ITLTSIS (7)

Rozdział siódmy

„Ty nie jesteś zabójcą.”

Ciemne spojrzenie powędrowało w stronę małej dziewczynki, skulonej na schodach. Małego, drobnego ciałka, które trzymało w swojej młodej główce tak wiele wspomnień tych, których kochał. Hendricks, Nera, Rain, Kara.

„Jeśli muszę być, jestem.”

„Nie, nie jesteś.” dziewczynka pisnęła miękko w proteście, podnosząc się nagle ze schodów i rzucając mu w ramiona „Kiedy to robisz, nie jesteś tą samą osobą, którą byłeś kiedyś, tą osobą, która kocha mnie i opiekuje się mną. Nie jesteś moim tatą, którego kocham.”

~ * ~

but no one ever talked in the darkness
no voice ever added fuel to the fire
no light ever shone in the doorway
deep in the hollow of earthly desires
but if in some dream there was brightness
if in some memory some sort of sigh
and flesh be revived in the shadows
blessed our bodies would lay so entwined

~ * ~

„Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ciało… które jeszcze chwilę wcześniej było pełne życia, życia, które skończyłem, zrozumiałem. Kiedy spojrzysz do pustych oczu człowieka, którego zabijesz – będziesz równie pusta i ciemna wewnątrz. Zamrozi cię to, zamrozi każde uczucie w tobie i nie będzie już odwrotu. I każda kolejna śmierć będzie łatwiejsza, łatwiej będzie położyć dłoń i usmażyć czyjeś serce… jak rzucić kamień w wodę, by zatonął. Nieuchronnie, za każdym razem część ciebie zamieni się, zamrozi, aż nie zostanie w tobie nic z osoby, którą byłaś wcześniej. Raz przekroczysz granicę, znajdziesz się na drodze w przepaść. I będziesz pamiętać tę chwilę do końca… do samego końca. Bo zrozumiesz, że kiedy przekroczyłaś tę granicę, wszystko, co zrobił człowiek, Zan, ktokolwiek kogo zabijesz… przestanie mieć znaczenie. Zupełnie. Jedyne, co będzie miało znaczenie, to fakt, że zabiłaś. Ty. Skończyłaś. Czyjeś. Życie. Nieodwracalnie. Nie będzie miało znaczenia, kogo zabijesz – kim był, co zrobił, jak wiele istnień utraciło za jego sprawą życie… to nie będzie miało znaczenia zupełnie. Jedyne, co będzie miało znacznie, to ty i zimno w twoim sercu. To, co zostanie z ciebie w chwili, kiedy uświadomisz sobie, że zabiłaś.”

„Kal…”

„Zostaw Zana, Nem. Chcesz oddać jemu to, co w tobie najcenniejsze? Chcesz utracić serce, niewinność na rzecz zemsty? Myślisz, że poczujesz ulgę, kiedy będziesz stała nad jego martwym ciałem? Wierz mi, nie poczujesz. Nie będziesz już nigdy ta sama… i kiedy ockniesz się z tej nienawiści, pojmiesz, że wszystko, co było w tobie najlepsze odebrał ci on… ponieważ go zabiłaś. Powody tego czynu nie będą już ważne. To, kim się staniesz… wierz mi, nie chcesz być taka jak ja.”

„Więc co? Mam pozwolić żyć Zanowi jako Max Evans, dumnemu, że był ukochanym królem i w poczuciu misji, że musi zbawić własną planetę?” rzuciła gorzko.

„Max jest nie tylko Zanem, Nem. Jest też po części człowiekiem. Pozwól mu żyć. Może pewnego dnia nawet damy mu szansę odkupienia win.”

„Nic nie odkupi mordu mojej rodziny!” warknęła w zimnym głosie, który rozniósł się po całym rozległym domu „Nic!”

„O tym właśnie mówię, Nem.” Kal łagodnie przyciągnął ją do siebie „Nic tego nie odkupi. Tym bardziej jeśli go zabijesz… on wówczas wygra całkowicie.”

~ * ~

„Nem?”

Podniosła głowę znad posłania.

„W porządku?”

„Ze mną zawsze jest wszystko w porządku.” uśmiechnęła się blado do Cece, usiłując nie myśleć o rozpaczliwej tyradzie ojca Samuela, dla którego wydarzenia w wiosce były prawdziwym załamaniem. Powtarzał wciąż w kółko, kim są ci ludzie, skoro uzurpują sobie prawo Boga do odbierania życia. Nem powstrzymywała z wysiłkiem zimną ripostę, cisnącą się jej na usta. Pochyliła głowę, zatykając uszy w ciemności. Miała dość jego gadania. Miała dość, dość, dość. Czy ten głupi ojczulek nie mógł się po prostu zamknąć? Czy nie docierało do niego, że inni tutaj również widzieli to samo i potrzebowali przeżyć to w swoim sercu, uporać się z oglądaną własnymi oczami tragedią? I że czasem chcieliby zapaść w błogosławiony stan snu? W zapomnienie na chociaż parę godzin?

Chociaż wydawało się, że wszyscy śpią, wyczerpani psychicznie i fizycznie, nie zwracając uwagi na ciche mamrotania księdza.

Podniosła się gwałtownie, wyswobadzając się ze śpiwora. Wciągnęła i zasznurowała buty.

„Nem…” Cece zaczęła, ale zgasiła ją czystym spojrzeniem. Ha. Kal ją ćwiczył, jak narzucać innym swoją wolę spojrzeniem, gestem, czymkolwiek. Była pilną uczennicą. Wszystko, co przydawało się przy przeżyciu, chłonęła jak gąbka. Nawet wiedzę, jak zabić. I niestety, była bliska wykorzystania jej na ojcu Samuelu. Wolała powściągnąć frustrację, zanim wydarzy się kolejna tragedia.

Przeszła kilkadziesiąt metrów i usiadła pod jakimś drzewem. Zamknęła wyczerpana oczy.

Pierwsze, co poczuła, to ciepłe opuszki palców, delikatnie wodzące po jej policzku. Drugie, to fakt, że leży przytulona do silnego, męskiego ciała, a druga dłoń łagodnie wędruje w tę i z powrotem po plecach w pocieszającym i uspokajającym geście. Nawet nie musiała się zastanawiać, czyje bicie silnego serca wychwytywało jej ucho. O nie. Pytaniem było, co do diabła tu robiła.

Uczucie ciepła i pokoju, rozchodzące się po całym ciele było jednak zbyt miłe i przyjemne, by je zignorować. Westchnęła miękko. Rano będzie się tym martwić. Już się stało, więc co jej było po rozlanym mleku? Na razie nacieszy się tym uczuciem, a później będzie się zajmować konsekwencjami. Była Kamahem, potrafiła stawać wobec kłopotów…

~ * ~

Ostatnie, co można by powiedzieć o 494 to fakt, iż był tchórzem. Nie był. Kiedy jednak wyczuł delikatne drgnięcia małego ciała zwiastującego jej przebudzenie, tak przyjemnie przyciśniętego do jego, nie mógł powstrzymać gwałtownego strachu, który skręcił jego wnętrzności. Zamknął oczy, w panice błagając wszelkie dobre moce, jeśli istniały, o pomoc. Wydawała się coś mamrotać przez sen, więc łagodząco zaczął ocierać jej plecy, w nadziei, że ją uspokoi. To prawdopodobnie był ostatni dotyk, jaki był między nimi. Ostrożnie odgarnął jej długie, ciemne włosy z twarzy. Spływały pośród jego palców niczym jedwab. Uśmiechnął się w myślach na to porównanie. 494 i poetyckość. Nigdy by nie przypuszczał, że coś takiego może w nim siedzieć. Nem wydawała się wydobywać różne dziwne zachowania z niego. Co najgorsze, podobało mu się to.

Westchnęła miękko i spanikowany zrozumiał, że się obudziła. Ale mijały kolejne sekundy niczym wieczność i nic się nie działo. Jego dłoń przestała wodzić po plecach, zawinął ręce wokół jej drobnej postaci, przestraszony, że jak miraż lub złudzenie, jeśli otworzy oczy, ona zniknie.

Wyczuł jej kolejny ruch i ze zdumieniem pojął, że te drobne drgnięcie na jego piersi to jej uśmiech. Westchnęła miękko po raz drugi i uspokoiła się. Wstrzymał oddech. Nie wydawała się nigdzie wybierać, rzucać na niego z pięściami ani wyrzucać mu korzystania z sytuacji. Uspokoiła się i szybko do jego uszu dotarł z powrotem jej miarowy oddech. Otworzył ostrożnie oczy.

Cece uniosła brwi w nim, najwyraźniej również rejestrując co się wydarzyło, czy też co się nie wydarzyło. Kiedy dwie godziny wcześniej spanikowana doniosła, że Nem opuściła obóz i siedzi pod drzewem, nie miał wyboru, ale po prostu pójść i namówić ją do powrotu. Kiedy jednak ją znalazł, najzwyczajniej w świecie spała… i nie mógł powstrzymać się, zabrał ją do ich obozu i umieścił we własnym posłaniu. Nie wiedział, co się teraz między nimi działo, ale był szczęśliwy, że wcześniej postąpił jak nakazywał mu instynkt. Spędził dwie godziny, trzymając ją w ramionach, coś, co wcześniej było całkowicie poza zasięgiem. I zmierzał się tym cieszyć, jak długo to było możliwe.

~ * ~

„Ile?” 494 wymamrotał pochylając głowę w całkowitej klęsce. Wciąż nie mógł uwierzyć, ze to się działo… to było potworne. To uczucie niepowodzenia, winy, przelewające się przez niego. Nie tylko nie ochronił jej, on nawet nie zauważył, iż coś było nie tak. Dopiero kiedy rano się nie obudziła, razem z nim, zorientował, jak niepokojąco rozpalona jest. Przyzwyczajony do wysokiej temperatury X5 i przeważnie nie mając żadnego fizycznego kontaktu z ludźmi za wyjątkiem walki, nie zwrócił początkowo uwagi na ciepło. Tymczasem Nem miała bardzo wysoką gorączkę. I on nawet tego nie zauważył.

„Gorączka stanęła.” Dave odetchnął w uldze, patrząc jednym okiem na niewielki elektroniczny aparacik. Przetoczyli jej trochę krwi od transgenicznych, ponieważ leki nie działały… I wydawało się, że to w końcu pomoże. Ostrożnie wyczyścił jej rozpalone policzki i powieki. Była gorąca i co najdziwniejsze, pociła się zdecydowanie zbyt słabo. Spojrzał na jej twarz. „104. Jej oczy przestały krwawić.”

494 przetarł twarz, czując na sobie wyczekujące spojrzenia swoich ludzi. Wiedział, o co pytają. I jednocześnie nie miał pojęcia, co zrobić. To uczucie bezradności, które ogarniało go za każdym spojrzeniem na nieprzytomną Nem… to paraliżowało. Głębokie uczucie winy i wściekłości na samego siebie nie było najmilszą mieszanką.

„Mam wywołać wsparcie powietrzne?” Cece spytała bez ogródek. W ciągu godziny gorączka dziewczyny podniosła się o cztery stopnie, mimo ich wysiłków, by ją obniżyć. Poza tym… była nieprzytomna. Nie wróżyło to dobrze. Nawet nie majaczyła.

Oczy 494 utkwiły w twarzy chorej. Była młodziutka, w tej chwili nie wyglądała nawet na piętnaście lat. Nie poruszała się, nie majaczyła, nie miała drgawek… nic. Leżała tam, zupełnie nieruchomo, oddychając płytko, rozpalona, walcząc z nieznaną chorobą.

„Poczekamy jeszcze godzinę lub do następnego pogorszeniu. Mogłaby nie przetrwać lotu.” zdecydował wreszcie „Przyślijcie mi tu Hala. Pora, żeby zaczął mówić.”

Rain wstał i zabrał Ky’a do towarzystwa. Dobrze wiedział, że grupa komentowała poranną nieobecność Nem, dopóki Cece nie warknęła im prosto w twarz, że jest nieprzytomna i gorączka podnosi się w bardzo zastraszającym tempie i nie mogą jej zatrzymać. Uciszyło to nawet Portera, który wydawał się dość przestraszony całą tą sytuacją. Leena była nerwowa, ale to zrozumiałe… jej ojciec był następny w kolejce. Nikt nic nie mówił, kiedy zabrali Hala. Ich przestraszone spojrzenia były wszystkim.

Hal spojrzał na dziewczynę i jego twarz drgnęła w strachu i zarazem trosce. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że była jedną z nich, tych dziwnych istot z kosmosu, które dla niewiadomych przyczyn przybyły na ich planetę. Chociaż rozmawiał z Michaelem, jakoś sądził, że ta dziewczyna jest inna. Było w niej coś innego. Prawdopodobnie była bardziej ‚oryginalna’, bardziej obca.  Nie budziła w nim jednak strachu, tylko instynktowne opiekuńcze uczucia. Chyba była dzieckiem.

„Musiała stracić dużo krwi od wczoraj.” westchnął miękko, ale nie podchodząc do niej. Kto to wie, jakby zareagowała? Zaczęłaby świecić czy co? „Jaki jest jej stan?”

„Beznadziejny. Zrobiliśmy transfuzję, ale żadne leki nie wydają się działać. Nie wiemy, co to za paskudztwo.”

Fakt, iż leki nie działały, nie zdziwił go wcale. Prawdopodobnie miała kompletnie różną anatomię, wbrew temu, że wyglądała naprawdę ludzko. Mogła zareagować inaczej na byle zarazek. Ale transfuzja? Krew? Och, dobry Boże…

„Lepiej jej nie przetaczajcie więcej. Ma rzadką grupę krwi, może wystąpić konflikt serologiczny.”

Tak, baardzo rzadką grupę. Trudno byłoby znaleźć dawcę, pomyślał z wisielczym humorem. I co na litość boską ta mała kosmitka robiła tutaj?

„Jesteśmy uniwersalnymi dawcami!” Dave potrząsnął głową „Poza tym to wydawało się pomóc. Jako jedyne. „

Hal westchnął. Nie sądził tego samego co oni… musiał znaleźć drogę by ich przekonać.

„Nie wiem, co jest w jej krwi, ale to występuje rzadziej niż raz na dziesięć milionów… w końcu nie wszystko sprowadza się do grupy czy do plusa czy minusa Rh.” zaryzykował małe kłamstewko „Większość banków krwi nie ma jej. Może lepiej byłoby podać jej coś krwiotwórczego?”

„A za rogiem jest apteka!” Dave parsknął, ale słowa staruszka złapały jego uwagę. Jeśli miała tak rzadką grupę krwi, musiała mieć coś przy sobie… jakieś oznaczenie. Tymczasem nie miała nic. W jej rzeczach również nie znaleźli żadnych środków krwiotwórczych. „A kazał czekać.”

Hal skinął głową. Czekać. To jedyne, co im zostało. Usiadł ostrożnie obok dziewczyny i delikatnie dotknął jej ręki. Myślał o tym, jak ochronni wydawali się w 1947 roku dwaj obcy wobec nienarodzonych dzieci. Rzadko widział taką opiekuńczość u ludzi i nie sądził, by ludzie zabijali w obronie swoich dzieci… ale na tę dziewczynę czekał gdzieś inny obcy, który kochał ją nad życie i dla niej był gotów odbierać życie innym ludziom. Jego dzieci nigdy by nie zrobiły czegoś takiego dla niego. Łzy zakręciły się w jego zmęczonych oczach. Miał nadzieję, że jakiekolwiek więzi łączyły tych obcych, którzy przylecieli w 1947, albo nawet jeśli nic ich nie łączyło prócz pozaziemskiego pochodzenia… miał nadzieję, że nie będzie zmuszony kiedyś stanąć przed nimi i opowiedzieć o śmierci jednego z nich. Nie zasługiwała na to… była lepsza niż większość ludzi, jakich spotkał. Była troskliwa wobec innych, kochała życie, kochała dzieci i miała silną wolę. Musiała żyć.

Nagle poczuł delikatne mrowienie pod palcami i zaskoczony spojrzał na jej dłoń. Jej skóra… lśniła nieznacznie, blade światło wydostawało się spod jego palców. Przestraszony, czy nikt tego nie widzi, ostrożnie okrył ją dodatkowym kocem, przykrywając także rękę. Nie rozluźnił jednak uścisku, nie bał się tego światła ani dziwnego uczucia. Właściwie to… było całkiem przyjemne. Miał nadzieję, że dziewczyna się obudzi i powie mu, co to takiego.

~ * ~

I remember how you left in the morning at daybreak
so silent you stole from my bed
to go back to the one who possesses your soul
and back to the life that I dread
so I ran like the wind to the water
please don’t leave me again I cried

~ * ~

Powieki zatrzepotały nieznacznie, by po chwili podnieść się z wielkim wysiłkiem. Zamrugała kilkakrotnie, by wyostrzyć obraz. Drzewa. Ciepło. Światło. Dużo promieni słonecznych, odbijających się od czegoś wokół niej. Westchnęła miękko i zamknęła oczy. Chciała znowu spać.

„Śpiąca królewno…” miękki głos szemrał tuż przy uchu. Uśmiechnęła się nieznacznie. To był bardzo przyjemny głos, zarazem miękki, i głęboki. Przypominał jej kogoś, ale nie potrafiła powiązać dźwięku z obrazem. I trzymały ją silne ramiona, podczas gdy sama… pływała?

Czy to była Nem czy ciąg dalszy jej snu?

W takim razie nie chciała przestać śnić. Sen był naprawdę przyjemny.

Leniwie przeciągnęła się, po czym ostrożnie zanurzyła się cała w wodzie, aż po czubek głowy.

„Hej!” ktoś ją wyciągnął natychmiast. Zaśmiała się, na tyle, na ile starczało jej sił. Mocne dłonie chwyciły ją w tali, stabilizując ją nad powierzchnią. „Czas najwyższy się obudzić.”

„Nie chcę spać.” wymamrotała prosto w miękką, mokrą skórę, wydobywając z niego dreszcz. Uśmiechnęła się. To był zdecydowanie fajny sen. Tak różny od tych koszmarów, od otaczającego ja koszmaru… był pełen życia.

„Nem, pobudka.” głos zmienił ton na surowy, kiedy zacisnęła ręce na nim i schowała nos w zagłębienie szyi. Westchnęła ponownie, kiedy te silne dłonie przesunęły się nieznacznie wyżej po jej rozgrzanej skórze, wydobywając z niej dreszcze przyjemności.

Nem, obudź się.

Otworzyła gwałtownie oczy i cofnęła się, rozglądając się zdezorientowana. Była co najmniej dość lekko ubrana, 494 jeszcze lżej i oboje taplali się w niewielkiej zatoczce jakiegoś płytkiego jeziora. I ona sama miała gorączkę tak wysoką, że przenikała przez jej zewnętrzną powłokę.

„Co do diabła…?” wymamrotała zakłopotana, pocierając nos. I wtedy sobie to uświadomiła. Zachwiana równowaga. Hal, trzymający ją za rękę, myślący o niej… przywrócił jej częściowo równowagę, uratował od załamania. „Co się stało?” spojrzała badawczo na 494. Jak bardzo miała zachwianą równowagę? Chyba nie zaczęła zmieniać kształtu na oczach transgenicznych?

To by była katastrofa. Absolutna.

494 oglądał, jak jej twarz zamyka się od sennego zamglenia po bezosobową maskę, tak szybko, tak nagle, iż to było jak cios prosto w żołądek. Ostatnie dwa dni były wystarczającym koszmarem, ta niemożność zbicia dziwnej gorączki, konieczność ukrywania przed ludźmi tej zimnej wściekłości na Fostera, iż zrobił to Nem… Nigdy nie czuł takiego przypływu żądzy mordu, oślepiającej rozum furii, nie poddającej się żadnym nakazom rozumu. Spróbowali zbić gorączkę wszelkimi sposobami, ale nie drgnęła… aż wreszcie Dave zaproponował rozwiązanie stare jak świat: woda, ochłodzić ją. Bali się ją przenosić, ale nie mogli też zostać w poprzednim obozie… Rebelianci deptali im po piętach, zmuszając do kluczenia, zmuszając go, by wysyłać co kilka godzin kilkoro z jego własnego oddziału, by zlikwidowali zagrożenie. Ale pułkownik Sati zdawał się mieć niewyczerpany zapas ludzi. Skąd on do diabła ich brał? I dlaczego?

Z drugiej strony… chociaż ostatnie dwa dni były koszmarne, nic w jego życiu nie było równie przyjemne, będąc tutaj, z nią, obserwując jak nieświadomie, sennie poddaje się jemu. Kiedy był z nią czuł niesamowitą bliskość, więź. Czuł się dobrze, jakby cały świat mógł iść do diabła łącznie z Manticore i Renfro. Każda sekunda w wodzie, kiedy tak uśmiechała się leniwie do niego, pogłębiała to uczucie więzi. Nie mógłby z niej zrezygnować. Nie chciał. To poszło już za daleko z jego strony.

A Nem? Cokolwiek ją powstrzymywało, należało do rozumu, nie serca. Podświadomie, kiedy wyłączała myślenie, lgnęła do niego, ufała mu. Co stało między nimi? Jak mógł to pokonać, ominąć? Sprawić, by zaufała mu?  Żeby on mógł jej zaufać?

„Przez ostatnie dwie doby… miałaś wysoką gorączkę.” mruknął miękko „Nie mogliśmy jej zbić.”

Zamknęła oczy.

„Dwie doby?” jęknęła cicho, zanurzając się zupełnie w wodzie na kilka sekund. Dwie niekontrolowane przez nią doby. Chociaż Hal w jakimś sensie mógł jej pomóc, nie sądziła, by powstrzymał Dave’a lub kogokolwiek innego od zbadania jej. Jeśli ktoś zbadał bliżej jej puls… lub osłuchał serce… oba biły w jednakowym rytmie, naśladując tempem i dźwiękiem ludzkie, lecz nie było możliwości, by przy badaniu nikt tego nie zauważył. I krew, płynąca z oczu… nie miała żadnej gwarancji, że przy kontakcie z ziemską atmosferą przestała lśnić.

„Czego się tak boisz?” ostrożnie odgarnął mokre kosmyki z jej twarzy. Zmieszana popatrzyła na niego. Co wiedział? Czy po powrocie nie czekał na nią biały pokój? Przełknęła ciężko. 494 był żołnierzem. Ale on również nie był człowiekiem, został tylko stworzony przez nich i przez nich wykorzystywany. Do jakiego stopnia mogła mu powierzyć swoje życie?

Nie mogła. Nie mogła mu zaufać. Był żołnierzem, ostatecznie. Teraz byli daleko od zwyczajnego świata, daleko od Manticore i jego żelaznych reguł… daleko od świata, w którym nigdy nawet by się nie spotkali, uświadomiła sobie w niejakim zdumieniu. Byliby wrogami, staliby po przeciwnych stronach barykady.

„Tego kim jesteś.” wyrwało się z jej ust, zanim się zorientowała. Szerokimi oczami patrzyła jak jego twarz ciemnieje, w odrzuceniu. Zielone spojrzenie spochmurniało, ukrywając za podobną maską jak jej, wszelkie uczucia, które jeszcze sekundę temu płonęły w nich jak oszalałe. Ostrożnie podpłynęła do niego z powrotem. Oglądał ją w cichym zdumieniu, niepewny. Dopiero co powiedziała, że nie chce jego, ponieważ jest żołnierzem. Co do diabła więc teraz robiła?

Opłynęła go, zatrzymując się dosłownie centymetry od niego. Nawet przez chłodną wodę czuł jej ciepło. Opuszkiem palca powiodła delikatnie po jego karku, w najwrażliwszym miejscu. Zadrżał. Zachęcona, zastąpiła je ustami. Muszę mieć gorączkę, pomyślała w oszołomieniu.

„To nigdy się nie uda. Nie w normalnym świecie.” wyszeptała między pocałunkami.

„Nie jesteśmy w normalnym świecie, Nem. Jesteśmy tutaj. Teraz.” mamił ją.

„Masz kod kreskowy w genach, 494. Jeśli ktokolwiek się dowie, będziemy skończeni… oboje.” wyszeptała prosto do jego ucha, gorący oddech drażniący wilgotną skórę szyi. Miał kłopot ze zrozumiem jej słów. Krew dudniła w jego żyłach, pragnienie przetaczało się przez całe ciało. Odwrócił się, w końcu rozumiejąc co powiedziała.

„Wiesz… czym jestem?”

Pochyliła głowę, opierając czoło o jego ramię. Nie boi się mnie, myślał oszołomiony. Nie wrzeszczy, nie patrzy z przerażeniem czy obrzydzeniem. W jakim równoległym świecie się znalazłem?

„Wiem zbyt dużo o amerykańskich jednostkach specjalnych…” westchnęła smutno, zastanawiając się, po co do diabła to mówi. Byli różni. Byli wrogami. Koniec kropka. Tylko dlaczego świadomość tego faktu nie zmywała jej uczuć do niego? Dlaczego to nie pomagało, wręcz przeciwnie, ciągnęło ją do niego? Ponieważ nie był człowiekiem? Ponieważ był sobą, 494, X5, kimś, kto w zachowaniu wobec własnej rasy tak bardzo przypominał Kamahów?

Jęknęła, kiedy jego usta musnęły delikatnie płatek ucha.

„Nikt się nie dowie…”

„Nie możesz tego zagwarantować!” cofnęła się, ale otoczył ją ramionami i nie wypuszczał, zmuszając by ponownie spojrzała na niego.

„Nie, pewnie nie. Ale nie pozwolę ci tak odejść. Nie mogę.”

„Dlaczego? Tak będzie lepiej!” nie ruszyła się jednak ani centymetr. Ostrożnie, kawałeczek po kawałeczku, przyciągał ją do siebie, aż całe jej rozgorączkowane, mokre ciało było naciśniete mocno do jego. Chryste, co za uczucie… to było tak dobre. Nie mógł pozwolić jej odejść, nie bez walki, nie teraz, kiedy się przekonał, że jedyne, co ją powstrzymuje to strach przed konsekwencjami… uczucie, które wszyscy transgenicy, mający swoją drugą połowę poza murami Manticore, znali aż za dobrze.

„Jakim żołnierzem bym był, jeśli nie potrafiłbym ochronić tych, na których mi zależy?” Będziesz bezpieczna, Nem, i będziesz ze mną, złożył ślub w myślach. Jakim transgenikiem bym był, jeśli nie potrafię ochronić tych, którzy należą do mnie? Nikt już nie zrani kogoś, na kim mi zależy. Nigdy.

„A…”

„Szsz…” zamknął jej usta pocałunkiem „Nie pierwszy raz jeden z nas wybrał kogoś z zewnątrz. Musisz nam zaufać. Będzie trudno, ale to może się udać.”

Problem w tym, że nie mogę… nie mogę zaufać, myślała, bezradnie poddając się ciepłu jego ramion. Nie mogę. Ale ciało ani serce nie chciały słuchać, pozostawiając rozsądek i logikę samotne na placu boju. Przegrywała kontrolę, wiedziała o tym, a mimo to jak ćma do światła pogrążała się w tym jeszcze bardziej.

Zamknęła oczy, odchylając głowę i po raz pierwszy w życiu skłamała przeciwko sobie, przeciwko wszystkiego, co przeczuwała. Ale uczucia, które w niej budził 494, były zbyt niesamowite, by się im oprzeć.

„Może.”

Dłonie na ułamek sekundy zatrzymały swoją wędrówkę po jej ciele. Czy to mogłoby być tak proste, myślał w euforii, zapach i smak jej ciepłego, mokrego ciała zalewający jego zmysły.

Może.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *