Gangsta’s Love Story (2)

Ostrzeżenia: opowiadanie przeznaczone dla starszych czytelników

Część druga
Zan pochylił się, opierając czoło o chłodną gładkość ściany i pozwalając gorącej wodzie niwelować zmęczenie i napięcie. Potrzebował tych chwil wolności i właściwie wręcz bezbronności. Bycie silnym i czujnym nawet we własnym domu zaczynało go wyczerpywać i emocjonalnie i fizycznie. Utrzymywanie tej samej, pogodnej maski i pilnowanie każdego swojego oddechu, zaczynało już wcześniej kosztować go zbyt wiele. Ale łudził się, że odpocznie chociaż na urlopie…. Niestety, wstrząsające wieści o jego nienarodzonym rodzeństwie odbierały mu spokój.

Jakby nie wystarczyło, że Khivar się dowiedział o jego „mocach”. Moce w znaczeniu ludzkim nie były nadprzyrodzone. Sam ich tak nie widział, ale nowy król Antaru wciąż traktował go jak solę w oku. No jasne było, ze po obu rodzicach hybrydach nie mógł być taki jak inni ludzie… Po prostu ewolucja nigdy się nie cofała. W kategoriach ludzkich był supergeniuszem, a jego intuicja i odczuwanie nadprzyrodzonych zjawisk były naprawdę silne. Dzielił wieź z przybraną matką i byłym wicekrólem. Ale to i tak wkurzało Khivara.

Pierwszą reakcją króla na ciążę jego matki była panika. Wciąż miał przed oczami te lufy broni skierowanej w skroń Isobel. Liz załagodziła, lecąc na Antar,  by dostosować leki dla dziecka, tym samym deklarując po prostu chęć pozostania na ziemi i przy Alecu. I z początku myślał, że zdołał załagodzić Is, nie wyjawiając prawdy. Ale jego poprawiona percepcja szybko go poprawiła. Jeden jedyny malutki błąd czy działanie, które nie spodobało się jego żonie i już ją stracił. Wiedział, że poszła z tym co najmniej do jednego z braci. Kurczył mus się czas. Nie było ważne, ile dał im kasy i jakie wsparcie załatwił, dla nich liczyło się wydęcie warg Is i jej „rozpaczliwy” szloch, że coś „kombinuje na boku”. W rzeczywistości jednak uważał, że się jej po prostu znudziło, za pewnie się czuła, zarówno politycznie, emocjonalnie jak i finansowo. Ale Is nie wiedziała, że na jego widok antyariańskim obrońcom wrzała krew, że zachował tytuł królewski, prawdo do tronu, podobnie zresztą jak Liz. Nie miała pojęcia, że w ich otoczeniu jest dwudziestu zmiennokształtnych, w tym sama najnowsza kochanka jej ojca. Ale i tak nie byli bezpieczni. To było ostatnie sowo, jakiego by określił.

Avę już ostrzeżono, miała zostać wyciągnięta jeszcze dzisiejszego wieczoru. On i Liz musieli zostać jak najdłużej, musiała powiedzieć Alecowi prawdę. No i uporać się z wściekłością, smutkiem i żalem Biggsa. On i Ava byli razem zaledwie parę miesięcy. Naprawdę żałował, to mogłoby się rozwinąć w kolejny atut dla nich, w tak zwany żelazny związek. Taki jak Aleca i Liz. Tych dwoje kochało się na zabój, ale każde z nich było zbyt dumne, by do tego się przyznać przed drugim i szczerze porozmawiać. Teraz musieli.

Zakręcił wodę i owinął się ręcznikiem. Powinien był się ogolić, ale nie chciało mu się marnować cennych minut sam na sam w łazience. Za chwile wyjdzie ze swojej oazy, wrzuci na siebie letni garnitur i będzie czekał na łaskawe przybycie swojej małżonki. Czy też raczej powrót z kolejnego zakupowego szaleństwa… Rachunki Is ostatnio wzrosły tak gwałtownie, że nie nadążał ze spłatą jej limitów kart kredytowych. Najwyraźniej chciała korzystać zanim oficjalnie uznają jego śmierć i trzeba będzie dostosować się do wskazówek prawników od spadków… skrzywił się z ironią na samą myśl. Is i jej rodzinkę czeka niezła niespodzianka.

Bo prawie cały majątek, jakim dysponował, tak naprawdę należał do Liz.

~ * ~

Liz wyciągnęła się na hamaku. Bolący krzyż, mimo braku wyraźnego brzuszka, dokuczał jej niemiłosiernie. Poza tym ostatni jej skan wykazał, że dziecko po lekach rosło o wiele szybciej niż wszyscy się spodziewali. To lepiej dla maleństwa i jego przystosowania do życia na tej planecie, ale nie mogła pozbyć się niepokoju. Szybszy wzrost oznaczał, że kurczył się jej czas na powiedzenie Alecowi. Ale i tak miała wrażenie, że już dawno się skoczył. Było to tylko głupie, uporczywe wrażenie, ale nie chciała wyjść z głowy. Nawet jeśli Asha nie wiedziała. Po całym traktowaniu, jakie od niej dostawała mogła się domyślić jej poziomu prywatnej wiedzy o Alecu i ogromu zaufania, jakim się cieszyła. Kiedyś była o to naprawdę, naprawdę zazdrosna. Teraz pozostał z tego uczucia głównie strach. No i niepokój, kiedy po raz kolejny nieformalna rywalka wbije jej nóż w plecy.

Nie zapomniała lekcji, jaką od niej dostała przy pierwszym przyjęciu, które Alec wydał, będąc z nią. Teraz musiała się dodatkowo pilnować. Miała jednak pewność, że Asha nie wiedziała. Inaczej jej zachowanie byłoby diametralnie różne… Wystarczyłoby chociaż przywołać te sensacje, kiedy ta wredna małpa dowiedziała się, iż jedzie z Aleciem na jego urlop. Na twarzy Ashy odmalowała się dosłownie czysta panika, niepewność i popłoch. Ona bała się czegoś w związku z tym wyjazdem. Ale czego? Musiała się dowiedzieć.

Niestety, ogród był ogólnodostępny dla gości hotelu i czasem do jej cichego zakątka ktoś zawędrował. Częściej kobiety, lecz zdarzali się i mężczyźni. Jednym z nich był zmiennokształtny. Strażnik.

Ukłonił się niemal jakby byli co najmniej na Antarze, a ona była przyodziana w formalne szaty. Z drugiej strony to był jednak Kal, drugi obrońca, który wróci na służbę dopiero po śmierci Maxa, zachowując jednocześnie swoje ogromne, wciąż rozrastające się imperium w Los Angeles.

„Wasza wysokość…”

Westchnęła. To zwiastowało poważny problem do rozwiązania. On nigdy dotąd nie używał jej tytułu.

„Jak poważnie?”

„Wymaga osobistej interwencji.”

„Kogo dotyczy?”

„Księżniczka Ava odmawia ewakuacji… To jednak nie taki problem, po ostatniej podróży waszej Wysokości przysłano nam kolejnych lojalnych. Nie będzie problemem wzmocnienie ochrony wokół niej.”

„Ale z kimś innym…”

„Książę Zan.”

Spochmurniała.

„Znów wesoła rodzinka?”

„Tak. Nie jesteśmy już w stanie zapobiec wszystkiemu. Raport seleny zawiera za dużo informacji, które nasze siły nie były dotąd zdolne zdobyć.”

„Ile wiedzą?”

„Dowiedzieli się co najmniej o posiadłości na obrzeżach Miami…”

„To mów dom.” warknęła groźnie. „Nie Zana.”

„Nie wiedzą aż tyle.”

~ * ~

W pośpiechu odesłał całą ochronę klnąc w duchu na dumy dwojga wariatów. Kochali się, byli zazdrośni o siebie, ciągnęli za sobą demony przeszłości i jednocześnie byli tak piekielnie nieufni i dopatrywali się wzajemnie najgorszego w każdym słowie i geście. Nie wróżyło to najlepiej na przyszłość. Tym bardziej maleństwu pod sercem Liz. Po pochmurnej minie przyszłego tatusia wnioskował, że Liz jeszcze nie ogłosiła mu dobrej nowiny. I każdy kolejny dzień milczenia powodował coraz gorsze domysły, rodzące się w jego głowie. I więcej napięcia miedzy nimi. Jakby nie dość problemów nie powodowało nie spanie ze sobą tej dwójki. Od czasu małego samochodowego szaleństwa nie kochali się w ogóle. Alec chciał, żeby sama do niego przyszła. Liz zapewne myślała, że już jej nie chce i po prostu odszukał ją dla zemsty czy ‚prawa własności’. Nic, tylko walić w ścianę nad głupotą tej dwójki. Szczególnie, iż poza sprawami dotyczącymi ich związku byli naprawdę inteligentni.

Miłość ogłupia. Nawet gangstera.

Cos trzasnęło. Chyba Alec ze złości w coś walnął. Albo rzucił walizki przez pokój. Tam wszystko było możliwe. Za dużo niedomówień, zazdrości, gniewu, nieufności… Za łatwo zaś spalały się w jednym…

Lepiej jednak będzie, jak usunie wszystkich ochroniarzy, wyłączy kamery… I nade wszystko dźwięk.

Nagle coś huknęło i trzasnęło tak głośno, tak dźwięcznie, iż nie miał najmniejszych wątpliwości, iż poszła co najmniej jedna z kryształowych tafli w salonie…

Niedobrze, bardzo niedobrze…

~ * ~

Liz nie pamiętała, kiedy ostatnio była taka zmęczona. Może chyba tylko po bitwie przy Dur-Dur-Noh, która w ostateczności zaprowadziła ich do tych przeklętych negocjacji… jej organizm wyczerpany po wielotygodniowych walkach, ogromnym napięciu i odpowiedzialności ciążącej niczym młyński kamień u czyi, po prostu się załamał.

Teraz było podobnie. Nie miała siły poruszyć nawet paluszkiem. Całe jej ciało wibrowała jeszcze od awantury, kiedy dosłownie w połowie wściekłej, zjadliwej odpowiedzi Aleca po prostu wyszła. Bała się, że jeszcze minuta, a jej niekontrolowana energia rozsadzi cały hotel i pogrzebie ich żywcem. Nie chciała Aleca martwego. Ani ich dziecka. Chciała żyć.

Jednak w chwili, kiedy ponownie usiadła na hamaku, cały gniew i cała złość wyparowały, pozostawiając ogrom goryczy i wyczerpane ciało. Mogła udawać, że było dobrze, ale nie było. Nie tyle jak miała powiedzieć Alecowi, kiedy cała ich komunikacja ograniczała się do awantur. Już nawet Kal patrzył na nią podejrzliwie. Prawdziwym problemem pozostawało kiedy. Jej czas się kończył.

Być może nawet dobiegł końca, a ona jak zwykle przegapiła ten moment.

Kiedyś jeszcze wszystko mogłoby skończyć się szczęśliwie. Zanim zniknęła.

Zanim Khivar nie wmieszał w to swoich trzech groszy. Nie spodziewała się zupełnie, iż się wmieszają i zapobiegną przekazaniu jej wiadomości, którą zostawiła dla Aleca przed ‚odlotem’. I kiedy sama się o tym dowiedziała, było już dużo za późno.

Czy było także teraz? Czy wybaczyłby jej te lata, nie tyle kłamstwa, co ukrywania prawdy? Nie ważne, jak to nazwała. Nie służyło zaufaniu między nimi. I niejeden raz potrząśnie jeszcze tą resztą jakichkolwiek uczuć, jakie do niej żywił.

Na litość boską, przez cztery lata spał z antyariańska królową i tego nie zauważył!

Chociaż z drugiej strony ta wiedza do niczego nie była mu potrzebna… i bez tego był jak narkotyk. Pewny siebie, silny, dominujący, gorący, zręczny, niewyżyty… mogłaby tak wymieniać w nieskończoność, ale obawiałaby się, że jej skóra spłonie od bijącego od niej żaru…

„Wasza wysokość?”

Westchnęła, wbijając zarumienioną twarz w poduszkę. Chyba jednak powrót do ogrodu na hamak nie był dobrym wyjściem.

„Jeśli ktokolwiek poza terenem ambasady lub Antarem, nazwie mnie chociaż przez pomyłkę tak, wyślę go na sesję terapeutyczną do Nicholasa!” warknęła, nie siląc się nawet na chęć podniesienia głowy i otworzenia oczu.

„Sfrustrowana?” roześmiany głos Zana rozbrzmiał tuż przy jej uchu. Przewróciła się z powrotem na plecy.

„Hej kochanie. Nawet nie spytam, co tu robisz…”

„…kiedy powinienem nadzorować akcję zabrania Avy?” uśmiechnął się, siadając po drugiej stronie hamaku. Rozhuśtali się. Z czułością odgarnął brązowy kosmyk włosów matki. „Dzień dobry, kochanie. Może się po prostu stęskniłem?”

„W dzisiejszych czasach?” spytała z powątpiewaniem „Prędzej uwierzę, ze jesteś wierny Isobel.” Mrugnęła do niego. Ktoś podsłuchiwał. „A propos twojej kochanej żoneczki, dzisiaj zadzwonili do mnie z banku, że po raz trzeci w tym miesięcy przekroczyła limit kart kredytowych.”

Uniósł pytająco brew.

„Uświadom tej idiotce, że rodzina nie będzie sponsorować nielojalnych dziwek, tym bardziej powodujących problemy w moich czy Avy interesach.”

„To twoje ostatnie słowo?” spytał przestraszony. Nigdy by nie przypuszczał, że akcja Isobel tak zezłości Liz.

„Nie. Ale następne już nie ty usłyszysz, tylko Kal. A teraz zmykaj, zobaczymy się po kolacji.”

~ * ~

Alec usiadł na hamaku, rozhuśtowując go. Wziął do ręki książkę. Historia Żelaznego Kanclerza. Zaintrygowany spojrzał na tylną okładkę.

No tak. Kolejna historia o ludziach, którzy krwią i żelazem zmienili bieg losów milionów. Miała chyba największą na świecie bibliotekę biografii takich osób. Właściwie to myślał, że ma je wszystkie i wręcz brakowało jej materiału badawczego. Chyba tylko studiując historię innego świata mogłaby się natknąć na coś, czego nie znała o wojnach i wpływie jednostek na ich przebieg. W teorii, oczywiście.

Otworzył na pierwszej stronie i od razu rzuciła mu się w oczy dedykacja po wewnętrznej stronie okładki. Pismo niewątpliwie pisane było ręką Avy. Ale żaden z użytych znaczków nie był znanym mu alfabetem. Właściwie to jedyne podobne elementy widział w oficjalnym języku Antarian. Ale to też nie było to.

„Język ludu zza Czerwonych Wzgórz…”

Drgnął. Nie usłyszał Liz. W ogóle. Usiadła obok niego spokojnie, jakby w ogóle nie było najmniejszej awantury, jakby… nie zniknęła na całe popołudnie, aż Tobias ściągnął go ze spotkania w interesach, bo Liz ‚znów zwiała’.

Ale wróciła… uświadomił sobie nagle. Tak jak poprzednio. Mimo awantury, wróciła, chociaż najwyraźniej potrafiła wydostać się z żelaznego kordonu bezpieczeństwa.

„To jedna z najpiękniejszy krain Antaru, w czwartym, znanym wszechświecie planety.” odparła na jego pytający wzrok „Ava się tam urodziła w poprzednim życiu.”

Spojrzał na nią kompletnie osłupiały.

„Jest hybrydą, drugie pokolenie.”

„Wow.” mruknął wstrząśnięty „Królewska Czwórka?”

„Tak. Czy też raczej jej duplikaty, ponieważ pierwszy komplet był zbyt ludzki. To, co chcieli osiągnąć Antarianie. Mieli w sobie dużą dawkę swoich poprzednich obcych wcieleń, ale Ava odcina się raczej od przeszłości poza kwestiami bezpieczeństwa.”

„Dlaczego? Przy aktualnej koniunkturze politycznej… mogłaby mieć wszystko!”

„Ty też…” położyła się na hamaku „Gdybyś został w TC.”

Westchnął.

„Wiedziałem, że kiedyś spytasz… dlaczego dopiero teraz?”

„Nie pytam.” Odparła po prostu „Mówiłeś, że było wiele złego w tamtym życiu. Tak samo w Avy. W moim. Nie chcę wiedzieć.”

„Dlaczego nie?”

„Bo mam jakieś pojecie o tym, co mogę usłyszeć.” jej czy ściemniały gwałtownie „I dzisiaj dałeś mi to samo.”

To nie była jej wyobraźnia, że na jego twarzy pojawił się na ułamek chwili wyraz przygnębienia i przerażenia.

„Moja rodzina i przyjaciele…” stuknęła lekko w twardą oprawę książki „Wiesz, jak to jest, kiedy giną, ponieważ ktoś specjalny zarezerwował sobie prawo do decydowania o życiu i losach innych? Albo co się komu należy… co czuje… o czym marzy… Z tego czasu zostało mi głównie wspomnienie, kiedy inni usiłowali wymóc na mnie rzeczy, których nie chciałam. Siłą lub perswazja…” zironizowała, dając mu pojecie o ‚perswazji’. Jęknął w duchu.

„Nienawidzisz awantur.” mruknął, kładąc się ostrożnie obok niej. Nie cofnęła się. Odetchnął z ulgą.

„Nie. To były… ostatnie chwile z Maxem. Nie chcę powtórki z rozrywki.”

„Liz…”

„Myślał, że wie lepiej, co czuje, że świat stoi przede mną otworem, że powinnam z tego korzystać. Chciał mnie do tego zmusić. Efekt jest taki, że teraz wolę nawet nie wyściubiać nosa z domu… Co złego jest w tym, że lubi się własne cztery bezpieczne ściany?” wyszemrała smutno.

„Niepotrzebnie cię ze sobą zabrałem? To chcesz powiedzieć?”

Jęknęła w duchu. Teraz to się rozumieli idealnie.

„Lubiłam moje życie z tobą, Alec.”

No pięknie. Teraz sobie pomyśli Bóg wie co…

„Nie chcę tego zmieniać. Naszego układu…”

Wcisnął  nos w jej włosy. Wciąż pachniały wanilią i truskawkami. Normalnie ten zapach doprowadziłby go do szału, dzisiaj miał ochotę płakać jak małe dziecko.

„Zmiany są nieuniknione.” mruknął, myśląc o ich nienarodzonym dziecku. Będą rodzicami. Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Może dopiero tak się stanie, kiedy sama mu powie o ciąży. Do tego czasu mógł tylko udawać, że się sam nie zorientował…

„Nie lubię zmian.” powiedziała równie cicho „Zawsze przynosiły za dużo bólu.”

„Czasem są nie do uniknięcia.” powtórzył uparcie „Zwłaszcza, kiedy są potrzebne.”

„Ciekawe, komu?” spytała gorzko „Ty wyrzekłeś się rodziny, tożsamości… wszystkiego, co czyniło z ciebie transgenika i nawet dziś, wobec wszystkich się tego wyrzekasz. To były też zmiany.”

„Nie wyrzekam się.” przewrócił ją na plecy i przycisnął do materiału, pamiętając jednak doskonale, że nie może jej przydusić. Była silna, ale nie chciał krzywdzić maleństwa… ” Nie wyrzekłem się.” zgrzytnął.

„Przyjaźń z Tobiasem nazywasz rodziną?” spytała szyderczo, wiedząc, że przeciąga strunę. Wygramoliła się z hamaka. „Wracam najbliższym samolotem do Miami.” rzuciła nie oglądając się za siebie.

~ * ~

„Nie kumam tej dwójki.” Karol mruknął, nalewając sobie którąś tam z kolei filiżankę kawy. I co do cholery jest w tej małej, że szef lata za nią od tylu lat jak piesek na smyczy…” pokręcił głową zdumiony. Kilkoro innych mądrali, którzy zazwyczaj zajmowali się ochroną przesyłek, nie osób, przytaknęło mu bez wahania. To, iż pracowali u Aleca od lat, nie znaczyło jednak, że cokolwiek wiedzieli znaczącego. Tobias uśmiechnął się po prostu pod nosem. Żółtodzioby.

„Apartament posprzątany?” spytał rzeczowo.

„Jeszcze nie skończyli.”

„Ma być do ostatniego okruszka.” przypomniał im.

„E tam, McDowell nigdy nie zauważa.”

„Zauważa, kiedy coś dotyczy jego Elizabeth.” Tobias podkreślił. Pora było uciąć te ploty, zapewne wywołane przez Ashe. Biedna kobieta, zupełnie nie rozumiał, że przegrała z kretesem tak dawno. „Cztery lata temu dostał szajby na punkcie pani Elizabeth i to się tylko pogłębia. Ostatnio oczywiście jeszcze bardziej.” Dodał. Nie zaszkodziło puścić informacji, że było coś ważnego, o czym nie wiedzieli.

„Podobno uciekła od niego.”

Nic, tylko wysłać idiotów na zieloną trawkę.

„I kto tak twierdzi? Asha?” spytał obojętnie „Nic, tylko czekać aż Elizabeth się dowie, co ta rozpowiadała podczas jej leczenia, a jej głowa zawiśnie w salonie.”

„Ma taką władzę?” Karol rozdziawił buzię.

„Jesteś głupi, jeśli tego nie widzisz. Uniesienie brwi i rozwaliłby doszczętnie całą organizację. Szczęśliwie dla nas…” Tobias upił łyk i wstał „Liz nawet czasem podaje Alecowi pod nos własnych zaufanych ludzi, technologie, informacje. Rada na przyszłość. Uważajcie, co mówicie pani Elizabeth. W dniu jej powrotu sześcioro ochroniarzy znaleziono w nienajlepszym stanie rozkładu… Ich jedyną winą było przekonanie, iż Asha nadaje się lepiej na panią domu.”

„I to nie nawet McDowell się tym zajął.” ostrzegł „Elizabeth ma u nas własna ochronę. Nigdy nie wiesz, kim oni są i nawet nie próbuję tego ustalić. Lepiej dla mnie. Nie chcę skończyć z usmażonymi wnętrznościami.” Ostawił kubek na stół „Wierz Ashy i plotkom, a nigdy nie uda ci się dostać do węższego kręgu. Asha jest tu dlatego, że służy pani Elizabeth za parawan. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi dla niewtajemniczonych… Przypatrzcie się, chociaż rodzinie Metteo w najbliższym czasie.”

„Dlaczego?”

„Bo mam to złe przeczucie, że któryś z nich bardzo wkurzył panią Elizabeth.”

„Phi. Jedynym łącznikiem jest ten bogacz, Zan Valenti.”

Oczy Tobiasa ściemniały do całkowitej czerni. Prawie nieludzkiej.

„No właśnie. A kto był jego świadkiem na ślubie.”

~ * ~

Alec wolałby, żeby to był zwyczajny, szary dzień. Jakikolwiek z przeciągu tych czterech lat, jakie spędził razem z Liz. Narzekał tylekroć, iż odcina się od świata, stroni od ludzi i nie chce publicznie się z nim pokazywać, a teraz sam najchętniej zaszyły się gdzieś, gdzie ta bada wiecznie czegoś od niego chcących dupków, nie będzie miała do niego dostępu.

Ale to nie był ani szary ani spokojny dzień. Słońce Miami świeciło pięknie, odbijając swoje promienie w błękitnych wodach licznych basenów posiadłości. Tylko w jednym z nich samotna postać Avy przecinała taflę. Zatęsknił nagle za basenem, z którego korzystała zazwyczaj Liz.

Skręcił gwałtownie w boczny korytarz, ignorując Karola i Tobiasa, skierował się prosto do suteren. Nie troszcząc się o światło, odesłał ochronę, wyłączył alarmy. Chciał zostać sam.

Chłodna woda objęła w posiadanie jego ciało, ale nie uwolniła umysłu od natrętnych myśli. Liz wróciła do Miami tydzień wcześniej, jemu udało się wyrwać dzień później… drżącemu, przestraszonemu i po cichu dziękującemu za ich awanturę, która zabrała Liz z powrotem do znacznie bezpieczniejszego Miami.

Don Metteo wyruszył na wojnę. I postanowił zacząć od zmasowanego ataku na swoich wspólników i dawnych podwładnych. On był chyba na szczycie tej listy. Stracił dwa ładunki, wielu ludzi i przede wszystkim spokój ducha.

Z tej niewielkiej garstki ludzi, którzy mieli jakiekolwiek pojęcia, z kim był, Metteo jak na złość, nie tylko poznał Liz, ale też miał niewątpliwy atut w dłoni: Zana. Metteo chciał go zniszczyć, jakiż byłby łatwiejszy sposób niż prze Liz?

Od powrotu z urlopu nie było może miedzy nimi najlepiej…  nigdy by tak tego nie określił. O nie. Nadal tkwili w tym zawieszeniu, w niewypowiedzianej wrogości i podejrzliwości. Ale tak jakby… była ogromna różnica w jej zachowaniu. Była ostrożna. Coraz ostrożniejsza z każdym dniem, jakby bojąc się naruszyć ich status quo. Z hamaku odeszła zła. A kiedy wrócił do Miami, akurat spała… Następnego dnia powiedzieli sobie dzień dobry przy śniadaniu i tyle pozostało z awantury.

Zdawała sobie sprawę z problemu. Wiedziała o Metteo na wojennej ścieżce i nie pisnęła ani słowa o oszczędzaniu Zana. Był jej za to wdzięczny. Teraz każdy członek tamtej rodziny był śmiertelnym wrogiem. Nie chciał wyboru między organizacją a Liz. Wybrałby Liz, zawsze i wszędzie. Ale bez zaplecza, nie mógłby chronić Liz. Ani tym bardziej ich dziecka.

Jeśli cokolwiek o Liz mógłby powiedzieć na pewno, to, że dbała o dziecko. Przeogromnie. Na początku zaślepiony niepewnością i obawą o jej utratę, myślał, że specjalnie przed nim ukrywa… albo, co gorsza, nie chce tego dziecka. Teraz, po tygodniu oglądania jej zupełnie nowego trybu życia, był pod wrażeniem, ile zwyczajnych, codziennych poświęceń przepływało przed jego oczami i on ich wcześniej nie zauważał. Drobne szczególiki. A jakże ważne. Od wylegiwania się w łóżku co rano, wcinanie znienawidzonych surówek, po leżenie do góry brzuszkiem pośrodku basenu… Czasem, gdy patrzył na jej szarą i smutną twarz, zaczynał podejrzewać, że zwyczajnie nie wie, jak mu powiedzieć. A wojna z Metteo i jego nagłe szaleństwo na punkcie jej ochrony nie ułatwiły zapewne sytuacji. Ale to było konieczne. Nie chciał stracić Liz przez interesy. Handlował bronią, to nigdy nie było bezpieczne!

Pokonał kilka długości basenu, po czym wyszedł z wody, zgarnął swoje ubranie i powędrował mniejszymi schodami w stronę apartamentu Liz. Musiał rozładować chociaż część napięcia. Albo Liz go chciała, albo nie. Chciał, żeby się zadeklarowała i nie miał zupełnie pojęcia, jak długo jeszcze wytrzyma. Był tylko facetem…

Sypialnia była pusta, ale wypełniona jej słodkim zapachem. Musiała być tu całkiem niedawno.

Tobias wszedł, wskazawszy dłonią na mniejszy pokój, w którym trzymała większość swojej kolekcji książek.

„Śpi.” mruknął cicho. Alec westchnął nieznacznie w duchu. Liz miała niewiarygodną zdolność zasypiania w najmniej potrzebnych momentach. Wrzucił na siebie coś suchego i powędrował do biblioteczki.

Leżała skulona na fotelu, z włączonym laptopem na kolanach. Najwyraźniej zmorzyło ją zmęczenie. Ostrożnie podniósł komputer i odstawił go na bok. Ale wówczas spojrzał wręcz przypadkiem na ekran i go zatkało.

Nie znał antarskiego, ani w mowie, ani w piśmie, ale nie potrzebował tego, by wiedzieć, co czytała. Przejechał kursorem w dół strony, potem przez następne, zafascynowany obrazami uzyskanymi niewątpliwie nie przez ludzkie urządzenia medyczne. Psiakrew, usg było przy tym jak bazgroły trzylatka.

To musiała być chyba karta ciąży Liz. Albo coś takiego. Nie miał pojęcia, czy Antarianie mają nawet coś takiego.

Wyłączył laptop, podniósł Liz i skierował się w stronę swojej sypialni. Naprawdę musieli porozmawiać i nie chciał już tego odkładać. Jeśli wierzyć tym zdjęciom, to ich córeczka była już całkiem dużym dzieciątkiem.

Odchylił koce i ułożył Liz na pościeli. Powoli zdjął jej buty i rozluźnił co ciaśniejsze fragmenty garderoby. Po krótkim namyśle jednak po prostu ją rozebrał i położył się tuż obok. Dlaczego miałby przepuścić okazję, jeśli wręcz podsuwała się pod nos?

Jej skóra była miękka i ciepła. Miał ogromną ochotę posmakować jej, ale doskonale wiedział, że nie zdoła się już później pohamować. Na razie musiało mu wystarczyć niewinne leżenie z nią.

Katorga, że hej. Jej zapach, jej ciepło, wodziły go na pokuszenie. Nie był pewien, ile jeszcze zniesie. Ile wytrzyma, szczególnie w chwili, kiedy przesunęła się we śnie, wsadzając nos pod jego ramię.

„Agrrr..” wymruczał w poduszkę, ale w następnej sekundzie przewrócił Liz na plecy, wpijając usta w miękką skórę jej szyi. Hm. Smakowała czekoladą, odrobiną cytryny i truskawkami. Jęknął. Ktoś tu przekupił panią Chasey za jego plecami i próbował smakołyków na proszoną kolację, którą wydawał dziś wieczorem. W tej chwili jednak jego umysł krążył tylko i wyłącznie wokół jednej rzeczy, i jeśli będzie trzeba żadna kolacja nie dojdzie do skutku… Skubnął delikatnie płatek ucha, „Lizzz…”

„Hm…” mruknęła przez sen przysuwając się bliżej. Zaśmiał się miękko. Była ciepła, wręcz rozgrzana i pachniała zabójczo. Węszył przy jej szyi dalej, zostawiając ślad lekkich pocałunków, po których zaczęła się wić. Zaraz też poczuł jej dłoń we własnych włosach, przytrzymującą jego głowę, kiedy chciał się cofnąć, by podręczyć ją o wiele bardziej.

Chryste, była słodka z tymi zdezorientowanymi, zaspanymi oczami. Miał przeogromną ochotę po prostu docisnąć ją do materaca i drażnić spokojnymi, powolnymi liźnięciami aż zacznie się wić i błagać o litość. Dobrze wiedział, przy czym miękła jak wosk. I tym razem jej oddech był już szybki, a serce goniło jak zwariowane. Podobnie jak jego. A zaledwie ją dotknął.

Jego uśmieszek pogłębił się, kiedy przygryzła wargę, wodząc brązowym spojrzeniem po jego twarzy i niechybnie lądując na jego ustach. Przymknęła oczy, unosząc się nieznacznie. Tylko tyle potrzebował. Zabawy ciąg dalszy.

Jego usta wróciły do smakowania jej skóry. Kiedy pierwszy głód został zaspokojony, mógł tylko w duchu dziękować własnemu uporowi. Liz wcale nie była niechętna. Wręcz przeciwnie. Chociaż reagowała sennie i z wyraźnym zmęczeniem, nie miał jednak wątpliwości, że się jej podobało. Jej dłonie ledwie błądziły po jego karku, ale doprowadzała go tym do szału. Od lekkiego dotyku w tym wrażliwym miejscu całe jego ciało wręcz wibrowało, a jego ręce zaczęły niepokojąco drżeć. Oderwał się na chwilę i z transgeniczną prędkością ściągnął bluzę przez głowę. Potem został gwałtownie spowolniony przez parę zwinnych, małych rączek oplatających go w taili i niewątpliwie zmierzających w stronę zapięcia spodni. Jęknął z głęboką ulgą, kiedy chwilę później ostatnie części jego garderoby poleciały gdzieś w niewiadomym kierunku, rzucone beztroską rączką. Kochał tę kobietę.

Nie pozwoliła mu odwrócić się, dobierając się znów do jego karku. Delikatne ukąszenia wywoływały szum krwi w jego uszach i nagły przyjemny bezwład tak wcześniej napiętego ciała. Pchnęła go na brzuch, znacząc ścieżkę kręgosłupa. Fala miękkich włosów w zetknięciu z jego skórą, tylko dodawała oliwy do ognia. Zatrzymała się dopiero po dotarciu do podstawy kręgosłupa. Mała dłoń bez trudu przekręciła go na plecy, czy też on posłusznie poddawał się jej woli. Teraz mogła panować. Nie miał nic przeciwko.

Zanurzyła swój zwinny języczek w jego pępku, uśmiechając się przy gwałtownym ruchu jego bioder w odpowiedzi. Zamknął oczy, niezdolny wytrzymać tę erotyczna wizję.

Ale nagle zakończyła słodką torturę. Uniósł podejrzliwie jedną powiekę. Siedziała tuż obok niego, pochylona, zasłaniając dłonią usta.

Zerwała się gwałtownie z łóżka i pobiegła do łazienki z prędkością, do której jak dotychczas sądził, ludzie nie byli zdolni. Jak oparzony wyskoczył z łóżka i w następnej sekundzie znalazł się tuż za nią, chwytając w ostatniej sekundzie przed załamaniem się na marmurowa posadzkę. Jęknęła cicho, pochylając się gwałtownie do przodu. Na czoło wystąpił zimny pot. Drżała.

„Liz?” zapytał przestraszony i kompletnie wytrącony z równowagi. Rozpalone ciało również nie poprawiało jasności myślenia. Marzył, żeby zatopić się w gorącej, ciasnej miękkości, a nie tulić uspokajająco rozedrgane ciało.

Znów gwałtownie pochyliła się do przodu, zasłaniając usta. Przez ciało przeszły dziwne konwulsje, czuł to, trzymając ją. Przestraszony odgarnął kosmyki włosów z jej mokrej twarzy. Oczy miała zamknięte.

„Nie jadłam obiadu, więc zaraz przejdzie.” wydusiła z siebie w końcu. I nagle zrozumiał, co się działo. Miał ochotę palnąć się w łeb nad własną głupotą.

Tłumiąc uśmiech ulgi, pocałował ją delikatnie w zagłębieniu szyi. Sięgnął po papierowe ręczniki, z czułością wycierając spocone czoło swojej kobiety.

„Lepiej?” wymruczał. Bez słowa skinęła głową, zapewne dziękując w duchu dobrym duchom, iż skończyło się tylko na konwulsjach. Oparła głowę o jego ramię.

„Przepraszam.” wyszemrała.

„Za co?” spojrzał na nią zaintrygowany, usiłując zignorować własne, coraz boleśniej pulsujące pragnienie. Była chora, na litość boską… Ale ciało było nieubłagalne.

„Powinnam była ci powiedzieć.”

Skubnął płatek jej ucha. Zadrżała, więc uśmiechając się zwycięsko, kontynuował.

„Domyśliłem się sam.”

Jęknęła cichutko, kiedy jego dłoń nieznacznie trąciła spód jej piersi. Wygięła się, bez słowa prosząc o więcej. Dolegliwości pustego żołądka szybko zostały zapominane…

„Kiedy zasnęłaś w samochodzie. Twoje ciało było inne… poskładałem elementy.” wyszemrał gdzieś w okolicach jej żeber, pilnie trzymany przez jej błądzące w jego włosach i po karku paluszki. Nie wiedział, kto kogo teraz dręczy bardziej, odkładając w czasie to, co było i tak nieuniknione.

Jej zapach był jak narkotyk, odurzający, silny, wypędzający z głowy wszystkie rozsądne myśli poza jednym pragnieniem. Nie miał pojęcia, skąd znalazł w sobie siłę, by oderwać się na chwilę od tego cudownego ciała, by podnieść się i pociągnąć ją ze sobą. Ale na dotarcie do sypialni nie miał już najmniejszej ochoty. Oparł jej dłonie na toaletce, a sam stanął za nią, wodząc kciukami po tak kobiecym łuku bioder. Brązowe oczy rozszerzyły się gwałtownie, kiedy zrozumiała jego intencje.

„Lubię widzieć twoją reakcję…” skubnął znów płatek jej ucha. Wygięła się do niego, przymykając oczy z przyjemności kontaktu z jego twardym ciałem. Powiódł powoli językiem wzdłuż jej obojczyka. Mruknęła coś, niecierpliwie ocierając się o niego i sięgając po jego wędrującą tu i tam dłoń.

Zaśmiał się ochryple, zachwycony władzą nad nią. Rozchylił wilgotną miękkość, bez trudu znajdując wśród ciemnych loków wrażliwy pąk.

„Hm… jesteś tak napięta…” jęknął, gwałtownie, mocno ocierając się o jej pupę. Zabiłby, żeby być teraz w niej.

Masował kciukiem lekko, szybko, tak jak zawsze lubiła, i w sekundach był jedyną podporą jej wijącego się w podniecającym rytmie ciała. Rozchylił znów jej wargi, zbierając na palcach słodką wilgoć, by po chwili w jednym zdecydowanym ruchu pozbawić ją tchu. Pisnęła coś cichutko, naciskając jeszcze bardziej na jego dłoń. Zdecydowanie była napięta… wręcz zbyt… niczym nabrzmiała struna, która tylko prosi, by ją trącić. Och, i był więcej niż chętny by to zrobić. Lewa dłoń zostawiła jej piersi, unoszące się w szybkich, płytkich oddechach i unieruchomiła jej biodra. Ruchy prawej były aż nadto pewne, zachęcone przez jej już niekontrolowane jęki i słodki odurzający zapach. Był bezwzględny, masując, wchodząc szybkim ruchami palców, ocierając się instynktownie o miękkość jej kobiecego ciała… i obserwując w lustrze efekty swoich działań i ciesząc się nimi. Była tak napięta… gwałtowna… poddana tylko zwariowanemu pragnieniu.

„Ach…” sapnęła, dziko napierając na jego zwinne, mocne palce. Czuł, jak kolejne fale przyjemności odbierają jej jakąkolwiek kontrolę prócz instynktownej chęci przedłużenia tych słodkich tortur. Jęknął do jej ucha, kiedy zwilżyła językiem wyschnięte wargi, jednocześnie mocniej napierając na jego biodra w ostatnich spazmach.

Pocałował uspokajająco wrażliwą skórę tuż za uchem, kiedy drżała bezwładna w jego ramionach. Powoli wysunął z niej palce, jej własnymi sokami kreśląc zawiłe ślady na jej brzuchu i piersiach. Jęknęła tak głośno, kiedy trącił kciukiem brodawkę… znał ten zdesperowany dźwięk… wcale nie całe napięcie z niej spłynęło. Wszedł w nią twardym pchnięciem, zamykając oczy w uczuciu gorącego, szczelnie otaczającego go wnętrza. Wychrypiał jej imię, kiedy nawet nie czekając ani sekundy na przyzwyczajenie się, zaczęła pchać biodrami na niego, ciasna, napięta, zdesperowana, och… złapała go bezradnego, zupełnie nieprzygotowanego na słodki, ściskający wściekle, oszałamiający atak… chrząknął, mieląc gwałtownie do niej, czując jak spazmy przyjemności pozbawiają go wszystkiego prócz jej imienia na ustach. Wylał się do niej, bezradnie jęcząc jej imię i desperacko trzymając jej dziko poruszające się ciało. Aż wreszcie rytmy obu serc uspokoiły się, powoli przywracają ich do rzeczywistości.

Ziewnęła miękko, mimowolnie, wywołując tym samym pomruk jego aprobaty i bardzo szeroki, zadowolony uśmieszek na twarzy.

„Możesz spać, o ile zechcesz…”

Uniosła na moment senne powieki.

„…dla takiej pobudki mogę zasypiać do końca życia…” jęknęła, opierając głowę o jego klatkę piersiową i tłumiąc kolejne ziewnięcie „Ale wieczorem muszę być do życia….”

„Wieczorem?” zupełnie nie był w stanie myśleć.

„Zapomniałeś?” wymruczała sennie, kiedy w końcu wysunął się z niej i na miękkich kolanach zaniósł na łóżko „Wydajemy dzisiaj proszoną kolację.”

Nie dało się tego ukryć. Kochał tę kobietę.

~ * ~

Alec z ogromną chęcią wyciągnąłby się jak długi i po prostu zasnąłby. Nawet z transgeniczną wytrzymałością ledwo trzymał się na nogach. Dwa miesiące nieustannego napięcia, pompowanie adrenaliny i wreszcie poprzedni wieczór kompletnie go wykończyły. Był zmęczonym facetem, co tu dużo mówić… w środku miasta, ze swoją panią na zakupach.

O tak. Liz wyszła dobrowolnie na miasto. Z nim. Pokazała się nie tylko publicznie przy jego boku, ale w ogóle wyszła z domu. Po prostu cud. Jak zaczął się poprzedniego popołudnia, tak trwał do teraz. Nie wiedział tylko czemu lub komu go zawdzięczał. Ani tym bardziej czym przyjdzie mu zapłacić…

Siedzieli w niewielkiej kafejce przy promenadzie. Liz popijała sok – używki były zabronione, ale nie odmówiła sobie ogromnego kawałka jabłecznika. Jej zachcianki były rozbrajające. Szczególnie kiedy poddawała się im z miękkim uśmiechem na ustach i błyskiem w oku.

Wczorajszego wieczora odkrył, że w spisku uczestniczyła także kucharka. Zresztą, podejrzewał, że wiedziała jeszcze przed ucieczką Liz. To, co mówiła po wieczornej kolacji o zachciankach, wywołało u niego dziki śmiech. Ogórki kiszone, ciasto czekoladowe o północy czy dżem z zupą pomidorową mogły odejść do lamusa. Liz była o wiele oryginalniejsza. Jak zawsze. Nic nie było w niej zwyczajne. Uwielbiał każde jej szaleństwo, no dobrze… prawie każde. Nie te, które oddalały ja od niego. Potrafiła zawzięcie kłócić się z nim w sklepie o kolor ścian do dziecinnego pokoju, twierdząc, że małe dzieci rozróżniają tylko mocne, ciemne kolory. Wolał co innego mocnego…

Ale na razie czekała go dzika awantura ze strony Ashy. Czasem zapominała, że tu nie liczyły się transgeniczne więzi. Nawet specjalnie je ignorował. Tutaj liczył się efekt, nie starania. Jak za dawnych lat w Manticore. I lubił to. Było znajome, jasne. I co z tego, że ginęli ludzie albo, że czasem iście mafijne interesy w normalnych ludziach wywoływały po prostu mdłości. Ważne, żeby jego rodzina była bezpieczna.

Pocałował Liz za uchem i mrugnął do Biggsa, który stoicko pił swoją kawę.

„Dbaj o moje panie podczas mojej nieobecności.”

Liz wzniosła oczy do nieba, mamrocząc coś o męskiej zaborczości i terytorialnym instynkcie. Podniósł się z krzesła, przeszedł przez ogródek i wyszedł na promenadę. Wściekła blondynka już na niego czekała. Westchnął w duchu. Asha miała mu towarzyszyć na wczorajszej kolacji, ale Liz po prostu ją wykolegowała. I bardzo mu się to podobało. Jej miejsce było przy jego boku. I nawet jeśli inni uważali, że wymogi nieformalnych reguł wymagały damskiego towarzystwa podczas poprzedniego wieczoru, to nikt inny nie miał prawa pojawiać się zamiast Liz. Jeśli Asha uważała inaczej, to zostawała jej tylko posada przy cmentarzu. Pozycji jego Liz nie naruszy nikt.

~ * ~

Biggs z niejakim rozbawieniem obserwował całkiem rozluźnionego, pogodnego, ale najwyraźniej zmęczonego przyjaciela jak z niemal świętym spokojem znosił nagabywania szefowej swojej ochrony i bez mała jednej z najważniejszych osób w jego organizacji. Asha była świetnym żołnierzem w Manticore, ale nie bez powodu nie przydzielano jej solowych misji. Pewne rysy charakteru sprawiały bowiem, że niezmiernie często łączyła swoje życie zawodowe z osobistym. A kiedy uczucia wchodziły w grę, bardzo łatwo można było się pogubić i stracić poczucie rzeczywistości. Ashy to właśnie dolegało. Myślała, że jej transgeniczny stan daje jej jakąś przewagę w starciu z Liz. Ale po czterech latach jedyna przewagą, jaką mogła się pochwalić, była iście diabelska znajomość charakteru Aleca. To jednak oczywiście nie powstrzymało jej od snucia mrzonek iż pewnego pięknego dnia zajmie miejsce Liz. Było to równie nierealne, co gruszki rosnące na wierzbie. O ile Biggs wiedział, to Alec poprzysiągł nigdy nie związać się z innym transgenikiem.

A teraz Liz była w ciąży. Z Aleciem. Musiał przyznać, że to był nieoczekiwany zwrot wydarzeń. Wręcz żywy dowód na to, że nie była człowiekiem.

„Co uległo zmianie?” spytał znienacka. Dłoń Liz z widelczykiem pełnym ciasta zawisła w połowie drogi. I zadrżała.

„Byłam niegrzeczna.” przyznała w końcu, doskonale wiedząc, o co pytał. Przez większość czasu skakali sobie z Aleciem do oczu, to nie było tajemnicą dla niego. Tajemnicą było, za sprawą czego nagle wszystko tak się odmieniło.

„Zauważyłem.” mruknął porozumiewawczo, wywołując lekki rumieniec na jej policzkach.

„Podsłuchałam rozmowę Tobiasa z jednym z ochroniarzy.”

„I?” spytał zaintrygowany.

„I efekty widać.” mruknęła, wracając do swojego ciasta. Nie zamierzała się rozwodzić nad tym, co mówił Tobias, uważający ich za dwoje wzajemnie ogłupiałych ludzi, którzy mieli za dużo dumy i uporu by przyznawać się do czegokolwiek, licząc tylko na to, że to ta druga strona sama przyjdzie. I tak od czterech lat.

„Widać.” przytaknął „Problem jednak w tym, że ty mi nie powiesz, Alec mi nie powie…  I ja sam jestem w kropce.”

Zmarszczyła brwi. Asha dalej denerwowała przyszłego tatusia, zupełnie niepomna, że w tym momencie Alec najwyraźniej planował już pozbycie się niewygodnej blondynki. Usunięcie transgenika nie było prostą sprawą.

„Co masz na myśli?”

„Ava.” odparł po prostu „Wiem, że już po wyprowadzce z apartamentu dzwoniła do ciebie z komórki. Moi ludzie włamali się na serwer operatora.”

„Nadal nie rozumiem.” mruknęła zdumiona „Co to ma wspólnego ze mną?”

„Lubicie znikać.” spojrzał wymownie „Ava zniknęła bez słowa i mam to uczucie, że…”

Zanim skończył, Liz już wyjęła z torebki telefon komórkowy, wstukując na klawiaturze jakiś długi numer. Nie czekała długo na swojego rozmówcę.

Przysłuchiwał się obco brzmiącemu językowi. Prawdopodobnie ojczysty Liz. I może Avy. A przynajmniej tak podejrzewał.

„W tę sobotę ambasada Antaru wydaje przyjęcie z powodu zmiany ambasadora. Przyjdź na nie sam.” rzuciła, jakby rozmawiali o zupełnie obojętnej sprawie „A teraz…” pochyliła się do przodu „Czy myślisz, że Alec bardzo się wścieknie, kiedy zażądam głowy Isobel Metteo?”

~ * ~

Tobias z niejakim rozbawienie wędrował wzrokiem po ogromnym tłumie szacownych gości, zgromadzonych w ogrodach antariańskiej ambasady, na tarasie, w kilku salonach, których francuskie okna służyły aktualnie za wyjścia w stronę plaży i holu. Stary ambasador wciąż witał napływających gości. Jego młoda, przystojna twarz była tak samo życzliwa i neutralna jak siedem lat wcześniej, kiedy obejmował to stanowisko. Należał naturalnie do zmiennokształtnych, jego żona również. Jego nagłe odwołanie i mianowanie nowego ambasadora wywołały przeogromne poruszenie. Wszyscy się spodziewali, iż ponowna nominacja sprzed dwóch lat będzie aktualna jeszcze długo.

W kuluarach mówiło się, że na Ziemi przebywa antariańska była królowa, wdowa po Zanie. Mówiło się także, że Khivar wreszcie zgodził się na adaptację niektórych antariańskich technologii przez ludzi, w tym także tak długo oczekiwane technologie produkcji broni. Zwłaszcza na to wszyscy mieli chrapkę. Przez dziesięciolecia wojny domowej Antar uczynił niewiarygodne postępy na tym polu, a wszakże i wcześniej wyprzedzał Ziemię o setki lat. Spodziewano się wręcz, że na dzisiejszym przyjęciu zostanie to oficjalnie ogłoszone. Obecność wielu najznamienitszych i najbardziej się liczących handlarzy bronią na świecie, zarówno tych legalnych jak i nie, tylko podsycała plotki. Nawet don Metteo, który ostatnio ruszył na wojnę przeciwko każdej liczącej się osobie w tym stanie, odstawił na chwilę broń do kąta i stawił się z całą rodziną, włączając w to niezwykle kapryśną ostatnio, jak głosiły plotki, córeczkę Isobel. Tylko jej męża, Zana nigdzie nie było widać.

Wciąż go zadziwiało, jakim cudem ambasada Antaru zdołała zgromadzić takie towarzystwo pod jednym dachem. Nigdy wcześniej to się nie udało. Najpewniej skończyłoby się to rozlewem krwi. Ale Antar i jego technologie zbytnio przemawiały do wyobraźni i kieszeni tutaj zgromadzonych, by jakimkolwiek jawniejszym występkiem narazili kruchy pokój unoszący się nad tym szacownym tłumkiem.

Mignęła mu przed oczami jakaś zwiewna mała istotka, w której rozpoznał Avę. Dokładnie tak, jak Liz przekazała Biggsowi, pokazała się na przyjęciu. Ale bynajmniej nie jako jego osoba towarzysząca. Była ubrana w bogato zdobiony antariański strój, jakiego próżno by szukać u którejkolwiek z przybyłych na przyjęcie antariańskich kobiet. Wątpił jednak, by to ona była ową królową, nawet jeśli Alec coś tam wcześniej mruknął o jej królewskich koneksjach. Rozglądała się nerwowo w tłumie, jakby bała się własnego cienia. Tymczasem cień stał oparty o balustradę na tarasie i przyglądał się jej ze zmrużonymi oczami. Jeszcze go nie dostrzegła.

„…ogłoszą to dzisiaj?” dobiegł go strzęp rozmowy jakiejś podstarzałej pary.

„Tak, nie ma najmniejszej wątpliwości, że to koneksje Zana załatwiły ten kontrakt.” mężczyzna pokiwał głową, Tobias natychmiast ciekawie nadstawił ucha… dwójka spojrzała w stronę Zana. U jego boku wisiała Isobel z fałszywym uśmiechem, ignorowana zupełnie przez rozmawiających o czymś z ożywieniem Zana i Liz. W końcu zirytowana Metteo oderwała się od nich i ruszyła dalej korytarzem. Stłumił uczucie głębokiego niepokoju. „Ale najpierw muszą się pozbyć niechcianego elementu.” staruszek dodał znacząco.

Tobiasowi ciarki przeszły po plecach. Rozejrzał się szybko za Aleciem, ale ten właśnie znikał za załomem korytarza, którym podążała Isobel.

„Wasza Wysokość, moi drodzy Antarianie, szanowni goście…” ambasador uciszył znacząco tłum. Tobias nie miał czasu zwrócić uwagi, do jakiej Wysokości się zwracał, musiał szybko znaleźć Aleca i pozostałych. Szczęśliwie Liz wciąż pozostawała na widoku, z Zanem i nie piła niczego. Musiał ich ostrzec. „Witam serdecznie. Chciałbym dzisiaj powitać was jako gospodarz tego domu, obawiam się jednak iż ostatnie smutne okoliczności zmusiły mnie do rezygnacji ze stanowiska i przekazania go Jego Królewskiej Wysokości, Księciu Zanowi…”

Tobias odwrócił się gwałtownie, kiedy nagle wzrok wszystkich Antarian, jak i kilkudziesięciu ludzi powędrował na stojących samotnie… Liz i Zana.

„Dziś wieczór, pamiętajmy tych, których straciliśmy, dziękujmy za tych, którzy dzisiaj szczęśliwie są z nami i za tych, którzy szczęśliwie niedługo z nami będą tu stali.”

Po tłumie rozległy się szepty, zwłaszcza wśród Antarian, jakby przemowa ich byłego ambasadora zawierała jakieś ukryte przesłanie, formułę, niezrozumiałą dla ludzi. I tym razem wszystkie spojrzenia powędrowały na młodą dwójkę. Liz uśmiechała się łagodnie, z tak królewskim spokojem… Alec wrócił jakby spod ziemi, obejmując ją w pasie i coś mówiąc cicho. Skinęła zadowolona głową, Zan po prostu westchnął.

Tobias podrapał się za uchem. Co tu do diabła się działo?

I dlaczego miał to nieodparte wrażenie, że to dopiero początek, a nie koniec historii?

Koniec

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *