ITLSTIS (6)

Rozdział szósty / NC-17

Nem zawsze wiedziała, kiedy śmierć w pobliżu zagrażała jej życiu. To było w jej genach. Było równie silne, jak instynkt przetrwania. Wiedziała, kiedy zbliża się do niej zapach śmierci, tak samo jak wiedziała, że w jej piersi biją dwa silne serca. To była natura. Część jej, z którą się urodziła, z którą żyła i z którą pewnego dnia umrze. Wiedziała, znała to… ale to nie znaczyło, że nie walczyła ze swoją naturą. Walczyła przeciwko sobie i większości swoich instynktów, które kazały zanurzyć się jej w najdrobniejszym szczególe przerażających wspomnień, przesuwających się przez jej myśli, aby zdobyć jak najwięcej wiedzy o wrogu i tym samym uchronić się od podobnego losu. Ale to tak nie działało. Zbyt często na tej planecie jej własna natura była o wiele bardziej niebezpiecznym wrogiem niż jakiekolwiek inne stworzenie, włączając w to ogarnięte żądzą mordu istoty ludzkie.

Miała doświadczenie w walce przeciwko sobie samej. Nie było trudno zdusić sobie instynkt wchłaniania wspomnień umierających, jeśli nie było ich wokół zbyt wiele… Rozum i silna wola wówczas wystarczały. Mogła żyć teraz w każdym większym mieście na świecie i nie bać się konsekwencji swojej natury. Wykształciła wystarczająco silne psychiczne bariery.

Ale tutaj… jej własna natura przejęła nad nią kontrolę. Bezradnie mogła tylko zamknąć się w sobie i przeczekać najgorsze. Chociaż ucieczka od tego nie leżała w jej charakterze, natura kazała jej właściwie wychylić się ze skorupy i stawić czoło przerażającemu obrazowi śmierci wokół niej. Ale uparcie tkwiła zakopana głęboko we własnym umyśle, odmawiając wychylenia się ze swojej kryjówki… trzymała się tych strzępów samozachowawczego instynktu, tego samego, który kazał Kamahom odejść z Układu Pięciu Planet. Instynkt przetrwania był jedynym, który mógł się kłócić z jej naturą, jedynym, który pozwalał na całkowite zamknięcie się od zewnętrznych kłopotów w nieprzyjaznym i nieznanym środowisku.

Kiedy była w domu, w Roswell czy w Los Angeles, nie negowała swojej natury. Nawet jej przybrani rodzice kładli nacisk na to, by nie zapomniała kim naprawdę jest… i chociaż kochali ją nawet bardziej niżby była ich biologicznym dzieckiem, nigdy nie pozwalali jej zapomnieć, kim jest. Nigdy jej to nie przeszkadzało… poczucie wyobcowania wśród ludzi, w Roswell, nigdy jej nie przeszkadzało. Miała Parkerów, miała dwoje zwariowanych przyjaciół – Marię i Alexa… nie znali jej prawdziwej tożsamości, wiedzieli, że ma jakieś sekrety, a mimo to akceptowali sytuację. Kochała w nich to. Kochała radość życia Marii, jej gwałtowny charakter, nieśmiałość i zarazem zwariowane pomysły Alexa, jego opiekuńczość, a nawet uwielbienie dla Isabel… to wszystko składało się na nich, na ich niepowtarzalność i Nem ceniła to niezmiernie. Chociaż tak różni od niej, sprawiali, że czuła się kochana, akceptowana… czuła, że należy do tego miejsca. Niemal jak w domu. I to było bardzo dobre uczucie.

Niemal jak w domu… to samo czuła, stojąc na granicy wioski. Deszcz siąpił drobnymi kropelkami, przenikając jej ubranie od dłuższego czasu, zwilżając włosy i usuwając część zabrudzeń z twarzy. Ale tym razem uczucie nie miało w sobie nic dobrego. Przynosiło tylko koszmarne wspomnienia. Luin-he w ogniu. Piękne zielone ulice ich stolicy, Kameni, zamienione w zwęglone resztki, niemalże dosłowny symbol tego, co się stało z ich światem, z ich życiem, z ich przyszłością. Zwęglone, starte na proch. W imię czego?

W imię czego? Patrzyła z bezradnością dziecka na ciała, rzuconych z okrucieństwem i bezdusznością na krwawy stos. Nawet jej kamahski węch, niewrażliwy zazwyczaj na ziemskie zapachy, chwytał zapach rozkładającej się teraz, a niegdyś żywej, materii. Inne zmysły, kamahskie zmysły wychwytywały delikatne niuanse energii, wydobywającej się z powykręcanych w pośmiertnych maskach bólu, zdumieniu, szoku twarzy… jej głowa, niczym otwarta rana, identyfikowała szereg obrazów z nabywanych wspomnień z każdym z tych niuansów energii. Pamiętała ich ostatnie chwile, pamiętała, co robili wczoraj, pamiętała każdy cholerny skrawek ich żyć… i teraz stała nad ich nie pochowanymi ciałami, które niczym memento wołały do niej szyderczo… zachowaj nas w pamięci…

Święta fraza Kamah, symbol ich natury i przetrwania, wydawała się niczym chory, okrutny żart, niczym jakiś przeklęty obrzydliwie przerażający skręt losu. Ci ludzie jeszcze wczoraj żyli, kochali, snuli plany na przyszłość. Mieli swoje zmartwienia, ale dawali sobie radę. Teraz byli tylko wspomnieniem w jej głowie. Za kilkadziesiąt lat nie zostaną nawet ich prochy, kości, rozłożone przez naturalny cykl rozkładu. I wszystko, czym będą… będą statystykami rebelii w Nigerii, okrutnego przewrotu Jakubu… czy ktoś zatęskni za tymi ludźmi? Czy ktoś kiedykolwiek zapyta dlaczego? Nic. Nie zostanie po nich ani śladu. I nikt nawet nie wspomni, że część rebeliantów pochodziła z tej wioski… wrócili, z władzą śmierci w rękach, pieprzone dzieciaki z karabinami danymi przez wojsko, wrócili, by się zemścić, zabawić, by poznać smak krwi…

Nic, cokolwiek ani ktokolwiek nie mógłby jej już wmówić, że Ziemia jest jej domem. Że może spokojnie żyć obok rasy ludzkiej… której instynkt przetrwania i ochrony własnego gatunku zanikł tak dalece, że stawali naprzeciwko siebie, mordując siebie dla głupiej zemsty. Dla, dla… nie wiedziała nawet czego. Ani wspomnienia ofiar rzezi ani wspomnienia rebeliantów nie odpowiedziały jej na pytanie, które kłębiło się zapewne w niejednej głowie. Dlaczego.

Stłumiła gwałtowną chęć wydarcia z płuc ziemskiej atmosfery z krzyku agonii… To nie był jej świat. Kamah może i zniknął z powodu okrutnej, bezmyślnej wojny, ale żaden Kamah nie stanął nigdy wobec drugiego, by go umyślnie zamordować. Widziała już dość okrucieństw ludzi. Widziała wspomnienia wielu z czasów drugiej wojny światowej, była przy umierających ludziach, którzy pamiętali i doświadczyli pierwszej wojny i wielu innych konfliktów, o mniejszych zasięgu terytorialnym. Żadne jednak nie zostawiły takiej otwartej rany w jej głowie.

Już nie chciała schować się i uciec daleko. Jej dłonie bezskutecznie zanurzyłyby się we włosach, twarz bezskutecznie schowałaby w kolana, bezskutecznie odgrodziłaby się od wszystkiego co na zewnątrz. To tkwiło już w niej. Ta rana, jątrząca się… ludzie ranili ją, dzieląc się z nią swoimi wspomnieniami, swoją naturą. I niczym człowiek, wyrwała się z odrętwienia i ruszyła w głąb wioski, podążając za głosem Raina, sypiąc sól i zarazem w nadziei, że nie zaboli.

Zabolało.

~ * ~

„Nikt nie zrozumiał, żaden z Antarian, że Hendricks była w ciąży.” głos Soriego przenikał puste ścianki gabinetu „Myślimy, że to było koło piątego miesiąca. Nigdy się nie dowiedzieliśmy dokładnie. I żaden z dorosłych nie zrozumiał, jak przestraszona ona sama była… póki jej nie wzięli do osobnej celi… ona…” głos urwał się na chwilę „Postanowiła zabić dziecko, by nie dostało się w ich ręce. Oni tak są wychowywani… żywi czy martwi, nie dostać się w ręce wroga. Kiedy nas odbili…” przełknął ciężko „Nie mogliśmy jej znaleźć. Nigdzie. Było kilka martwych straży w jej sektorze. I… Kal znalazł ją pierwszy, ja zaraz po nim. Nigdy nie widziałem, by płakał, by jakikolwiek z dorosłych Kamahów płakał i tamtego dnia zrozumiałem dlaczego. Leżała nieprzytomna, była krew wszędzie… I dziecko, leżało w kałuży krwi. Jeszcze oddychała. Była taka malutka. Podniósł ją. Nawet… nawet nie wypełniała całej jego dłoni. Jej kończyny… nie do końca wykształcone, wszystko we krwi… Hendricks odzyskała wtedy przytomność, jakby wyczuwając, że jej dziecko wciąż żyje. Spojrzała na Kala i powiedziała: Nem.”

Brown przełknął ciężko, kładąc głowę na blacie biurka. Walczył z mdłościami i tym, co podsuwała mu wyobraźnia. Znał Kamah. Pamiętał wojnę, że z trudem przeżyli… że dzieci były chronione nade wszystko i nigdy nie spodziewał się, że jedno z nich utkwi w Nigerii. Jednakże sam prosił Soriego o wyjaśnienia i nie mógł odmówić wysłuchania ich do końca.

„Wówczas jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy, myślałem, że to imię. Ale Nem była naszym nowym głównych frachtowcem, który był w pośpiechu przebudowywany na ostatnią podróż. I Hendricks zażądała tym samym zabrania dziecka na pokład… cholera, miała do tego święte prawo. Kal zabrał dziecko, oddał je ojcu. Wrócił na Antar, by dokończyć swoją pracę. A my… Nem przeżyła, umieszczono ją w dobrym inkubatorze. Mnie także. Dzieci Kamah nie są na tyle silne, by przetrwać taką podróż same. Miałem szczęście, że byłem na tyle duży w momencie zbliżania się do Ziemi, że mogli doprowadzić do moich ponownych narodzin i w ten sposób ocalałem. Ale Nem jeszcze raz nie miała szczęścia. Statek runął do oceanu, osiadł na dnie 8 kilometrów pod powierzchnią… Kamahowie umierali na jej oczach. Jakiś czas później Kal zszedł pod wodę, szukając ciała swojej żony, Rain. Była na rezerwowej liście załogi… znalazł Nem, wciąż żywą i zabrał ją na powierzchnię. Naprawił inkubator. Nazwał Nem, która spędziła ponad pół wieku dorastając w tym. Miała zbyt wiele fizycznych uszkodzeń, ale jej pamięć i świadomość funkcjonowały doskonale. Wciąż funkcjonują.” westchnął ciężko „Kal kocha Nem nad życie. Uważa ją nie tylko za swoją córkę… za swoją powinność, wobec tych wszystkich na Kamah, którym się nie udało… Więc…” pochylił się w stronę Browna „Może mi powiesz, dlaczego mam się nie niepokoić, że Nem utkwiła w tym piekle? Ona nie pójdzie za ludźmi, za żołnierzami tym bardziej. Jest Kamahem, wchłania wspomnienia umierających ludzi. Wytrzyma najwyżej kilka dni i każdy z nas zdaje sobie z tego sprawę. I Kal o tym wie i sam dostaje świra. A szalony obcy to niebezpieczny obcy, a już zwłaszcza Kal.”

„Ja…” jęknął Brown „Wysłałem tam grupę X5.”

„Transgeniczni?” zmarszczył zaintrygowany brew „Sądzisz, że pójdzie za nimi?”

„Według zdjęć satelitarnych, tak. Nie spotkała ich jeszcze, nieprawdaż?”

„Nieee.” odpowiedział wolno „Ale jej równowaga jest bardzo chwiejna.”

„Co masz na myśli: chwiejna?” spytał przestraszony.

Sori potrząsnął głową.

„Kiedyś może ci powiem… na razie zaczekamy jeszcze dwie doby. Jeśli Nem nie nada sygnału, że wszystko w porządku, wyślemy naszą grupę.”

~ * ~

Han szemrała coś do trzęsącej się w szoku i bólu kobiety, odliczając jednocześnie w myślach każdą sekundę, która upłynęła od czasu, kiedy wezwała doktor Eliot. Ani Dave, ani Porter nie byli tutaj pożądani. Wystarczyło jej przelotne spojrzenie na zszokowane twarze Raina i Solo, kiedy odciągnęli tę bandę od kobiety i ujrzeli, co jej zrobili.

Trzymała mocno jej dłoń, palce kobiety wbijały się jej boleśnie w ramię, ale nie protestowała tego. Ona potrzebowała tego. Upływ krwi, ból, cierpienie… jeśli mogła sprawić coś, by zmniejszyć ich skalę, robiła to. Nieważne było, że nie przepadała za ludźmi, że kojarzyli jej się przeważnie z cierpieniem bliskich, morderczymi treningami i dyscypliną Manticore. Ta kobieta nie zrobił nic złego, a potraktowali ją gorzej niż zwierzę.

Usłyszała głos Dave i doktor Eliot i w następnym momencie lekarka weszła do chaty. Ułamek chwili zajęło jej przyzwyczajenie się do mroku pomieszczenia, a kiedy wzrok padł na ranną kobietę…

„Boże przenajświętszy…” zzieleniała, obejmując wzrokiem dwie ogromne rany cięte. Zamknęła oczy, najwyraźniej w wysiłku wymazani koszmarnego obrazu, ale to nie pomogło. Kolana osunęły się pod nią… i w następnej sekundzie doktor Eliot leżała bez przytomności na zakrwawionej podłodze.

„Zabierzcie ją stąd.” mruknęła Han, przygnębiona reakcją kobiety. Nie mogła jej winić, ją samą, przyzwyczajoną do potworności wojen, nawet uważała, że z czasem straciła wszelką wrażliwość, przeraziło ją to i poruszyło. Czuła nawet, że po policzku spływają jej łzy.  W tym momencie nie była żołnierzem, nie była transgeniczną, była jedynie kobietą, która mogła tylko bezradnie patrzeć na cierpienia innej kobiety. Była nawet młodsza niż ona sama. Widziała to w jej miękkich wargach, miękkości skóry, czuła w zapachu… który teraz był przesiąknięty krwią, potem rebeliantów, i czymś nieuchwytnym, co czuło się bardzo jak spalenizna.

Światło dnia zostało na ułamek sekundy zablokowane przez małą postać, która bezdźwięcznie przeszła przez próg chaty i uklękła przy rannej kobiecie. Han wstrząśnięta podniosła wzrok przez całą drobną, zmokniętą postać do poważnej twarzy, noszącej ślady krwi. Jej krwi, uświadomiła sobie w szoku. Jej oczy krwawią. Dobry Boże…

„Dave, potrzebuję morfiny.” ciemne spojrzenie Hendricks spoczęło miękko na transgenicznym lekarzu. Westchnął cicho, sięgając do odpowiedniego zapasu. W przeciwieństwie do pozostałych miał dawkę nie tylko dla siebie. Ona wiedziała o tym doskonale. Z drugiej strony… ostatnie czego tutaj chciał, to przyszła dziewczyna 494 w tym piekle… ale Rain sprowadził ją niemal instynktownie. Nie spodziewali się tego, nawet sam Rain nie wytłumaczył się ze swoich działań. Ale jakikolwiek był ich powód, Nem wydawała się być bardziej odporna niż którykolwiek z lekarzy. Nie pozwalała, by emocje powstrzymały ją od tego, co musiała zrobić. To budziło jego szacunek.

Nem popatrzyła na małą strzykawkę. Zdjęła zabezpieczenia i sprawdziła igłę. Spojrzała na Han, która bez słowa przytrzymała trzęsącą  się kobietę, by mogła zrobić zastrzyk. Po krótkiej chwili uspokoiła się. Ale Nem stała już na nogach, rozglądając się po chacie.

„Co…?” wymamrotała w zdziwieniu 855, patrząc jak dziewczyna podchodzi z wahaniem do narzuty, rozdzielającej izbę od sporego paleniska i pochyla się za nią. Słyszała jak Rain i Dave wciągają oddech w szoku, ale nie była zdolna nawet zapytać, ponieważ odpowiedzi nagle kliknęły w jej głowie.

Nem przetarła niecierpliwie krew z twarzy i pochyliła się nad tobołkiem. Nie czuła życia, chociaż drobne ciałko było ciągle ciepłe. Ostrożnie zasłoniła twarz dziecka i podniosła je, przenosząc do izby. Uklękła przy jego matce, wkładając dziecko w kołyskę jej ramion, uważając by nie naruszyć otwartych ran. Coś czułego błysnęło w ciemnych, wciąż pełnych szoku oczach kobiety. Chwilę później drgawki ustały. Serce stanęło.

Han zerwała się na równe nogi i wybiegła z chaty, łapiąc chciwie powietrze do płuc. Walczyła z mdłościami, jej wnętrzności były ściśnięte i poskręcane. Bezsilnie usiadła na błotnistej ziemi, opierając głowę o jeden ze słupów podtrzymujących dach chaty. Pozwoliła, by łzy spływały po jej twarzy na równi z kroplami deszczu. Natura płakała. Bardzo odpowiednia pogoda na te czarne dni.

Nem zamknęła powieki kobiecie. Spojrzała za Davem, który wynosił z chaty nieprzytomną Sabinę. Rain stał oparty o ścianę, patrząc się z kamienną twarzą na martwe ciała kobiety i jej dziecka.

Nagle odwrócił się i trzasnął z całej siły pięścią z ścianę, tworząc niezły wyłom.

„Jak oni mogli to zrobić?” ich uszy dobiegł słaby szept Han. Nikt nie wątpił, że jej głos był gruby od łez. Słyszeli to oboje.

„Oni tak właśnie robią. Odcinają piersi karmiącym matkom. Tak, aby nie mogły już wyżywić swoich własnych dzieci.” Nem podniosła się z klęczek, spojrzała na wyłom w ścianie, potem na Raina „Zrobiłeś dzisiaj dobrą rzecz.”

„Tak? Zabiłem cholernego dzieciaka, który kroił ją nożem!” parsknął w niewierze.

„Przyszedłeś po mnie.” spojrzała nieznacznie na ciało u jej stóp, wspomnienia iskrzące się w jej głowie „Nie wiedziała, że dziecko nie żyło.” szepnęła, wychodząc na zewnątrz „Nie wiedziała.”

Jak bumerang wróciły do niej słowa Kala. Ludzie myślą, że będą żyć wiecznie. A przynajmniej wystarczająco długo by znudziło im się żyć. W rzeczywistości nie mają pojęcia o życiu takim, że wszystko, czego pragniesz, to móc umrzeć, kiedy śmierć jest wybawieniem. My doświadczyliśmy takiego życia, ty masz wspomnienia takiego życia. Ale wierz mi. Przeżyjesz jeszcze w życiu chwile, kiedy zastanowisz się po co umierać – skoro piekło mamy już za życia.

~ * ~

Oparła głowę o słup, patrząc z oddali, jak Ralph zgina się nad niewielką kępką trawy. Była pielęgniarką, nie żołnierzem. Przywykła do ran, widoku krwi, niemiłych zapachów i cierpienia ludzi… ale prawdopodobnie nic nie przygotowało ją na ten widok… dumała Nem. Nawet scena po nieudanym odlocie.

Westchnęła, widząc 494 przemierzającego wściekle błotnistą ulicę, zdecydowanie zmierzającego w stronę Raina, usiłującego dodzwonić się do Han. Wyczuwając dowódcę, podniósł się i z rezygnacją odwrócił, przygotowując się na to, co nieuchronne.

Ale 494 zatrzymał się nagle i obrócił, dostrzegając Nem, siedzącą przy jednym ze słupów.

„Co ona tu robi?” warknął cicho. Han powachlowała dłonią, nie zwracając uwagi na jego rosnącą wściekłość.

„Rain zrobił najmądrzejszą rzecz z nas wszystkich, że ją sprowadził.” wymamrotała, przez łzy spoglądając w stronę skulonej jak zwykle młodej pani biolog „Dokonałeś bardzo dobrego wyboru, 494. Jest naprawdę… niezwykła.”

W tym samym momencie Nem podniosła głowę, jakby wyczuwając, że o niej mówią. Deszcz zmył starą krew, ale po policzku spływała nowa struga. 494 zamarł. Nem wstała, nie przejmując się chorym kolanem i powoli podreptała do nich. Niezgrabnie wskazała dłonią na wnętrze chaty.

„Wiem, że Rain złamał rozkazy, ale Sabina nie była zdolna… by zająć się sytuacją.” powiedziała cicho. 494, porwany między oślepiającą wściekłością na Raina, iż sprowadził Nem kiedy w wiosce mogli być jeszcze rebelianci a instynktowną chęcią zaciśnięcia ochronnie ramion wokół niej i nie wypuszczenia aż nie znajdą się na lotniskowcu, wybrał trzecie rozwiązanie. Powoli wszedł do chaty, z każdą sekundą uspokajając wrzący w żyłach niepokój o Nem. Nigdy nie rozumiał tego obsesyjnego, ochronnego związku, więzi, jakie panowały między dwójką związanych transgenicznych, ale akceptował je całkowicie i wiedział, że sam jest poza zasięgiem. Chociaż wielu jego podwładnych pragnęło, by się z kimś związał, nigdy nie wybrał sobie partnerki wśród X5. Nigdy nie czuł tego gwałtownego przypływu poczucia przynależności, bliskości, należenia do drugiej osoby, które przychodziło naturalnie kiedy decydowali się na kogoś. Oczywiście, dzielił to ze swoją rasą, ze swoim oddziałem, byli jednością… ale nigdy w ten sposób, aż nie pojął, że te drobne iskierki ochronności wobec Hendricks bardzo szybko zaczęły żyć własnym życiem, że instynktownie odczuwał potrzebę chronienia jej na poziomie, jaki ludzie nie potrafili sobie nawet wyobrazić… a to dopiero był początek. Gwałtowny przypływ emocji, do z pozoru zupełnie obcej osoby, mieszał go całkowicie… ponieważ tam, gdzie zaczynał się świat ludzi, był bezradny. Obowiązywały tutaj inne zasady. Zupełnie inne. Jak miałby wyjaśnić Nem, iż gdyby nie samokontrola mógłby rozszarpać Raina za sprowadzenie na Nem niebezpieczeństwa? Jeszcze panował nad terytorialnymi instynktami wobec niej… jeszcze.

Wszedł do ciemnego pomieszczenia. Jego wzrok padł natychmiast na nią, na mały tobołek spoczywający obok, wciąż otoczony ochronnie ramieniem. Jej twarz nosiła ślady bólu, szoku, ale mimo wszystko był jakiś ślad spokoju. Nie musiał już pytać, co się stało. Cofnął się odrętwiały.

„Nie wchodź tam!” dobiegł go słaby głos doktor Eliot, skierowany bez wątpienia do Portera, którego minął bez słowa.

Wielkim krokiem podszedł do grupki i bez słowa wyjaśnienia zamknął ochronnie ramiona wokół Nem. Zamarła zaskoczona, niepewna zupełnie co ma zrobić. Po kilku sekundach wahania odprężyła się nieznacznie, opierając czoło o jego pierś. Nie wiedziała, które z nich potrzebowało tego komfortu i nie zamierzyła się dowiadywać.

Ludzie spoglądali zdumieni na nich, potem w stronę chaty. Zarejestrowano bladą jak śmierć doktor Eliot, zupełnie niezdolną do działania i siedzącą na ziemi Han. Nikt nic nie powiedział. Schylili tylko głowy w milczeniu, życząc sobie nigdy się nie dowiedzieć, co się stało w tej chacie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *