na tym przeklętym statku, żebyś mogła mi powiedzieć. Ok.?”

„Nie.” wymamrotała, ale te słowa nie były skierowane do niego. W przerażeniu patrzyła, jak bezwładne ciało Leeny Carver osuwa się na pokład. Hałas wirnika zagłuszył odgłos wystrzału. Wstrząśnięta rzuciła plecak. Podejrzenie wtargnęło z całą siłą do jej duszy. Cofnęła się kilka kroków od śmigłowca.

Ale oni już czekali na nią. Obróciła się, stając oko w oko z niedużym, innym oddziałem X5. Zmrużyła oczy, rozglądając się po pokładzie. Miała może z pięć metrów do krawędzi pokładu.

494 napiął się, widząc jak inny oddział mierzy do Nem. Co do cholery się tutaj działo?

Spojrzał ostro na drugiego dowódcę, ale ten tylko zignorował to nieme żądanie wyjaśnienia. W przerażeniu obserwował, jak się nieznacznie cofnęła kilka kroków, najwyraźniej wiedząc, dlaczego mierzą do niej. Jego właśni ludzie. Cholera. Co tu się działo?

Zdusił gwałtowną chęć skręcenia karku tym durniom, to nie pomogłoby jej w żadnym wypadku i naraziłoby na niepotrzebne podejrzenia i lustrację. Nie mógł pozwolić, by Renfro się dowiedziała. Nie o Nem. Była jego, miał ją chronić.

„Cóż… w końcu po tylu latach widzę jednego z was w akcji.” głos Renfro był słodki jak miód, lustrując wcale nie obronne stanowisko dziewczyny. Właściwie to stała dość pewnie, jakby wiedziała, co ją czeka. I słusznie, pomyślała z chytrym, przewrotnym uśmieszkiem. Oczekiwanie jest o wiele gorsze niż sam fakt. Działało o wiele lepiej na psychikę ofiary. „Dobra praca, 494. Wiedziałam, że miałam nosa, posyłając ciebie.”

Ani jeden mięsień nie drgnął na twarzy Nem. Nawet nie mrugnęła. 494 zaklął w duchu. Co tutaj się działo, czego Manticore chciało od jego dziewczyny? I dlaczego Nem wyglądała, jakby wierzyła tej zdzirze, jakby od początku spodziewała się ciosu w plecy?

To jest moja praca, by ją chronić, nie mogę ponieść się instynktowi, myślał w desperacji. Musisz ją stąd zabrać, sprzed tych dziesiątek luf wymierzonych prosto w jej serce i głowę. Jeśli trafi do Manticore z jakiegoś powodu, tym łatwiej będzie ci ją uwolnić i ochronić. Wystarczy, że znajdzie się w transporcie.

Nem delikatnie wzdrygnęła się, słysząc ton kobiety. Nie wiedziała, kim jest. Nie wiedziała, ale to nie miało znaczenia. Ona wysłała po nią 494. A on… po prostu stał tam i nie zaprzeczał. Nic nie mogła przeczytać z jego twarzy.

Ale też jak mogła się spodziewać czegokolwiek prócz zadowolenia z udanej misji?

Musiał mieć niezłą zabawę, pomyślała zdrętwiała. Ojciec mojego dziecka. Mojej nienarodzonej córki.

Spojrzała ponownie na kobietę.

„Leena?”

„Ach, ta naiwna idiotka? Wiedzieliśmy, że Hal spotkał kogoś z was. Nawciskaliśmy jej bajeczek. Była przekonana, że pomaga tobie.” Renfro zachichotała zadowolona „A w rzeczywistości zaprowadziła ciebie prosto do mnie.”

Nem przechyliła nieznacznie głowę, wysyłając w myślach bardzo, bardzo jasny sygnał. Numero, Redgar. Numero.

Czysty alarm o zagrożeniu życia. Tutaj. Teraz.

„Może…” jej usta ukształtowały bezgłośnie słowo w absolutnej ironii.

Zasady ustanowiono nie bez powodu. Żadnych związków z żołnierzami i agentami. Powód? Mogli nie mieć szczerych intencji.

Już nie było opcji. Nie było wyjścia. Zamknęła oczy w przewidywaniu swoich następnych minut. Potrzebowała całej swojej energii i wielkiego skupienia, by tego dokonać. Potrzebowała wszystkiego. Miała córeczkę pod sercem, na razie niewielki zlepek komórek… ale za kilka dni to będzie już maleńka świadomość, czująca wszystko to, co ona. Czas na realizację zasady numer jeden.

„Wiesz, powinniście lepiej się zastanowić, dlaczego nigdy nie zdobyliście żadnego z nas.” otworzyła oczy, patrząc na nią spokojnie. Renfro mimowolnie zmarszczyła brwi i Nem już wiedziała. Brali ją za poddaną Zana. „Nie pochodzę z Antaru. I w przeciwieństwie do tych krwiożerczych tchórzy…” uśmiechnęła się, a ten uśmiech wysłał ciarki przerażenia wśród mierzących do niej transgenicznych. Nie drgnęła nawet na milimetr, aby ich nie uprzedzić o swoich działaniach. Nie chciała, by do niej strzelili. „…my wyznajemy pewne zasady. A jedną z nich jest…” uniosła ręce do góry, przeplatając palce dłoni. Miękkie światło błysnęło pomiędzy nimi. Transgeniczni napięli się w oczekiwaniu na nieznany atak. Ale to było tylko odbicie promieni słońca. Ale w czym? „…nigdy, przenigdy… nie dostać się w ręce wroga. Żywa czy martwa.”

Zanim ktokolwiek zdołał zareagować, drobne ciało cofnęło się i osunęło z pokładu. Trójka X5 rozmazała do przodu, ale złapali tylko ostatnie ułamki sekundy, jak spadała z otwartymi oczami prosto w ciemną, wzburzoną toń oceanu.

593.

106.

494.

Zdrętwiałe zdumienie, które zapadło wśród świadków zdarzenia, zostało przerwane przez gwałtowne wycie syreny i wysoki, piszczący i przepełniony wściekłością głos Renfro.

„Dalej, osły, wyciągnijcie ją z wody! Chcę ją mieć, żywą, martwą, nie ważne, chcę ją mieć!” wrzeszczała „Nawet marne mięso mielone, jeśli dostała się między łopaty napędu!”

Dzika, oślepiająca wściekłość uderzyła w 494, rozmazał od krawędzi pokładu prosto do gardła Renfro, zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć.

„Ty mordercza suko!” warknął nisko w gardle i twarz Renfro nagle pokryła się dzikim, nieopanowanym strachem. 494 w głębi ducha cieszył się, napawał tym. Ale nie strachu teraz potrzebował. Chciał krwi, czegokolwiek, co uspokoiłoby to wrzeszczące w jego głowie uczucie winy i zawodu, że nie zdołał ochronić swojej własnej kobiety. Nie zdołał. Zawiódł. Winny. Nie zdołał. Zawiódł. Winny. Nie zdołał. Zawiódł. Winny. Nie zdołał. Zawiódł. Winny. Tłukło się po jego głowie jak szalone. Nem była martwa. Przez tę sukę.

Biggs momentalnie był za nim. Ale zamiast zarzucić ramię na 494 i odciągnąć go od pani dyrektor wpatrywał się zimno w kobietę, która właśnie wysłała na śmierć partnerkę 494. Patrzył na kobietę, która właśnie pogrzebała ich marzenia o wolności i czuł kompletną pustkę.

494 zwolnił uścisk i wyminął oszołomioną, trzęsącą się kobietę, zmierzając prosto w stronę wieży. Wstrząśnięci świadkowie stali oniemiali, nie wiedząc, co począć. Oddział transgenicznych, który jeszcze minutę temu mierzył do dziewczyny, powiesił głowę we wstydzie i hańbie. Znali to zdziczałe i pokonane spojrzenie, spojrzenie kiedy X5 tracił partnera. Nigdy, przenigdy nie spodziewali się, że wywołają je na twarzy ich dowódcy. Nie wiedzieli. Skąd mieli wiedzieć? Skąd do cholery mieli wiedzieć do kogo mierzą?

„Nie lubimy, jeśli wysyła się nas z misją, nie znając celu.” Biggs wycedził zimno, jego oczy nigdy nie zostawiające zbielałej twarzy Renfro. Wszystko, co w tej chwili czuł sprowadzało się do gwałtownej chęci zaciśnięcia dłoni wokół gardła tego wcielonego diabła.

Dave odwrócił spojrzenie od rozgrywającej się sceny i ponownie skierował wzrok w ciemną toń oceanu.

Spóźnili się. Nie zdołali połączyć Nem i 494 w sposobie, jakiego pragnęli wszyscy. I wszystko runęło.

Pochylił głowę w klęsce.

Zawiedli.

Zawiedli 494.

Zawiedli Nem.

„Przepraszam.” wymamrotał, doskonale wiedząc, że mówi te słowa na próżno. Było zbyt późno, by powiedzieć przepraszam.

~ * ~

I remember the nights as i watched as you lay sleeping
your body gripped by some far away dream
well i was so scared and so in love then
and so lost in all of you that i had seen
but no one ever talked in the darkness
no voice ever added fuel to the fire
no light ever shone in the doorway
deep in the hollow of earthly desires
but if in some dream there was brightness
if in some memory some sort of sigh
and flesh be revived in the shadows
blessed our bodies would lay so entwined

and i will oh i will not forget you
nor will i ever let you go
i will oh i will not forget you

i remember how you left in the morning at daybreak
so silent you stole from my bed
to go back to the one who possesses your soul
and back to the life that i dread
so i ran like the wind to the water
please don’t leave me again i cried
and i threw bitter tears at the ocean
but all that came back was the tide

and i will oh i will not forget you
nor will i ever let you go
i will oh i will not forget you

~ * ~

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *