ITLTSIS (5)

Rozdział piąty

„Ok., co mnie ominęło?” Nem złapała wielce rozdrażnione miny innych członków misji. Tak, zdecydowanie coś ją ominęło. Usiadła stoicko na ziemi, wodząc wzrokiem od naprawdę wkurzonej Cece do zaniepokojonego Hala.

„Tylko pokaz humorków.” Ralph wzniosła oczy do nieba, ale zdecydowanie zielony koloryt jej twarzy mówił co innego. Musiała być niezła awantura… a ona ją przespała. Zadziwiające. Po powrocie Kal musi ją zbadać.

„Nie znaleźliśmy.” Cece bez wstępów zameldowała do dowódcy. 494 uniósł brew. „Sprawdziliśmy wszystkich, nawet rozebraliśmy na części medyczny sprzęt.”

Nem zmarszczyła brwi. Myśl, myśl… rusz swoją zaspaną łepetynę. Co było różne ostatnimi czasy na misji? Zraniła się. Hal się zranił.

„Czy ktoś się zranił ostatnio? Oprócz mnie i Hala?” spytała powoli.

„Nie.” Sabina potrząsnęła głową „Wszyscy zdrowi, żadnych wypadków. Czemu pytasz?”

„Bo moja zeszłotygodniowa rana nagle zaczęła mi dokuczać, od czasu odejścia z misji. A dałabym głowę, że zeszłotygodniowa infekcja minęła dawno temu…” zawahała się przez chwilę „Jedyne, co się zmieniło, to opatrunki. Wyjęłam je tamtego dnia z głównej szafy, wcześniej używałam swoich.”

„Ile osób ma dostęp do głównej szafy z opatrunkami?”

„Praktycznie wszyscy.” ojciec Samuel westchnął „Trzymamy tam tylko opatrunki, rozpakowane na wypadek szybkiej potrzeby. Co prawda zawsze wszystko było poukładane, ale nie sądzę, by ktoś obcy, kto znał nasze zwyczaje miałby problem z zamianą kilku opakowań.”

„Foster się zranił.” Nick nagle palnął ni stąd ni zowąd „Spowalniał nas znacznie, póki nie wzięliśmy go między sobą… i jak na sanitariusza był bardzo niezdarny. Powiedziałbym wręcz, że to łamaga.”

Nem uniosła brew.

„W moich opatrunkach nie ma nadajnika. Wyszłoby to podczas ewakuacji.”

„W twoich nie, ale w jego…” Dave popatrzył na Hala „Foster go opatrywał, nieprawdaż?”

~ * ~

Ky westchnął ciężko i przetarł oczy. Brak snu zaczął mu dawać się we znaki. Nie był szczęśliwcem wśród X5, nie posiadał DNA rekina. Co najmniej w tej chwili nie czuł tego w ogóle. Mógł wytrzymać wiele godzin walki bez snu, ale takie ślęczenie na warcie tylko go nużyło. Marzył o własnym łóżku w jego celi w Manticore…

Parsknął. Jasne, rzeczywiście źle z nim było, skoro marzył o powrocie do tego piekła.

Przetarł jeszcze raz twarz i spojrzał na uśpiony obóz. Szli cały dzień, humory po prostu nie najlepsze, zwłaszcza ojciec Samuel był przygnębiony i smutny. Ten człowiek po prostu nie chciał uwierzyć w proste fakty. Foster był tym, który podłożył nadajnik. I zrobił to o tyle sprytnie, że nikt tego nie zauważył. Jakim rodzajem dupka trzeba było być, by zranić innych, by położyć w opatrunku mikroskopijny, niewyczuwalny chip?

Potrząsnął głową. Co najmniej pozbyli się tego paskudztwa, zastawiając przy okazji małą pułapkę… pozbyli się kilku rebeliantów i teraz musieli oni iść po prostu ich śladem przez dżunglę. Ky’owi to się całkiem podobało.

Skupił wzrok na postaciach leżących w śpiworach. Nieco na uboczu, a jakże, leżała Hendricks. Leżała, nie spała. Nawet z tej odległości mógł widzieć, że wpatruje się z otwartymi oczami w nocne, rozgwieżdżone niebo. Tak z drugą godzinę. Nie sądził, by zasnęła chociaż trochę tego wieczoru. Poprzedniego dnia wydawała się nadrobić jakiekolwiek braki w śnie.

Drgnął, ponieważ poruszyła się. Ba, nawet wstawała. Cicho gwizdnął, wzywając Tava, który stawił się dosłownie po dwóch sekundach. Wskazał milcząco na dziewczynę, która wymknęła się ze swojego śpiwora i zaczęła iść w stronę strumienia. Kolejna okazja, uznali zgodnie.

„Pójdę po 494.” Tav mruknął bezgłośnie i zniknął w lesie.

~ * ~

Woda nie był tak chłodna jak w poprzednim miejscu… albo się jej wydawało. Właściwie, to była nawet przyjemnie letnia i krystalicznie czysta. Dość dziwne zjawisko jak na Afrykę, musiała to przyznać.

Wyciągnęła dłonie z wody i obróciła głowę, czując zbliżającego się 494. Jakoś, w ciągu kilku ostatnich godzin rozwinęła prywatny, wewnętrzny radar na niego. Wiedziała ciągle, gdzie był… i jego obecność tak blisko działała dziwnie wabiąco. To było frustrujące uczucie, Nem tego nie rozumiała. Dlaczego tak wyraźnie go odczuwała? Jego obecność zdawała się przyćmiewać istnienie innych. I z każdą godziną stawało się to coraz gorsze.

„Powinnaś odpocząć.” drgnęła, słysząc jego głos tuż przy uchu. Jakim cudem dostał się tak blisko, bez jej zauważania? Co było z nią nie tak, że zawodziły wszelkie alarmy, ostrzeżenia, bariery i cała masa innych jakże ważnych w kontaktach z ludźmi spraw?

„Nie mogłam zasnąć.” westchnęła ciężko, siadając koło jakiegoś pnia. Wyciągnęła do przodu nogę z chorym kolanem. Zabijanie pojedynczych zarazków przyniosło bardzo dobre efekty. Wciąż była rozpalona, ale już tylko nieznacznie.

„Zmęczenie?” spytał niedbale, siadając tuż obok. Potrząsnęła głową. „Ból?”

„Nie. Foster. To zbyt łatwe… i nie w jego stylu.”

„Co masz na myśli?” spytał zaintrygowany. Oczywiście, Ky, Nick czy Rain również to samo stwierdzili już dawno. Nadal mieli szczura w gnieździe, ale przynajmniej nie było już teraz nadajników.

„Nie wiem, na ile poznaliście Fostera, ale Keep nie jest zdecydowanie osobą, która wymyśliłaby plan z opatrunkami. To bardzo przemyślana strategia, wymagająca wykonania nie na jego poziomie. Przypadkowa rana u mnie i u Hala? Jezu, każdy w tej grupie wie, że jestem tutaj z powodu Hala, wyłączając samego Hala. I nie lubię Fostera. Cóż prostszego niż to wykorzystać?” westchnęła. Sięgnęła do karku i rozwiązała mocne supły chustki. Zanurzyła dłonie we włosach, kładąc głowę na zdrowym kolanie. Czuła się prawie jak w domu, jak u Kala, kiedy miała w zwyczaju zwijać się w kłębek, odgradzając od problemów. „Ktoś donosi, ktoś, kto ukrywa, czego chcą rebelianci. Może chcą tej samej osoby… nie wiem. Może są jeszcze jakieś nadajniki, przygotowane wcześniej, tak starannie, że inni nie zauważą. Guzik, zapalniczka, to może być cokolwiek.”

„Co najmniej jedno z nas używa właściwej głowy.” zaśmiał się nieznacznie w uznaniu, a potem dodał w tym lekkim, konwersacyjnym tonie „Niestety, mnie zdarzyło się myśleć nie tą, co trzeba. Wiesz, nad strumieniem…”

„Nie cierpię bezsilnego czekania, aż zdarzy się coś paskudnego.” mamrotała, ignorując jego komentarz „To jak cisza przed burzą… i dzisiaj nie spotkaliśmy żadnej grupy rebeliantów do ominięcia po drodze. Może nawet mają kontakt radiowy? Albo jakikolwiek inny?”

„Khm.” oczyścił gardło „Wiem, że się martwisz, ale nic nie poradzisz aż ta osoba wykona jakiś ruch. Po drugie… ja tu usiłuję przeprosić, do cholery!”

Przesunęła twarz tak, by móc na niego spojrzeć.

„Mała rada na przyszłość, A. Nigdy nie próbuj przeprosić kobiety za coś takiego, chyba, że dostałeś w szczękę za zrobienie tego… albo dostałeś równie jasny, czytelny znak.” wycedziła „To jest naruszenie, robić to bez zgody kobiety. Ale jeszcze gorsze są przeprosiny za taki najazd… w domyśle facet całuje kobietę kiedy jej pragnie… w porządku, ona nie zawsze tego może chcieć, ale jej to jakoś schlebia. Lecz przepraszanie później za taki pocałunek to jak najgorsza obelga rzucona prosto w twarz.”

Chrząknął zakłopotany.

„Dotarło?”

„Ykmh… tak.”

Westchnęła z ulgą i wróciła do poprzedniej pozycji.

„Hm… co, jeśli mężczyzna czuje się źle przez naruszenie, a nie jego powód?” spytał z uśmieszkiem kilka minut później. Zgrzytnęła zębami. Faceci byli uparci, zwłaszcza ten jeden konkretny przedstawiciel rodzaju męskiego. „Dla przykładu… pragnie kobiety, ale nie chce, by pocałunek był zaskoczeniem, by był przez nią uważany za naruszenie… i jak najbardziej chce, by został odwzajemniony?”

Wzruszyła ramionami obojętnie.

„Domyślam się, że musi próbować…”

„Hm, mówisz o naszym przypadku czy tak ogólnie?”

Podniosła zdumiona głowę i spojrzała na jego twarz. Gdzieś zniknął uśmieszek, ustępując najdziwniejszemu wyrazowi twarzy.

„Nie ma nasz….” ciepłe usta 494 ucięły wyrażenie. Miękko, z pozoru niepewnie jego wargi musnęły jej, przymilając się o pozwolenie. Niemal zniewolona ich ciepłem, otworzyła bezwiednie usta i to było dokładnie to, czego 494 chciał. W następnej sekundzie Nem wycofała się dość gwałtownie. Tak, A wiedział dokładnie co robił, pomyślała gniewnie wpatrując się do jego leszczynowych oczu, patrzących badawczo, szukających jakichś oznak sprzeciwu, gniewu albo upodobania. Z całą kamahską premedytacją zamknęła wszelkie uczucia w sobie, pozostawiając spokojny, życzliwy wyraz. „Naszego przypadku.” dokończyła stoicko, po czym wstała i powoli ruszyła w stronę ich obozu.

„Co za uparta kobieta!” jej uszy dobiegł sfrustrowany jęk 494. Jej miękki uśmiech i maska opadły, zostawiając smutek, rezygnację… i jakieś echo przywiązania do Maxa. Nie chciała kolejnego związku, nie tak szybko po poprzednim, kiedy wszelkie marzenia padły martwe do jej stóp. I, na litość boską, miała zaledwie siedemnaście lat… pod tym względem pół wieku w inkubatorze zupełnie się nie liczyło. Co miała do diabła zrobić z facetem takim jak 494?

Zaabsorbowana własnymi niewesołymi rozmyślaniami nie zauważyła Tava, który siedział na warcie w połowie drogi między strumieniem a obozem. Transgenik zarejestrował każde najdrobniejsze wyrażenie na jej twarzy i bezgłośnie zaklął. Zaczynały się ogromniaste schody.

~ * ~

I remember the nights as i watched as you lay sleeping
your body gripped by some far away dream
well i was so scared and so in love then
and so lost in all of you that i had seen

~ * ~

Następnego ranka zaspała… albo wciąż śniła dalej. Przynajmniej tak się jej wydawało, kiedy czuła miękką dłoń, delikatnie przebiegającą po jej policzku.

Liz…

Głos był cichy, daleki. Uchwyciła się tego tonu czułości, pobrzmiewającego w nim na równi z udręką i przerażeniem. Zaniepokojona kręciła się w kółko, nie mogąc znaleźć źródła ani właściciela głosu.

Liz, pomóż mi.

Jęknęła z udręką. Alex. Cienie czaiły się wokół jego głosu. Usiłowała je odgarnąć, przerażały ją do szaleństwa. Były tak bardzo boleśnie znajome, tak znajome… Otaczały ją na zewnątrz, wewnątrz niej, w jej umyśle, w jej pamięci. Walczyła z nimi. Walczyła z nimi tak bardzo, iż prawie utraciła zasięg jego głosu.

Za dnia, to jest łatwe. Łatwość udawania i oszukiwania jej… Trzymanie gniewu, bólu wykorzystania na wodzy. Ale nocą… świat zapada się w mroku nocy, wszystko to, co ukryte, wychodzi na powierzchnię, odpychając jasność dnia, dobre wspomnienia. Ale kiedy nie masz tych wspomnień, wszystko, czym się stajesz, jest zimną, bolesną ziejącą pustką. Nie ma we mnie już nic, Liz, ani grama mnie. Pomóż mi. Pomóż mi znowu czuć, pamiętać. Proszę, Liz.

Szarpnęła, usiłując się wyrwać z mocnego uścisku cieni. Wyrywała się mocno, usiłując je odegnać, odegnać ten koszmar, niezdolna jednocześnie, by wrócić do spokojnej, cichej oazy z dala od ponurych wspomnień, wołających ją z każdego zakamarka umysłu. Jęknęła cicho w niewysłowionym bólu i skuliła się, kładąc głowę na kolanach, zanurzając dłonie w długich włosach. Ucieczka. Tego potrzebowała. Bardzo. Potrzebowała schować się od koszmarów, od cieni, potrzebowała znaleźć Alexa i schować się razem z nim.

Już prawie, już prawie widziała jego zarys, prawie chwytała jego dłoń, kiedy coś ciepłego, mokrego spłynęło nagle po jej ręce. Uniosła w przerażeniu dłoń. Była purpurowa… od krwi. Pulsowała niczym żywe serce na jej dłoni. I każdy skurcz był jak ostatni, bolesny, konwulsyjny.

Liz…

„Alex!” wrzasnęła, siadając nagle rozbudzona na posłaniu, mokra od zimnego potu przykrywającego jej skórę, trzęsąc się w konwulsjach przerażenia i wewnętrznego bólu, niezdolna, by złapać się snu wystarczająco długo, by pójść znów za głosem przyjaciela.

„Szszsz, to tylko zły sen…”

Zdezorientowana popatrzyła na dłoń, spoczywającą na jej ramieniu. Czerwona? Zamrugała. Raz drugi. Ciemnobrązowa. Dłoń Ralph. Ralph, pielęgniarka na misji. Ewakuacja. Sen. Tylko zły sen. Rzeczywistość docierała do niej bardzo powoli. Wzięła głęboki oddech. To tylko sen, Nem, powtarzała sobie w duchu. Ale w głębi serca wiedziała, że działo się coś bardzo, bardzo niedobrego. A ona tkwiła w środku tego piekła, z dala od Alexa, z dala od Roswell.

„W porządku?” głęboki ton zaniepokojenia zabrzmiał w głosie pielęgniarki. Nem opadła na posłanie, wciąż jeszcze trzęsąc się.

„Teraz tak. To tylko koszmar.” westchnęła. Po chwili uniosła głowę i rozejrzała się po obozowisku. Były tylko dwie, nawet transgenicznych nie było nigdzie na horyzoncie.

„Nie bój się… nikt oprócz mnie tego nie widział. Poszli się myć. A kazał zostać z tobą, powiedział, że z powodu nogi potrzebujesz odpocząć więcej.”

Albo z powodu braku snu w nocy, pomyślała krzywiąc się. Przynajmniej był opiekuńczy wobec paczki. Całkiem nieźle jak na pseudo bezdusznego żołnierza z Manticore.

Mimowolnie posłała mu myśl szacunku. Naprawdę mimowolnie.

„Trzeba było mnie obudzić.” mruknęła niepewnie, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. I tyle na temat cynizmu, kiedy jestem niepewna, panie psycholog Ky.

„Próbowałam, ale nie mogłam. Tylko tkwiłaś w tym koszmarze.”

„Ok.” pokiwała głową w zgodzie i zmęczona wygramoliła się z posłania „Lepiej chodźmy doprowadzić się do porządku.”

„Nem…” Ralph zatrzymała ją łagodnym ruchem ręki „To bardzo piękny język.”

„Słucham?” popatrzyła na pielęgniarkę w zdumieniu.

„Mówiłaś przez sen. W niezwykle pięknym, melodyjnym języku. Nie zrozumiałam z tego ani słowa, ale to zabrzmiało… łamiące serce. Mam nadzieję, że twoje jest całe.”

„Całe.” westchnęła miękko „Na szczęście.”

Jeśli coś mówiła przez sen, i to po kamahsku… ciarki przerażenia wędrowały wzdłuż jej kręgosłupa. Jeśli istniały jakieś dobre moce, niech teraz opiekują się Alexem, zanim sama nie może tego zrobić.

~ * ~

but no one ever talked in the darkness
no voice ever added fuel to the fire
no light ever shone in the doorway
deep in the hollow of earthly desires

~ * ~

Leena w absolutnym zdumieniu spojrzała na Nem. Była blada jak śmierć. Dosłownie. Wszelki karmelowy odcień jej skóry po prostu zniknął, pozostawiając chorobliwą biel, wyraźnie odcinające się załamania i cienie na twarzy dziewczyny. Zupełnie jakby przed nią paradował duch.

Pochyliła się ponownie nad wodą, starając się nie zerkać na biolog zbyt otwarcie i ciekawie. Ale większość nie miała jej skrupułów. Widziała, jak ojciec Samuel podchodzi do dziewczyny, położył rękę na jej ramieniu i coś powiedział, powoli, ze współczuciem w oczach. Nem tylko potrząsnęła w odpowiedzi i dłoń duchownego osunęła się. Próbował coś jeszcze powiedzieć, ale twarz Hendricks zamknęła się nawet bardziej, w sposób, jaki Leena nigdy u niej nie widziała. To była czysta, pozbawiona emocji maska… i tak przerażająca przez to, Hendricks chociaż nie należała do osób wyśpiewujących na głos każdą swoją emocję, to jednak dawała otoczeniu znać, że czuje. Jej zainteresowanie dla biologii, czasem czysty obowiązek, miękki uśmiech w stosunku do dzieci i delikatna aluzja gniewu wobec traktowania jakie dostawała od okolicznych mieszkańców… cokolwiek. Jej twarz, jej oczy, zawsze coś wyrażały. Tym bardziej ta maska przerażała innych. Nem nigdy nie była taka. Nie mieli pojęcia, że potrafi tak dalece zamienić się w kamień.

Jej wzrok padł na chwilę na Neila. Nigdy w życiu nie przypuszczała, że okaże się tak kompletnie nieczułym, aroganckim bękartem, który stawiał siebie i własną wygodę ponad wszystko inne… ale czasami pozory mogą mylić, jak ostatnio bardzo boleśnie się przekonała. Nem, chociaż ją lubiła, nigdy bezpośrednio nie stawała w jej obronie, a poprzedniego dnia… no dobrze, co najmniej uspokoiła ją bardzo i dała do myślenia. I co najmniej powiedziała coś lub w jakiś sposób zasygnalizowała ich eskorcie jej odmienny stan, ponieważ Cece tego ranka wzięła ją na stronę i odbyły dość krótką, ale konkretna rozmowę. Ich eskorta wcale nie była zadowolona z powodu ciąży, ale skoro była w odmiennym stanie… nie wszystko wolno było jej robić i Leena doskonale zdawała sobie sprawę z tego. I najbardziej zdumiewający z tego wszystkiego był fakt, iż C była bardziej wzburzona przez to, że nie powiedziała im o nienarodzonym dziecku niż jej nierozważny romans z Neilem. To było naprawdę zdumiewające… Większość ludzi bardziej obchodziłoby, że za ponad osiem miesięcy urodzi nieślubne dziecko, poczęte na katolickiej misji… ale ostatecznie, kim ona była, by się spierać? Wykonywała tylko polecenia przełożonych, a jej romans z Neilem nie miał nic wspólnego z tym wszystkim, póki nie porozmawiała z Nem.

Jak niby miała przyczynić się do ochrony dziecka, mówiąc swojej eskorcie o nim? Nie mogli niczego zmienić, naprawdę. Mieli dostarczyć paczkę, przesyłkę do określonego celu i obchodziła ich tylko jako taka paczka. Nie musieli wiedzieć o jej osobistych kłopotach, niepowodzeniach w dorosłym życiu. Właściwie wystawienie do nich było najmniej pożądaną opcją… ale w gruncie rzeczy była nawet wdzięczna Nem. Oszczędziło to jej pewnych kłopotliwych sytuacji.

~ * ~

Śmierć. Cierpienie.

Cała jej głowa huczała, a oczy zachodziły mgłą. Powoli wciągnęła powietrze do płuc, patrząc spomiędzy drzew na daleki dym, unoszący się nad wierzchołkami drzew. Czuła się, jakby ktoś otworzył jej mózg, poprzewracał tam wszystko i potem niedbale zaszył.

Potknęła się.

Zaklęła, nieświadomie przechodząc na kamahski. Jej myśli zmieszane przeskakiwały od jednego obrazu do drugiego, wtapiając się z nieopisaną prędkością w kolejne wspomnienia… tak dużo bólu… małe dzieci… starsi… bliscy… każdy oddech, wtłaczający do płuc ziemskie powietrze powoli stawał się torturą.

Nienawidzę tej planety. Chcę do domu.

Skuliła się w sobie. Jej bariery były w strzępach, w beznadziejnych, absolutnie niefunkcjonalnych resztkach. Kilkadziesiąt pamięci ludzkich żyć, żyć Nigeryjczyków z niewielkiej wioski i kilku rebeliantów… wszystko pływało w jej mózgu jak obrzydliwa papka, mieszając się z jej własnymi wspomnieniami i wiedzą.

Nic dziwnego, że moja rasa wymarła. Nasza natura nas zabija, nie możemy stykać się z innymi rasami, żyć w ich pobliżu.

„T?” odwróciła się do idącego za nią transgenika „Możemy zrobić postój?”

Tav zmarszczył brwi na widok jej coraz bledszej twarzy. Tak było od rana. Wczorajszy wieczór nie przyniósł wiele przełomu, ale przynajmniej wiedzieli już, że Hendricks była dokładnie jak przewidział Ky – dostała nieźle w kość. Utrudniało to ich plany, ale nie czyniło ich niemożliwymi. Dzisiejsze jej zachowanie bez wątpienia znowu zaciemniło psychologiczny rysopis dziewczyny…

Normalnie nie przychyliłby się do jej prośby, nawet jeśli była blada jak śmierć i ta Zosia-samosia sama zwróciła się o pomoc. Ky mówił, że w pobliżu jest spora grupka rebeliantów i nie mogli się zatrzymywać. Ale jej oczy… wystarczyło mu jedno spojrzenie. Rozszerzone, wręcz płonące czernią źrenice… było z nią bardzo źle.

W tym samym czasie w jego słuchawce rozbrzmiał głos 494.

„T, chodź tutaj i przyjrzyj się temu.”

Spojrzał na Hendricks.

„Zapytam go. Proszę dołączyć do reszty.”

Skinęła głową w podziękowaniu. Zamknęła oczy z bólu, kiedy zniknął między drzewami i otworzyła je po chwili. Były nie tylko całe czarne. Z wewnętrznych kącików sączyła się mała strużka krwi, lśniąca przytłumionym światłem.

„Nienawidzę tej planety.” wymamrotała w rodzinnym języku, ścierając rękawem esencję życia z policzków „Nienawidzę!”

~ * ~

„Co masz?”

„Rebelianci. Jest niemiło.”

Tav skupił wzrok na obrazach wioski kilkadziesiąt metrów za linią drzew, przy której czatował 494. Niecodzienna pustka na zewnątrz chat, w dodatku kilku młodzików w panterkach, z przewieszonymi przez ramiona karabinami śmiało się i żartowało z czegoś. Nie musiał mieć genetycznie poprawionego słuchu, by usłyszeć, co się tam dzieje. Przeniósł spojrzenie w odległy kat wioski. Dwójka wyrostków polewała czymś związanego mężczyznę. Krzyczał straszliwie.

„Jak silni są?” 494 rzucił w stronę Ky’a.

„Jak dotąd naliczyłem jedenastu. Może ich być więcej w chatach.”

„Zbierz chłopaków. 732, 106 i 855 pilnują naszej paczki.”

„Nie pamiętam, żebyśmy dostali rozkaz angażowania się.” Biggs jęknął, klękając tuż obok Cece. Blondynka dźgnęła go w żebra, wskazując na ściągniętą zmartwieniem twarz dowódcy. Ci rebelianci nie musieli być dla nich groźbą, ale też mogli być groźbą. A wszelka ewentualność zagrażająca temu, co transgeniczni uważali za swoje… wzdrygnęła się po cichu. Męscy X5 mieli więcej zwierzęcego koktajlu w swoich genach i na groźbę odpowiadali tak, jak dyktował im instynkt: znaleźć i zniszczyć. Jedyne, co przewyższało instynkt walki był terytorialny instynkt, chęć ochrony tego, co uważali za ‚ich’. Chociaż był on wspólny dla wszystkich transgenicznych i na tym opierało się całe ich funkcjonowanie, u kobiet nie było to tak silne. Chyba, że chodziło o partnerów. I jak na złość, teraz wchodziły w grę trzy czynniki. Nic nie powstrzyma 494 od wejścia do tej wioski i zlikwidowania rebeliantów.

Złapała ostrzegawcze spojrzenie Tava. Coś było nie tak. 494 wydał krótko rozkazy i oddział przyzwyczajony od lat do sprawnego, określonego funkcjonowania, niemal automatycznie rozproszył się po obszarze, okrążając wioskę. Tav tradycyjnie siadł na drzewie, przygotowując karabinek. Cece poczekała, aż 494 oddalił się na wystarczającą odległość i wyłączyła na chwilę swój mikrofon.

„Tav, co jest grane?”

„Hendricks choruje.”

„Widziałam.” westchnęła ciężko „Pogorszyło się?”

„Bardzo.”

„Dzięki, że nie powiedziałeś 494.”

Skinął bezgłośnie głową. Odwróciła się i pobiegła z powrotem do grupy. Złapała przelotne spojrzenie Hendricks, siedzącej pod jednym z drzew i przerażone spojrzenia pozostałych. Paradoksalnie, w przeciwieństwie do nich nie wydawała się przerażona… właściwie nie okazywała żadnego strachu czy zaniepokojenia sytuacją. Po prostu siedziała nieruchomo, z głową na kolanach i rozpuszczonymi włosami. Cece zaklęła w duchu, podchodząc do niej. Potrząsnęła nią nieznacznie. Nic.

„Od kiedy tak siedzi?” warknęła w stronę doktor Eliot.

„Tylko chwilkę.”

Chwilkę… jasne. Potrząsnęła Hendricks drugi raz, wiedząc już, że to daremny trud. Dziewczyna osunęła się bezwładnie na bok, wydobywając zaskoczone sapania z ust otaczających ją ludzi. Jej twarz zalana była krwią, która częściowo zdążyła już zakrzepnąć. Co najgorsze, nie pochodziła ona z żadnego zranienia, z ust czy nosa… ale z oczu.

„Dave!” warknęła, podnosząc bez trudu dziewczynę z ziemi. Ostatnie, czego potrzebowali to sfiksowany 494 działający w jego instynktach ochronnych wobec Hendricks… trzeba było dowiedzieć się, co się dzieje, zanim wrócą z wioski. Wcale niełatwe zadanie.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *