ITLTSIS (3)

Rozdział trzeci

Głęboka noc objęła las swym królestwem, kiedy 593 ruszył się bezszelestnie przez obóz i dotknął ramienia Hendricks. Otworzyła oczy. Zaskoczony rozpoznał w nich nieznaczne rozbawienie.

„A chce z tobą porozmawiać.”

Skinęła głową i podniosła się ze swojego posłania. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę posłań Carverów, po czym po prostu podążyła za nim. Musiał przyznać, że ma nerwy.

494 czekał na nich razem z Tavem, rozpartym na pobliskim drzewie, obserwującym obszar swym kocim spojrzeniem. Na ramieniu miał luźno ułożony karabinek snajperski, co tylko znaczyło, że wokół nie ma żadnych niepokojących ruchów.

„Doktor Hendricks…” 494 urwał w pół zdania, kiedy rzucił pierwsze spojrzenie na kłopotliwego członka przesyłki. Psiakrew, ile ona ma lat? W tej chwili wyglądała na maksymalnie 18, chociaż gotów był jej dać nawet 17. Była malutka, ale najwyraźniej nie bała się żadnego z nich. Dysproporcje fizyczne nie robiły na niej wrażenia. Chyba była do nich przyzwyczajona. Podeszła bliżej. Biggs wskazał jej miejsce do siedzenia, najwyraźniej rzeczywiście z jej kolanem nie było dobrze. Usiadła i spojrzała wyczekująco na niego. Westchnął w duchu. Śliczne dziecko, ale było w niej coś, co nakazywało dystans. To nie była zwykła dziewczyna.

„Moi ludzie donieśli mi o tych nadajnikach… przeszukaliśmy bagaże podczas snu.”

Skinęła głową. Zauważyła. Jej także został sprawdzony, ale raczej pobieżnie. W końcu nadajnik był w grupie, to jej położenie zdradzał rebeliantom. Najwyraźniej jej chęć zniszczenia zapasów misji nieoczekiwanie uratowała ją od jednego podejrzenia. Tylko, że czuła, że lista skierowana w jej stronę jest zbyt długa, by sprawa nadajników miała wielkie znaczenie.

„Nie znaleźliśmy niczego.”

Uniosła zaskoczona brew. Tego raczej się nie spodziewała.

„Sprawdziliśmy sygnał w odbiornikach. Nadajnik działa z dokładnością do 20 metrów, ale za to ma ogromny zasięg. Można nas wyśledzić z jakiegokolwiek miejsca w Nigerii.”

„Więc ktoś ma to przy sobie i nie jest to przypadek, podłożenie nadajnika do bagażu.” wzruszyła ramionami „Zostaniemy przeszukani, jak rozumiem? Co się stanie ze szczurem?”

494 wymienił zaskoczone spojrzenie z 593. Szczur w gnieździe. Mieli dziewczynę ze znajomością pewnym terminów. I wykryła wcześniej postawionych na straży ludzi.

„Nic. Mamy odstawić wszystkich, pani doktor. Niemniej spodziewamy się, że odpowie przynajmniej na kilka pytań. Podobnie jak pani.” usiadł naprzeciwko, patrząc się na jej młodą twarz i niemal klnąc w duchu. Kto u diabla wysłał ją do dżungli? To przecież niemal dziecko. Potrząsnął głową, zwalczając irytującą chęć skręcenia karku zleceniodawcy tej dziewczyny. Co się z nim działo? „Wydaje się pani za młoda na bycie biologiem z takim wykształceniem i stażem. O ile się orientujemy, rebelianci chcą kogoś, nie coś.”

Lekki uśmieszek zakwitł w kącikach jej ust. Zamrugał. Uśmiechała się. Nie bała. Co to za kobieta?

„Moje wykształcenie i doświadczenie jest znacznie lepsze niż mówią dokumenty. Jestem wirusologiem. To ja przygotowałam złożoną szczepionkę dla misji przy poprzednich tragicznych wypadkach.”

Teraz to była kolej Biggsa na uniesienie brwi w zaskoczeniu.

„Moje nazwisko jest jednak prawdziwe, tylko dane w dokumentach nie. Bynajmniej nie mam 24 lat, co zresztą widać po mnie.” wzruszyła ramionami „Nie jestem też powodem tego pościgu rebeliantów. Moją specjalnością są modyfikowane genetycznie wirusy, a dokładniej tworzenie szczepionek przeciwko nim.”

„Broń biologiczna także?”

„Nie. Tylko naturalne skupiska.” cały język jej ciała mówił im, że jest szczera „Tylko dwa razy miałam do czynienia z modyfikacją wywołaną bezpośrednio przez człowieka. Zazwyczaj to różnego typu chemikalia, promieniowanie i inne paskudztwa współczesnego świata są moim przeciwnikiem.”

„Więc co pani tu robi? Pilnuje, by nic nie zmutowało?”

Potrząsnęła głową.

„Sprawy rodzinne. A dokładniej przyjechałam tutaj za Halem Carverem.”

„Mógłby być poszukiwany przez rebeliantów?”

Parsknęła ironią.

„Carver jest personą non grata dla większości baz wojskowych. Odszedł z wojska w 1947 roku, po fatalnym w skutkach błędzie, kosztującym go karierę osobistą. Od tego czasu nie zrobił nic, co mogłoby go wiązać z Nigerią prócz faktu, nawet jego córka Leena nie była z nim związana, kiedy tutaj przyjechała. Hal był skłócony z rodziną. Dopiero w tym roku udało mu się pogodzić z jednym z dzieci i to właśnie jest Leena.”

„Ma pani pojęcie, co to może być? Lub kogo szukają?”

Westchnęła, poprawiając nieznacznie nogę. Zaczynała ją boleć.

„Nie wiem dużo o członkach misji. Jestem tutaj pięć miesięcy. Trzeba by było spytać ojca Samuela… ale z drugiej strony to typ człowieka, który nie wierzy, że w drugim człowieku może istnieć zło.”

~ * ~

„C, co masz?” pół godziny później 494 przyklęknął obok 732, która siedziała oparta o pień i stukała coś na klawiaturze swojego podręcznego komputera. Rozmowa z Hendricks zmieszała ich nieco, nie mieli pojęcia co o niej myśleć. Biggs też nie miał za dużo do powiedzenia o niej. Była dość zamknięta w sobie i miała żelazną wolę. Nie pokazywała słabości, nie dała im ku temu okazji. I jakoś 494 był pewny, że sprawę jej tożsamości wyciągnęli z niej tylko dlatego, że ona tak chciała.

„Brown przesłał nam trochę danych na temat tego wirusa.” C odgarnęła jasne włosy z twarzy. Nie cierpiała nigeryjskiego klimatu, nie cierpiała misji do dżungli… zwłaszcza tej z wysoką wilgotnością powietrza. Ubranie lepiło się do skóry, a przy wrażliwszym dotyku transgenicznych bywało to nieraz czysta torturą. „Dane się zgadzają. Nem Hendricks-Langley, doktor biologii, ze specjalnością wirusolog. Praca na zlecenie.”

„Coś więcej?” spytał, nie lubiąc nerwowego zaciśnięcia się w żołądku.

„Niewiele.” C wzruszyła ramionami, zerkając na niego krótko. Coś błysnęło w jej niebieskim spojrzeniu, ale 494 nie potrafił tego nazwać. „Co chcesz wiedzieć szczególnie?”

„Dla kogo pracowała?” przysiadł się koło niej. Nie zauważył zaniepokojonego spojrzenia, rzuconego przez Ky’a w jego stronę. „Co niej wiadomo? Czy jej umiejętności mogłyby ściągnąć nam na głowę Jakubu? Może jakieś powiązania rodzinne?”

C wystukała polecenie na niewielkiej klawiaturze i po chwili ekran zapełnił się danymi. Chociaż A siedział tuż obok niej, przeczytała co niektóre dane… A wpatrzony w ekran nie
widział w tym nic niezwykłego.

C podniosła niebieskie spojrzenie i napotkała spojrzenie Ky’a. Kiwnął głową.

„Trudno uwierzyć, by miała takie portfolio prac.” 494 podrapał się z tyłu głowy. Tylko było coś w tej dziewczynie, co powodowało, iż instynktownie chciał ją chronić. A 494 był wygodny ze swoimi instynktami. Tylko kiedy sprawy normalnych ludzi wchodziły w grę, mieszało się wszystko. Wchodził na śliski teren  i chociaż jego jelita skręcały się z niepokoju, musiał się dowiedzieć, dlaczego czuje potrzebę jej ochrony. To nie był jej niewinny wygląd dziecka. To było jak niepokojące przeczucie, iż coś się jej stanie, jeśli chociaż na chwilę spuści ją z oczu. „Na pewno chodzi o nią? Nie ma praktycznie żadnych danych osobowych.”

„Czego oczekujesz, że umieszczą jej dane przy takim życiorysie zawodowym? Dziewczyna specjalizuje się w naprawianiu błędów innych, i to głównie prywatnych firm i prywatnych laboratoriów. Większość z jej sukcesów i z tych prac na zlecenie to praca wykonana non profit. Dziewczyna lubi wyzwania, nie ma co. Ciekawe, z czego więc żyje…”

„Widziałaś jej telefon?” Ky wyłonił się z ciemności. Musieli to sprawdzić. Musieli. Bo jeśli ta mała oddziaływała dokładnie tak, jak zauważyli z Cece… Jezu. Mieli niecały tydzień. Jak w tak krótkim czasie przekonać obcą, nieznaną dziewczynę by stanęła po stronie planowanej rebelii w Manticore? I żeby porzuciła całe swoje dotychczasowe życie?

„Tę Nokię? Jasne. W życiu nie widziałam takiego modelu… ale z pewnością w tej dziurze musiała mieć dobry sprzęt, by kontaktować się ze światem. Telefon jest na kartę. Ma ponad tysiąc dolarów na koncie.”

„Co?” Ky uniósł brwi w zdumieniu „Po co jej tyle?”

„Najwyraźniej albo korzysta z jej pomocą z internetu albo dużo dzwoni.” przeszła przez jeszcze kilka zakładek akt dziewczyny, aż wreszcie ponownie znalazła coś interesującego. Zestawienie czasowe znanych zleceń. „Ona nigdy nie pracowała w okresie naszych letnich wakacji szkolnych.”

„Więc ma kogoś w rodzinie w wieku szkolnym. Możesz nacisnąć Browna o szczegóły?” 494 naprawdę starał się nie okazać podenerwowania, ale wydawało się, jakby pozostali i tak zauważyli.

„Wątpię. On uważa, że Hendricks jest w porządku. Ma zbyt czystą opinię. Uchodzi za osobę, która kocha wyzwania, wirusy są jej pasją i najwyraźniej ma inne źródło dochodów niż biologia. Zaczęła pracować trzy czy cztery lata temu. Brak jakichkolwiek danych na temat rodziny. Nie ma nawet profilu psychologicznego. Nie pracowała więc przy tajnych projektach.”

„Trudno w to uwierzyć.” Ky był sceptyczny.

„Brown twierdzi, że miała sporo propozycji pracy dla rządu, ale konsekwentnie odrzucała najlepsze wyzwania. Chyba woli być wolnym strzelcem.”

494 westchnął ciężko w duchu. Nem. Nem Hendricks-Langley. Co takiego było w tej dziewczynie, że instynktownie chciał ją trzymać przy sobie i nie wypuścić, aż bezpiecznie nie przestąpi granicy z Kamerunem?

„Ky, jak przeszukiwanie?”

„Nic.” pokręcił głową „Wiemy, że to cholerstwo tutaj jest, ale wciąż nie wiemy w czym. Nawet odbiorniki nie pomagają.”

„W porządku. Niech przygotują się do drogi za pięć minut.”

„Wciąż mamy ogromną przewagę.” Cece zasugerowała delikatnie. 494 spojrzał gdzieś dalej… w kierunku obozu. Jego poprawiona wizja natychmiast uchwyciła dziewczynę, siedzącą koło swojego plecaka i układającą z powrotem rzeczy.

„Wiem. Ale nie spocznę, póki wszyscy bezpiecznie nie przekroczą granicy.” zazgrzytał zębami i zniknął w ciemnościach lasu. Ky klapnął ciężko obok Cece.

„Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.” wymamrotał, pochylając głowę „Jak do cholery to ma się udać, jeśli on sam nawet nie wie jeszcze, co go rąbnęło?”

„Będzie uparty.” przytaknęła „Prawdopodobnie zorientuje się, kiedy będzie już za późno.”

„Co myślisz?” spytał z wahaniem po chwili „O niej?”

„Jest inna.” przyznała bez wątpliwości „Ale jest także silna i wie, kiedy trzeba zacisnąć zęby i zrobić to, co należy. To nam wróży raczej dość dobrze.”

„Więc jesteś za.” odetchnął z ulgą. Parsknęła. „Spytam innych podczas drogi.”

„Ky, nie ważne, co myślą inni. On już wybrał. I jak zwykle, najbardziej kłopotliwe rozwiązanie ze wszystkich, kogoś z zewnątrz.”

„Ważne, co myślą inni…” zaprzeczył z ponurym grymasem „Ponieważ będziemy potrzebowali wszystkich, by doprowadzić rzeczy między nimi do finału zanim przejdziemy granicę z Kamerunem.”

„Dzięki Bogu za nadajniki, opóźniają…” urwała widząc jego minę „Grr, gdzie to jest?”

„Widziałaś staruszka? Zranił się, ma identyczną ranę jak Hendricks. Foster zakładał mu opatrunek… co najmniej myślimy, że to jest tam. Sygnał prowadzi do niego.”

„Diabelnie. Dziewczyna jest ochronna wobec staruszka.”

„Co nam tylko przyniesie korzyści.” wzruszył ramionami „Im więcej niebezpieczeństwa wokół niej, tym szybciej 494 zorientuje się, co się z nim dzieje.”

„Marzenie ściętej głowy!” skomentowała sucho, zamykając laptop i podnosząc się „Więc, jaki jest plan? I czy muszę go polubić?”

Ky uśmiechnął się przewrotnie.

„Przyjrzałem się roślinkom po drodze. Zrobię milutką substancję dla 494… Na kilka minut sprawi, że w 494 uderzą instynkty i nic innego.”

„Zgaduję, że ja mam być tą, która sprawi, że Hendricks znajdzie się wówczas w pobliżu?”

~ * ~

Nem dokładnie zawiązała sznurówki plecaka, a potem podążyła w stronę strumienia. Ze wszystkich sił starała się nie spoglądać w stronę A i C. Co ją do diabła obchodzi, że przeglądają jej profil zawodowy? Zapewne i tak nie ma tam wszystkich jej prac na zlecenie… ileż z nich było nielegalnych? Prawie połowa. Sześć lat pracy… przerwa na ponad rok… ale mimo wszystko, to było właśnie to. Wiedza i doświadczenie, które musiała zdobyć o tej planecie i jej mieszkańcach, by szalony plan jej i Soriego powiódł się.

Uniosła na chwilę twarz do nocnego nieba, w stronę północy.

To już tak dawno, a obraz Kamah nie wytarł się nigdy z jej umysłu. Skalisty i lesisty księżyc Antaru. W jakimś sensie przyroda Nigerii przypominała go. Ale tutaj… wszystko kipiało życiem, roślinnością i naturą. Na Kamah widziała tylko śmierć i desperackie pragnienie utrzymania się przy życiu za pomocą technologii. Paradoksalnie, nie technologia ich zawiodła… ona dawała jeszcze nadzieję, że coś zostanie uratowane. Tylko Zan zdołał wszystko zniszczyć. Ich dom. Jego wierny obrońca zniszczył Kal, ich główną jednostkę. Sori został tak źle uszkodzony, że nawet dzieci przebywające w inkubatorach odczuły to. Nem, zestrzelona również za sprawą tego jednego lojalnego obrońcy, osiadła na dnie oceanu, osiem kilometrów pod powierzchnią wody.

Trzy statki. Ich ostatnia nadzieja. W czasach, kiedy wszechpotężny Antar ledwo raczkował w dalekich lotach, głównie ze względu na nieprzekraczalną dla nich barierę prędkości światła, Kamah zdołał wybudować w tajemnicy, ukryć przez ponad dziesięć lat i wydostać bezpiecznie z zagrożonej strefy, trzy ogromne statki klasy niszczyciel. Ale jakkolwiek by się nie nazywały i jaką siłą ognia dysponowały, na swoich pokładach niosły przede wszystkim życie. Ona była jedną z tych jeszcze nie narodzonych. Ale pamiętała dom. Pamiętała ruinę i wojnę, wywołaną przez Zana. I tym bardziej pogruchotała jej serce wiadomość, że ukochany Max to nikt inny jak tyran, którego przyszła nienawidzić z całą mocą swojego serca.

„Byłeś ukochanym przywódcą…” tak. Królowa Antaru miała rację. Był ukochanym przywódcą, uwielbianym przez miliardy. Pod płaszczykiem ochrony Antaru i jego ras, rozpoczął wyniszczającą system i sam Antar wojnę z Kamah, tak naprawdę chcąc jedynie naszej technologii, technologii i jeszcze raz technologii. Ale Zan nigdy by się nie przyznał. Antar miał być najpotężniejsza planetą systemu, ale jak miał nią być, skoro na Kamah istniało inteligentne życie na miliony lat przed antarskim? Antar i inne planety przegrywały na starcie, ale w ostatecznym rachunku… to Kamah przegrał. Księżyc już nawet nie istniał. Zan zdążył rozwalić go przed śmiercią za pomocą granilithu. Broni, którą sami Kamahczycy włożyli w ręce jego rodziny tysiące lat temu. Pamiętała ten dzień, jakby to było wczoraj. Wspomnienia innego Kamahczyka były żywe w jej głowie. Ostatecznie Kamah krążył wokół Antaru i zależało im na jego bezpieczeństwie… przeklęty był ten dzień. Ale było za późno, by powiedzieć przepraszam. I kiedy w końcu sama natura Kamahczyków zaczęła ich niszczyć… aż zostało ich kilka tysięcy, Zan wyciągnął chciwą łapę po technologię, przekonany, że niewielka garstka starożytnej rasy nigdy nie zdoła jej utrzymać. I to był błąd Zana, który kosztował go zbyt wiele. Nas jeszcze więcej. Ale przetrwaliśmy.

Ja. Sori. Tylko nasza dwójka z nowego pokolenia. Sori wyszedł z inkubatora tuż przed wejściem frachtowca Sori w ziemską atmosferę… to go uratowało. Zdołał się wydostać z pomocą kilku dorosłych i niewielką jednostką ratunkową wylądować bezpiecznie na oceanicznych wodach, zanim ostatecznie ulubiona broń Amerykanów tamtego okresu – broń atomowa – nie położyła zupełnie kresu trzydziestu nienarodzonym istnieniom i ponad setce załogi. Ale nawet życie Soriego nie było bez ceny. Na Sori wiedziano o niemiłym przyjęciu, i że należy jak najszybciej zwiewać ze statku. Dwa dni wcześniej, Kal został zupełnie zestrzelony nad Florydą… Wyparował w atmosferze. I w końcu jej statek, Nem, trafiona tak źle, iż utraciła wszelką sprawność i runęła do oceanu… ci którzy przeżyli zetknięcie z rakietami i uszkodzenie systemów podtrzymujących życie, utonęli, kiedy słona woda wdarła się przez uszkodzone powłoki. Zanim Nem osiadła na dno, zginęło prawie trzysta Kamahczyków. Życie uchodziło z dzieci, spoczywające dotąd bezpiecznie w inkubatorach… Bez systemów sterujących nimi, dożywianiem, dotlenianiem i wszelkimi innymi ważnymi dla przetrwania funkcjami, było kwestią kilku godzin, jak Nem stała się wielkim cmentarzyskiem…

Nem nigdy tak naprawdę nie pamiętała, jak przeżyła. Co ją trzymało przy życiu, nawet kiedy już dawno substancja wokół niej, mająca pomóc jej dorosnąć, stała się martwa…  Ale pamiętała doskonale, jak wspomnienia każdego z Kamahczyków wnikały do jej świadomości, zmuszając jej niewielkie młode „ja” do nagłej pobudki. I poprzysięgła sobie, że nie zapomni, nie zapomni, kto był odpowiedzialny za tę tragedię. Nie głupi Nasedo, lojalny aż do przesady wobec rozkazów Zana – niszczyć wszystko, co jest z Kamah – ale właśnie Zan. To Zan zniszczył Kamah. To Zan wydał rozkazy. To Zan zaplanował swoje odrodzenie jeszcze przed śmiercią. To Zan układał postępowanie na wypadek, gdyby „oni” dotarli na Ziemię… Zapewne wydawało mu się to przypuszczenie absurdem, iż bylibyśmy w stanie to zrobić… ale jednak. Głupi mściwy rozkaz. Nasedo wiedział, jak wzniecić nienawiść i paranoję wśród ludzi wobec obcych przybyszów. Ich lądowanie w lipcu stało się w oczach ludzi próbą przed ostateczną inwazją, która nagle ni stąd ni zowąd nastąpiła już w grudniu. I tak grudzień 1947 roku ziemskiej rachuby stał się najczarniejszym czasem w historii Kamah. Czarnym od krwi tych, których jedynym błędem było pragnienie, by ocalić własną rasę od wyginięcia.

I przeżyło dwoje dzieci. Ona i Sori. Przeżyło ośmioro dorosłych. Siedmioro tych, którzy eskortowali Soriego. Ósmym był Kal, drugi obrońca Królewskiej Czwórki Antaru. Kal, który zdołał ukryć swoją tożsamość i przez lata pracować w tajemnicy na korzyść Kamah. On był tym, który wyszedł z planem ewakuacji na Ziemię i dlatego nazwali jeden statek jego imieniem. Był na Ziemi. Wiedział, jaka jest, że zdołają przetrwać na niej mimo zamiłowania ludzi do wojny. I on dostał misję najtrudniejszą. Osłabić Królewską Czwórkę. Dokonał tego. Nie zdołał powstrzymać Nasedo przed realizacją rozkazów, ludzka natura była na to zbyt wroga wobec nieznanego. Ale zdołał wyciągnąć ją z Nem i naprawić inkubator… I tym sposobem, najstarsza rasa Układu Pięciu Planet zredukowała się do dziesięciu przedstawicieli… którzy początkowo nie byli w najmniejszym kształcie, by odtworzyć rasę. Nem była jedyną żeńską przedstawicielką w ich gronie. I przez dziesiątki lat przebywała w inkubatorze, zdrowiejąc powoli z katastrofy… i ucząc się nowego świata.

Ale Nigeria… część nowego świata nie była zdecydowanie czymś, co jako Kamah spodziewała się zastać. Krew. Śmierć. Cierpienie. Wzajemna nienawiść. Stawała się powoli chora od tego. Sori również cierpiał. Jako młodzi Kamahczycy nie mieli tak doskonałych ochronnych barier przed wchłanianiem wspomnień umierających ludzi. Natura Kamah po raz kolejny ich wyniszczała, niezależnie, czy byli w rodzinnym czy w obcym świecie.

Ale oczywiście, zdolność przyjmowania wspomnień innych istot, nie była przekleństwem między samymi Kamah. Była podstawą ich wiedzy, ich technologii, ich społeczeństwa… wszystkiego. Wiedza budowana przez pokolenia nigdy nie zginęła, obojętnie jak niewielu przedstawicieli ich rasy było. Dotychczas żadna wojna nie zdołała cofnąć ich rozwoju… aż nadeszła era Zana.

Nem lubiła kiedyś myśleć, że gdyby nie rozkaz nałożony na Nasedo by niszczyć wszelkimi środkami pozostałości Kamah, istnienie jej rasy nie byłoby zagrożone. Ale po ponad szesnastu latach od wyjścia z inkubatora, ponownie funkcjonując w świecie i wchłaniając wspomnienia innych, zrozumiała, że jej nadzieje były płonne. Ludzie nie akceptowali inności, obojętnie jak głośno wykrzykiwali hasła o tolerancji i miłości wszelkiego bliźniego… Tak, nawet w obrębie własnego gatunku panowały skrajne nierówności i nienawiść. I byli skazani z Sorim na ten świat, cz im się nigdy nie spodobało.

Zanurzyła dłonie w chłodnej, przejrzystej wodzie. Nigeria nie była jeszcze tak zanieczyszczonym krajem jak większość innych. Afryka pozostała jeszcze dość nietknięta. Niestety, biorąc pod uwagę rozwój ‚na hurra!’ czegoś, co ludzie nazywali „technologią”, za kilkadziesiąt lat nie będzie żadnym wyjątkiem. I niestety, zarówno ona jak i Sori dożyją tej chwili, dożyją wielu następnych… długość życia Kamah była nieprawdopodobna. Zwłaszcza na tej planecie. Prawdopodobnie zdąży doświadczyć jej całkowitego upadku, najazdu innych ras albo zupełnego zniszczenia, wyparowania w przestrzeń kosmiczną.

Dlaczego ludzie nie potrafią dostrzec swoich błędów, nim będzie za późno?

„Doktor Hendricks?”

Odwróciła głowę.

„Proszę się nie oddalać.”

Zmarszczyła nieznacznie brwi. Znała zasady, dlaczego więc teraz C ją upominała? Westchnęła i zanurzyła dłonie w zimnej wodzie, by po chwili ochlapać twarz. Skrzywiła się w kontakcie rozgrzanej skóry z zimną cieczą, ale było to konieczne. Powoli rozpalała się od środka. Cokolwiek było na tym gwoździu, pokonało jej system odpornościowy. Kolejna substancja do zbadania i znalezienia antidotum. Po prostu wspaniale. Kiedyś znajdzie się choroba, która zabije ich wszystkich i nawet nie zdążą się zorientować, co to.

Ostrożnie zdjęła buty, rozpięła nogawkę spodni i ściągnęła opatrunek. Niewielka ranka nie wyglądała za dobrze. Skóra wokół niej mieniła się szarością, fioletami i czernią. Szary był najbardziej niepokojący. Oznaczał martwe zewnętrzne tkanki. Jej naturalna powłoka była niezwykle trudna do uszkodzenia, a kiedy tak się już działo, jeszcze trudniejsza do wyleczenia. Mogli przyjmować kule na siebie, przyjmować ciosy ostrymi przyrządami, dać się podpalić albo zrzucić z wysokości pięciu kilometrów… nic by im nie było. Cokolwiek było na tym gwoździu, było piekielnie zjadliwe dla Kamahów.

Zanurzyła kolano w zimnej wodzie i odetchnęła natychmiast z ulgą. Ciało schładzało się błyskawicznie, oddając ciepło wodzie. Nie było jeszcze tak źle.

Odwróciła głowę, wyczuwając kogoś za sobą. A schodził właśnie do strumienia, pijąc z manierki. Zauważył ją w tym samym momencie. Objął spojrzeniem jej postać i cokolwiek miał zamiar zrobić, porzucił ten zamiar. Podszedł i uklęknął obok.

„Jak źle to wygląda?”

Wzniosła oczy do nieba.

„Wiesz, porzuciłam medycynę po szóstym semestrze.” mruknęła całkiem złośliwym tonem, kiedy A podniósł jej kolano z wody i delikatnie zbadał ranę. Miał ciepłe ręce, zauważyła.

„Nie jestem lekarzem, ale to jest bardzo złośliwe paskudztwo.”

Uniosła ironicznie brwi.

„Wiesz, nie pasuje ci cały ten cynizm.”

„Tak? A co według ciebie pasuje do mnie?” parsknęła. Gdyby A tylko wiedział… ale lepiej nie wysuwać czułek. Mógłby się przerazić. Większość ludzi na samo słowo obcy reaguje dziwnie, a żołnierze… cóż. Nie chciała znaleźć się na jego celowniku.

Sięgnęła po przygotowane materiały do opatrunku. Środki dezynfekujące były codziennością na misji, zanurzenie rannego kolana w nieznanej wodzie nie należało do najrozsądniejszych czynów… ale była odporna na wszystko, co było w tej wodzie.

„Jesteś dość młoda… Cynizm nie pasuje tak młodej osobie.”

Tylko się zaśmiała ponuro.

„Zdobądź doktorat na Harvardzie w wieku dwunastu lat, nauczysz się szybko cynizmu.”

„Dwanaście?” uniósł brew z niedowierzaniem. Skinęła głową w odpowiedzi.

„Musiało być ciężko.”

„Nie. Jedyny problem stanowili inni… ludzie, nie nauka. W najlepszym wypadku traktowali mnie jak dziwadło z mózgiem komputera. Wiesz… przychodzi jakiś dzieciak i burzy ustalony ład i porządek. Musiało ich to nieźle złościć.”

Zachichotał.

„Ile masz teraz?”

Rzuciła mu rozbawione spojrzenie, owijając nogę bandażem.

„Nie wiesz, że każda kobieta ma 18 lat?”

„Hm…” uniósł delikatnie jej podbródek i przyjrzał się miękkim, świeżym rysom twarzy, braku zmarszczek mimicznych i zupełnie ciemnemu spojrzeniu, bez jakiejkolwiek skazy. Była młoda. „Dałbym najwyżej dwadzieścia.”

Kąciki jej ust uniosły się z lekkim półuśmiechu.

„Całkiem nieźle.”

„Poniżej?” wymamrotał zdumiony. Zaśmiała się, kiwając głową. Zaczęła zapinać nogawkę spodni, nie patrząc już na niego. Skrzywiła się z bólu, prostując zupełnie kolano. Musieli szybko znaleźć się w jakimś bezpieczniejszym miejscu.

Coś było inne, uświadomiła sobie nagle. Coś w jego strukturze energii zmieniło się… wyraźnie się zmieniło. Spojrzała na niego w zaskoczeniu, kiedy delikatnie powiódł opuszkami palca po jej policzku. Zmarszczyła niepewnie brwi. Co jest grane?

Patrzył na nią, jak jej piękna twarz marszczy się w dziwnym wyrazie skupienia, jakby jej umysł był daleko, daleko stąd. Nie mogąc się już oprzeć, pochylił się i musnął ustami jej usta, przynosząc jego zapach na niej, oddalając na ułamek sekundy zmartwienia z jej twarzy i zastępując je zdumieniem. I w następnej sekundzie zniknął.

Zamrugała, oglądając się za nim. Czy jej się wydawało, czy to była prędkość nieosiągalna dla człowieka? Prędkość, za którą ludzkie oko nie nadążało, ukazując rozmazany obraz? Ona widziała każdy szczegół jego odejścia… co nie znaczyło, że rozumiała cokolwiek z tego, co się działo.

Bezwiednie potarła kark.

„Co to do diabła było?” wymamrotała w czystym zdumieniu, ale po chwili potrząsnęła głową, zwalając winę na zmianę w jego energii „Najadł się niebieskiego lotosu, czy co?”

Westchnęła i zebrała swoje rzeczy. Jej odejście obserwował ktoś inny, z bezpiecznej odległości. Czy też raczej kilkoro innych. Jeden z nich z uznaniem pokiwał głową w stronę niebieskookiej blondynki. Wyglądało na to, że plan się powiódł. Tylko, diabelnie, dziewczyna była na tyle inteligentna, że wiedziała, z czego wywar wlali do manierki 494. Albo może to był przypadek? Niee, nie sądził tak.

„Wygląda na to, że o jeden raz 494 posunął się za daleko.” cierpki głos Biggsa rozbrzmiał tuż przy uchu Ky’a. 284 wzniósł oczy do nieba i wymamrotał krótką buddyjską modlitwę o cierpliwość.

„Siedź cicho, jeśli jesteś na tyle głupi, by nie rozpoznać objawów.” warknął w końcu. 593 spiął się na krótko, po czym spojrzał uważnie na zwiadowcę.

„Nie chcesz chyba powiedzieć, że 494 wybrał to dziecko na życiową partnerkę?”

„Aha. Na razie jedynie instynktownie… ale wiesz, jak uważnie go obserwujemy. Nie możemy pozwolić sobie na czekanie. 494 nie podejmie ryzyka, nie mając bardzo osobistych powodów do obalenia Manticore.”

„I co? Sądzisz, że załatwi sprawę w ciągu kilku dni?”

Oczy Ky’a pociemniały nieznacznie.

„Jak będzie trzeba, przedłużymy podróż… Wiesz, jak to jest dla nas. Łączymy się w pary na całe życie. Fakt, iż ona jest spoza Manticore, tylko zwiększy nasze szanse i motywację 494. Musimy ich związać w ciągu najbliższych dni.”

Cholera, to się nie dzieje naprawdę, myślał zgnębiony Biggs. Jak miał zarejestrować swoje pierwsze żądanie na dziewczynie dowódcy, skoro dowódca sam chciał tę samą kobietę? Będą problemy, czuł to. Postępując według ich własnych reguł, odbyłaby się walka, gdyby 494 nie uznał pierwszego żądania 593… Z drugiej strony, jeśli nie zgłosiłby swojego prawa do niej, prawdopodobnie skończyłoby się dokładnie tym, czego chcieli od lat: 494 miałby partnerkę. Diabelnie. Dylemat nie do rozwiązania. Jego własne życie albo zrealizowanie szalonego planu zniszczenia Manticore.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *