Freak Nation (epilog)

Epilog

Podnoszę się, łapiąc gwałtownie powietrze. Zamglone spojrzenie omiata nieznany pokój. Dziwnie otępiałe zmysły rejestrują otoczenie jako nieduży, zupełnie obcy pokój.

I ten zapach… marszczę z niechęcią nos. Jak w szpitalu. I moja głowa… dziwnie lekka. Dotykam. Psiakrew, moje włosy są krótkie! Ledwie sięgają ramion.

Przecieram oczy, ale zamglenie nie cofa się. Zirytowana, nie dbając, czy ktoś mnie ogląda, rozszerzam szybko źrenice.

Ostrość kolorów i szczegółów wbija się niczym sztylet do mojego mózgu. Nie zamykam jednak oczu, zmuszając je do przyzwyczajenia się i zaakceptowania nowej wizji.

Przeszukuję moją głowę w poszukiwaniu jakichś informacji, jak się tutaj znalazłam, ale mój umysł nie mówi mi niczego.

Psiakrew, co ze mną się dzieje? Ostatnie, co pamiętam, to oczy Aleca, jego gorące ciało przy mnie, usta i ręce odwzajemniające każdy mój dotyk…

Gdzie jest Alec?

Sięgam do moich zdolności, ale czuję jedynie walący ból i niesamowity szum, zupełnie jak na początku odkrywania moich zdolności. Skupiam się. Trochę lepiej. Wyczuwam gdzieś niedaleko niebezpieczeństwo, ale uczucie jest bardzo niewyraźne. Nie jestem w stanie powiedzieć, kto to ani ilu poprawionych genetycznie jest w pobliżu.

Biggs?

Cisza. Ale czuję, że gdzieś tam jest. Uspokajam się powoli.

Wzdycham. Pewnie kilkoro X5 się nieźle na mnie wściekło i zbili mnie na kwaśne jabłko w centrali. Wyciągam przed sobą ręce, rozciągając mięśnie i ścięgna. Całe moje ciało jest zdrętwiałe, jakbym leżała tu kawałek czasu.

Rozglądam się po pokoju. Z całą pewnością nie jestem w Harbor Lights, gdzie leżałam podczas gwałtownych ataków progerii. Psiakrew, otoczenie wcale nie wygląda na jakikolwiek szpital w Seattle.

Pokój jest pozbawiony jakichkolwiek ozdób, za wyjątkiem samotnego kaktusa w doniczce na parapecie. Nie ma lustra, nie ma niczego prócz koniecznego wyposażenia medycznego, samotnej szafki i pojedynczego krzesła przy łóżku. Dotykam mojego karku, skóra gdzie nie tak dawno wypalałam przed świętami mój kod kreskowy jest gładka, nie ma śladu charakterystycznej wrażliwości po działalności lasera. Och, psiakrew.

Rozglądam się szybko jeszcze raz. Zwlekam się z łóżka, prostując nogi. Niedobrze. Jestem tak słaba. Przekręcam zamek drzwi, podchodzę do szafy i otwieram ją.

Nie poznaję rzeczy w nich, ale znajduję kosmetyczkę z wbudowanym lusterkiem. Na wewnętrznych drzwiczkach szafy także wisi niewielkie lusterko. Odwracam się, odgarniam krótkie włosy. Sprawdzam. Czarny kod kreskowy wyraźnie odcina się na skórze.

I dzień zaczął się tak wspaniale.

Słuch wyłapuje kroki na korytarzu. Szybko odblokowuję drzwi i czmycham do łóżka. Do pokoju wchodzi pielęgniarka i niemal podskakuje na widok moich otwartych oczu.

„Uch… dzień dobry.” mówi słabo, podchodząc do łóżka. Kiwam głową.

„Będzie dobry, kiedy dowiem się, dlaczego tu leżę, gdzie i jak długo.” mamroczę. Kobieta uśmiecha się życzliwie, sprawdzając stan urządzeń.

„Zaraz zawołam lekarza, wszystko pani wyjaśni. Ale najpierw kilka pytań dla kontroli. Nazwisko i dzisiejsza data?”

„Elizabeth Amy Parker. Nie wiem, którego dzisiaj mamy. Nie wiem, ile tu leżę. Biorąc pod uwagę, że czuję się jak po przejechaniu przez walec drogowy i że nagle widzę o wiele lepiej niż przed, równie dobrze rok 2000 mógł już minąć.” warczę. Pielęgniarka na chwilę rozszerza oczy w szoku. Pełne pięć sekund zajmuje jej otrząśnięcie się i oczyszczenie gardła, sugerującego, że nie należę do najgrzeczniejszych pacjentów.

„Zawołam lekarza.” mówi i pośpiesznie wychodzi z pokoju.

Biggs skomentowałby: blondynki! I odkąd moje doświadczenia z blond paniami również nie należą do najciekawszych, popieram go teraz w pełni. Na szczęście ta pani ma na tyle rozumu, że już po sześciu minutach i trzynastu sekundach, do mojego pokoju wchodzi dwóch lekarzy. Rejestruję eleganckie koszule i spodnie od drogich garniturów pod śnieżnobiałymi lekarskimi fartuchami. Gdzie ja do diabła trafiłam? Ten młodszy rozpoczyna rozmowę.

„Dzień dobry, panno Parker. Jestem doktor Samuelson, a to profesor McLachlan.”

To już wiem, ich identyfikatory to mi powiedziały. Plus, że McLachlan jest chirurgiem okulistą, Samuelson neorochirurgiem. Wow, nic dziwnego, że boli mnie głowa. Musieli w niej namieszać.

„To pan zoperował moje oczy?” zwracam się do starszego z retorycznym pytaniem. Zaskoczenie miga w jego szarych oczach.

„Właściwie to naprawiliśmy wspólnie z kolegą drobne uszkodzenie nerwu wzrokowego.”

Kiwam głową. Jakkolwiek. Laser z Psy Ops musiał nieźle wypalić moją głowę. To jego specyfika.

„Jest pani w szpitalu w Roswell od ponad dwóch miesięcy.”

Dwa miesiące. Roswell. Niedobrze. I dlaczego nie ma tutaj Aleca albo kogoś innego od nas? Nie pozwalam jednak, by niepokój odzwierciedlił się w języku mojego ciała. Jestem żołnierzem, na litość boską.

„Doznała pani poważnego urazu głowy, stan był poważny. Musieliśmy operować.”

Marszczę brwi. Coś mi się tu nie zgadza. Podejrzenie wkrada się do mojego serca, ale z wysiłkiem odpycham je. To nie może być prawda.

„Odłamki kości były niebezpiecznie blisko pani nerwu wzrokowego i dlatego tę część operacji prowadził profesor McLachlan. Przy okazji naprawiono poprzednią szkodę, najwyraźniej zaniedbaną przy poprzednim urazie.”

Taaa. Jasne. Ponad pół roku zajęło lekarzom przywrócenie mojego wzroku po feralnej ostatniej wizycie w Manticore. Komórki macierzyste musiały zregenerować przez te lata uszkodzony fragment nerwu… wow, nie wiedziałam, że nerwy też mogą być w ten sposób odbudowane. Brawa dla naszych twórców. Nic dziwnego, że tyle miliardów kosztowała produkcja serii X5.

„Dlaczego tutaj trafiłam?”

Nie umyka mi wymiana spojrzeń.

„Jak wiele pani pamięta z ostatniej sierpniowej nocy? Kiedy wyszła pani z domu i wracała?”

Co? Spacer w…?

Nagłe zrozumienie wbija się do mojej głowy. To nie może być prawda. Nie może.

„Nie wiem… Siedziałam w parku i postanowiłam wracać do domu. Było późno. Moi rodzice są tolerancyjni…” słuch rejestruje szybką zmianę rytmu serca Samuelsona „…ale nie sądziłam, by zaaprobowali samotne eskapady na miasto. Co się stało podczas powrotu?”

„Świadkowie mówią, że wybuch rzucił panią na witrynę sklepową mimo odległości kilkudziesięciu metrów… to była mocna bomba. Ogień częściowo spalił pani ubranie, włosy i osmolił trochę skórę…”

„To Crashdown, prawda? Crashdown wybuchło?” pytam się nerwowo, pamiętając tamtą feralną noc… O Chryste, to jakiś popieprzony koszmar. To nie może być prawda. „Co z moimi rodzicami?”

Lekarze podzielają smutne spojrzenie.

„Przykro nam. Oboje zginęli na miejscu.”

„Byli jacyś inni poszkodowani?”

„Nie… sąsiednie budynki były na szczęście pawilonami handlowymi.”

Zamykam oczy. To jakiś koszmar. Koszmar. To nie może być prawda!

„Ok.” mamroczę „Kto płaci za moje leczenie?”

„Słucham?” Samuelson najwyraźniej nie takiego pytania się spodziewał.

„Nie byłam ubezpieczona.” wyjaśniam cierpliwie „Operacja, dwumiesięczny pobyt w szpitalu…”

„Pieniądze za pani leczenie pochodzą z rachunku bankowego pani Parker. Bank poszedł na rękę i do czasu sądowego zatwierdzenia spadku przez panią, koszty pani leczenia są obciążane na rachunek pani Parker.”

Kiwam głową. Nancy miała dużo pieniędzy, nawet tutaj, w Roswell. Ot tak sobie mogła mi dać setki tysięcy dolarów.

Ale to było w moim śnie, nie w rzeczywistości.

„Którego dzisiaj mamy?”

„Dwudziesty ósmy października.”

„Mogę wstać?”

„Najpierw kilka pytań, zbadamy panią… pospieszne wstanie z łóżka może naprawdę zaszkodzić.”

Co ty powiesz….

Godzinę później lub trochę dłużej mogę nareszcie wstać. Pozwolono mi nawet przebrać się w nowe ubranie, ale za to tak czy siak muszę ganiać z kroplówką na wieszaczku. Wspaniale, doprawdy.

Przez godzinę miałam czas, by przemyśleć kilka spraw. Czy to możliwe, że to, co pamiętam, czuję, naprawę było tylko snem? Na samą myśl o tym nogi uginają się same pode mną. Więc zdecydowałam, że muszę znaleźć jakichś dowód. I teraz czas nadszedł na działanie.

O kroplówkę się nie martwiłam. Cokolwiek to było, i tak mój organizm powinien to zneutralizować. Szybki metabolizm, całkowita odporność i takie tam rzeczy. Sami wiecie. Więc odhaczyłam woreczek, schowałam go razem z kabelkiem do kieszeni i wkradłam się do chwilowo pustego pokoju pielęgniarek i dorwałam się do komputera.

Nic. Zero niezwykłości w moich zapisach. Krew, wygląd organów (nie, że X5 różnią się „na oko” od ludzi, ale pewne struktury powinny obudzić podejrzenia u każdego doświadczonego lekarza), prześwietlenia, historia choroby… nic niezwykłego… chociaż… patrzę jeszcze raz na wyniki. Nie ta grupa krwi, która widnieje w aktach mojego domowego lekarza. I kilka innych, drobnych różnic.

Wciągam głęboko powietrze, by uspokoić szaleńczo bijące serce. Ktoś przykrył mój błąd. Błąd wylądowania w publicznym szpitalu, nieprzytomną przez dwa miesiące. Wróg czy sojusznik? {{{{{{Żć, żyję jeszcze. Ale jeśli ktoś pozamieniał moje wyniki, to znaczy, że wie, co widnieje w mojej krwi. I wie już z pewnością o mojej odporności. Zarówno wróg, jak i sojusznik, mógłby chcieć mi pomóc, a potem uderzyć.

Wymykam się stamtąd, zanim ktoś mnie zauważa. Pozwalają mi na trochę swobody. Dla nich wydaje się niesamowite, że obudziłam się po dwóch miesiącach śpiączki i jestem w tak doskonałym stanie, ale nie dla mnie. I od kiedy właśnie dowiedziałam się, że moi rodzice nie żyją, pozwolili mi na chwilkę samotności. Mogę wyjść nawet do ogrodu, przynajmniej po obietnicy ze strony Samuelsona, że zawiadomił już mojego „opiekuna” (kimkolwiek on jest) i przyjaciół.

Październikowe popołudniowe słońce Nowego Meksyku świeci mocno, kiedy siadam na jakimś murku w ogrodzie. Wszystko jest takie nierealne, kiedy patrzę wokół. Ludzie wydają się odlegli, zarówno pacjenci, jak i personel. Wszystko we mnie krzyczy, żebym uciekała stąd. Ale nie mogę. Patrzę w zafascynowanym milczeniu z oddali, jak na parkingu zatrzymuje się czerwona jeta. Z samochodu wyskakuje podekscytowana Maria, a za nią wytacza się pochmurny Michael i zastanawiająco powściągliwy Alex. Kilka sekund później na parkingu zatrzymuje się dżip Evansów. Wszyscy spieszą do głównego wejścia. Nagle jednak Alex, który szedł na końcu pochodu, zwalnia swój równy krok i obraca się, najwyraźniej wyczuwając moją obserwację. I uśmiecha się uspokajająco, przebierając palcami po nodze.

Normalny człowiek nie dostrzegłby mnie z takiej odległości, w dodatku częściowo zasłonięta zielenią. Ale nie jest to problemem dla X5 z teleskopowym wzrokiem… albo kosmity.

Odwzajemniam uśmiech, kiedy ruch jego palców łapie moją uwagę. Morse. Alfabet Morse’a. Chryste, kto tego jeszcze używa?

Surinah i Jeff bezpieczni. Poza Roswell.

Kiwam głową i odwracam wzrok. Widzę pielęgniarkę, szalejącą w moją stronę. Ignorując ją, zamykam oczy i wystawiam twarz do słońca. Może to jednak nie jest koszmar. I przypominają mi się moje własne słowa i wpatrzone we mnie zielone oczy…

Przeszłabym to wszystko dziesięć razy, byleby tylko móc spotkać jego ponownie. Wniósł do mojego życia nadzieję. Nadzieję, że potrafię czuć. Nadzieję, że sami kształtujemy swoją przyszłość. Chociaż wciąż boję się tego, co przyniesie przyszłość, co przyniesie rok 2014, nie obawiam się jej. Jest w niej także nadzieja. Dzięki niemu.

I szeroki uśmiech gości w końcu na mojej twarzy.

The End, w życiu na Ziemi udział wzięli…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *