ITLTSIS (4)

Rozdział czwarty

Obserwowała od kilku godzin Leenę. Ciche dźwięczenie nowej energii, które wyczuwała od kilku dni mówiło jej wiele o zmianie sytuacji, ale ten strach, rozchodzący się od niej gwałtownymi falami był czymś zgoła innym. Miała to spojrzenie Isabel, kiedy myślała, że jest w ciąży z Michaelem… i Nem się to nie podobało. Strach i obawy zagościły w pięknych oczach panny Carver i nic nie mogła na to poradzić. To było naprawdę frustrujące uczucie.

I A… czy też 494, jak wołali go członkowie jego drużyny. On też był pewnym problemem. Od czasu postoju nie pokazał się w grupie, chociaż wiedziała, że był w pobliżu, i to najczęściej w pobliżu jej. Czuła jego energię. I im dłużej myślała o tym wszystkim, co widziała i usłyszała, tym bardziej zaczynała się zastanawiać, co do diabła się działo wokół niej.

Transgeniczni… wspaniali, modyfikowani genetycznie żołnierze, o nadludzkiej sprawności i umiejętnościach. Słyszała o nich już wcześniej, ale nigdy żadnego nie spotkała. Szczęśliwie, ponieważ gdyby Manticore wysłało ich przeciwko niej, byliby wrogami, a nie sojusznikami. Tylko dlaczego, do diabła wysłano ich z taką misją? I to tuzin X5-tek. Znała już większość ich oznaczeń… oraz fakt, iż rebelianci czegoś chcieli od tej małej grupki, którą mieli chronić. Jej raczej nie szukali. Co niosła grupa? Czy było to związane jakoś ze strachem w oczach Leeny?

Wątpliwe, odrzuciła myśl zaraz po tym, jak przyszła jej do głowy. Leena była zbyt zajęta myśleniem, pogrążona w niewesołych rozważaniach, aby zauważać cokolwiek wokół niej… nawet pogarszający się stan nogi Hala. Naprawdę, z dziewczyną działo się źle i potrzebowała jakiejś pobudki.

Biggs zarządził postój, po czym zniknął. Wyczuwała, że spotkał 494. Hm, ciekawe. Dlaczego zastępca objął dowodzenie?

„Nem?” nieśmiały głos Leeny przerwał rozmyślania. Zaczęła odpinać pasy plecaka i spojrzała na nią pytająco. Może coś niecoś się dowie.

„Możemy porozmawiać?”

Westchnęła. Może będzie więcej niż rozmowa… Leena miała problem i szła z nim do niej. Niedobrze. Niedobrze. Niedobrze. Nie czuła się na siłach, by być niańką. Najchętniej zwinęłaby się w kłębek… albo przetransportowała prosto do Los Angeles, padła na łóżko Kala i spała przez tydzień…

Co u licha było na tym gwoździu?

„Oczywiście.”

Cece kazała im się zbytnio nie oddalać. Wybrały więc niewielką dolinkę, nieopodal stanowiska Tava, który siedział jak zwykle na drzewie ze snajperką na ramieniu.

Nem zrzuciła plecak na ziemię i usiadła koło niego. Jej ciało znowu rozgrzało się do niebezpiecznej temperatury. Była słaba, zbyt słaba. Spojrzała zamglonym wzrokiem na Leenę. Gorączka dawała się jej we znaki, ale skoro dziewczyna potrzebowała porozmawiać… mówiło się trudno. Miała w życiu o wiele cięższe zadania. Wysłuchanie damskich problemów nie mogło być chyba trudne, prawda?

Ale z drugiej strony… Leena była w ciąży i nie miała wątpliwości, że hormony już rozpoczęły szaleńczą burzę w jej ciele. Już sam poziom jej strachu i obaw mówił za siebie.

„Uhh… nie wiem, od czego zacząć.” blondynka zająkała się. Nem zniosła niecierpliwe westchnienie, wyjmując z plecaka tabliczkę czekolady… podsunęła dziewczynie.

„Jak to przemyciłaś?” niebieskie oczy rozjaśniły się w radości, a dłoń natychmiast sięgnęła, by ułamać całkiem spory fragment. Nie ma to jak ciążowe zachcianki…

Przecież nie powiem jej, jak… że potrafię zmieniać materię wokół mnie bez jakiejkolwiek straty na jej jakości, smaku, właściwościach… Czekolada zrobiona przeze mnie jest naprawdę czekoladą, pachnie, smakuje i dostarcza tych samych składników jak zwykła czekolada. W przeciwieństwie do czekolady hybryd.

Ale cóż, ich zdolności były ludzkie. Nie mogła wymagać od nich tej samej dokładności, jakiej wymagał od niej Kal przy korzystaniu ze zdolności. „Albo rób to dobrze, albo nie rób wcale…” ileż razy słyszała to zdanie? Milion? Dwa miliony? Coś koło tego. Nigdy nie przestał tego powtarzać. To było chyba najczęściej wypowiadane przez niego zdanie w życiu. Jeśli w ogóle coś mówił… hm, pięćdziesiąt sześć lat w inkubatorze, jedynie z Kalem i Sorim do towarzystwa zrobiło swoje.

„Ma się te kobiece sposoby…” zamrugała dramatycznie. Leena zaśmiała się i odprężyła wyraźnie. Nem odetchnęła cichaczem z ulgą. „… ale i kobiece problemy, nieprawdaż?” dodała po chwili milczenia.

Dziewczyna niespokojnie poruszyła się na swoim miejscu. Skoro Nem coś podejrzewała wcześniej, musiała z tego skorzystać… może ona naprawdę mogła pomóc jej? Tak jak ona pomagała jej teraz. Oczywiście Nem o tym nie miała pojęcia… ale może jakoś szalony los nie przez przypadek doprowadził do tej znajomości. I naprawdę lubiła Nem. Zasługiwała na coś więcej od życia niż nigeryjskie lasy pełne rebeliantów!

„Jestem pielęgniarką i do licha, wiem, jak się robi te testy… wiem, na czym polegają, że wynik może być fałszywy… i nie było testu o odpowiedniej czułości IU/l. Uh, nie wiem, może dałoby się przerobić jeden? Nie zniosę tej niepewności, Nem.”

„Twoja wątroba jest w porządku. Nie masz anemii, nie cierpisz na anoreksję, ani na żadną z chorób krwi, które powodowałyby zmianę odczytu poziomu hormonów. Z niewydolnością nerek nie wysłaliby cię tutaj, podobnie z zaburzeniami produkcji hormonów. Byłaś całkowicie zdrowa, inaczej nie przyjęliby cię do programu. Nie zmieniałaś ostatnio klimatu, tylko Neil. Nie wysilałaś się nadmiernie w ostatnich dniach. Jedyny powód jaki mógłby wchodzić w grę jako przyczyna opóźnienia albo zmiana wyniku testu, to ciężkie przeżycia psychiczne… ale obie wiemy, że opóźnienie jest spore, nieprawdaż?” spytała miękko. Leena skinęła głową w winie. Nem podniosła ostrożnie jej podbródek i popatrzyła w oczy. Miękko, hipnotyzująco, jej własne spojrzenie zmieniło się od ciepłego brązu po fascynującą czerń spojówek. Tak, teraz miała jej pełną uwagę. Ludzki umysł był czasem trudny do przekonania. To ‚czasem’ zawierało kobiety w ciąży… ze względu na dość dużą dawkę hormonów we krwi, trzeba było być delikatnym i ostrożnym, by nie zachwiać ich naturalnej równowagi. W końcu zawsze chodziło o dwa istnienia, nie jedno. Tak łatwo można było stracić kontrolę nad paczeniem umysłu… obojętnie czy to była hipnoza, wymazywanie pamięci czy wtłaczanie fałszywej rzeczywistości.

„Nie masz się za co winić.” westchnęła miękko „Jesteś w ciąży według mojego nosa, ale jeśli chcesz jakiegoś dowodu… mogę go dostarczyć.”

„Twojego nosa?” spytała nieśmiało, wciąż nie podnosząc wzroku. Nem zazgrzytała zębami.

„Kobiety w ciąży wyglądają… no nie wiem, inaczej.” wyjaśniła z lekka ‚zakłopotana’, przecież prawdy nie mogła powiedzieć „Nie jestem w stanie ci powiedzieć, co jest w nich różne… może po prostu tych prawie sześć lat praktyki i oglądania wielu kobiet w ciąży. Ale coś jest, coś absolutnie nieuchwytnego… może to zapach, może sposób reakcji na otoczenie… może  spojrzenie w oczach… nie wiem co to jest, ale wiem, że tam jest.”

„Czy mój strach był aż tak widoczny?” jęknęła w przerażeniu.

„Trochę. Ale przede wszystkim chodzi o to, co się dzieje z ciałem kobiety pod wpływem hormonów, Leena. Z początku tego nie zauważysz… później już tak. Zmieni ci się smak. Potem zamieni się to w zachcianki ciążowe. Skóra się zmieni, wrażliwość na dotyk. Będziesz zmęczona, często senna, ale będziesz miała gwałtowne napady energii… cała karuzela nieporównywalnych do niczego innego objawów… a wszystko ponieważ mini-wersja ciebie rośnie pod twoim sercem.”

„Mini-wersja mnie? Co, jeśli to chłopiec?”

Nem podrapała się w nos.

„Nah, dziewczynka. Hal ma jednego syna i same córki, prawda? A ojciec dziecka… no cóż, płeć dziecka zależy od genetyki, nie od woli rodziców, moja droga. Na początku każde dziecko jest płci żeńskiej… potem budzą się określone geny w kodzie genetycznym dziecka powstałe z kodów genetycznych rodziców. Jeśli są wystarczająco silne, zmieniają płeć dziecka na poziomie, w którym dla jego rozwoju nie ma to absolutnie znaczenia. Cechy płciowe wykształcają się później. To tak dla laików.”

„Nem, jestem pielęgniarką!”

„A ja genetykiem, biologiem i wirusologiem. I kobietą.” dodała po chwili namysłu. Westchnęła ciężko, łypiąc nieznacznie okiem w stronę Tava. Siedział nieporuszony na tym przeklętym drzewie. Leena oczywiście nie wiedziała o nim, inaczej nigdy nie otworzyłaby się tak szczerze…

„Więc… jak zamierzasz powiedzieć naszej eskorcie o twoim odmiennym stanie?”

„Naszej eskorcie?” zmieszała się wyraźnie „Czy oni potrzebują wiedzieć?”

„Tak, oczywiście.” odpowiedziała bardzo stanowczo „Marsz będzie wyczerpujący. Nie chcemy przecież, by coś ci się stało. Wystarczy nadmierny wysiłek, by wiesz… co by się stało. Tkwimy w środku dżungli, Leena. Żadnej pomocy medycznej. Żadnego szpitala. Tylko kilkoro osób z personelu medycznego i to bez koniecznych środków. Oni muszą wiedzieć.”

Twarz Leeny nagle zalała się łzami.

„Nie mogę powiedzieć ojcu! I N… nie wiee…” wyjąkała. Nem wyjęła paczkę chusteczek higienicznych.

„Powiesz mu, kiedy zechcesz. Mówię o eskorcie.”

„Aalllee… jaaak?” wychlipiała „Bojęę sięę.”

Nem złożyła głowę na kolanach. Była piekielnie gorąca, czuła się źle, Leenie odbijały hormony ze strachu… co na litość boską było przerażającego w powiedzeniu obcym ludziom, że nosi się dziecko pod sercem? Ludziom, którzy gdyby wiedzieli, mogliby zapewnić jej większe bezpieczeństwo i nie narażać jej na przypadkowe wczesne poronienie?

„Może powiedz najpierw kobiecie… chyba byłoby łatwiej?” podniosła pytająco brew. Leena potrząsnęła głową, chlipiąc dalej. Westchnęła ciężko. Co za życie.

„Onni… potrzebowalliby dowodu…” przyszła kolejna fala płaczu.

„Powiedz, że zrobiłam ci test.” pofalowała rękę. Leena zerknęła na nią ciekawie, nagle przestając płakać.

„Jesteś tak pewna, że jestem w ciąży.”

Walczyła, by nie wrzasnąć. Nie, gruszki rosną na wierzbie.

„Całkowicie. I przestań się mazać. Hal coś zauważy.”

„Ok.” wymamrotała nieszczęśliwie, dmuchając w chusteczkę. Po kilku minutach doprowadzenia się do porządku, podniosła się i podreptała już z uśmiechem do grupy. Nem potrząsnęła głową w zdumieniu.

„I ona nie wierzy, że jest w ciąży. Kobiety i hormony.” parsknęła cicho, zarabiając śmiech od Tava na drzewie „Och, zamknij się, T.” wymamrotała, zamykając oczy, by przespać się chociaż przez chwilę. To było coś naprawdę niesamowitego, to zmęczenie i potrzeba snu… Kiedy wrócą do ‚cywilizacji’, pierwsze co zrobi to wsiądzie w samolot, poleci do Kalifornii i wypyta się Kala o wszelkie takie poprzednie przypadki.

~ * ~

Ciche przekleństwa można było usłyszeć ze wszystkich transgenicznych gardeł. Nem stłumiła mały uśmieszek, cisnący się na usta, widząc jak 494 maszeruje energicznym krokiem przez ich nieduży obóz i stoicko, jakby nie unikał jej cały dzień, siadł po przeciwnej stronie, obok Cece. Zignorowała mało przyjemną uwagę o oślim męskim charakterze, którą miała już na koniuszku języka. Potrząsnęła głową. Co się z nią do diabła działo?

Kal, ratuj, pomyślała bezradnie, czując jak jej orzechowa barwa oczu ciemnieje nieznacznie. Błagam, tylko nie to.

Przewróciła się na bok, przesuwając kolano, które bolało wprost niemiłosiernie. Jednym uchem przysłuchiwała się lekkiej rozmowie, usiłując jednocześnie odpocząć przed kolejną uzdrowicielską sesją. Zabijanie zarazków nie należało do najłatwiejszych zadań. Ale jakoś szło. Przynajmniej infekcja nie rozszerzała się.

„Przypominasz mi kogoś.”

Rejestrując, że nagle uwaga grupy skupiła się na jej osobie, otworzyła najpierw jedno oko, potem drugie.

„Uh?” wymamrotała ledwo przytomnie.

„Przypominasz mi kogoś.” Hal powtórzył ze śmiechem. Aż się skuliła wewnętrznie. „Ale dopiero teraz, od kiedy masz chorą nogę…”

„Dlaczego?” spojrzała na niego nieco przytomniej.

„Nie wiem. Ruszasz się bardziej naturalnie, nie jesteś taka sztywna…”

Ja sztywna? No coś ty. Dziewczyny nie bywają sztywne. Tylko faceci. Czy też pewna część ich anatomii.

„… i właśnie to, jak się poruszasz, przypomina mi kogoś. Wcześniej było to ledwo zauważalne, ale teraz jest wyraźne. Nawet sposób, w jaki przed chwilą otworzyłaś oczy, przechyliłaś głowę. To jest piekielnie znajome, ale nie potrafię nawet powiedzieć, kogo mi przypominasz.”

Roześmiała się nieznacznie, wzruszając ramionami. Nie zamierzała odpowiadać na tak oczywistą podpuchę.

„Och, daj spokój, Nem. Wszyscy tutaj umierają z chęci dowiedzenia się jakichś interesujących szczegółów z twojego życia…”

Powiodła wzrokiem pełnym niedowierzania po grupie. Cece uśmiechająca się niewinnie, Ky cos żujący i mający iskierki w oczach… Neil z ponurą miną, ojciec Samuel uśmiechający się dobrodusznie…

„To ktoś, kto wysyła ci te paczki?” blondynka nie dawała za wygraną.

…Hal marszczący brwi, skoncentrowany na wspomnieniach, Joan opierająca głowę na ramieniu Ky’a, brat Charles, chrapiący miękko na swoim posłaniu, bliźniaczki z zainteresowaniem wpatrujące się w nią i oczekujące na jej odpowiedź… Siostra Ela i doktor Eliot uśmiechające się zachęcająco… i 494, wpatrujący się swoimi zielonymi oczami prosto w nią. Gdyby była człowiekiem, nie widziałaby tego w ciemnościach… ale mogłaby przysiąc, że jego wzrok wyrażał czystą trwogę i nie zadane pytanie: co ty mi robisz?

„Niee.” uśmiechnęła się pod nosem, przymykając znowu powieki. Przez personel misji przetoczył się zbiorowy jęk zawodu.

„A niech to. A już myśleliśmy, że przygnało cię tutaj złamane serce.” Sara wyraziła na głos to, co myśleli zapewne wszyscy „A może…?”

„Niee.” machnęła ręką, teraz już dość rozbawiona. Najwyraźniej czekali na ten wieczór ładnych parę miesięcy, na okazję, by zadać te pytania. Teraz z pewnością nie popuszczą. „Uprzedzając dalsze pytania, żaden Romeo nie czeka na panią doktor w kraju.” dodała z komiczną suchością tonu. Nawet ojciec Samuel zaczął się śmiać. Otworzyła jedno oko i łypnęła na bliźniaczkę. „Zawsze się zastanawiałam, ile wody upłynie w rzece, zanim o to spytacie.”

„Cóż, temat zawsze wart rozważania.” Joan zaśmiała się miękko. Tak, temat był jak najbardziej ciekawy i wyjęcie właściwych odpowiedzi z dziewczyny cała jednostka uważała za obowiązek. Nawet jeśli dziewczyna nie była wolna… cóż. Zwyczajniacy nie byli żadną konkurencją dla jakiegokolwiek transgenicznego, nie wspominając o 494! „Tak, idąc dalej tym tropem… dlaczego nie masz żadnego Romeo?”

Nem oczyściła gardło, czując się nagle zakłopotana. Z jednej strony, to było nawet zabawne i intrygujące… czuć się zakłopotanym. Nie było to częste uczucie dla Kamaha. Mogła odwołać setki tysięcy różnych wspomnień z jej kamahskiej świadomości i pamięci, ale tylko kilka z nich było naprawdę jej. Teraz znów mogła coś dodać do tego zbiorku.

„80% kobiet, które twierdzą, że nie mają czasu na związki, tak naprawdę nie wie, jak je zawiązywać i się ich boi… Tak więc w żadnym wypadku nie usłyszycie takiej odpowiedzi.”

„Ale można taką przyjąć?” Ralph uśmiechnęła się domyślnie. Nem wzdrygnęła się.

„Niee.”

„Neeeem!” gdyby Leena trzymała w tej chwili poduszkę, z pewnością poleciałaby w stronę pani biolog.

„Dobra, dobra…” zaśmiała się „Po prostu akurat teraz nie ma żadnego Romeo.”

„Tak po prostu?” Joan była zdumiona i co tu powiedzieć… sceptyczna „Ciężko w to uwierzyć.”

„Dlaczego?” wzruszyła ramionami „Każdy w życiu ma swoje priorytety… Jak dotąd nikt nie zalazł mi za skórę na tyle głęboko, bym postawiła go przed pracą, a nawet ona nie jest na pierwszym miejscu moich priorytetów.”

„Szczęściara.” Sabina westchnęła zazdrośnie. Nem uśmiechnęła się miękko.

„Więc… co cię tutaj przygnało?” Ky postanowił drążyć temat. Piekielny zwiadowca.

„Uch… kontrakt?” spytała drapiąc się po głowie, ale znowu wywołała zbiorowy jęk zawodu.

„Daj spokój, Nem. Nikt cię nie obedrze ze skóry, jeśli przyznasz się do jakiejś słabości… albo jakiejkolwiek osobistej informacji. Ty wiesz o nas zatrważająco wiele, my o tobie prawie nic. I teraz jeszcze prawdopodobnie nie wrócimy na misję… przynajmniej nie w tym składzie… to trochę nie fair…”

„Cóż, zawsze miałam nosa do korzystnych układów…”

„Jesteś beznadziejna.” Ralph potrząsnęła głową.

„Powtarzaj tak dalej, może w to uwierzę…” zadrwiła. Ale Ky uniósł ostrzegawczo dłoń, po czym spojrzał na obiekt zbiorowych pytań.

„Ależ doktor Hendricks wiele mówi o sobie… chociaż nie słowami. Nie jesteś osobą specjalnie skrytą, raczej po prostu… nie przywykłaś dzielić się z innymi swoją wiedzą.”

„Skończyłeś psychologię czy co?”

Śmiech.

„Może.”

„Więc…? Co mówi pan psycholog?” utrzymała lekki ton. Była ciekawa i zaintrygowana, jak wiele transgeniczni mogą wyciągnąć z jej zachowania.

„Hm… niech pomyślmy.” zlustrował uważnie postać dziewczyny. Niezłe, inteligentne ziółko. Nic dziwnego, że A ją polubił i czuł do niej pociąg. Znalazł sobie kogoś, kto dałby mu radę… chociaż częściowo. Klasnął w dłonie. „Ok. Masz góra dwadzieścia lat, jesteś młodsza niż ja. Narodowość: hm, tutaj jestem zmieszany. Niewątpliwie urodzona w Stanach, lubisz Stany, ale nie czujesz się Amerykanką. Sporo podróżowałaś. Jesteś przyzwyczajona do niewygód, co mówi sporo o profilu twojej pracy… wolisz wyzwania niż dobrze płatną posadkę. Trafiłem?” podniósł wyzywająco brew.

„Oprócz jednego, na razie się zgadza.” zaśmiała się „Chociaż nie powiem, którego. Będziesz musiał zgadywać.”

„W porządku. Jedziemy dalej.”

Nem westchnęła i przewróciła się na brzuch. Położyła podbródek na ramionach i spojrzała wyzywająco na pozostałych.

„Słucham.”

„Kolor twoich włosów jest naturalny…”

„T o  jest odkrycie!” nie mogła się powstrzymać. Trzęsła się ze śmiechu.

„Nie nosisz kontaktów, ale masz problemy ze wzrokiem. Ze światłem, w szczególności. Nie oślepia cię.”

Oczywiście, że nie. Miała inną budowę oczu, od a do z… i tylko na zewnątrz to tak wyglądało. Potrafiły akomodować się do światła, którego natężenia na Ziemi nie znali.

„Dość intrygująca cecha. Pomińmy teraz dość wysoki iloraz inteligencji, upór w dążeniu do celu i oczywiste zainteresowanie biologią. Chociaż jestem ciekaw, kiedy zdecydowałaś się zostać biologiem.”

Tylko się uśmiechnęła. Kiedy wchłonęła wspomnienia umierającego człowieka i odkryła, że nauka mogła odpowiedzieć na tyle pytań, na które dotąd nie miała szansy sobie odpowiedzieć.

„I tylko tyle, panie doktorze?” spytała po chwili jego milczenia. Ky potrząsnął głową.

„Niee. Tylko nie jestem pewny, czy chcesz, by inni to usłyszeli… Wiesz, rzeczy, które mówią o tobie, które czynią cię człowiekiem, taką, jaką jesteś.”

Uniosła brew sceptycznie. Nie była człowiekiem i jeśli oni mierzyli ją według standardów zachowania ludzkiego… to mogło być ciekawe. Wyciągnęła z plecaka prowiant razem z buteleczką tabasco.

„Cóż, nie dowiem się czy są poprawne, jeśli ich nie usłyszę.”

„Jak chcesz.” uśmiechnął się „Wychowałaś się w szczęśliwej rodzinie, prawdopodobnie z rodzeństwem, co najmniej jedna sztuka. Rodzice wierzyli w ciebie i wspierali każdy, nawet najgłupszy pomysł. Jesteś dość nieśmiała, chociaż pewna siebie, co jest raczej nieczęsto spotykane. Czasami nie masz pojęcia, jak się zachować i wpadasz w cynizm wówczas. Myślę, że dostałaś w którymś momencie życia tak w kość, że pobyt tutaj to dla ciebie wakacje.”

Leena wyczekująco spojrzała na Nem, która całkowicie stoicko ugryzła kawałek owocu obficie polany ostrym sosem.

„Grr, jesz to z tabasco? Jakiś fetysz czy co?” mruknął w obrzydzeniu Han, wracając z patrolu. Rain odszedł go zastąpić.

„Pudło, Ky.” skończyła spokojnie owoc „Jedynaczka. Całkowicie, od początku do końca. Rodzice też nie mieli okazji okazać się tacy wspaniali. Cynizm… hm. Ciekawa teoria, przedstawię ją mojemu psychiatrze…. Owszem, jestem pewna siebie. Za często…” zaśmiała się nieznacznie „Wiele osób mi to powtarza. Czy dostałam w kość? Nie bardziej niż ktokolwiek tutaj.”

Ky w zawodzie opuścił głowę we włosy Joan.

„Beznadzieja. Chyba straciłem nos.”

„Niekoniecznie.” Nem potrząsnęła głową, wzdychając nieznacznie i ponownie układając się do snu „Wychowałam się w towarzystwie, chociaż jestem jedynaczką. Dzieciństwo szczęśliwe, mimo niecodziennych zainteresowań i edukacji. Był ktoś, kto wspierał moje najgłupsze pomysły… jak na przykład rozebranie na czynniki pierwsze silnika samochodu sąsiada. A tabasco… cóż, drobny wypadek w laboratorium. Nie czuję smaku, oprócz bardzo słodkiego, bardzo pikantnego. A najlepiej dwa razem. Większość rzeczy smakuje jak papier… coś jak podczas choroby, kiedy masz zatkany nos.”

„Wow.” Sabina zachichotała „Czy to był najdłuższy monolog na temat własny, jaki kiedykolwiek wyniknął z twoich ust?”

„Coś podobnego do tego…” Nem ziewnęła. Jej uwadze nie poszła reakcja Hala na wspomnienie tabasco. Hm, najwyraźniej jego rozmowa z Michaelem była bardziej owocna niż przypuszczała. Zamknęła oczy i zapadła w lekką drzemkę.

~ * ~

Przeciągnęła się. Zesztywniałe, obolałe mięśnie odmawiały niejako współpracy. Po gorączce ubiegłej nocy czuła się bardziej zmęczona niż przed snem.

Otworzyła oczy, nie czując w pobliżu żadnych ludzi, a jedynie kilka transgenicznych. A zwłaszcza jednego, szczególnego, który siedział tuż obok na ziemi i patrzył się na nią.

„Dzień dobry.” wymamrotała. Przewróciła się na brzuch, otoczyła głowę ramionami i wróciła do spania.

„Żaden z ciebie ranny ptaszek.” usłyszała śmiech w jego głosie.

„Wyglądam jak opierzony kurczak?” spytała oburzona. Zachichotał w odpowiedzi. Poczuła jego ciepłe palce na karku, ale się nie ruszyła. Gdyby chciał ją zabić, zrobiłby to w nocy… poza tym to było miłe. Niezmiernie rzadko doświadczyła dotyku bez błysku. Teraz nawet nie musiała podnosić wszystkich barier.

Nagle kaskada ciemnych włosów rozsypała się na śpiworze. Zerwała się na równe nogi, świecąc w stronę 494, którzy trzymał w dłoniach jej chustkę i szczerzył zęby.

„Oddawaj!” wycedziła. Pokręcił głową z uśmieszkiem, a po cichu podziwiając fantastyczną falę czarnych włosów, opadającą na wzburzona twarz, ramiona i plecy. Jezu, wyglądała porywająco, z tym zaspanym wyrazem w oczach, rumieńcami oburzenia i kilkoma zabłąkanymi kosmykami na twarzy. Miał ogromną ochotę zamknąć rozchylone usta… ale nie sądził, by ich niepisany status quo trwałby dalej po tym.

„Wiesz, powinnaś częściej się tak czesać. Może nie miałabyś tyle kłopotu w zainteresowaniu jakiegoś Romea.” niewinny uśmieszek zakwitł na jego ustach i Nem uznała, że pasuje do niego znacznie bardziej niż poważna twarz dowódcy. Z takim uśmieszkiem mogłaby go nawet schrupać.

Po drugim namyśle… pomysł wydawał się wart strzału. Miękko podeszła do niego, uśmiechając się zwodniczo i z zapraszającym błyskiem w oczach.

„Zainteresowany w grze?”

Psiakrew, od kiedy jej głos był taki miękki i zmysłowy? Nie pamiętała, by przybierał tak naturalnie i tak łatwo ten ton. To nawet nie było otwarte zaproszenie w nim. To była czysta zmysłowość.

Z cichą, kobiecą satysfakcją obserwowała, jak przełyka ciężko… i jej zręczne palce bez trudu przejęły zdobycz, na chwilę zwlekając na cieple jego dłoni… Cofnęła się nieznacznie, po czym delikatnie pstryknęła go w nos. Odwróciła się i wróciła do posłania, śmiejąc się.

„Ty mała szelmo…” wymamrotał. Ale w jego głosie też usłyszała śmiech.

„Cóż… kobieta musi się bronić, jak tylko może…” rzuciła mu kpiące spojrzenie „…wykorzystując słabości przeciwnika.”

„Więc…” był ten przeklęty uśmieszek znów, walczyła z pokusą starcia go jakimś pumeksem. Lepiej, by się tak do niej nie uśmiechał. Sprawiał, że zauważała go jako mężczyznę, a to już samo w sobie było złe… nie wspominając, że 494 był piekielnie atrakcyjnym mężczyzną. Manticore zdecydowanie wiedziało, kogo tworzyć. „Uważasz, że jesteś moją słabością?”

„Może.” atmosfera nagle zgęstniała i Nem poczuła, że stąpa po cienkim lodzie. Do czego ona wchodziła? „Jestem?” zdołała jakoś nie zgrzytnąć zębami.

494 uśmiechnął się miękko w odpowiedzi, coś pół uśmieszek, pół prawdziwy uśmiech… jego zielone oczy błysnęły czymś, czego nie potrafiła nazwać. Odwrócił się tylko, wskazując głową w stronę dolinki, gdzie poprzedniego dni rozmawiała z Leeną.

„Przeszukują ich wszystkich… zechcesz dołączyć?”

„Pod warunkiem, że ty nie będziesz przeszukiwał mnie.”

„Aaach, czyżby pani biolog miała jakąś słabość, o której nie wspominała wczoraj?” uśmiechnął się zwodniczo, pomagając jej złożyć posłanie i spakować wszystko. Zajęło to ledwie kilkanaście sekund i z żalem pociągnął ją w wyznaczone miejsce.

„Tak.” syknęła nagle, kiedy byli na skraju dolinki „Łaskotki.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *