ITLTSIS (1)

Opowiadanie x-tremerkowe, Alec i Liz. Skrzyżowanie Roswell i Dark Angel.

ITLTSIS jest kompletnym opowiadaniem, można czytać je same w sobie nie kontynuując dalej historii (chociaż po zakończeniu z mordem w oczach postanowicie poczytać dalej). Opowiadanie stanowi początek dwóch serii, w których kontynuowałam losy ulubionych bohaterów, nie tylko Aleca i jego wybranki, ale Tava, Biggsa, Cece, Browna… a nawet Kala Langleya w niecodziennym ujęciu ojca głównej bohaterki.

Pierwsza kontynuacja to długi tasiemiec „Przepraszam”, którego pisania nie zakończyłam. Ale jest szansa, że zakończę 😉

Po dodaniu wszystkich części I’ts… dodam „Przepraszam”.

Ogarnięta rebelią generała Jakubu Nigeria. Na misji Świętego Michała przebywa kilku Amerykanów i inne osoby z personelu, które należy natychmiast ewakuować. Ku zaskoczeniu kierującego ewakuacją pułkownika Browna, do tego zadania zostaje wyznaczony oddział pod dowództwem X5 – 494, jednostka elitarna nawet w Manticore… Dlaczego wysłano właśnie ich? Co mają ochronić przed rebeliantami… albo kogo?

NA: Dla niewtajemniczonych, Nem to Liz. Tak na wszelki wypadek, gdybyście się nie zorientowali 😉 Historia jej życia i wyjazdu z Roswell zostanie przedstawiona w tej historii trochę później, również jej „podwójna” tożsamość.

Rozdział pierwszy

Noc była tak spokojna. Cienie kładły się milczeniem na bujnej roślinności i niedużych budynkach należących do Misji Świętego Michała. Być może dlatego żaden człowiek nie przeczuwał niebezpieczeństwa.

Nem Hendricks-Langley stała na brzegu niedużego jeziora. Czystą wodę mąciły co jakiś czas pluski; to Leena, śliczna pielęgniarka z San Francisco, nabierająca do pojemników esencję życia w Afryce – wodę. Jej błękitne oczy nigdy nie dostrzegły młodej dziewczyny, chociaż nawet nie próbowała się ukryć. To dla niej był sposób bycia. Cicha, niezwykle spokojna i o ciepłym uśmiechu, mogła bez trudu zdobić okładki najmodniejszych żurnali, jeśli tylko zechciałaby założyć sukienkę. Włożyć szpilki i rozpuścić chociaż raz swoje ciemne włosy.

W przeciwieństwie do reszty Amerykanów, wydawała się dobrze znosić nigeryjski klimat i docinki pozostałego personelu. Ci ludzie pracujący z poświęceniem dla organizacji Lekarze bez granic, mieli surowe doświadczenia z jedną z jej poprzedniczek. Trzy lata wcześniej na skutek jej błędu, ujęcie wody pitnej dla okolicznych mieszkańców – źródło, które zamieniało się na powierzchni w jezioro nad którym stała – zostało zanieczyszczone. Skutki były tragiczne. Personel misji bardzo twardo pracował na odzyskanie utraconego zaufania. Nigdy nie wzięli już na swoje barki ciężaru, którego nie potrafiliby udźwignąć wspólnymi siłami. Dlatego prowadzili tylko nieduży szpital i przychodnię zamiast poprzedniego dużego ośrodka. Naturalnie był także kościół, misja była wszakże pierwotnie prowadzona tylko przez księdza Samuela Koca i trzy zakonnice. Po latach, wciąż prowadził misję. Jego ciepłe serce i szczera chęć pomocy sprawiły, że okoliczni mieszkańcy znów gromadzili się na misji i tu szukali pomocy.

Nem była boleśnie świadoma błędów nie tylko tej szczególnej poprzedniczki. Jej młodą twarz ściągnęło skupienie. Ostrożnie zamknęła pojemniki z próbówkami. Co noc, na 2 godziny przed każdym porannym większym poborem wody sama sprawdzała ujęcie. Nie musiała tego robić. Normą było raz na tydzień i wszyscy poprzedni biolodzy zajmujący jej stanowisko na misji po tragicznych wydarzeniach, tak właśnie robili. Nem jednak doświadczyła ze strony miejscowej ludności zbyt wielu wrogich zachowań, by nie zaniedbać jakiejkolwiek możliwości. Chociaż wśród nich przeważali chrześcijanie, to jednak muzułmańskie i patriarchalne tradycje były codziennością. Była kobietą, kobietą biologiem i była młodą kobietą biologiem. Dokładnie jak Lesile Andrew, której jedno zaniedbanie kosztowało życie połowy okolicznej ludności. Dla nich było to tylko kolejny dowód, iż nie powinno łamać się „praw boskich”.

Nem miała także inne powody, by być sumienną. Były one zupełnie prywatne. Chciała zostać na tej misji z powodu Hala Carvera. A on był tutaj dla swojej córki Leeny. Więc jak długo była tu Leena, tak długo był tu Hal i tak długo musiała pozostać tutaj Nem. I oczywiście Hal nie mógł się przez ten czas o tym dowiedzieć. Mogła go chronić jedynie z daleka.

Hal nie była dla niej rodziną. Lecz ten człowiek wiele lat temu pomógł jej rodzajowi. Jego odruch, dla niego być może nie mający znaczenia, dla nich okazał się całkowitym zwrotem losu. I chociaż Hal zapłacił za swoją reakcję zaprzepaszczeniem wojskowej kariery, nie powiedział właściwie nikomu prócz Michaelowi, co zrobił. Michael nie wiedział, jakie znaczenie dla przyszłości miało w tym momencie uratowanie hybryd i ich dwojga obrońców… Ona wiedziała. Żyła dzięki temu. Dzięki temu żył Sori. Żyła siódemka innych z Kamah. Dług, jaki miała wobec Hala przekraczał znacznie to, co dla niego robiła teraz. Czekała tylko na pozwolenie od Kala, czy bezpiecznie jest po tylu latach w pełni wynagrodzić Halowi jego uczynek.

Wróciła znad jeziora do budynku. Spokojnie włączyła maszynę do analizy składu wody, chociaż nie potrzebowała tego. Już wiedziała, że woda nie była niebezpieczna dla ludzi.

Włożyła próbki i zamknęła wieko wirówki. Za godzinę na jej komputerze pokaże się kompletna analiza. Coś, co zajmie jej umysł na kilka chwil. Bardzo potrzebowała tego. Zmęczone ciało wrzeszczało by odpocząć, lecz ona nie chciała zasypiać. Obrazy jej snów były straszliwe, potworne. Odbierały dech. Więc spała niedużo. Wiedziała, że jej organizm może wytrzymać to przez bardzo długi czas. Nawet całkowity brak snu. Wiedziała, że jej organizm jest w stanie funkcjonować długi czas bez tego, chociaż na wolniejszych obrotach. Jedyne, czym musiała się martwić, to ewentualny wpływ na jej fizyczny rozwój… Wciąż była dzieckiem, biorąc pod uwagę fizjonomię jej rasy. Nie miała tych 24 lat, jak podawały jej chlubne dokumenty. Właściwie, to większość była fałszywa. Nie kończyła renomowanych uniwersytetów. Niemniej pomimo młodego wieku jej wiedza była przeogromna. Nem gromadziła w sobie wiedzę i doświadczenie zbyt wielu osób, by ulec pod ciężarem tej misji. Nawet jeśli według rachuby Kamah była ledwie nastolatką.

Była tutaj już prawie pięć miesięcy. Gromadziła wiedzę i doświadczenia. Coraz więcej i więcej. Za każdym razem, kiedy na misji umierał człowiek, a ona była w pobliżu, jej natura przychodziła do życia. Nie była człowiekiem. Nie była nawet kimś blisko tego. Na tej ziemi była obca w więcej niż literowym sensie. Pochodziła ze świata tak różnego od otaczającej ją rzeczywistości, iż musiała uczyć się każdego szczególiku, każdej informacji, naturalnej ludziom, a obcej jej, by nie potknąć się i nie zrobić fatalnego w skutkach błędu.

W końcu kłamstwo stało się jej drugą twarzą. Im lepiej i dłużej chroniła swoją inność przed innymi, tym dotkliwiej ja odczuwała. Rosła w mieście, które żyło z inności, ale wiedziała w głębi serca, że ludzie nie są w ogóle gotowi uznać inne istoty.

Nigeria dała jej pewne poczucie swobody i wolności. Nie musiała nieustannie trzymać straży. Mogła patrzeć na las swoimi czarnymi oczami i nikt tego nie zauważał. To było niewiarygodnie wspaniałe.

Jej obce zmysły wychwyciły pewną zmianę w powietrzu tego wieczoru. Nigdy nie pogrzebany instynkt z Kamah wyczuwał wielkie niebezpieczeństwo. I śmierć. Wiele śmierci. Tego dnia i poprzedniej nocy zginęło wielu ludzi.

Westchnęła. W 120-milionowym kraju żyło ponad 250 grup etnicznych, a napięcie wrzało pod powierzchnią. Ludzie nieraz ginęli tylko dlatego, że chodzili do innego kościoła niż sąsiad. Wrogość między chrześcijaninami a muzułmaninami była na tym tle malutką niesnaską.

Coś się wydarzy tego wieczora. Musiała się na to przygotować.

~ * ~

Pułkownik Brown otarł ze zmęczeniem oczy i patrzył na trzy helikoptery, lądujące z wdziękiem na pokładzie USS Harry Truman. Musiał przyznać jedno transgenicznym pilotom: potrafili latać wszystkim, co się do tego nadawało, i w każdych warunkach. Te mieszańce były cholernymi geniuszami, niedocenianymi jak diabli wśród ludzkich władz Manticore i gotów był to wykrzyczeć tu, gdzie stał. Nie sądził tylko, by to w jakiś sposób poprawiło sytuację tych wyjątkowych żołnierzy, więc już dawno nauczył się żelaznej zasady – chcesz pomóc, rób to po cichu. Kal nauczył go tego wiele lat temu.

„Ambasadorze, dobrze pana znów widzieć.” przywitał się z na wpół ubranym człowiekiem. Rebelia zaskoczyła wszystkich. Nie sama w sobie, lecz jej skala i okrucieństwo. Nowy ‚przywódca’ Nigerii generał Mastabi Jakubu dopisał krwią tysięcy ludzi nowy rozdział w historii swojego kraju. Przeklęty bękart. Miał nadzieję, że rząd USA zaniepokojony o kontrakty na ropę naftową, wyśle zespół, by zdjął po cichu tego człowieka.

„Majorze…” skinął głową o wiele młodszemu X5, który wyglądał niemal jak młody dzieciak, jeśli nie spojrzało się w jego pozbawione emocji, skupione i spokojne oczy. Oczy żołnierza. „Dobra praca.” Większość ludzi nie chwaliła transgenicznych, ale Brown uważał, że 494 zasłużył na to i robił to. Wyciągnięcie ambasadora i personelu ambasady ze stolicy graniczyła z cudem. Także dla wychowanków Manticore. „Dobrze widzieć was z powrotem, ale niestety nie na długo. Zadanie priorytetowe. Krytyczne położenie kilkunastu ludzi. Musicie być przygotowani na trzydniowy stan pogotowia. Odprawa w 416 B za półtorej godziny.”

494 skinął głową, tym samym ruchem wydając kilka rozkazów swoim podwładnym. Brown nawet nie usiłował tego zrozumieć, chociaż wiedział, jak to działało. X5 żyli dzięki temu, że polegali na instynktach i na członkach swoich jednostek. Absolutne zaufanie ze swoim życiem podczas walki niejeden raz zdumiewało go… nie było to częste wśród Ziemian. W końcu kiedy zrozumiał, jak to działało, dziwił się jeszcze bardziej. Manticore dodając do ich koktajlu genetycznego zwierzęce DNA, nie tylko wzmocnił ich siłę i sprawność. Podarowało im nieświadomie coś, co było podstawą przeżycia w piekle i jedynym powodem, dla którego X5 mogły podnieść bunt jak jedność: instynkt. Jednostki instynktownie wybierały dowódcę, alfę, kogoś, za kim szli inni i któremu ufali w najdrobniejszych szczegółach. Manticore kiedy przekonało się, że jednostki same pozamieniały dowódców, próbowało to zmienić… bezskutecznie. Kiedy wojskowi wychowawcy zrozumieli, że to było całkiem przydatne, a jednostki funkcjonują o wiele sprawniej w ten sposób, nowa struktura wśród transgenicznych była już tak silnie zakorzeniona, iż niemożliwością było to zmienić. X5 robiły dokładnie to, co mówiła im ich natura – tak jak chciało Manticore. I kiedy kilka lat temu Manticore zapędziło się przez to w ślepy zaułek, piąta seria przeżyła największą katastrofę. Niezrozumienie problemu instynktów transgenicznych, wzmocnionych dodatkowo przez wieloletnie pranie mózgu i rozkazy podążania za nimi… To były czarne dni. Komitet był bliski zamknięcia w ogóle części projektu i zlikwidowaniu na zawsze wszystkich X-serii począwszy od piątej. Ale w końcu znalazł się ktoś wśród ludzi, kto zrozumiał „problem”. Ktoś na tyle wysoko postawiony w strukturach Manticore, by wypowiedzieć głośno swoje zdanie. Brown miał ochotę postawić temu komuś butelkę najlepszej whisky za to. Ale niestety, nie wiedział, kto to był.

Dwójka żołnierzy nie oddaliła się z pozostałymi. Czekali. Wysoki mężczyzna i dość drobna kobieta wyglądali na groteskowo kontrastujących ze sobą, ale każdy z nich miał tak samo wysoką przydatność bojową. Chodziły nawet słuchy, że ona była lepsza w walce wręcz – coś, w co trudno było uwierzyć zwykłym żołnierzom. Ale też każdy poprawiony genetycznie X5 był szczególnie dobry w jakiejś dziedzinie; również wśród nich panowała specjalizacja. Chociaż właściwie każdy z nich mógł pełnić funkcję innego, to jednak ich instynkty, polegając na wyczuciu jak i doświadczeniu same doskonale ukształtowały strukturę oddziału. Taki układ pracował o wiele wydajniej niż ten narzucony sztywno z góry. Kiedy w końcu w Manticore zrozumiano schemat działania transgenicznych i ich instynktów, na próbę pozwolono jednej jednostce na taką całkowitą reorganizację… wszystkiego, łącznie z podejściem do rui wśród żeńskich X5. Wyniki okazały się tak rewelacyjne, że wkrótce każdy pojedynczy oddział funkcjonował na tych samych zasadach.

Brown był ponadto całkowicie pewny, że po cichu, pod okiem Manticore, cała seria X zaczęła funkcjonować na ich instynktach. Zmiany były niedostrzegalne gołym okiem. Od kilku dobrych lat, od czasów reorganizacji, coś się zmieniło w transgenicznych. Ten spokój i dyscyplina nie zostały osiągnięte w Psy Ops czy pod przymusem. Nie było nawet ani jednej próby ucieczki, co było wprost niesamowite. I dla samego tego efektu władze Manticore pozwalały transgenicznym na instynktowną strukturę. Skoro to zdawało egzamin, nie było szkodliwe… oprócz kilku wypadków, kiedy ludzie mieszali się między żeńską X5 i jej partnera. Podejrzewał przy tym, że to było ukartowane… pokaz wobec władz Manticore, by trzymało się z dala od łączenia się w związki X5, a wszystko będzie ok. I było. I to właśnie budziło jego niepokój. Wszystko chodziło nie tylko jak w zegarku. Wyniki osiągane przez X5 przekraczały wszelkie oczekiwania. Ktoś tym sterował od środka, nie było innej możliwości. Transgeniczni mieli nie tylko strukturę w swoich jednostkach. Oni mieli strukturę w całej serii X, a być może nawet wśród wszystkich mieszańców. A to oznaczało, że był ktoś, kto dowodził wszystkimi poprawionymi genetycznie żołnierzami. Naturalnie Manticore nie mogło się o tym dowiedzieć, nikt nie mógł się dowiedzieć, że jest ktoś, za kim pójdą wszyscy. Brown drżał na myśl o nieuchronnym dniu, w którym głupi ludzie staną przeciwko woli tego mutanta, przeciwko alfie. Z drugiej strony… było mu to na rękę. Nie chciał pewnego dnia stanąć po przeciwnej stronie barykady.

„C, sprawdź stan zaopatrzenia, potem jesteś wolna. B, przejmiesz chwilowo łączność za C.”

„Tak jest.” dwoje żołnierzy natychmiast podążyło, by wykonać rozkazy.

„Jakie są nowe wytyczne?” zielone spojrzenie spoczęło na Brownie.

„Misja ewakuacyjna. Cele to cywile, pracujący dla organizacji misjonarnych, humanitarnych, a także kilku obywateli innych krajów, których oficjalnie nie mamy pozwolenia zabrać. Jedenastu ludzi, ponad sto mil od granicy z Kamerunem, żadnych większych ośrodków w pobliżu. Wywiad podaje, że rebelianci mogą tam dotrzeć nawet dzisiaj w nocy.”

494 przejechał dłonią po swoich krótkich włosach. Twarz, umazana częściowo farbą maskującą, częściowo osmolona od ognia płonącej ambasady, wyrażała lekkie zdziwienie.

„Dlaczego nie wyślą zwykłego oddziału? Nie wygląda na trudną misję.”

Brown także był tego zdania, ludzie podołaliby temu bez większego problemu… póki się nie dowiedział, kto dokładnie tam przebywał. Musiał tam wsadzić część jednego z najlepszych oddziałów. W misji było troje potencjalnie ważnych ludzi, przez których pół godziny temu dostał telefon na awaryjnej linii. Rozpętałoby się niezłe piekło, gdyby ich nie wydostała stamtąd najlepsza drużyna. Ba, wysłanie transgenicznych było koniecznością. Langley nie poszłaby w ślad za zwykłymi żołnierzami, nie poszłaby w ślad za ludźmi.

„Tak między nami… Jest tam pediatra, syn ważnego polityka; odciął się od niego, ale staruszek martwi się o niego. Drugi potencjalny powód to Hal Carver, emerytowany wojskowy i jego córka, pielęgniarka Leena. O innych przebywających na misji nie mogę znaleźć nic ciekawego prócz Nem Hendricks-Langley. Jest biologiem, a przynajmniej była. Nie wiadomo, co z jej kontraktem, czy została ostatecznie na misji czy jej go nie przedłużono. Wiesz, biurokracja.”

„Co ci mówi nos?”

Cóż, mógł jednak odsłonić nieco tajemnicy. Ale nie mógł powiedzieć całej prawdy.

„Ona lub powód, dla którego tam przebywa. Dziewczyna używa nazwiska Hendricks-Langley, chociaż na misji jest znana tylko pod pierwszym członem. Nie można nic znaleźć o niej prócz oficjalnych dokumentów. Dziewczyna ma niesamowitą głowę, papiery jak marzenie. Tacy biolodzy nie lądują w International Release Services. Ale trzy lata temu doszło do skażenia pobliskiego ujęcia wody, w wyniku którego zginęła połowa ludności. Jak dla mnie ktoś zawalił sprawę, a organizacja chciała wyczyścić błąd. Nie mogą dopuścić, by to się powtórzyło. Byliby skompromitowani na zawsze.”

„Czym zanieczyszczono?”

Powiedział. 494 skinął głową.

„Słyszałem o tej sprawie. Więc mamy dopilnować wyjazdu ludzi czy dopilnować, by nie pozostawili śladów po sobie i dopiero potem wyjechali?”

„Prędzej to drugie. Ale równie dobrze to może być ten cały Porter. Jego rodzina chociaż nie jest bajecznie bogata, to jednak jest wystarczająco stara i wpływowa, by mieć dwóch ludzi w Kongresie w ostatnich dziesięciu latach.”

~ * ~

„Hej!” Nem uklękła obok Leeny, która kończyła zakładać opatrunek. Jasna blondynka po prostu uśmiechnęła się do niej. W przeciwieństwie do swojego chłopaka, Neila, bardzo lubiła Nem. Nem była najbardziej nieufnie traktowana przez miejscową ludność. Częściowo przez muzułmańską tradycję, częściowo z powodu nie tak odległej tragedii. Ale mimo to Nem została na kolejny kontrakt. Leena odkryła to przypadkiem, kiedy podsłuchała rozmowę Nem przez telefon komórkowy. Na misji praktycznie nikt nie wiedział, że w ogóle kończył się jej kontrakt! Leena podziwiała Nem i nieco współczuła jej. Niełatwą pracę sobie wybrała.

„Szukałaś mnie.”

Leena skinęła po prostu głową.

„Ojciec Samuel właściwie. Mówił, że przysłali dla ciebie przesyłkę.”

Nem przewróciła oczami. Ostatni transport i dostawy przyleciały razem z Neilem, który był na tygodniowym urlopie. To on podpisywał papiery pocztowe… ze trzy dni temu. Jego niechęć do niej była uciążliwa, ale do zniesienia. Ale to… czekała na tę przesyłkę. Bękart pewnie prześwietlił ją. Jeśli zniszczył klisze, zapłaci za to.

„Dzięki za wiadomość.”

Wyszła z niewielkiego szpitala i skierowała się w stronę ich niedużego biura. Mimo później pory, na nogach było czworo pracowników. Sara, pielęgniarka, właśnie odbierała od Neila dozowane leki dla ich najmłodszych pacjentów. Siostra Ela i ojciec Samuel pracowali nad dokumentami. Biurokracja niestety dotarła także tutaj.

Duchowny uśmiechnął się i odłożył natychmiast długopis i zdjął okulary.

„Przyszło coś dla mnie?” zadała retoryczne pytanie, bowiem już otwierał szafę. Neil rzucił jej niechętne spojrzenie. Nie lubił jej. Z nią było po prostu coś nie tak. I zdecydowanie ktoś zbyt dobrze pakował i lakował przesyłki do niej. Nie mógł nawet sprawdzić, od kogo je dostaje. Były nadawane w głównym biurze w Stanach, jak wszystkie do nich. Zapobiegało to wielu problemom na granicy i ze strony ludności.

Wrócił do swoich zajęć… i szybko jej osoba wyleciała mu z pamięci. Z radio napływały niepokojące wiadomości; wyglądało na to, że rebelia ogarnia ten kraj. Neil wysłał wiadomość do biura w stolicy z zapytaniem o ich pozycję, ale odpowiedź nie mogła przyjść do rana.

Wysłał Sarę do sali dziecięcej. Ich mali pacjenci – był pediatrą – nie wymagali teraz wiele uwagi. Dziękował za to Bogu. W obecnym stanie ducha nie był w stanie się skupić na wypełnianiu papierów, a zabiegi jawiły mu się po prostu niemożliwością. Wizyta w domu u rodziny nie przebiegła dokładnie tak, jak sobie wyobrażał. Poszło o wiele lepiej i o wiele gorzej. Lepiej, ponieważ staruszek w końcu podpisał papiery i tym samym skończyło się dla niego wygnanie, a zaczynała jasno rysować obiecująca polityczna kariera. Gorzej, ponieważ już wiedział, że rodzinka nie zaakceptuje Leeny. Chyba nawet znaleźli już dla niego jakąś suchotniczkę. Nie, żeby miał coś przeciwko żonie, która wzbogaci go jeszcze bardziej i umocni pozycję. Ale z Leeną mogły być problemy. Była bardzo podniecającym podbojem, na samo wspomnienie jej gorącego i niewinnego ciała po prostu ślinił się. O tak… Była pojętną uczennicą, chętna i skorą do nauki. Jej uwielbienie było pobudzające, było czymś nowym. Tylko te jej zasady… Wątpił, by spodobał się jej pomysł kontynuowania romansu po ślubie. Musiał coś wymyślić, i to szybko.

Nagły dźwięk głosów w korytarzu wyrwał go z zamyślenia. Zerknął na zegarek. Raczej o tej porze bywało spokojnie. To musiał być nagły wypadek.

Drzwi nagle otworzyły się bezszelestnie i stanął w nich… kompletnie wyposażony żołnierz US Navy. Otworzył usta ze zdumienia.

„Doktor Neil Porter?”

„T-t-tak!” wyjąkał.

„Misja jest ewakuowana. Proszę za mną.” skinął głową, wskazując wyjście za sobą  „Ma pan godzinę na spakowanie swoich rzeczy i zjedzenie porządnego posiłku. Musimy na pieszo dotrzeć do miejsca ewakuacji. Nie radzę brać niczego, czego nie jest pan sam w stanie udźwignąć.” Tav dodał po chwili, widząc, jak lekarz zbiera papiery z biurka. Facet wyglądał jakby zobaczył ducha. Transgenik uśmiechnął się nieznacznie pod materiałem maski. Zlustrował szybko swój obiekt do ochrony. A przydzielił go do tego zadania tylko dlatego, że był potencjalnym powodem ich wysłania tutaj. Nie wyglądał szczególnie. Właściwie to nie spodobał mu się zbytnio. To był typ człowieka, który trzymał tylko z pewnymi zwycięzcami i zmieniał obozy według woli. Polityk.

Po drodze do części mieszkalnej minął C, która zawiadywała całą ewakuacją szpitala. Dżungla była wypełniona rebeliantami. Kiedy dotrą na misje, zabiją wszystko, co zobaczą, biały, czy czarny, nie ważne. Na ich szczęście większość chorych była zdolna chodzić o własnych siłach. Przy odrobinie szczęścia razem ze swoimi  krewnymi dostaną się do domów albo ukryją w górach. Po cichu jednak nie sądził, by się im udało. Obrazy z Abuji mówiły wyraźnie, że kraj spływał krwią. Kolejna rebelia, kolejne śmierci do niekończących się list zemst, wendety. Nigeria nie wyjdzie z etnicznych konfliktów przez dziesięciolecia.

W końcu zostawił Neila w budynku zbiórki i dołączył do Z na patrolu.

„I jak?”

„Nieciekawy typ. Szkoda gadać.” mruknął do 606, lustrując z uwagą ciemność. Teren misji był dość rozległy, budynki były porozrzucane między roślinnością, a więc i trudniejsze do upilnowania. „Jak Carver?”

„Mówią, że to staruszek. Może opóźniać marsz.”

„T, Z, zamknąć się. To nie spotkanie towarzyskie.”

Obaj westchnęli. Jak zwykle uparta H. Połowa z szajbniętych bliźniąt Han i Solo. Han była żeńską częścią duetu i jej upór był sławny na równi z niefrasobliwością Solo. Ta dwójka była po prostu zabójcza. Na nieszczęście żadne z nich – ani on, ani ona – nie znalazło sobie partnera. Ktoś złośliwie stwierdził, że kiedy będą się parzyć, to będzie w tym samym, najmniej spodziewanym momencie i z pewnością były to prorocze słowa.

~ * ~

A analizował grupę cywili, nie znajdując nic godnego do zauważenia. Jedyne, co uderzyło jego ludzi, to Leena Carver będąca nieznacznie zdenerwowaną młodą kobietą. Nieznacznie, ponieważ panowała nad swoim strachem. Czegokolwiek się obawiała, nie miało wspólnego z rebeliantami. Albo też wobec tej perspektywy, o której rozmyślała, rebelianci byli po prostu abstrakcyjnym, nic nie znaczącym pojęciem. Poza tym wszystko wydawało się w normie. Mieli jeszcze dziesięć minut do wymarszu.

„B, jak sytuacja?”

„Nic.” radio odpowiedziało po dwóch sekundach. A uniósł brwi. Ostatnie, czego się spodziewał. Brown był dość pewny, że dziewczyna przebywała w misji. A facet zazwyczaj miał piekielnie dokładne informacje. Lubił go za to. Dostarczał tego, co potrzebowali wiedzieć, a nie tego, co powinni wiedzieć. Na ich liście potencjalnych sprzymierzeńców zajmował wysokie miejsce.

„Szukaj dalej.”

„Tak jest.”

Biggs rozłączył się, a A ponownie rzucił spojrzenie na grupę. Od strony mieszkalnej szły właśnie trzy kobiety, pielęgniarki. Leena Carver, ładna blondyneczka o ciepłym uśmiechu, oraz ciemnoskóre bliźniaczki Sara i Ralph Thomson. Szczęście, nie były podobne.

„C.” rzucił krótko i cicho w stronę ciemności. Po minucie zjawiła się Cece, taszcząc ze sobą dwie siostry zakonne: Elę i Ulę. Były już w pełni przygotowane do podróży. „Zajmij się Leeną.”

Cece skinęła głową bez słowa. Jasne włosy i skóra kobiety zbytnio wyróżniały się od otoczenia, przyciągały uwagę z daleka. Nie mogła iść w takim stanie. Zdradziłaby ich położenie.

„Co z Nem?” nagle blondyneczka zadała ważne pytanie, upewniając A, że pani biolog jest na misji.

„Moi ludzie szukają jej.”

„Prawdopodobnie jest przy wodospadzie, jakieś pół mili stąd na południowy zachód.”

„B, sprawdź wodospad.”

Sara i siostra Ela podskoczyły nagle. W oddali ciszę przedarła seria z karabinu maszynowego i przerażone ludzkie krzyki.

„B, zamelduj za godzinę. Jak nie znajdziesz Hendricks, dołączasz. Bezwzględna cisza w łączności do tego czasu. My ruszymy, jak tylko zjawi się doktor Eliot.”

Radio zatrzeszczało przez chwilę w potwierdzeniu, po czym umilkło. A spojrzał w zamyśleniu w dżunglę. Jego oczy przeczesały jej ciemność, jakby szukając potwierdzenia jego domysłów. Jeśli ta Hendricks-Langley była powodem ich wysłania tutaj, to misja została spalona na samym początku. Kobieta prawdopodobnie już nie żyła. Krzyki i seria z karabinu pochodziły dokładnie z tego kierunku, o którym mówiła pielęgniarka. Nieco mniej niż milę od budynków misji.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *