Gangsta’s Love Story (1)

Ostrzeżenia: lektura przeznaczona dla dla starszych czytelników

Część pierwsza
Tobias nie przepadał za swoją pracą. Nie dlatego, że była nudna, monotonna, wymagała czasu, wysiłków i mnóstwa innych poświęceń. Nie była. Nie wymagała. To, co mu w niej przeszkadzało, to niemal bezustanna przemoc. Po ponad dwudziestu latach w Manticore nie mógł niestety powiedzieć, że była mu obca. Był ofiarą i był katem. I nienawidził tego coraz bardziej.

Pracował dla Aleca prawie trzy lata. W Manticore ledwo się znali, ale oboje byli wysyłani na misje solowe i oboje byli w tym dobrzy. Po opuszczeniu TC, Alec ściągnął go do Miami, ponieważ wiedział, iż poradzi sobie z bezustannym udawaniem człowieka i chowaniem natury transgenika. Dzięki temu znalazł się poza zaklętym kręgiem polowania na nie-ludzi, był ‚względnie’ bezpieczny. Miał pracę, która wykorzystywała jego zawodowe umiejętności, nie pozwalała zardzewieć. Była coraz lepiej płatna i miała wiele pozafinansowych korzyści. Szczególnie od kiedy półtora roku temu Alec odłączył się od organizacji i pracował na własny rachunek. I coraz częściej mógł wybierać zlecenia. Przywilej bycia starym znajomym Aleca. I obecnie chyba jedynym bliższym. Alec był geniuszem, ale nawet jego umiejętności i doświadczenie wyniesione z koszmaru zwanego Manticore nie na wiele by się zdały bez harówki, układów, bezczelności, łutu szczęścia i bardzo elastycznej polityki, plus do tego sporo ukrytej niegdyś gotówki. W tym biznesie przez pierwsze lata trzeba było być absolutnie wypłacalnym, inaczej wypadało się z gry. Budowanie nazwiska i renomy w tym skostniałym światku było wyjątkowo ciężkie… ale też było prawdziwym wyzwaniem.

Niejednokrotnie zastanawiał się, co sprawiło, że jednego dnia Alec po prostu spakował manatki i odszedł bez słowa pożegnania z TC. Nie oglądając się za siebie, nie mówiąc ‚do zobaczenia’. Nic. Kompletnie nic. Nigdy nie poruszał tego tematu, nie zauważył również, by interesował się czyimkolwiek losem prócz życia Joshuy. Prócz pracy zero zainteresowań. Nawet nie balował często. Wydawało się wręcz, że dawny bawidamek z Jam Pony został na zawsze w Seattle, a odżył obojętny na wszystko 494. Kobiety w jego życiu się zdarzały, ale przez ostatni rok mógł je policzyć na palcach jednej dłoni.

Tym bardziej niezwykło było zainteresowanie, jaki pojawiło się tego wieczoru w zielonych oczach. Znał to spojrzenie. Zdecydowanie był zainteresowany. Opierał się o bar, niby obojętnie lustrując tłum… X5 byli wyszkoleni w obserwacji i czytaniu jej u innych nad wyraz dobrze.

Powiódł spojrzeniem po weselnych gościach, rozproszonych w ogrodzie. Było kilkoro wolnych kobiet, na których bez wątpienia można było zawiesić oko. Lecz żadna z nich nie miała takiej pozycji, która wymagałaby ostrożności w obserwacji.

Alec uśmiechnął się pod nosem, podnosząc do ust szklaneczkę. Niektóre zwyczaje pozostały mu po Seattle. Zauważył jego pytanie, o kogo chodzi. Po chwili ciemnozielone spojrzenie powędrowało w bok w stronę państwa młodych, a właściwie to świeżo upieczonej mężatki rozprawiającej z ożywieniem z druhną. Świadkową pana młodego.

Uniósł zaintrygowany brew. To nawet nie była kobieta. Ledwie dziecko jeszcze. Wyglądała na maksimum 17 lat. Ale oczywiście, musiała być osobą pełnoletnią, inaczej nigdy by nie została druhną Zana Harding-Valenti.

~ * ~

Zan dopił jednym haustem szampana, odstawił kieliszek na stolik i wymknął się składającym wciąż gratulacje mężczyznom. Został przyjęty do rodziny, chociaż był obcym człowiekiem, który pojawił się znikąd. Dostał rękę samej Isobel Metteo. Mieli czego gratulować.

Jego ojciec zapewne doznałby niemałego wstrząsu, gdyby wiedział jak potoczą się jego losy. Ale Zan już dawno nauczył się chwytać to, co dobre przyniósł mu los i nie zadawać pytań, czy jest godzien. Nauczył się, że miłość można znaleźć w najdziwniejszych miejscach i sytuacjach, ale czy to było ważne gdzie? Nie. Ważne, że broniłeś tego, co dobre i piękne w twoim życiu i nie pozwalałeś innym tego zniszczyć. Przykład jego ojca i Liz mówił wystarczająco wiele…

Oparł się o pień drzewa i wpatrywał się w taflę wody. Odbijała ostatnie czerwone promienie zachodzącego słońca. Ostatni raz widział podobne zjawisko, kiedy Max rozpoczynał negocjacje… i niestety kojarzyło mu się z krwawą śmiercią ojca. Miał wtedy ledwie naście lat, ale nigdy nie zapomni żałości, bólu w oczach Liz… co tam, po prostu jego mamy… Nie zrozumiał jak ojciec mógł podjąć taką decyzję, oddać się na śmierć w zamian za układ z Khivarem. Czy nie pojmował, czym była miłość? Że była ponad politykę i układy? On przecież najlepiej to pojmował… Liz nigdy nie wybaczyła ani sobie, ani jemu.

„Hej.” ramiona Isobel oplotły go w pasie. Uśmiechnął się szeroko.

„Witam, pani Valenti.”

Uśmiechnęła się również.

„Mogę cię o coś zapytać?” spytała nieśmiało.

„Oczywiście.” spojrzał na nią zaskoczony. Chyba pierwszy raz pytała czy może zadać pytanie. Isobel była z rodziny Metteo, najbardziej wpływowej mafijnej rodziny na Florydzie. Nie robiła po prostu takich rzeczy.

„O Liz…” dodała.

„Tak?”

„Hm… dlaczego przyszła sama?”

Zaczął się śmiać. Isobel chyba wyczuła jego niewiarygodne przywiązanie do Liz.

„Jeśli to subtelnie zamaskowane pytanie, czy jest stanu wolnego, to owszem, aktualnie jest. Lecz jest także bardzo wybredna. A kto pyta?”

„Nikt. Po prostu zauważyłam, że Tobias się przygląda twojej przyjaciółce, a on nigdy nie przygląda się kobietom w ten sposób, jakby liczył kłopoty, które sprawi… Myślę, że Liz zainteresowała jego szefa.”

„McDowella?” spochmurniał.

„Nie podoba ci się to?”

„Nie słyszałem, by spędził z jakąkolwiek kobietą więcej niż jedną noc… Z drugiej strony, to może i dobrze. Lata całe nie widziałem, żeby się z kimkolwiek wiązała.”

Isobel zmarszczyła brwi.

„To ile ona ma lat?”

„Jest starsza niż ja.” mruknął w jej włosy, tłumiąc śmiech „Właściwie to zmieniała moje pieluszki…”

„Bardzo zabawne.” wydęła miękko wargi „Jakiekolwiek szczegóły o Liz są zabronione? To kim ona jest? Jakimś tajnym agentem rządowym?”

Zan mimowolnie wzdrygnął się.

„Tych akurat zbytnio nienawidzi, by się stać jedną z nich…”

***

Cztery lata później

Jego żołądek podjeżdżał do gardła, zanim jeszcze odebrał telefon. Wiedział co powiedzą wyniki analizy. Cokolwiek spłonęło w tym pożarze, nie było jego Liz. Nie czuł, żeby była martwa. Wręcz przeciwnie. Czuł ją tak silnie jak nigdy wcześniej. I to wywoływało w nim wściekłość.

Co z nim było nie tak, że nie mógł zdobyć uczucia i zaufania kobiety, którą obdarzył uczuciem? Kiedy opuszczał TC, był pewien, że czekają go ognie piekielne za to, czego dopuściła się Max, ale gdy spotkał Liz, wszystko odpłynęło w dal. Każdy ból, gorycz, wyrzuty sumienia… po prostu to wszystko zniknęło. Skoro ona miała na niego taki wpływ, dlaczego on nie miał chociaż części tego na nią?

Próżno było pytać losu. Nie czuł, żeby ktoś zabił jego Liz. Wręcz przeciwnie. Czuł, że uciekła od niego, jak najdalej… I było mu z tym naprawdę źle!

Zdawał sobie sprawę, że przez ostatnie tygodnie było między nimi gorzej niż źle. Ale kochał ją i nie mógł trzymać się z dala, nawet jeśli jego serce pękało, słysząc po raz kolejny, każdej nocy tych okropnych tygodni jej zduszony płacz. Bała się jego do tego stopnia, że nawet nie odważyła się otwarcie mówić o tym, co było złe. A przecież… chciał, żeby przyszła do niego. Sama. Z własnej woli. Ale miłości nie można było wymusić. Wiedział teraz o tym doskonale… ponieważ po ponad 4 latach bycia jego ukochaną kobietą, Liz uciekła od niego…

Przez cztery lata byli kochankami, mieszkała pod jego dachem, otoczona jego troską i opieką… A jednak nie była szczęśliwa, a on nie wiedział, co z tym zrobić. Jak to naprawić. Komunikacja między nimi była niemal zerowa, szczególnie przez ostatni miesiąc. I nawet w końcu doszło do tego, iż jego dotyk budził w niej odrazę.

Gdzie popełnił błąd, czego nie zrozumiał? Może nie powinien był pozwalać jej na tę dobrowolną izolację? Osobiście miotał się miedzy wręcz prymitywnym pragnieniem posiadania jej tylko dla siebie, a z drugiej chciał pochwalić się całemu światu, że ta cudowna istota należy do niego. I nikogo innego. Ale Liz unikała chociażby wychodzenia na zakupy dla siebie. Chadzał więc samotnie nawet na biznesowe spotkania. Część jego wspólników wiedziała, że kogoś ma. Na początku ich związku starsi, bardziej wpływowi bossowie nie byli zadowoleni z faktu, iż łamał tradycję. Potem jednak docenili dziwiącą innych w jego wieku wierność i lojalność wobec jednej, nikomu bliżej nie znanej kobiety. Nie pozwalał nawet na to, by chociaż w plotkach łączono go z inną. Nie było to łatwe do osiągnięcia, ale przychylność Liz była warta poświęceń… I nawet na początku wydawało mu się, że kiedyś się powiedzie jego szalony plan. Ale z upływem miesięcy Liz zaczęła się zamykać, najpierw od świata, potem od niego… aż wreszcie nastały dwa najgorsze miesiące w jego życiu.

Nie wiedział, co było gorsze – świadomość, że im się nie układało, a on nie umiał tego naprawić czy wiedza, że uciekła od niego. Tygodnie, kiedy nocami wsłuchiwał się w jej tłumiony szloch, gdy każda jego wizyta w jej sypialni wywoływała strach w jej oczach i nerwowość, która nigdy nie znikała. Nigdy nie odważył się zapytać. I to był prawdopodobnie jego największy błąd. Powinien był zapytać. Chociaż spróbować wyjaśnić, co było nie tak. I wówczas to naprawić.

Pozostawało pytanie, czy skoro uciekła od niego, był sens szukać ją i sprowadzić znów z powrotem do Miami. Ale po cholerę szukać oparcia w logice, skoro zwiodła go wcześniej. Nie potrafił żyć bez niej, takie były fakty. Wstawał rano i na myśl kolejnym dniu żołądek skręcał się z niechęci. Wryła się mocno w jego głowę, serce, ciało. Nie umiał z niej zrezygnować.

~ * ~

Pierwszą osobą, której złożył wizytę, był Zan Valenti. Prywatną wizytę. Przez ostatnie cztery lata Valenti udowodnił swój geniusz w pomnażaniu własnego i żony majątku, ale nie chciał mieszać się w sprawy i interesy rodziny. O mało co nie skończyło się to jego likwidacją, ale Zanowi szczęście sprzyjało. Zanim doszczętnie wkurzył swojego teścia, rodzina Metteo miała problemy z nowymi handlarzami, usiłującymi wejść na ich rynek. To zajęło na chwilkę don Metteo. Ale kiedy wojna o utrzymanie wpływów się skończyła, zawziął się na Zana… i dopiero wówczas odkrył, jak bogatego zięcia ma. Całkowicie legalnie, bez ryzyka narażania życia swojego czy żony. Niesamowite w rodzinie Metteo.

Zan nie tylko otaczał żonę luksusem i poważaniem, ale i z roku na rok stawał się coraz bogatszy. Mógł w każdej chwili upłynnić majątek, nie oglądając się na żadną firmę, wspólników czy czyjekolwiek zdanie. Metteo zaś był tym ograniczony, podejrzewał po cichu, że w którymś momencie Zan pożyczył mu dużą sumę, stając się w dosyć nieoczekiwany sposób zabezpieczeniem rodzinnych interesów na przyszłość.

Zan był jedyną osobą, z którą Liz utrzymywała kontakt przez te lata. Prócz Avy, która pojawiła się kilka miesięcy temu. Ale i tak wiadomość o odejściu Liz była dla niego prawdziwym wstrząsem i wywołała czyste przerażenie w oczach Valentiego. Ten ślad był spalony. Liz musiała doskonale zdawać sobie sprawę, że do niego uda się po pierwsze z poszukiwaniami.

Mijały tygodnie i cichaczem prowadzone poszukiwania nie dały żadnego efektu. Czuł, jak coraz bardziej ogarnia go panika i desperacja. Nie potrafił znaleźć Liz. Gdzie i kto ją ukrył?

To była zasługa i szczęście Tobiasa. Przypadkiem zobaczył ją na lotnisku w Seattle, rozmawiającą z jakąś drobno zbudowaną blondyneczką. Po zdobyciu nagrań okazało się, że to Ava. Ava, narzeczona Biggsa, który również mieszkał w Miami, od jakiegoś roku. Więc udał się do nich… wszystko potoczyło się nadzwyczaj gładko. Ava nie wiedziała o ucieczce. Tylko wspominała o powrocie ‚z podróży’ i że będzie odpoczywać przez kilka tygodni w Seattle. Nawet dała mu adres.

~ * ~

Obserwował jej miękkie ruchy, kiedy wchodziła po schodach na taras. Chłonął każdy szczegół jej sylwetki, każdą, nawet najmniejszą zmianę. A zmiany od kiedy ostatni raz ją widział, były naprawdę wstrząsające. Nic dziwnego, że Ava wspominała o ‚odpoczynku’.

Zawsze była szczupłą, drobną osobą, lecz teraz brak wagi był zdecydowanie nadmierny. Była blada, a pod oczami czaiły się ciemne cienie. I znów nosiła okulary zamiast soczewek. Młodzieżowy strój – dżinsy i polarowa bluza, tylko powiększały wrażenie wyczerpanego kłębka nerwów. Duża torba zakupów zasłaniała część jej prawego ramienia, dobitnie podkreślając jak drobna była.

Nie powinna nosić ciężkich rzeczy. Nie w takim stanie! Nie przy jej posturze. Wolał, by zachowała siły na coś innego.

Otworzyła kluczem drzwi tarasu i weszła do wnętrza apartamentu, ziewając nieznacznie. Nie zapaliła światła, tylko powędrowała prosto do kuchni. Nuciła coś pod nosem.

Liz nigdy nie nuciła.

Ruszył za nią w ciemności i bezszelestnie.

Postawiła torbę na blacie kuchni, ruszając od razu w stronę lodówki. Snop światła zza chromowanych drzwiczek na chwilę rozjaśnił pomieszczenie, szybkie zerknięcie na zawartość powiedziało mu wyraźnie, że przynajmniej chciała poprawić swoje zdrowie.

W milczeniu obserwował, jak nalewa sobie mleka, potem wyciąga zapiekankę w żaroodpornym naczyniu… otwiera piekarnik…

…i nagle drgnęła, odwróciła się gwałtownie w jego stronę. Mimo swojej transgenicznej szybkości nie wiedział, które zareagowało szybciej. On strzelił, ona uchyliła się niewiarygodnie zwinnie chowając się za podstawą wyspy na środku kuchni.

Wymiana strzałki usypiającej zajmowała może z 3 sekundy, ale to był czas potrzebny mu do otrząśnięcia się z szoku na widok totalnego przerażenia i strachu na jej twarzy. Chyba nie potrzebował odpowiedzi, dlaczego od niego uciekła.

Westchnął. Po pierwsze, nie trafił. Chybił. Nie zdarzało mu się to często. Podszedł do piekarnika i podniósł strzałkę.

„Gdybym chciała spać, położyłabym się do łóżka, Alec…” głos Liz spływał sarkazmem „Czego chcesz?”

„To chyba oczywiste.” odbił pałeczkę „Ciebie z powrotem w łóżku.”

„Zakładam, że w twoim?” spytała sucho.

„Liz, Liz…” pokręcił głową „Nie zamierzam cię tam zaciągać siłą.”

„Zabawne, jeszcze przed chwilą chciałeś mnie narkotyzować.”

„Jeśli obiecam, że cię nie uśpię, nie uciekniesz?”

Milczała przez dłuższą chwilę.

„Ilu ludzi masz ze sobą?”

„Tylko sześciu. Są na zewnątrz.” ostrożnie obszedł wyspę. Siedziała oparta o dębowe ścianki, na jej kolanach spoczywała broń, palec miała na spuście. Nigdy nie widział takiego modelu, ale srebrne V na kolbie mówiło wyraźnie, jakiej jest produkcji. Przyklęknął przy niej. „W mieszkaniu nie ma nikogo prócz nas.”

Westchnęła nieznacznie, chowając broń do kurteczki.

„Moje opcje?” spytała cicho.

„Możesz wrócić ze mną do Miami… albo będziesz stawiać opór i próbować ucieczki. Nie widzę innych.”

W końcu spojrzała na niego. Jej źrenice były ogromne. Od strachu i zmęczenia. Czekoladowy brąz przemienił się w głęboką czerń.

„Nie o to pytałam…” zdusiła własne obawy. Musiała wiedzieć. Od tego zależało nie tylko jej życie.

„Nie potrafiłbym skrzywdzić cię z premedytacją.”

Jej spojrzenie ściemniało jeszcze bardziej. Odwróciła głowę.

„A zresztą… i tak nie mam wyboru.” mruknęła pod nosem „W moim stanie, nie wiedząc kto i gdzie czai się na zewnątrz…” wzdrygnęła się „Dlaczego nie dałeś sobie spokoju, Alec? To ponad dwa miesiące.”

„Nie potrafię…” położył broń na podłodze. Ostrożnie zdjął jej czapkę z głowy. Mocno ściśnięte włosy idealnie przylegały na swoim miejscu, tworząc koronę. Splatała warkocze. Wracała do tego, co było przed.
„Nie zrezygnuję z ciebie, Liz.” wymruczał, powoli wyciągając z jej włosów każdą wstążkę i spinkę, jaką znalazł, a potem cierpliwie rozplątując ciemną masę. Przez chwilę jeszcze cieszył się tą jedwabistą przyjemnością. Zawsze lubił bawić się jej włosami.

Usiadł obok niej, opierając plecy o dębowe ścianki wyspy. Nie było to najwygodniejsze siedzenie, ale Liz przynajmniej była przy jego boku.

„Wróć do mnie.”

W jej oczach zobaczył tym razem zaskoczenie.

„Prosisz mnie?” spytała zdumiona „W sytuacji, gdy siłą i tak osiągniesz ten sam skutek?”

„Nie. Nie ten sam.” westchnął. To nigdy nie byłoby to samo. Mogła zniknąć na dwa miesiące, ale to nie znaczyło, że przestał pragnąć, by sama przyszła do niego. Z własnej, nieprzymuszonej woli.

„Nie jestem ideałem. Egoistyczny, okrutny, arogancki… ale wciąż nie podoba mi się, że ode mnie uciekłaś.”

Westchnęła, przekręciła ciało, opierając głowę i tułów na jego piersi.

„Tak lepiej?”

Chrząknął z aprobatą, natychmiast zamykając ramiona wokół jej drobnego ciała.

„Znacznie, znacznie lepiej…”

~ * ~

Tobias żył już parę latek na tym świecie, z czego ponad 4 znał Elizabeth Parker. 4 lata uważał, że takiej drugiej kobiety nie ma we wszechświecie. Prawie trzy lata spędził osobiście ochraniając tę drobną osóbkę. Był częściej przy niej niż Alec kiedykolwiek był zdolny chociaż w marzeniach i w cholerę lepiej pojmował jej rozumowanie i uczucia. Coś, w czym Alec był dosłownie kaleką. Ludzie zwykli mawiać, że miłość oślepia i w tym szczególnym przypadku dwojga swoich najlepszych przyjaciół był gotów zgodzić się ze starą mądrością.

Jego twarz była życzliwą maską, kiedy przy zaskoczonych sapaniach innych ludzi McDowella obserwował zejście najbardziej poszukiwanej na planecie kobiety ostatnich dwóch miesięcy.

Prawdopodobnie gdyby spotkał ją przypadkiem na ulicy, nie rozpoznałby jej zupełnie. Schudła straszliwie, nawet rysy jej twarzy uległy przez to częściowej zmianie. Sylwetka, chociaż nabrała niepotrzebnej smukłości, wydawała się promieniować siłą woli. Bo to, co zostało z i tak drobnej wcześniej postaci, mógłby zdmuchnąć byle wietrzyk…

Usłużnie otworzył drzwi samochodu. Mrugnął do niej, gdy wsiadała. Nie zareagowała wcale. Uch, niedobrze to wróżyło. Jemu, Alecowi i wszystkim innym.

Wsiadł za kierownicę i po minucie już zmierzali w stronę niewielkiego prywatnego lotniska. Mimo upływu lat, woleli nie ryzykować wystawienia przez coś tak głupiego jak kamery termiczne. Ludzie wciąż chcieli kontrolować ruchy transgeników, nawet jeśli od wojny minęło sporo czasu…

Liz podczas jazdy nie reagowała zupełnie na nic. Siedziała jak przylepiona do tylnego siedzenia, bardzo ciemne oczy utkwiła za oknem, jakby chciała zapamiętać wolny świat, nasycić się nim, póki mogła. Osobiście nie podobało mu się to, jak Alec traktował Liz, ale też wolał się nie wtrącać za bardzo. To było ich życie, nie jego. Jeśli Alec w porę nie pojmie jak bardzo i skutecznie popełnione błędy oddaliły Liz od niego, może ją stracić już na zawsze. Nie nawet przez ucieczkę, bo pewnego dnia sam wówczas musiałby pozwolić jej odejść, sparaliżowany przez nienawiść, jaką do niego by żywiła.

„Liz?” zaniepokojony głos Aleca przedarł się przez ciszę kabiny pasażerskiej.

Żadnej odpowiedzi. Ostrożnie podniósł dłoń i dotknął jej podbródka. Od podłogi w kuchni nie dotknęli się i teraz po tygodniach posuchy uczucie jej miękkiej skóry wysłało całą krew w jedno, uporczywie dające o sobie znać miejsce. Westchnął, zorientowawszy się jak zimny mimo klimatyzacji jest jej policzek. Liz nie była zmęczona czy nie dbało o siebie. Była chora i ta choroba wysysała z niej resztkę sił.

Ponowne spotkanie, ucieczka przed jego strzałem i nagły zwrot aka powrót do Miami z nim, były dla niej prawdopodobnie zbyt silnym obciążeniem. Odpiął jej pas.

„Jedź wolniej!” warknął do Tobiasa. Nie chciał, by po tych wszystkich tygodniach, gdy wracała z nim dobrowolnie, przez brak głupich pasów i brawurową jazdę jego transgenicznego kierowcy, stracił ją znów. Myśl była nie do zniesienia.

Tobias przezornie powstrzymał chęć wytknięcia języka nadopiekuńczemu wobec swojej narzeczonej szefowi. Wszyscy wokół zawsze skakali i wiedzieli, jakie są jego priorytety w życiu. Elizabeth po pierwsze, a całą resztę może licho trafić i nawet by nie zauważył… Z jednej strony to było fantastyczne i niezmiernie praktyczne dla nich, że miał takiego fioła na punkcie jednej kobiety i to w dodatku całe lata. Oszczędzało to wszelkich problemów z romansami i ewentualnymi chętnymi zainteresowanymi nie zawartością, ale tom, co było pod łóżkiem. Właściwie to było to ogromne odciążenie. Nawet opracowali do perfekcji odganianie natrętnych panienek na przyjęciach w szerszym gronie. Stali współpracownicy przyzwyczaili się, że facet nie chce nawet towarzystwa przy służbowym obiedzie. Ot, kolejne dziwactwo geniusza zbrodni.

Z westchnieniem podniósł ściankę rozdzielającą pasażerów mercedesa od kierowcy. Nie zamierzał jej likwidować aż po same lotnisko. Alec był nabuzowany adrenaliną i niepokojem o Liz, zaś sama Liz zdecydowanie potrzebowała jakichś kolorków na ślicznej buzi. I potrzebowali chwili sam na sam. Sytuacja niewątpliwie wymagała rozładowania napięcia i pełniejszej rozmowy niż zazwyczaj podzielali nocami w Miami…

~ * ~

Jej skóra pachniała truskawkami i wanilią. To zawsze wydawało mu się niezwykłe, ten zapach towarzyszył mu zawsze i wszędzie. Był odbity na jego skórze, na jego ciele, każdy innych transgenika spotykając go po raz pierwszy wiedział, że należy do kogoś o tym zapachu. Do Liz. Należał do niej jak niewolnik. Był uzależniony od niej. Od jej słodkiego uśmiechu, spojrzenia w jej oczach, kiedy leżeli w jej sypialni, nie będąc w stanie nawet ruszyć paluszkiem, przekomarzania się z Tobiasem, wytykania języka do Ashy, kiedy ta nie patrzyła… Tęsknił nawet za tabasco w jedzeniu, za smakiem czekolady na jej języku, za stosem płyt Sheryl Crow porozrzucanych przy odtwarzaczu, za gapieniem się na nocne niebo każdego wrześniowego dnia…

Był jak szczeniak tęskniący za swoją panią. Ale jakkolwiek głupim określeniem by to nazwał, po prostu należał do niej. On, stworzony w próbówce morderca, ojciec zamordowanych dzieci, mężczyzna bez uczuć i sumienia, zakochał się i oddał w ręce tej drobnej kobietki, która teraz spoczywała w jego, niczym duch czy zjawa.

Nie należała do niego. Cokolwiek się złego z nią działo, nie odczuwała najmniejszej potrzeby szukania pomocy, pociechy u niego. Wręcz przeciwnie. Ukrywała to, aż wreszcie uciekła od niego.

Przesunęła się nieznacznie w jego objęciach. Chociaż jej oczy były otwarte, rytm jej oddechu i bicie serca mówiły, że śpi.

Uśmiechnął się nagle pod nosem wyczuwając słaby zapach podniecenia. Jeśli chciała, by uznali ją za przytomną… to dlaczego nie?

Sięgnął do schowka po koc, którym niezmiernie starannie ją okrył. Potem metodycznie zaczął usuwać przeszkadzające drobiazgi. Zegarek, spinki do mankietów, oporny zamek jej dżinsów, paskudną kurtkę, buty… Wszystko wylądowało na sąsiednim siedzeniu jego najnowszej limuzyny.

Schylił się i delikatnie dotknął językiem oliwkowej skóry w zagłębieniu jej ramienia. Słony smak był nieco inny niż miał utrwalone w pamięci, ale wciąż ciśnienie krwi gwałtownie skakało w górę. Może nawet szybciej niż przedtem. Dwa miesiące bez niej były torturą. Każda samotna noc, gdy jedyne co mógł, to wyobrazić sobie jej drobne dłonie wędrujące po ciele, słodki jęk w uchu czy rozchylające się w przyjemności piękne nogi. Jęknął wprost przy jej ciepłej skórze. Przysunęła się bliżej we śnie.

Zsunął dłonie na jej biodra, gładząc łagodny, kobiecy luk. Nie przepadał za blond-barbie z modelowymi wymiarami, wolał drobne, ciepłe ciało Liz. Sam sposób, w jaki się poruszała, doprowadzał go do białej gorączki. Jak przechylała głowę, a włosy kaskadą odsłaniały smukłą, nagą szyję… Jak potrafiła uśmiechnąć się tak, że wrzał w środku… i desperacko chciał zerwać z niej ubranie i dostać się do pachnącej truskawkami i wanilią miękkości.

Szczęśliwie, tym razem okrywał ją jedynie koc. Ułożył jej głowę w zagłębieniu własnego ramienia, ciesząc się uczuciem jej ciepła i coraz intensywniejszym zapachem. Nigdy nie rozmawiał z Liz o swoim transgenicznym stanie, a ona też do niego nie nawiązywała, po prostu przyjmując każdą odmienność od ludzi tak, na ile była w stanie. Czasem nie była, mimo doskonałej kondycji i po prostu zasypiała wyczerpana. Uwielbiał te chwile, kiedy zmęczenie było jego sprzymierzeńcem. Leżała naga, bezbronna w swoim niewinnym śnie, zdana tylko i wyłącznie na jego intencje, na jego łaskę. Nie byłby facetem, gdyby mu się to nie podobało. Bardzo.

Teraz także tylko jego wola była reżyserem tej chwili. Obawiał się jedynie, że to długo nie potrwa, że zwyczajnie natura i pragnienie przejmą kontrolę. A w tej chwili, po tych dwóch koszmarnych miesiącach, chciał być tym jednym jedynym panującym nad sytuacją.

Ostrożnie powiódł dłońmi wzdłuż jej nagich ramion, wywołując atak gęsiej skórki. Mruknęła coś przez sen, przesuwając się nieznacznie. Bliżej, bliżej niego. Jęknął, kiedy samochód podskoczył na jakimś wyboju, a ciepłe ciało Liz gwałtownie, zmysłowo otarło się o niego. Niecierpliwie zrzucił z siebie marynarkę, trzymając ją jednocześnie przy sobie.

Ułożył ją delikatnie na siedzeniu, z głową wciąż wtuloną w jego ramię. Ostrożnie odchylił koc, ciesząc się miękkimi, kobiecymi krzywymi. Powiódł palcem po niewielkiej bliźnie tuż nad biodrem. Zadrżała z przyjemności. Nie mówiła, skąd ją ma, ale zazwyczaj nie znosiła dotyku tam. Liz naprawdę spała.

Zaśmiał się cicho. Nie tego się spodziewał, o nie.

Zsunął dłoń na nieznaczną wypukłość podbrzusza, kreśląc tam niewielkie kółka, potem po prostu gładząc. Wbrew pragnieniu, wcale nie zamierzał się spieszyć, chciał się cieszyć władzą nad tą drobną osóbką, która przez ostatnie dwa miesiące dobitnie pokazała mu swoją nad nim.

Musnął kciukiem zarys jej bioder, wcięcie w talii. Zawsze go zachwycała ta linia, jej ruch. Nawet teraz, leżąc bezbronna w coraz mniej niewinnym śnie, poddana władzy jego rąk, była zniewalająca. Poruszyła się znów we śnie, jakby gdzieś w objęciach Morfeusza poczuła jego dotyk i zechciała więcej. Kim był, by nie zastosować się do życzeń?

~ * ~

Sapnęła mimowolnie, dusząc jęk przyjemności w ramieniu Aleca. Jednocześnie otworzyła oczy, nie do końca wierząc w realność swojej pobudki.

Jej wzrok musiał chyba wyrażać to, co jego dłonie wyprawiały z jej ciałem, bo ten przeklęty uśmieszek nagle rozświetlił jego twarz, nadając jej na chwilę wyraz wręcz chłopięcej niewinności.

„Ykhm…” jęknęła nie wiadomo co, kiedy jego zwinne palce znów się poruszyły.

„Tak?” wymruczał tuż przy jej uchu, przygryzając lekko płatek ucha, by potem uśmierzyć wrażliwe miejsce językiem. Znów poruszy palcami, drażniąc, wabiąc, ciesząc się jedwabistą wilgotnością. „Podoba ci się?” kontynuował. Jeśli gwałtowne poruszenie biodrami i zmiana rytmu z powolnego, leniwego rozbudzenia jej była jakąś odpowiedzią, to podobało się jej niezmiernie.

Oparła głowę o jego ramie, dusząc w nim jęki przychodzące z każdym drgnięciem jego palców. Ale to było za mało. Drobne dłonie powędrowały do guzików koszuli, niemal wyrywając ją ze spodni. Szybko jej dłonie i język zaczęły badać jego własne opanowanie, burząc nieugięty rytm, jakim ją poddawał. Nie miał jednak o co się martwić. Sama domagała się jego uwagi.

Nie wiedział nawet kiedy jego koszula powędrowała na stos innych rzeczy. Sprawy za szybko wymykały się z czyjejkolwiek kontroli. Nagle bowiem jej dłonie znów dotykały jego, badając, pieszcząc aksamitną skórę, wywołując zwariowane napięcie w całym ciele. W sekundzie cisnął ją na siedzenie, pozbywając się reszty ubrania.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *