Freak Nation (9)

9.

Kiedy docieramy do Crashdown, niebo nad nami jest ciemne. Chmury wiszą nisko nad ziemią i wieje mało przyjemny wiatr. Pozwalam więc wprowadzić Alecowi jego motor do garażu. To samo robi z maszyną Max, mamrocząc przy tym coś o nadziei, że go nie usmaży na wolnym ogniu za dotykanie jej dziecinki. Najwyraźniej oboje kochają szybką jazdę, jak tylko Kyle.

Pół godziny później siedzimy w kuchni we trójkę: ja, Alec i Max. Jak dotąd mam już niezłe pojęcie o Alecu i niewielkie pojęcie o Max. Wiem jedynie tyle, że mimo miejsca z którego pochodzi, ma dobre serce. Przecież zabrała mnie z ulicy, nie wiedząc jeszcze, kim jestem. To dziwny zbieg okoliczności, ale biorąc pod uwagę fakt, iż mój wieczorny spacer był  a b s o l u t n i e  niezaplanowany, Max również nie mogła zaplanować „uratowania” mnie. Co najmniej tak myślę. Pomoc wczorajszej nocy daje jej więc duży kredyt u mnie. Plus, ona jest mutantem. Nie mogę nie być ciekawa, dlaczego mnie odnaleźli. Rozumiem, że to ma związek z moją podobno-cudowną-odpornością. Opcja, że znaleźli mnie, by pomóc, odrzucam od razu. Po pierwsze, nie mogli wiedzieć, że nie znam mojego pochodzenia. Po drugie, nie uderza mnie jakoś ich bezinteresowność. Owszem, są lojalni wobec innych X5, ale ja nie jestem X5. Oni przyjechali tutaj w określonym celu. Z kilku słyszanych wczesnej zdań domyślam się, że to Max, a nie Alec, ma jakąś sprawę.

„Więc… nie jesteś przerażona przynależnością do Freak Nation, chcącej przejąć władzę i panowanie nad światem?” Alec w końcu rozpoczyna rozmowę, z tym swoim firmowym uśmieszkiem na twarzy. Po kilkunastu godzinach znajomości bez trudu mogę sobie wyobrazić, że to po prostu jego sposób na życie. Plus, on ogląda za dużo telewizji. Ale być może w Manticore tego nie miał i teraz nadrabia? Więc po prostu decyduję się zbyć to żartem.

„To raczej dogodne dla mnie, nieprawdaż?” podnoszę brew w wyzwaniu. Alec i Max budzą we mnie tę dawno zapomnianą Liz, która nabierała naiwnych turystów na „zdjęcie” kosmity. „Należeć do FN, kiedy już to zrobicie?”

Max patrzy groźnie – swoją drogą, ona jest wiecznie nachmurzona i wiecznie patrzy groźnie – i tylko wzdycham. Koniec żartów. Wiadomość odebrana.

„Nie, to mnie nie przeraża.” starannie dobieram słowa. Przez ostatnie godziny przeżyłam prawdziwą karuzelę myśli i uczuć. Nie chcę, by teraz jeden mój niewłaściwy ruch, niewłaściwie słowo spowodowały kolejną. Wystarczy, że ja i Max mamy połamane serca, a mój świat nagle znowu fiknął koziołka. Nie jestem  córką moich rodziców. Wciąż to do mnie ciężko dociera. „Nie wiem… może to dlatego, że tak naprawdę nie mam pojęcia o mutantach. Wszystko, co wiem, pochodzi od was albo od ma… Nancy.” gapię się na własne dłonie, czując, iż z mojej głowy ulatuje większość pytań, które chciałam zadać, pozostawiając po prostu pustkę i zmieszanie. Więc po prostu milczę, czując się niezmiernie głupio.

„Nie masz żadnych wątpliwości? Nie każdy po prostu przyjąłby to… no nie wiem. Nawet nie wydawałaś się tym przestraszona. Po prostu uwierzyłaś od razu, na słowo.”

Uświadamiam sobie, że ma rację. Nawet zanim mama wyskoczyła ze swoimi rewelacjami… po prostu przyjęłam, że są FN. To wcale nie musiało być takim logicznym wnioskiem. Moja reakcja musiała ich zaskoczyć. Szczególnie po tym, co zrobiono X5 – 532. Co najgorsze, sama nie znam odpowiedzi.

„Nie wiem.”

„A może… boisz się? Może jest coś, o czym nie chcesz powiedzieć?”

Moje serce zwalnia rytm. Przysięgam. Czy oni wiedzą o obcych? Strach chwyta mnie za gardło. Nic nie mogę poradzić na to. Wiem, że oni są uciekinierami i ukrywają się przed rządem, podobnie jak hybrydy. Ale oni są żołnierzami, zostali szkoleni, by wytropić i zabić wroga. Robi mi się niedobrze.

„Co masz na myśli?” pytam z pozoru spokojnie.

„Może wcześniej sama coś zauważyłaś. Wiemy od Nancy, że kryła wszystkie twoje badania kontrolne, wizyty u lekarza… ale może nie wszystko się powiodło?”

Potrząsam stanowczo głową, oburzona i jednocześnie z ogromną ulgą. Najprawdopodobniej oni nic nie wiedzą. To tylko moja paranoja.

„Nie ma co ukrywać, nawet podczas wpadki. Na lekcji biologii widziałam moje komórki pod mikroskopem. Wyglądają zwyczajnie.”

„No dobrze.” Max mówi łagodząco „O nic cię nie oskarżamy. W przeciwieństwie do ciebie wiemy dość dużo o Manticore. Trudno nam uwierzyć, że kłopotali się z  twoim ludzkim wyglądem! Masz tak bezcenny układ immunologiczny, że po prostu nie ma opcji, by wypuścili cię poza ściśle strzeżone laboratoria.”

„Może to przypadek?” jęczę z przerażeniem. Zamknięta do końca życia w laboratorium, tak jak przewidywałam. Nie poznałabym nigdy Maxa…

„W Manticore nie znają tego słowa.” Max jest sceptyczna. Alec przychodzi z pomocą.

„Stop… stop.. Liz ze strachu już zamieniła się w trzęsącą galaretkę.”

„Dzięki!” mamroczę. Ale jego komentarz nie sprawił, że czuję się lepiej czy wychodzę z umysłowej pustki. Może dlatego, że nie chcę myśleć, tylko zwinąć się na łóżku i obudzić rano, stwierdzając, że to był tylko chory koszmar.

„Może tylko ona nie wie, że coś jest niezwykłe.”

W spojrzeniu Max jest niedowierzanie, ale ustępuje po chwili. Podejrzewam, że znaczące spojrzenie, jakie posłał jej Alec nie pozostało bez wpływu na to.

„Ok. Tylko ostrzegam, że niektóre pytania mogą być osobiste.”

Wzdycham. Tak czy siak wolałabym dowiedzieć się, czego mogę się spodziewać. Więc zgadzam się i włączam ekspres do kawy, odkąd czuję, że to będzie długa rozmowa.

~ * ~* ~ * ~

Max i ja siedzimy na kanapie, a Alec na fotelu. Oboje X5 patrzą się na mnie uważnie. Czuję się, jakbym miała co najmniej trzy głowy i kły niczym tygrys szablozębny. Maleńka próba, jak ludzie traktują mutantów. Przełykam trochę wciąż gorącej kawy. Dłonie mam tak mocno zaciśnięte na kubku, że zachodzi poważna obawa, czy zaraz nie pęknie. Ale próbuję tu być rozsądna i logiczna, więc chyba mogę poświęcić jeden kubek.

„Od czego zaczniemy?” pytam nerwowo odgarniając włosy z ramion. Odkąd mój kok poszedł w diabły i nie ma tu Maxa, wracam do mojej zwykłej fryzury. To w jakiś sposób pomagało czuć się pewnie. Niestety, kiedy tyko usiedliśmy w salonie, moja pewność siebie wyparowała.

„Może zanim zbzikujesz zupełnie, wyjawię, dlaczego tu jesteśmy.”

Zaskakują mnie po raz kolejny. Skoro szafot ma być odsunięty w czasie, to ja nie mam nic przeciw temu.

„Jesteście tu z powodu mojej odporności.”

„Poprawne wnioskowanie. Widzisz… kiedy miałam 9 lat, uciekłam z Manticore wraz z jedenaściorgiem innych X5.”

A więc stąd był jej ton! Co za zaskoczenie…

„W zeszłym roku zostałam odzyskana. Kilka miesięcy później Alec oraz Joshua pomogli mi uciec znów. Poszłam do jedynego człowieka, któremu ufałam na wolności. Kocham Logana i on wiedział o mnie wszystko jeszcze przed odzyskaniem. Kiedy pocałowaliśmy się, okazało się, że Manticore wszczepiło mi specjalnie zmodyfikowanego wirusa, bym go zabiła…”

„To jest chore.” mamroczę. I oni… i ja stamtąd pochodzę.

„To jest Manticore.” Alec mówi tak, jakby dla niego to była codzienność. I pojmuję, że Alec nie był jednym z uciekinierów. Nie miał tyle szczęścia, co Max.

„Zdołaliśmy jednak zdobyć antidotum, które go wyleczyło. I wówczas Manticore poszło z dymem, a wraz nim recepta na lekarstwo. Każdy kontakt między nami może zakończyć się…”

„…tak, jak pragnęli w Manticore.” Uzupełniam. Śmierć brzmi dla mnie zbyt ostatecznie. „Dlaczego nie poszliście z tym do naukowców?”

„Poszliśmy. Zachowało się nawet trochę papierów. Ale kłopot w tym, że wirus został stworzony w Manticore, skupiającym największe naukowe umysły i wiedzę daleko wykraczającą poza pojmowanie najbardziej doświadczonych lekarzy. Jeśli ktokolwiek z zewnątrz choć trochę zbliżył się do tego poziomu, namawiali do współpracy, likwidowali albo w jakikolwiek sposób zmuszali do zaprzestania badań i zapomnienia wiedzy. Pójść do byłych pracowników Manticore, których wielu nie zostało przy życiu… hm, to od razu podpisany wyrok śmierci. Już praktycznie zrezygnowałam, kiedy do Terminal City – o którym zapewne słyszałaś – dostał się CJ, syn Sandmana. On nie żyje, a wszystko, co zostawił, było jedynie serią cyfr i liter. Poszliśmy za śladem, ponieważ wiedzieliśmy, że CJ szukał kogoś z wysoką odpornością. Właściwie to wyznał to, kiedy już wiedział, że nie przeżyje. Najwyraźniej Nancy po twoim urodzeniu skontaktowała się z kimś, kto pomógł jej uciec i stąd wiedział, że nie pozbyła się dziecka. Nancy oczywiście nie chce powiedzieć, kto jej pomógł i wcale się jej nie dziwię. To jej sposób… podziękowania.

Ten ciąg znaków to połączone numery świadectwa ślubu Jeffa i Nancy Parker oraz aktu urodzenia Elizabeth Amy Parker. Mimo to nie wiedzieliśmy z początku, co to jest. Namierzyliśmy ciebie tydzień temu. Obawiając się pułapki, zaczęliśmy sprawdzać informacje o tobie. Dopiero odkrycie, że Jeff Parker – rodowity mieszkaniec Roswell – spotkał Nancy cztery miesiące przed ślubem i sześć miesięcy przed twoim urodzeniem, przeważyło ostatecznie szalę. A sama Nancy… dość, że to ona obawiała się nas bardziej niż my jej.”

„Jeśli to jest krótka wersja, to ja nie chcę słyszeć pełnej.” odstawiam kubek na stolik. Nie chcę jednak go zniszczyć. Max dała odpowiedź na mnóstwo niezadanych pytań, ale sporo wciąż pozostawało niewyjaśnione. „Wczoraj wieczorem rozmawiałaś z moimi… rodzicami?”

„Tak.”

„Jak zareagowali?”

„Pierwsze wrażenie znasz. Ale mijały godziny i wojsko nie zaatakowało, co przynajmniej przekonało Nancy do rozmowy z nami. Twoi rodzice wydawali się przerażeni, że ściągniemy na was kłopoty, czego do końca nie możemy wykluczyć. Tu chodzi w końcu o ich i twoje życie.”

„Co ich przekonało do pomocy wam? Od akceptacji do zgody na pomoc i ujawnienie całego tego chaosu jest długa droga…”

Alec szczerzy zęby i w końcu wtrąca się do pogawędki. Niemal zatęskniłam za jego humorem. No i on sam pewnie nie mógł się doczekać, kiedy znowu zwali mnie czymś z nóg. Wygląda na to, że ostatnio to jego ulubiona rozrywka.

„Max jest liderem Freak Nation.”

„Och.” to wszystko, co mówię.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *