Freak Nation (7)

7.

Nie zamierzam rywalizować ze śliczną brunetką. Otwieram szafę i wybieram spodnie z miękkiego materiału i bluzę z kapturem. Jest purpurowa – prezent od cioci Mandy. Nigdy jej nie nosiłam, bo wolę spokojne rzeczy. Wolałam. Jeśli już nie chcę, by ludzie pomyśleli, że mam złamane serce… Ech, kogo ja nabieram? Kolejny element mojej maski, ot co. Bluza nie może być bardziej różna od sweterków w pastelowe kolory, które zawsze nosiłam.

Wchodzę do kuchni i siadam po turecku na krześle. Max i Alec już tu są i jakimś cudem moich rodziców nie ma w zasięgu wzroku. Czary czy co?

„Głowa wciąż boli?” Alec pyta. Czy on nie zna innej śpiewki? A może ma problemy z normalną rozmową? Wczorajsza sprzeczka wykazała jednak niezbicie, że jest naprawdę jeszcze bardziej bystry niż przystojny.

„Przeszło już wczoraj.” odpowiadam i wówczas widzę ten zadowolony uśmieszek na jego ustach, nie pozostawiający najmniejszej wątpliwości czyja to zasługa. Max spogląda groźnie to na Aleca, to na mnie.

„Liz, nie mogę znaleźć szkła do koktajli.” do kuchni wchodzi tata, ratując niezgrabną sytuację. Mam wielką, wielką ochotę kopnąć Aleca pod stołem. Zamiast tego odpowiadam jak grzeczna córka.

„Agnes.”

„Znowu załatwiła cały komplet?”

„Nie wiem. To Alec sprzątał.” mruczę absolutnie niewinnie.

Max wygląda jak ryba wyjęta z wody, a tata patrzy na blondyna z podejrzliwością.

„Słucham?!?”

Teraz to on jest w tarapatach i nie mogę powstrzymać mściwego błysku w moich oczach.

„Myślę…” Alec znowu toczy słowa na języku „…że powinien pan zapytać Liz. Ni stąd ni zowąd przysiadła się do mnie i usiłowała wyciągnąć, o czym Max rozmawiała z pańską żoną. Nie wiem, skąd wiedziała.”

Rzucam mu mordercze spojrzenie.

„Była tak pewna siebie. Broniłem się dzielnie, kiedy kelnerka narobiła hałasu. Jedyne, do czego była zdolna Liz, to zwinąć się na kanapie, więc zabawiłem się w sprzątaczkę.”

„Niańkę, tragarza, lekarza…” dodaję sucho. Bardzo skrócona i ocenzurowana wersja poprzedniego wieczora. Alec patrzy z najbardziej niewinnym spojrzeniem, podczas gdy Max chichocze.

„Sprzątaczką! Niech tylko Normal się dowie… jego złoty chłopiec…”

„Hej!” mówi i widzę, ze jego wzrok znów staje się niebezpieczny. Uf, dziwnie wyglądał jako wcielenie niewinności. „Przynajmniej tym razem moje buty zostały oszczędzone. Poprzednim razem kiedy ci pomagałem…”

Przez pięć minut wysłuchuję ich utarczek słownych. To jest nawet zabawne. Przypominają mi Marię i Michaela, ale w sensie „nieocenzurowanym”. Ich humor jest równie pokręcony, co moich nowych znajomych.

Jem śniadanie w milczeniu. Właściwie to usiłuję jeść. Mimo, że Alec i Max robią co mogą, by rozjaśnić nastrój, każdy kęs rośnie mi w ustach. Przesuwam jedzenie  na talerzu, starając się zignorować nerwowe spojrzenia, które przerzucają między sobą moi rodzice. Z każdą minutą jest coraz gorzej.

W końcu nie wytrzymuję.

„Tato, mamo…” odkładam sztućce na talerz, a talerz odsuwam od siebie. I tak nie jestem w stanie nic przełknąć, wbrew mojemu żołądkowi, który już dość energicznie zaczął upominać się po pożywienie. „Może mi wyjaśnicie w końcu, o co chodzi?”

Mama patrzy nerwowo na tatę. Z kolei uwaga Aleca i Max jest skierowana na mnie. Coś mi tu  n i e  g r a.

„Czy to dotyczy twojej przeszłości?” pytam zirytowana po pięciu minutach milczenia. Najwyraźniej nikt tutaj nie ma pojęcia, jak zacząć.

„Nie do końca.” nienawidzę, kiedy głos mamy brzmi tak niepewnie „To dotyczy twojej.”

„Nie mam żadnej tajemniczej przeszłości.” dobrze wiem, jak idiotycznie brzmi to w ustach kogoś, kto przez ostatni rok z nawiązką pomagał ukrywać się trójce obcych przed FBI, a ostatnio uratował świat… co najmniej tak sądzę. Moi rodzice nie wiedzą jednak tego o mnie. I z pomocą niebios się nie dowiedzą.

„Oglądałaś ostatnio wiadomości?” mama nerwowo przesuwa się na krześle.

„Czasem.” nie lubię owijania w bawełnę. {{Żna bawełna nie przygotuje mnie na cios, nie złagodzi bólu. Nie lubię, kiedy ktoś zwleka z przekazaniem złych wiadomości. Ale też czasem bawełna jest potrzebna, by w ogóle przekazać wiadomość. Przekazać złe wieści jest równie trudno, co ich wysłuchać.

„Słyszałaś o Manticore?”

Oczywiście, że tak. To było w większości wiadomości w całym kraju. Seattle nie leży tak daleko stąd.

„Manticore była tajną agencją rządową. Bawili się tam w Boga.”

Patrzą na mnie w takim zdumienie, że czuję potrzebę wyjaśnienia.

„Roswell żyje z kłamstw rządu. M y  żyjemy z tego. Ale Manticore… to jest przecież chore. Nie słyszałam dużo w wiadomościach prócz faktu, że uciekły stamtąd potwory chcące przejąć władzę i zabijać niewinnych ludzi. Tylko, że nikt nie zapyta, skąd oni się wzięli na świecie. Powinni najpierw złapać i zamknąć ludzi odpowiedzialnych za istnienie Manticore. I tych wszystkich, którzy dla nich pracowali…”

Mały naukowiec we mnie był z początku zafascynowany faktem, że nauka posunęła się już tak daleko. Lecz przede wszystkim to obcy i Pierce sprawili, że tak myślę. Kiedy Max pocałował mnie po odbiciu z rąk Wydziału Specjalnego i w błyskach zobaczyłam, czułam to, co on przez ostatnie godziny… Czasem śnią mi się koszmaru o tym. Co najgorsze, trudno mi się z nich obudzić. Ciocia Mandy miała ze mną wiele problemów w te wakacje. Na szczęście po powrocie do Roswell, koszmary zdarzają się rzadziej. Domyślam się, że bardzo pomógł widok Maxa, zdrowego i całego.

Biały pokój tkwi wciąż we mnie, mimo, że to nie mnie tam torturowano. Inaczej patrzę na to, co mówią w telewizji. Po prostu ci z Manticore, ci wszyscy naukowcy wypowiadający się z przekonaniem o bestialstwie istot, które sami sprowadzili na ten świat… to tylko przywołuje mi na myśl agenta Pierce’a. On również bawił się w Boga, tylko w nieco innym sensie.

„Co?” teraz spojrzenia pozostałych naprawdę mnie przerażają. Być może nie powinnam była mówić na głos tego, co sądzę. Chyba zbytnio przywykłam do swobody antyrządowej przy Czechosłowakach.

„Nic. Zaskoczyłaś nas trochę.” Max mówi w zdumieniu.

„Manticore… to miejsce można określić jednym słowem: chore. Wiem to, ponieważ zetknęłam się kiedyś z tym. Dokładniej, przed twoimi narodzinami.”

Patrzę na moją mamę i nagle widzę wroga.

„Czy… czy…” jąkam się „…byłaś jednym… z nich? Pracowałaś nad mutantami?”

„Nie!” krzyk mamy niemal rozsadza kuchnię. Oddycham z ulgą i uśmiecham się. Jak w ogóle mogło mi przyjść na myśl, że mama jest jednym z tych szaleńców? Mogę winić tylko moje zdenerwowanie, niepewność… i koszmary.

„Ok.” mój uśmiech jest coraz szerszy. „O czymkolwiek jest ta cała tajemnica, może zaczniesz od początku? Na razie tylko gubię się w domysłach.”

Ale zamiast mamy odpowiada Max.

„Manticore zostało założone w celu stworzenia doskonałych żołnierzy poprzez manipulacje zarówno ludzkim, jak i zwierzęcym DNA. Na początku było wiele sprzeciwów wobec tego. Potem jednak, około 1953 roku stało się coś, co odstawiło skrupuły do kąta. Nie wiemy, co takiego. Pewnie jakieś zagrożenie wymagające specjalnych środków.

Na początku eksperymenty zawiodły. W końcu jednak udało im się połączyć DNA psa i człowieka. Poszło już łatwiej. Problem jednak był taki, że Joshua wygląda dokładnie jak ktoś, kim jest. Przeprowadzono tysiące eksperymentów, każda wiedza była na wagę złota. Nawet nazistowskie eksperymenty z czasów II wojny światowej…”

Nie mogę  powstrzymać dreszczu. Nic dziwnego, że moja mama była tak przerażona.

„W końcu mieli taki koktajl DNA… to sprawia, że wyglądasz jak człowiek,. Ale nim nie jesteś.”

„Woa… zaczekaj. Czyli mutanci, którzy uciekli, to wczesne eksperymenty?”

„Niezupełnie. Właściwie Manticore poszło z dymem z powodu ujawnienia siedziby…” Alec szczerzy zęby w mściwym uśmiechu „Mutanci zginęliby w środku, gdyby nie pewna brunetka. W ten sposób…”

„…znaleźli się na wolności.” kończę.

„Dokładnie. Kiedy otrzymano w końcu odpowiednie DNA Manticore rozpoczęło pracę nad serią X. Mutanci wyglądający jak ludzie, mówiąc obrazowo. Są też tacy, którzy nie wyglądają… ale do nich wrócimy później.

Pierwsza i druga seria nie zadziałała. Zatrzymano czterech przy życiu, do obserwacji. X3 było pierwszą udaną serią, ale w porównaniu do zwyczajnych ludzi, mieszanka nie dawała im wielu ulepszeń. X4 to co innego. Poprawiony słuch od psiego DNA, są też szybsi. Każda następna seria miała coś dodane w genach tak, by mieli ulepszone zdolności poprzedników i unikalne swoje własne. X5 mają koci wzrok, nieprawdopodobną zwinność i szybkość. Ludzkie DNA też zostało znacznie poprawione, usunięto wiele cech uważanych za słabość i dodano pożądane. Większość x X5 ma dodatkowo geny rekinów, co zmniejsza potrzebę snu i pozwala dłużej przebywać pod wodą. Seria X6 ma więcej DNA rekina. Mogą wytrzymać około dwóch tygodni bez snu.”

Dwa tygodnie bez snu? Brzmi dla mnie jak marzenie… coś takiego mieć przez te miesiące na Florydzie… Zaraz jednak przypominam sobie, skąd mutanci mają te zdolności i szybko odrzucam moje rozważanie. To wcale nie jest godne zazdrości.

„Następna seria to X7. W większości to klony X5 plus DNA hipopotama albo DNA nietoperza. Są dwie grupy. Oni mają coś na kształt wspólnej świadomości. Jak ul. Manticore dodało to, ponieważ kilkanaście lat temu uciekła jedna jednostka X5.

Seria ósma ma podobno DNA pajęczaków. Nie zetknęłam się z wieloma informacjami o nich. Była jeszcze seria numer dziewięć, ale podejrzewam, że im nie wyszło.

Oprócz X-serii Manticore utworzyło wiele innych rodzajów żołnierzu, do różnych typów misji. Podwodnych, na pustyni czy w arktycznym mrozie. Pełna specjalizacja. Prawdziwy kalejdoskop istot.

Są jeszcze… tacy, którzy zostali zaprojektowani z umiejętnościami przymusu psychologicznego, hipnozy… Wszystko, co potrzebujesz do prania mózgu, by zmusić kogoś do zrobienia czegokolwiek Manticore zechciało. I wierz mi, używano ich nie tylko na jeńcach, w większości służyli do kontroli innych mutantów.

Są jeszcze… hm, specjalni X. Zaprojektowani, by przepowiedzieć za pomocą skomplikowanych algorytmów prawdopodobieństwa przebieg akcji wojskowej i nie tylko. Nieprawdopodobnie skuteczni.”

Jest delikatny ton smutku w głosie Max. Z całej jej przemowy biła obojętność. Tylko kiedy opowiadała o dzieciach, które uciekły i o tych specjalnych X, czuję jakąś aluzje uczucia. Być może spotkała kogoś.

Chwileczkę…

Patrzę na Aleca.

Patrzę na Max.

„Jesteście z X-serii.” mówię. Max patrzy na mnie wstrząśnięta, a Alec… on tylko szczerzy zęby na wspomnienie wczorajszego wieczoru.

„Której?”

„X5.” odpowiada najspokojniej w świecie.

Odsuwam zabłąkany kosmyk z mojej twarzy. Hm, muszę nauczyć się czesać. Po godzinie wszystko sypie się na mojej głowie.

„Więc… X5 494. A ty?” patrzę na Max, która wciąż nie może otrząsnąć się. Chyba przywykła do innej reakcji na swój nie-ludzki stan. Ale ja nie szaleję ani nie mam ochoty ich wydać. Za dobrze wiem, co to znaczy znaleźć się w rękach rządowych agentów.

„X5 452.” mówi wreszcie, zbierając się w sobie „Skąd wiesz?”

„Po prostu mam to dziwne uczucie, kiedy któreś z was jest w pobliżu. Stąd wczoraj usiłowałam wyciągnąć z Aleca, o co chodziło. Byłam pewna, że przyjechaliście tutaj razem. Poza tym macie wyższą temperaturę ciała, nieprawdaż? Ręce Aleca są cieplejsze niż większości osób, które znam. Po trzecie jesteście silniej, inteligentniejsi. {{Żen normalny turysta nie zwycięża na potyczki słowne z tutejszą kelnerką.

Tata otwarcie się śmieje. Rzucam mu urażone spojrzenie.

„Po czwarte, ton Max, kiedy mówiła o dzieciach, które uciekły oraz o specjalnych X. Sama wiedza o Manticore… to po prostu był jedyny logiczny wniosek, spajający wszystkie wątki.”

Zwracam z powrotem uwagę na mój kubek. Ze zdumieniem stwierdzam, że zamiast herbaty, nalałam wcześniej kawy. Musiałam być naprawdę zdenerwowana na początku śniadania. Napięcie wciąż krąży w mojej krwi, ale to ledwie słabe echo tamtych obaw. Zaraz pewnie usłyszę, że mam w którymś momencie życia pomogła zbiegłemu dziecku z piątej serii i przez to sama stała się zbiegiem.

Dokładnie tak, jak przewiduję, po chwili milczenia ciężar rozmowy i wyjaśnień znowu podejmuje mama.

„Pamiętasz, co mówiła Max o innych poprawionych genetycznie do różnych typów misji?”

Kiwam głową, rejestrując katem oka, że dłonie moich rodziców są splecione. Niedobrze. Strach powraca.

„Więc… W Manticore pracował pewien człowiek nazwiskiem Sandman. Praktycznie bez jego wiedzy seria X nie doszłaby nigdy do skutku…” patrzę na Max. Jest nerwowe drgniecie na jej twarzy na wspomnienie nazwiska tego naukowca. „…ale on tworzył nie tylko X-serię. I ten Sandman… stworzył mutanta o specjalnych cechach układu immunologicznego, który wygląda jak człowiek.”

Pytam wzrokiem Max, ale ona potrząsa ledwo dostrzegalnie głową w zaprzeczeniu. Nad stołem zapada ciężka od napięcia cisza. Czuję strach, bijący od moich rodziców. Na moment zbija mnie to zupełnie z tropu. Wszystkie logiczne myśli ulatują z mojej głowy. Być może właśnie dlatego następne słowa mojego taty zaskakują mnie zupełnie.

„Stworzył ciebie, Liz.”

Mrugam.

Ciebie, Liz.

Jestem mutantem? Członkiem przerażającej nacji?

W mojej głowie rodzi się gniew. Cały poprzedni dzień i noc bzikowałam, ponieważ rodzice bali mi się to powiedzieć? Cała ta awantura była z powodu czegoś, co tkwi w mojej krwi i nosi takie wdzięczne nazwy jak limfocyty, granulocyty i fagocyty?

Na moment przez mój umysł prześlizguje się pytanie, czy Max z przyszłości wiedział. Nie wiem. W jakiś pokręcony sposób czuję, że nie mógł wiedzieć. Nie wiem tylko, czy to po prostu nie jest głupia nadzieja zakochanej kobiety. Przecież musiałby mi to powiedzieć, prawda?

„Nie rozumiem.” patrzę na rodziców „Co w tym… jaki związek wczorajsza awantura ma do tego? Dlaczego przez lata tak baliście się mi powiedzieć, aż nie mieliście wyboru z powodu…” zamieram. Zanim zdążyłam skończyć formułowanie pytania, odpowiedź już pojawia się w moim umyśle. To tak proste. I boli jak diabli. „Wyrzuty sumienia. Nie chcieliście przyznać, że pozwoliliście jakimś świrom ingerować w życie i zdrowie nowopoczętego dziecka? Baliście się, że zapytam o powód?”

Mój głos trzęsie się nieznacznie. O niebiosa. Jednak… jednak moi rodzice są jak Pierce…

Bawili się w Boga.

Mną.

Ich jedynym dzieckiem. Przed narodzeniem.

Mną.

Obrzydzenie zbiera się w moim gardle i nie chce odejść. Siedzę jak przyklejona do krzesła i nie jestem w stanie nic wykrztusić.

„Myślę, że nie rozumiesz…” Max mówi delikatnie. Czego niby nie rozumiem? Przecież to jasne! „Manticore nie ingeruje w już zaistniałe życie. Oni tworzą je od zera, projektując praktycznie tyle upragnionych cech, na ile pozwala im aktualny stan ich wiedzy. Kiedy płód stworzony z takiego koktajlu podrośnie wystarczająco, wszczepia się go młodym kobietom. Kiedy dziewięć miesięcy później rodzi się dziecko, matka zostaje zlikwidowana. Czasami zdoła zachować życie, jeśli płód zyskuje podczas noszenia. Wówczas jest przygotowywana do następnej ciąży.”

Obrzydzenie zamienia się w mdłości.

„Nie wiem, jak twoja nosicielka… Nancy… trafiła do Manticore. Wiem tylko, że ktoś pomógł jej stamtąd uciec, kiedy już nosiła cię pod swoim sercem. Spotkała twojego ojca, zakochała się. Pobrali się, urodziłaś się ty, powszechnie uważana za ich biologiczne dziecko. Do wczoraj tylko Nancy wiedziała, że nie jesteś jej dzieckiem. Nawet Jeff, który sądził, że to dziecko innego mężczyzny, który ją zostawił po usłyszeniu radosnej nowiny…”

Wstaję, mimo, że moje kolana przypominają galaretkę. Powoli okrążam stół i staję przed człowiekiem o którym jeszcze pięć sekund temu myślałam…. Chryste, czy ja nie zwierzyłam mu się z niemal całej historii z Maxem, uważając go za godnego absolutnego zaufania? Położyłam na szali losy świata dla człowieka, który przez całe życie mnie okłamywał praktycznie bez powodu. Nie wiedział o moim pochodzeniu z Manticore, nie miał więc powodu ukrywać przede mną faktu, że nie jest moim ojcem.”

„Musiałeś nieźle się bawić, grając ze mną w rolę ukochanego tatusia… nieprawdaż, Jeff?” w mój głos wkładam cały ból i zawód, jakie się we mnie kotłują, błagając o ujście do świata. Zamykam je w sobie, duszę, by nie wykrzyczeć tego do świata. A one tylko rosną w siłę przez to. W pewnej chwili wybuchną… ja wybuchnę… ale to z pewnością nie jest ten czas.

Zwracam się teraz do Nancy, kobiety, która ocaliła mnie od tych szaleńców w Manticore.

„Dziękuję. Manticore nie jest z pewnością miłym, kochanym domem, w którym chciałabym dorastać.”

Nancy krzywi się ze smutkiem. Widzę w jej oczach winę. Momentalnie łagodzi to mój gniew wobec Parkerów, ale rozczarowanie i ból pozostaje. I rozumiem teraz, co Jefff miał na myśli mówiąc wczoraj. Wierzyłem, że decydujesz sercem. Moja mama mówiła, że zawsze należy kierować się sercem i czasem nasze wybory bywają trudne. Nie znaczy to oczywiście, że są niewłaściwe. Bywają bolesne, druzgocące… ciężkie do przełknięcia, czasem nawet fatalne w skutkach. Nancy musiała stać za tym, że nic nie wiedziałam do dzisiaj. Strach przed prześladowcami… o tak, jak dobrze to rozumiem. Ileż nocy budziłam się zlana potem na Florydzie, życząc sobie, by ten sadysta Pierce nigdy się nie urodził?

Ale rozumienie wcale nie wyciera innych emocji. Umysł to nie serce. Jeśli w racjonalny sposób mogę pojąć, co nimi kierowało… to jednak moje serce na razie nie chce.

„Chroniłam także siebie, Liz.”

„Wiem. Ale równie dobrze po ucieczce mogłaś pozbyć się ciąży. W końcu nie wiadomo, czy urodziłabym się z ludzkim wyglądem.” mówię. Jestem prawie dumna z mojego głosu. Nie wpuściłam do niego nic prócz wdzięczności i podziękowania.

Potem odwracam się na pięcie i wychodzę z kuchni, odprowadzana przez głuchą ciszę. Zrywam się zaraz za drzwiami. Pędzę po schodach, potykam się. Jakimś cudem jednak ląduję na nogach. Potrącam zdumionego Michaela i wypadam na zewnątrz.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *