Freak Nation (37)

37.

Dorywam Biggsa i Cece nad ranem. Śpią razem przytuleni ciasno do siebie. To przyjemne widzieć twarz mojego brata tak spokojną, rozluźnioną. Jeszcze przyjemniej jest obserwować, jak jego twarz rozjaśnia się, kiedy Cece jest w pobliżu. Jakimś cudem czuję się wtedy sama szczęśliwa i spokojna. Nie wiem, może to jakiś dziwny rodzaj więzi między bliźniętami, ale naprawdę wiem, kiedy są razem i nie ma to nic wspólnego ze zdolnością wyczuwania X-serii. To jak ciepłe uczucie, opatulające serce. Zanurzam się czasem w nim, ale naprawdę nic więcej się nie dowiaduję. I nie chcę.

W gruncie rzeczy na tym się kończy nasze „bliźniactwo”. Oczywiście identyczne geny odzywają się nader często – nigdy nie spieramy się co do wyboru jedzonka, rytmu dnia, rzeczy, które robimy razem czy umiejętności – ale poza tym w naszej relacji „bliźniactwo” nie odgrywa roli. Biggs zdecydowanie traktuje mnie jak młodszą siostrę. Dużo młodszą, muszę przyznać. Już nawet nie policzę, ile razy łapałam groźne spojrzenia Biggsa, rzucane w kierunku X5, chociażby ciekawych mnie czy powodu, dlaczego mieszkamy razem. Diabelnie wróży to mojemu życiu osobistemu.

Oczywiście mogę podejrzewać, że „więź” działa także w drugą stronę. Wyczuł, że podoba mi się Alec, że pozwalam, by jego niewinny uśmieszek na mnie działał. Jego „zasada” skutecznie lub też nie postawiła temu tamę.

Więc wcale mnie nie dziwi, że Biggs nagle otwiera oczy i widzę, że się uśmiecha.

„Hej.” szepcze. Cece wciąż śpi słodko. Mój szajbnięty braciszek musiał ją nieźle zmęczyć. Ech, moje myśli idą w zupełnie niewłaściwym kierunku. To w końcu mój brat. Nie chcę wiedzieć o niczym, co tyczy się poniżej jego pasa. Nawet jeśli czasem dociera do mnie coś, co nie powinno dotrzeć. Nie umiem tego unikać, nie z transgenicznym słuchem czy węchem – jak to się niedawno stało. „Coś nie tak?”

Potrząsam głową, dając jemu znak, by wstał. Pięć minut później siedzę w dużym pokoju na ladzie i wymachując nogami, przysłuchuję się szybkiej wymianie zdań między Cody’m a Biggsem. Cody ma dzisiaj „patrol”, co w naszym języku znaczy po prostu patrolowanie ulic Seattle i wynajdywanie miejsc, w których agenci umieścili kamery termiczne, będące naszym prawdziwym utrapieniem. Informacja idzie wówczas do centrali. Przy okazji pomagamy wychodzić z kłopotów poprawionym genetycznie, którzy przybywają do Seattle do Terminal City albo po prostu tym, którzy żyją na zewnątrz i czasem zdarza im się mieć jakieś kłopoty.

A propos kamer termicznych… Normalnie, po poprawionym genetycznie widać, kim jest. Tylko serie X wyglądają ludzko i sprawialiśmy wiele kłopotów White’owi i jego ludziom. Ale jakiś kretyn wynalazł, że mamy wyższą temperaturę ciała i doniósł o tym agencji. Więc White zamówił te cudeńka techniki, które wyłapują nas z tłumu. Przybywa ich z każdym tygodniem. Biggs już zaczął planować szczegółowo, kiedy i jak zniszczyć jak najwięcej egzemplarzy. Niestety, „po pracy” nie trzymają ich w jednym miejscu, ale w kilku, w dodatku obstawionych kilkoma działającymi. No, ale nawet to jest do obejścia.

I właśnie na dzisiaj, na środek dnia jest planowana pierwsza większa akcja. Co mnie osobiście cieszy. Wreszcie będę mogła od czasu do czasu wyjść bez większej obstawy. Lubię Terminal City, ale w ciągu kilku ostatnich dni moje myślenie znowu obróciło się o 180 stopni. Nie chcę natykać się więcej na Aleca. A w Terminal City jest to diabelnie częste, zbyt częste, jak dla moich nerwów. Miejscem jego działania jest centrala, w końcu to on odpowiada za akcje na mieście i ściąganie poprawionych genetycznie z ulic. Centrala, miejsce, gdzie ja jestem bardzo często, czy tego chcę, czy nie. To właśnie tam trzyma się większość broni, w której mnie szkoli Cody. Tak więc myślę, że kiedy spora część tych przeklętych kamer zostanie usunięta na jakiś czas, Biggs trochę zwolni w swojej nadopiekuńczości.

Ale oczywiście, nie dlatego obudziłam brata o czwartej nad ranem.

Czekam cierpliwie, aż faceci skończą swoją burzliwą debatę. Kłócą się o jakieś nowe przydziały; nie słucham ich – ćwiczę ignorowanie kakofonii dźwięków docierający do moich uszu. Ale wówczas Cece wychodzi z sypialni Biggsa, w co najmniej niekompletnym stroju, zupełnie nieprzytomna. Oczy Cody’ego niemal wypadają z orbit. Chyba nie wiedział.

„Co się dzieje?” mamrocze. Zadziwiające. Ostatnio Cece nie zachowuje się wcale jak X5, bardziej jak zwykła, ludzka istota ze słabościami. I z jakiegoś powodu mojemu bratu to się bardzo podoba – czuję to. Odgarniam włosy za ucho. Dlaczego ja się tym w ogóle przejmuję? Są razem szczęśliwi, więc nie powinnam się tym martwić. Jedyne, czym powinnam się martwić, to coraz silniejsza i efektywniejsza „więź”. Psiakrew, miło mieć brata, nawet tak nadopiekuńczego, ale nie chcę wiedzieć, nie chcę czuć, kiedy jest szczęśliwy, a już zwłaszcza nie chcę czuć, jak jest szczęśliwy będąc z Cece. To przyprawia mnie o ból głowy. Tylko czekać, jak więź się zacieśni i pojęcie prywatności stanie się dla nas obce.

Zeskakuję z lady i ruszam do drzwi wyjściowych.

„Gdzie idziesz?”

Nawet nie kłopoczę się zatrzymać.

„Na zewnątrz.”

~ * ~ * ~ * ~

Nie idę do centrali. Nie chcę natknąć się na Aleca, nie chcę być tam także w czasie, kiedy będą przeprowadzać akcję. Nie chcę nikogo rozpraszać, ani czuć się jak piąte koło u wozu. Chryste, Alec ostatnio zbyt dał mi to do zrozumienia.

Siadam na brzegu dachu i patrzę się, jak miasto powoli budzi się do życia. Wygląda spokojnie, spowite cieniami nocy, zalane księżycową poświatą i światłem nielicznych ognisk, rozpalonych przez bezdomnych. Miejsce tak inne, tak odległe od Roswell, że mogłoby znajdować się w zupełnie innych świecie.

To jest inny świat. Tylko mieszkańcy ci sami. Ludzie.

Zamykam oczy, obejmując się ramionami. Słyszę kroki za mną. I paradoksalnie, odkąd nie czuję, jaka to seria, wiem, kto to.

„Przyszłam tu by być sama.” mówię obojętnie. Alec wzrusza ramionami i odwraca się. Mogę słyszeć szelest jego kurtki. Mogę słyszeć dźwięk jego butów uderzających o powierzchnię dachu. Dziwnie być tak bardzo świadomym otoczenia.

„Proszę bardzo. Przyszedłem się tylko upewnić, że pamiętasz o swoim dzisiejszym przydziale.”

„O czym?”

„Jedziesz dzisiaj ze mną.”

Drapię się po głowie. O czym on mówi?

Alec łapie moje zdumione spojrzenie i w jego zielonych oczach ukazuje się błysk zaskoczenia.

„Nie wiesz?”

Potrząsam głową. Ostatnio wydaję się najmniej poinformowanym mieszkańcem centralnej bazy poprawionych genetycznie.

„Cody rozpisał wieczorem na nowo grupy. Troje z planowanych ma poważne ataki. Nie dadzą rady.”

„To prawie połowa z planowanego zespołu.” mamroczę „Kogo wstawił zamiast?”

„Mnie, ciebie i Rox.”

Chyba się przesłyszałam. Albo też o to właśnie się kłócili niedawno. Też sobie wybrałam porę na treningi słuchu. Odwracam się z niedowierzaniem. Na ustach Aleca jest niewinny uśmieszek. Mam ochotę scałować go.

O czym ja do diabła myślę?

„Biggs nie dostał świra?” upewniam się, że dobrze go zrozumiałam.

„Dostał.” śmieje się „Ale Cody stwierdził, że to pierwsza taka akcja i Biggs doskonale wie, że zaskoczenie daje nam dużą przewagę. Faceci z agencji nie mieli jeszcze okazji przeżyć zaplanowanego ataku X-serii.”

„Więc jaki jest plan?” pytam się, już czując w kościach, że mi się nie spodoba.

~ * ~ * ~ * ~

Dobry plan to podstawa. Zawsze trzeba mieć plan. I zawsze trzeba mieć plan awaryjny. A nawet awaryjny plan planu awaryjnego. Bo wszystko może spaść na łeb na szyję albo jakiś głupi szczegół okaże się niedopracowany i ktoś za to zapłaci.

W tym przypadku ja i Alec.

Nie wiem, kto odpowiadał za kamery, nie znam jego imienia, tylko opis – 613. I właśnie mój nadopiekuńczy braciszek się na niego wydziera na całą centralę, a ja walczę z pokusą zasłonięcia moich uszu jak małe dziecko chowające się przed złem tego świata. Alec siedzi obok mnie, popija colę, a Cece kończy opatrywać mu ramię.

W życiu nie przypuszczałam, że jestem szybsza od 494. Ale tak to wyszło. Mój czas reakcji był znacznie szybszy i dzięki temu nie wisimy teraz na jakiejś bramie. Nie wiedziałam nawet, iż jedna nie wyłączona kamera może tak pokrzyżować plany. Ale to właśnie był ten drobny szczególik, który zaważył na wszystkim. Zamiast mieć czyste pole, stanęliśmy oko w oko z szóstką uzbrojonych po zęby gości. Alec szedł za mną tunelem i jakimś cudem nie dostrzegł ich, mimo, że to niby on widzi w ciemnościach. Szczęście, że mam doskonały słuch. Dźwięk zapadki w moich uszach brzmi jak wystrzał. Więc Alec został tylko draśnięty. Ale wówczas wszystko się posypało. Cztery zespoły i każdy miał zrobić coś innego, co innego było celem. My odpowiadaliśmy za zdobycz.

Cody stwierdził ku ogólnej wesołości, że Alec jest świetny w polowaniu – stąd jego przydział. Nie powiem, że ja czy Biggs czuliśmy się rozbawieni, jak wszyscy wokoło. W Biggsie coś się zatrzęsło, ale jego twarz była spokojna. Diabelnie, więź staje się coraz silniejsza… i nawet Biggs zdaje sobie sprawę z tego faktu. Oboje nie wiemy, co z tym fantem zrobić.

I wiem dobrze, że zgodził się na mój udział w akcji tylko z dwóch powodów. Po pierwsze, znałam każdy szczególik planowanej akcji – pomagałam ją układać w ramach nauki. Po drugie, to, czym miał się zająć Alec było praktycznie najbezpieczniejsze. Wyciągnąć stamtąd jak najwięcej broni i zapasów, ile tylko zdoła. Blue Lady mi świadkiem, że naprawdę potrzebujemy uzbrojenia. A to, że mój przydział okazał się najmniej miły, to już inna sprawa. I teraz Biggs wyładowuje swoją frustrację na 613. W gruncie rzeczy żal mi chłopaka, ale wiem też, że jeśli Biggs nie wyżyje się teraz, to potem wszystko spadnie na mnie. Więc wolę siedzieć cicho.

Alec wstaje, mówiąc, że na niego już czas i pogania Biggsa. Muszą wrócić na czas do Jam Pony. Teoretycznie rozwożą teraz kilka przesyłek, oczywiście „wysłanych” przez nas, aby zapewnić im alibi. Biedny Normal, nie ma pojęcia, że jego ukochana firma jest centralą podziemia tak znienawidzonych przez niego poprawionych genetycznie.

Ale wówczas zdarza się coś dziwnego. Nagle czuję się, jakby ktoś wyłączył mój słuch. Wszelkie dźwięki przestają do mnie docierać. Trwa to ledwie ułamek chwili, ale jest po prostu niesamowite. Potrząsam głową.

„Maleństwo?” łapię uważny wzrok Aleca „W porządku?”

„Tylko się zamyśliłam.” mówię, rzucając ostrzegawcze spojrzenie w kierunku akurat odwróconego Biggsa. 494 kiwa głową i opuszcza budynek.

Wychodzę także z centrali i idę do domu. Roztrzęsiona kładę się na łóżku. Nie akcja wprawiła mnie w ten stan. Oprócz momentu, kiedy usłyszałam zapadkę, było całkiem fajnie. Adrenalina krąży w żyłach, a ty jesteś zupełnie spokojny, masz czysty umysł i wiesz dokładnie, co masz robić. Chyba to polubię.

Co u licha dzieje się z moim ciałem?

Dotąd mogłam zaprzeczać, że dzieje się coś złego. Zaprzeczenie jest błogosławieństwem. Tylko kiedy rzeczywistość rzuca ci kolejne dowody w twarz, przestaje to być tak fajne. Zaczyna być paskudnie.

Coś niewłaściwego dzieje się w moim ciele. Czuję to, czułam to chyba od czasu ostatniego okresu godowego. Minął ponad tydzień. Przeżyłam najcięższy atak epilepsji u X5, w dodatku w połączeniu z koszmarem na jawie. Chryste, ja przestałam oddychać! Gdyby nie Alec, prawdopodobnie nie żyłabym już. A potem… potem niby wszystko wydawało się w porządku. Ale za każdy razem, kiedy zasypiam, moje sny pełne są dręczących koszmarów, z których nawet Biggs wyciąga mnie z prawdziwym trudem. Więc śpię tak mało, jak tylko to możliwe. Nie odbija się to oczywiście na mojej kondycji, X5 mają w sobie wystarczająco wiele genów od kuzyna rekina, by coś takiego mogło mieć miejsce. Tylko, że strach zaczyna krążyć w mojej krwi. Genetycy coś zepsuli we mnie. I nie ma już Manticore ani jego laboratoriów, by można to naprawić.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *