Itltsis (2)

Rozdział drugi

Nem otworzyła swoje czarne oczy, przeczesując ciemność. Kamah było zamieszkane przeważnie po ciemniejszej stronie i po kilkuset latach takiego życia jego mieszkańcy wykształcili doskonały wzrok, przekazywany później w genach. Potrafiła rozróżnić każdy niuans koloru, każdy półcień i półton. Właściwie widziała lepiej w półtonach, jeśli otoczenie miało mniej więcej tą samą skalę barw. Ciemny, wilgotny las deszczowy był perfekcyjny. Widziała każdy najmniejszy szczególik, ale w tej chwili nie pragnęła mieć doskonałego wzroku obcego.

Rozszerzyła nieznacznie źrenice, skanując całą ciemność aż do budynków misji. Czuła niezwykle silne źródła życia, nowe źródła życia. I jeden z nich zmierzał w jej stronę. Przeklęła w duchu. Prawdopodobnie żołnierz wysłany, by ją znaleźć i ewakuować.

Zwróciła swoją uwagę z powrotem na otaczający ją las. Jedno mrugnięcie i jej oczy znowu były ludzkie. Doszła w tym do perfekcji. Oczywiście widziała tak samo, nie miało zbytniego znaczenia jak wyglądała zewnętrznie. Była Kamahem. Potrafiła unieszkodliwić i unieruchomić przeciwnika bez pomocy swoich niezwykłych zdolności. Niestety, jeden kretyn strzelił do kilku uciekinierów z misji. Więc wrzuciła go do wodospadu, facet krzyczał jakby co najmniej skazała go na śmierć. Woda nie była głęboka, nie mógł się utopić, a jednocześnie było jej na tyle, że przy upadku raczej nic sobie nie złamał.

Decydując, że już dość zrobiła oddalając zagrożenie od ewakuowanej misji, zniknęła w cieniach lasu. Rebelianci, przeważnie grupy młodych chłopców, byli dość łatwi do ominięcia. Tylko ukrywanie się przed nimi zajmowało cenne minuty.

Nie rozumiała, dlaczego ich jest tak wiele. Wyglądało na to, że ściągają posiłki do tej okolicy. Musieli kogoś szukać, kogoś ważnego. Nie podobało jej się to wcale. Było zbyt wielu rebeliantów. Okoliczna ludność nie miała wielu szans na przeżycie, chyba, że ukryją się w grotach w górach. Ale wielu tych młodych chłopców pochodziło stąd…

Nocną ciszę lasu przedarł cichutki, ledwo wyczuwalny krzyk młodej dziewczyny. Nem powstrzymała odruch, by zasłonić dłońmi uszy. Wyglądało na to, że niektórzy rebelianci zaczynali już zwycięską zabawę jeszcze przed atakiem na misję.

Przemknęła przez las, czując, jak zbliża się do niej żołnierz. Zmarszczyła z niedowierzaniem brwi. Kto to do cholery jest? Z odległości nie wyczuwała tego, co teraz… Energia była bardzo zmieszana. Dziwna. Zupełnie jakby ten żołnierz był połączeniem bardzo wielu form życia.

Skupiła się na pozostałych. Aha. Tak samo. Mocna, wprost nieprawdopodobna jak dla ludzi. Cały dwunastoosobowy oddział cechowało niesamowite skupisko energii. Niezwykłe. Naprawdę.

Jednym szybkim ruchem znalazła się na drzewie. Dwie sekundy później usłyszała pod sobą kroki. To był cały oddział, maszerujący w formacji. To już nie dzieciaki, to byli żołnierze Jakubu w każdym calu. Skrzywiła się. W powietrzu unosił się wyraźny niczym krzyk konających zapach krwi. Nie była świeża. Już zastygła. Sprzed około sześciu godzin.

Sześć godzin marszu znajdowało się… o nie. Znacznie większa miejscowość, ale posiadała silne radiostacje. Ludzie generała mogli podsłuchiwać łączność od dobrych kilku godzin. Niedobrze.

Poczuła nagle czyjąś dłoń na ramieniu. Chryste, jak ten żołnierz wlazł tutaj niezauważenie? Dobry był. Wręcz świetny.

Odwróciła na ułamek sekundy głowę, kiwając ją nieznacznie. Potem wróciła do obserwacji żołnierzy. Maszerowali spokojnie, wolno. Nie spieszyli się. Nie byli głównymi siłami.

Dopiero po dobrych dwudziestu minutach żołnierz szturchnął ją na znak, że mogą już schodzić. Ześlizgnęła się po pniu, on skoczył. Wskazał głową kierunek boczny w stosunku do misji, ale zaprzeczyła jednym ruchem. Zniszczyła lub zabezpieczyła tego wieczoru wiele substancji chemicznych, ale psiakrew, wciąż było tam tyle, że groziło to skażeniem na wiele lat okolicy. Nie mówiąc już o cięższych lekach, które zapewne Neil nie miał głowy wyjąć z szafy w biurze i schować gdzieś.

„Chemia.” wymamrotała. Żołnierz westchnął, zgadzając się bez słów. Mieli mało czasu, ale jeśli dziewczyna była w stanie przeżyć w lesie pełnym rebeliantów, mógł dać jej kilka kredytów. Ruszyli w stronę zabudowań misji, kryjąc się w cieniach.

Ludzie Jakubu przeczesywali budynek po budynku, rycząc z wściekłości, że nie znaleźli nikogo. Potrząsnęła głową, kiedy dobiegły ją syki ognia. Podpalili kościół. Pewnie kilku muzułmanów wśród tych dzieciaków dawało „dowód” swojej religijności.

Wślizgnęła się przez okno do sutereny budynku. Żołnierz bez słowa podążał za nią. Nad ich głowami rozlegały się dzikie wrzaski. Bez najmniejszego wahania zaczęła wlewać odczynniki w podajniki maszyn. Jej pedanteria i dokładność przydała się na coś. Nawet nie musiała czekać, aż reakcje chemiczne zrobią swoje. Wiedziała, że zrobią. W tych warunkach, wszystko było szczelnie zamknięte, przygotowane do użycia w pojemnikach. Do czasu, jak budynek spłonie, wszystko, co szkodliwe, zostanie zneutralizowane. Resztą rebelianci mogli się wypchać.

Zabierała plecak spod stołu, kiedy drzwi do sutereny odtworzyły się gwałtownie i stanął w nich człowiek w czerwonym berecie. Kopnęła bez myślenia w bardzo czułe miejsce. Facet zwinął się jak ślimak, niezdolny do wypowiedzenia ani słowa.

„Nieźle.” żołnierz za nią zachichotał prawie bezgłośnie. Uśmiechnęła się.

~ * ~

T nie musiał sprawdzać, ile czasu już upłynęło od wymarszu. Jego wewnętrzny zegar funkcjonował doskonale. Podobnie jak A, który po prostu rzucił pytające spojrzenie. Druga godzina, co do minuty i Biggs wciąż się nie zgłaszał.

„Nic, ale C twierdzi, że będzie ok.”

494 skinął głową. Cece była silnie związana z Biggsem, nie byli jeszcze parą, ale wszystko wskazywało na to, że zostaną. Jeśli czuła, że żyje i ma się dobrze, mogli być spokojni. Zresztą, nawet zostawiony w środku pełnej rebeliantów dżungli Biggs poradziłby sobie bez problemu.

„Co z Fosterem?”

Dave potrząsnął głową ze swojego stanowiska i wyszemrał.

„Rana wygląda paskudnie. Spowalnia nas.” Sanitariusz był na tyle durny, by potknąć się w ciemnościach i upaść prosto na głowę. Rozcięcie było brudne, głębokie i musieli zatrzymać się na krótki postój, by go opatrzyć. Facet był kretynem. Jedyne, co go uratowało od furii Dave’a, to fakt, iż miał własną, świetnie zaopatrzoną apteczkę i nie musieli używać swoich zapasów. Transgeniczny lekarz uporał się z oczyszczeniem rany ekspresowo, założył opatrunek i ruszyli dalej. Ale utrata krwi, a także charakter zranienia sprawiły, że Foster był ledwie przytomny. Nie skarżył się ani słówkiem, czując wyraźnie dezaprobatę swojego ‚kolegi po fachu’. Ale o wiele gorsze dla nich było spowolnienie tempa. Wyruszyli szybko i w ciągu półtorej godziny marszo-biegu zostawili rebeliantów daleko w tyle. Teraz dystans drastycznie się zmniejszał.

„R, N!” 494 wezwał 907 i 513 „Weźcie Fostera miedzy sobą. K zajmie wasze miejsce na tyłach.”

Ky, niski krępy 284, był ich zwiadowcą i dotychczas trzymał się w odległości od grupy, sprawdzając drogę i położenie grup rebeliantów razem z H. Po kilku minutach zmienili stanowiska i sanitariusz sprawnie niesiony przez dwóch żołnierzy przestał ich spowalniać. Jak szybko się dało, szli w ciemnościach, nie odzywając się do siebie. Ciszę w grupie tylko co jakiś czas przerywały ciche raporty i rozkazy od A. Czasem byli zmuszeni zatrzymać się i ukryć. Ale w miarę jak mijał czas i kolejne pełne godziny bez raportu ze strony zastępcy dowódcy, humor transgenicznych pogarszał się. Biggs nie był typem, który zapominał zameldować się. Tym bardziej, jeśli musiał wybrać inną drogę ucieczki.

Przed szóstą pełną godziną, A zwołał małą naradę. Do miejsca lądowania mieli tylko kwadrans drogi i większość grupy rozproszyła się. Napięcie wśród ludzi zelżało, chociaż niektórzy okazywali zaniepokojenie brakiem ich koleżanki.

„Musimy złamać ciszę radiową. Cece, co myślisz?”

Dziewczyna westchnęła, pocierając w zakłopotaniu nos.

„Nie mam pojęcia. Nie czuję, by działo się coś złego. Jeśli nie używa łączności, musi mieć powód. Na wszelki wypadek wyślijmy kogoś, by sprawdzili sytuację. Mamy jeszcze ponad godzinę do spotkania.”

„Nadajniki mogły zostać uszkodzone.”

„Zapasowy też?” spytał cierpko 494 „Albo zabrane. Tav, Zen i Joan, ruszacie po pełnej godzinie bez raportu. I wytargajcie porządnie tego kretyna za nie odzywanie się.” Mrugnął do nich, chociaż sam się martwił. Ruszyli dalej, czekając w napięciu na charakterystyczny głos przyjaciela w słuchawkach, ale minęła kolejna pełna godzina i radio wciąż milczało. T, Z i J zniknęli w ciemnościach zaraz po tym. Transgeniczni byli w stanie pokonać odległość do misji w kilkanaście minut. Zapasowy czas był potrzebny na rozeznanie się w sytuacji.

Czekali na miejscu spotkania. Jego ludzie zaczęli się niepokoić losem czwórki z oddziału. Ky i Han zgłosili grupę rebeliantów przemierzających las ledwie kilkaset metrów od nich. Okolica nie należała do najmilszych.

Cece pochyliła nieznacznie głowę i złamała ciszę radiową. Słuch transgenicznych już dawno wyłapał odległy dźwięk nadlatujących helikopterów. Czas był najwyższy.

„Gwiazda 1, tu Orzeł 1. Jesteśmy na miejscu spotkania.”

„Tu Gwiazda 1. 4 minuty do spotkania.” czysty głos ich dowódcy pilotów zadźwięczał w odpowiedzi. Ton był zbyt bezosobowy. Transgenik wiedział, że transport został usłyszany wcześniej. Jeśli czekali do ostatniej chwili, grupa musiała być niepełna.

„T, dym.”

„Orzeł 1, mamy żółty dym.” w tej samej chwili jeden za drugim trzy potężne helikoptery wykonały ostrożny manewr, wyłaniając się z sąsiedniej doliny tuż nad wierzchołkami drzew. Kilkanaście sekund później, Rain i Nick przebiegli przez polanę, wsadzając do środka ledwo osiadłego na ziemi helikoptera rannego sanitariusza i siostrę Ulę.

Ostrzegawczy gwizd przedarł nagle powietrze. Nieuchwytny w hałasie wirnika dla ludzi, dla X5 był wszystkim, czego potrzebowali. Natychmiast zatrzasnęli drzwi i w tej samej sekundzie padli na ziemie. Mroczny las wybuchł nagle gęstą serią pocisków. Jeden z oskrzydlających helikopterów zaczął dymić  i stracił chwilowo sterowność. Pozostałe dwa poderwały się do góry.

494 podał natychmiast współrzędne przez radio. Dwa działka zamontowane w ptakach przeczesały okolicę. W powietrze wzbiły się przeraźliwe krzyki żołnierzy, a zaraz za nimi ostry zapach krwi.

Transgeniczni ruszyli szybko. Każdy wiedział, co robić. Z grupą została trójka strażników. Reszta miała zadanie do wykonania.

~ * ~

„A!” Cece rzuciła krótko. Siedziała za jakimś zwalonym pniem, trzymając w rękach mały, krystaliczny ekran. 494 zerknął krótko i skinął głową. Troje wracało z misji. Sami. Przedzierali się przez obszar, gdzie było koło siedemdziesięciu ludzi. Poruszali się na tyle szybko, iż prawdopodobnie wróg ich nie widział.

„Pięć minut. Nadaj sygnał i zbieramy się.”

C skinęła głową, nastawiając nadajnik. Od godziny, to jest od czasu nieudanego odbioru paczki, nie odzywała się prócz krótkich raportów. Helikoptery odleciały w komplecie, zabierając ze sobą tylko dwójkę z grupy. Ky i Nick naturalnie zeszli z linii ognia i szybko wydostali się z zagrożonego obszaru, by pomóc pozostałym. Ludzie siedzieli przerażeni, słuchając bezsilnie odgłosów walki w pobliży. Niecały kwadrans później, wszyscy członkowie drużyny wrócili.

„Helikoptery nie wrócą, zbyt wielkie ryzyko lądowania. Pójdziemy drogą awaryjną, w stronę granicy z Kamerunem.”

„Ależ to…” Neil ucichł momentalnie, kiedy spoczął na nim wzrok zielonookiego dowódcy. Po prostu zadrżał w przerażeniu. Facet zapewne dopiero co zabił kilku ludzi i był tak spokojny, bezosobowy, pozbawiony śladu emocji.

„Zajmie to nam około tygodnia. Nasza obecność w tym regionie jest postrzegana jako wroga. Ludzie Jakubu spodziewają się, że ruszymy do granicy. Łatwo nie będzie. Teraz najważniejsze to oddalić się z tego miejsca, zanim przybędą posiłki. Wszyscy zrozumieli?” 494 powiódł wzrokiem po twarzach ludzi. Ksiądz poruszał ustami, najwyraźniej modlił się. Pozostali byli albo apatyczni, albo zieloni na twarzy. Miał nadzieję, że nie słyszeli zbyt wielu odgłosów walki. Cywile zawsze powodowali problemy. Szok był wystarczająco duży. „Wyruszamy za pięć minut, jak tylko dołączy do nas trójka zwiadowców.”

Zostawił ludzi na boku, a sam zniknął na chwilę w lesie. Patrzył na słońce nad wierzchołkami drzew. Cała ta misja śmierdziała. Rebelianci czegoś chcieli. Ich wysłano po to, by tego nie dostali. A ich dowództwo ‚zapomniało’ powiedzieć, co lub kto to taki.

„494.” Joan chwilę później znalazła go siedzącego wysoko na drzewie. Wysokie miejsca pozwalały myśleć. Dawały konieczny dystans, oderwanie od wszystkiego. Coś, czego czasem desperacko potrzebował.

„Misja była pusta, ale znaleźliśmy ślad Biggsa. Jego zapach był słaby, sprzed dobrych kilku godzin.”

„Znalazł tą Hendricks?”

„Dobre pytanie. Nie znamy jej zapachu, a cała misja to już pogorzelisko. I znaleźliśmy jego radio, wyglądające jakby ktoś wylał przypadkiem na to kwas. Ale było rozregulowane, wyłączone i schowane niedaleko ostatniego miejsca zbiórki…”

Innymi słowy sygnał, że wróg podsłuchuje.

„Więc tak nas znaleźli… Nie musieli nas tropić przez dżunglę, wystarczyło im podsłuchać nasze wcześniejsze rozmowy z centralą.”

„Jak ćma do ognia.” przyznała Joan „W lesie roi się od tych skubańców, a Biggsa na misji nie było już od wielu godzin.”

„Masz jakiś pomysł, czego szukają?”

Potrząsnęła z żalem głową.

„Nie. Jedyne, co podsłuchaliśmy, że nici z zapłaty, jeśli tego nie znajdą. Może coś jest w bagażu… albo szukają kogoś żywego.”

„Przeszukamy ich, kiedy wróci Biggs. Może on będzie wiedział więcej, czego mamy szukać.”

~ * ~

Nem mimowolnie skrzywiła się, stojąc na skraju niewielkiej polany. Zapach śmierci, gwałtownej śmierci docierał do niej z każdej strony. Niektórzy umierali powoli, niektórzy szybko… jedyne o co troszczyli się napastnicy to unieruchomienie celu.

Już dawno zamknęła swój umysł, ale bariery i ich podtrzymywanie po tylu godzinach bez snu wyczerpywały ją nadmiernie. Stan jej towarzysza do najlepszych nie należał. Po kilku starciach z rebeliantami miał osmolone ubranie i oczy. Nie rozumiała, jak w ogóle jeszcze coś widział… Posuwali się przez to znacznie wolniej niż powinni. Patrząc na pole niedawnej bitwy wiedziała, że dystans do grupy gwałtownie się powiększył. Musieli odejść wystarczająco daleko, zanim przybędą posiłki.

„Nie powinniśmy stąd odejść?” spytała cicho B, który coś majstrował przy zwłokach jednego z oficerów.

„Jak tylko znajdziemy ślad obozu.” mruknął przez zęby. Rozbite żebra dawały mu się porządnie we znaki, światło kłuło w zranione oczy, a unoszący się wokół smród ciał i krwi docierał do jego głowy w całej bolesnej sile. „Kolejny.” mruknął cierpko, wyłaniając z kieszeni rebelianta małe urządzenie. Odbiornik. Ktoś w grupie nadawał, ale dzięki temu znali jej położenie.  Nie mógł przekazać tego przez radio. Po pierwsze, zdradziłoby to ich istnienie. Po drugie straciliby taktyczną przewagę. Miał tylko nadzieję, że dotrą do pozostałych na tyle szybko, by móc ją wykorzystać.

„Nie kierują się bezpośrednio do granicy.” przywołał w myślach obraz-mapę okolicy. Omijali osiedla. Jeśli przeszliby przez nie, spotkaliby ich na drodze do granicy wieczorem. Doskonale. „Są za dużą grupą. Ale my się przemkniemy. Jak długo dasz radę jeszcze biec?”

„Ze dwie, trzy godziny.”

„Świetnie. Godzina do następnej okolicy i tam odpoczniemy.”

Kilka minut później znaleźli miejsce obozu i mogli ruszyć dalej.

~ * ~

Szczęście im sprzyjało. Poruszali się dość powoli, ale nie napotkali większych grup rebeliantów. Niewątpliwie to była „zasługa” nadajnika. Dzięki temu mogli przejść niezauważeni przez obszary gęsto zaludnione.

Biggs szedł w milczeniu za Hendricks. Dziewczyna od ich postoju praktycznie się nie odezwała. Wcześniej także nie należała do gadatliwych. Nie, żeby narzekał. Paplająca panienka to najgorsze, co się trafiało w takich misjach. Ale przedłużające się milczenie nie wróżyło najlepiej. Wykonywała polecenia bez sprzeciwu, chociaż była wyraźnie zmęczona.

Zastanawiał się, czy ‚przypadkiem’ nie ona stanowiła powód ich wysłania tutaj. Wyglądała młodo. Była młoda. Widział to w jej oczach, w energii i ruchach. Z pewnością nie miała tych dwudziestu czterech lat, które przypisywały jej papiery. Mimo to znała się dobrze na chemii, zbyt sprawnie wszystko zniszczyła na misji. Musiała mieć doświadczenie i wiedzę.

Intrygował go jej zapach. Nigdy czegoś podobnego nie spotkał. Nie przypisałby go nawet człowiekowi. Ani tym bardziej transgenicznemu. W dodatku był naprawdę słaby, ledwo wyczuwalny nawet dla niego.

Późnym popołudniem dotarli do celu, brzegu niewielkiego strumienia. Grupa miała przejść nim spory kawałek, by nie zostawić tropu. Patrzył z niepokojem, jak dziewczyna siada na niewielkiej skale. Coś było nie tak.

„Nem?” spytał, ale nie otworzyła oczy. Potrząsnął nieznacznie za ramię.

„Nie martw się, wciąż żyję.” wymamrotała, ściągając powoli plecak. Ruchy miała ociężałe, zmęczone. „Chyba mam gorączkę.”

Sprawdził. Czoło miała chłodne, ale i tak była blada i słaba.

„Gorąco ci? Zjadłaś coś? Wypiłaś nie tą wodę, co trzeba?” zażartował.

„Nie. Miałam infekcję w zeszłym tygodniu. Nieduża rana w kolanie.”

„Boli?”

„Nie.” potrząsnęła głową i wypiła trochę wody. Wiedziała, że ma wyższą temperaturę ciała, ale zewnętrzna powłoka neutralizowała ciepło. Zmiana kształtu była o tyle specyficzną sprawą, iż nie widać było ewentualnej choroby. Chyba, że dochodziło do uszczerbku ciała. ” Jestem zbyt słaba.”

„To prawdopodobnie szok. Sprawdzić opatrunek na wszelki wypadek?”

Westchnęła, ale skinęła głową. Powoli odpięła boczne guziki spodni. Najwyraźniej ruch i skupienie się na tej prostej czynności sprawiało jej trudności. Wyciągnęła niewielką apteczkę z plecaka. Z uznaniem spojrzał do środka. Dziewczyna wiedziała, co wziąć.

Odwinął opatrunki. Kolano wyglądało dobrze, póki nie spojrzał na wewnętrzną stronę. Nieduże cięcie było zdecydowanie niewłaściwego koloru, sine. Dotknął ostrożnie skóry. Nie było obrzęku, ale czuł gorąco rozchodzące się wzdłuż palców.

„Co brałaś na to?”

„Penicylina razem ze standardową mieszanką afrykańską. Nie mamy naturalnej odporności na wiele paskudztw, jak tutejsi.”

„Fakt. Muszę zrobić ci zastrzyk. Sama rana wygląda na czystą. Kto cię opatrywał?”

„Ja.”

Podniósł zdziwiony brew.

„Sabina była zajęta.”

„Macie jeszcze sanitariusza, pielęgniarki i pediatrę.”

„Nie przepadam za Porterem, Fosterowi nie powierzyłabym zardzewiałego gwoździa, a co dopiero moje kolano.”

„Czemu?”

„To partacz!” mruknęła z pogardą „Najgorszy sanitariusz na tej planecie. Ralph i Sara wiecznie go poprawiały. Nie wiem, dlaczego go przyjęli. Ba, nie wiem, jak zdał egzamin zawodowy.”

„Może nie miał konkurencji.”

Wbił strzykawkę w fiolkę leku. Chwilę później wstrzyknął jej domięśniowo penicylinę. Dziewczyna potrzebowała dużej dawki, ale istniało realne zagrożenie wstrząsem. Założył świeży opatrunek.

„Zjedz coś i odpocznij. Sprawdzę nadajnik.”

Zmarszczyła brwi, ale nic nie protestowała, kiedy zniknął miedzy drzewami. Zapięła guziki spodni. Rozpinane wzdłuż nogawek były wygodne przy takim zranieniu, ale po noszeniu przez kilka dni tego samego miała ich z lekka dość. Obca czy nie, była kobietą.

Westchnęła i ześlizgnęła się na ziemię. Usiadła w niewielkim zagłębieniu, osłoniętym z większości stron. Oparła głowę na zdrowym kolanie i odetchnęła głęboko.

„Świetnie, Nem. Utknęłaś w środku dżungli, z chorą nogą zamiast chronić Hala. Langley byłby z ciebie naprawdę dumny.” wymruczała praktycznie bezgłośnie, ale dla Biggsa, który siedział całkiem niedaleko na czatach nie dość cicho. Uśmiechnął się pod nosem. Zagadka została rozwiązana. Hm, więc to był Hal. Ciekawe, co staruszek zrobił w życiu, że komuś tak bardzo zależało na jego przeżyciu.

~ * ~

Krótki, cichy dźwięk popłynął przez ciemność. Tav odprężył się i uśmiechnął. Nareszcie. Naprawdę zaczynali się już niepokoić, a Cece wprost roznosiło. Zatrzymali się na nocny postój pół godziny temu, od tego czasu unikali jej jak ognia.

Zmarszczył brwi, patrząc ze swojego stanowiska na dwójkę przechodzącą niedaleko obok. Biggs wydawał się nieco różny. Przeskanował jego sylwetkę i ubranie w poszukiwaniu jakichś śladów zranień, ale był tylko osmolony.

Potrząsnął głową. Od czasu misji Berrisford wszyscy wydawali się paranoidalni na punkcie swojego bezpieczeństwa. Prawie stracili 494 i dwóch członków oddziału. Żaden z nich nie wiedział, co poszło nie tak, a sam 494 po powrocie z Psy Ops po prostu nic nie pamiętał… co czyniło sprawy jeszcze bardziej beznadziejne, kiedy ten dureń 493 zaczął zabijać. Jak dla niego, 493 miał wiele szczęścia, że był martwy w momencie przywiezienia ciała do Manticore, w przeciwnym razie facet modliłby się do wszystkich ciemnych mocy, gdyby dorwał go jakiś transgenik. Już i tak starszy braciszek zbytnio namieszał w życiu ich dowódcy.

Skierował swoje zainteresowanie na grupę i reakcje na przybycie Hendricks. Wydała mu się strasznie młoda. Większość ludzi cieszyła się. Tylko Porter miał nieco kwaśny wyraz twarzy. Tav zaśmiał się bezgłośnie. Ten facet nie był wart funta kłaków. Joan, która jako mediator obserwowała relacje międzyludzkie, oburzonym tonem mówiła o wcześniejszych wydarzeniach tego wieczoru i podsłuchanej ich rozmowie. Ale nawet laik domyśliłby się romansu między nim a pielęgniarką. Patrzył na nią zdecydowanie w sposób zbyt otwarcie seksualny. Facet nie miał jaj, chociaż miał gust. I teraz zgnębiona Leena wyraźnie ucieszyła się obecnością Hendricks. Hm, ciekawe. Nie wydawały się przyjaciółkami, chociaż zdecydowanie były tam zadzierzgnięte nici mocnej sympatii.

Czy mu się wydawało, że złapał przelotne spojrzenie wprost na niego?

Nie, nie wydawało mu się. Taką samą reakcję dostali wszyscy, ukrywający się wokół ich nocnego obozu. W cholerę, ta mała ich zauważyła! Nieprawdopodobne.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *